Secrets of London
[05.07.1972] What a journey - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+--- Wątek: [05.07.1972] What a journey (/showthread.php?tid=3342)



[05.07.1972] What a journey - Jagoda Brodzki - 27.05.2024

05.07.1972
Brede High Woods
Jagoda Brodzki



Za naukę teleportacji nie było ocen. Durmstang oczywiście zachęcał do zdania tego kursu, bardzo ułatwiającego życie, Jaga nigdy do niego nie podeszła, zajmując swoje myśli dodatkowymi lekcjami z klątw. To była jedna z tych rzeczy, które chciała nadrobić w przyszłości i nigdy nie znalazła chwili by rzeczywiście do tego przysiąść. Zawsze miała łatwy dostęp do świstoklików, a jej wygodne myślenie do przodu niwelowało zupełnie możliwość by nie mogła się łatwo z pomocą tego urządzenia przenieść w miejsce, które akurat było jej potrzebne. Być może tym razem zignorowała jakąś maleńką ryskę, która pojawiła się na starym, stalowym kluczu, który służył jej do przenoszenia się do opuszczonej kamienicy ledwie przecznicę od przejścia na Ulicę Pokątną. Uszkodzenie? Czy może działanie magii, której nie wyczuła?
Cokolwiek się nie wydarzyło, zawrót głowy odebrał jej równowagę. Zapach mokrego mchu wypełnił płuca, nogi osłabły, a zazwyczaj kręte loki ugięły się pod ciężarem wody. Zamiast twardej drewnianej podłogi, pod nogami, to plecy spotkały przemoczoną leśną ściółkę. Kobieta wzięła głęboki oddech, powietrze wypełniał zapach lasu, ziół i wczesnych jagód. Wylądowała twardo i nieprzyjemnie, lecz nim się uniosła, uporządkowała myśli.
Co się właściwie wydarzyło?
Nieprzewidywalne życie. Uniesienie sylwetki do siadu poprzedziło długie i ciężkie westchnienie. Zanim zdążyła przemyśleć swoją sytuację, była zupełnie przemoczona. Brązowa bluzka przyległa do ciała, ciasno oplatając jego kształty, a czarna spódnica z zamszu stała się ciężka. Krótsze pasma tuż przy jej policzkach przylgnęły do twarzy. Burza była w pełni swojego majestatu, gdy Jagoda uniosła spojrzenie, zaraz po pierwszym zalaniu oczu przez deszczówkę, rozpoznała ciemnogranatowe, nieprzeniknione chmury, które nie wyglądały, jakby miały się niedługo rozstąpić. Złapała za kluczyk w swojej dłoni, jednak gdy spróbowała skupić się na jego działaniu, nic się nie stało. Był uszkodzony? Najwyraźniej. Następnie złapała za inny świstoklik, srebrny, grawerowany guzik, który miałby zabrać ją przed chatkę w lesie, należącą do niej samej. Nie zadziałał. Czyli to nie wina uszkodzenia?
Swoją sytuację oceniła w końcu jako wyjątkowo pechową, ale siedzenie we mchu raczej jej nie rozwiąże. Podniosła się i znalazła w okolicy najbardziej rozłożyste drzewo, które da jej chociaż najbardziej podstawowe schronienie i możliwość rozejrzenia się. Już tam, poczuła jak okropnie się trzęsie. Chociaż letnia temperatura obecna była w całej Anglii, takie skutki miała zimna woda i równie zimny wiatr.
Być może właśnie te warunki sprawiły, że gdy zobaczyła światło w okolicy oraz coś, co wyglądało jak wiodąca w jego stronę ścieżka, nawet niespecjalnie zastanowiła się, jak wygodny był to zbieg okoliczności. Po prostu ruszyła przed siebie, chcąc szybko przenieść się gdzieś, gdzie będzie wygodnie i ciepło. Im zbliżała się bardziej tym wyraźniej widziała urokliwy domek, przypominający jej jej własny. Również nie pomyślała, kiedy pukała w drewniane drzwi...


RE: [05.07.1972] What a journey - Bard Beedle - 29.05.2024

Jagoda zapukała, a drewniane drzwi, na pozór dość ciężkie, otworzyły się ze skrzypnięciem nienaoliwionych zawiasów. Za drzwiami zaś… czyżby nie było nikogo?
Być może to wiatr targający gałęziami drzew otulających ten dom i nawałnica zamazująca obraz przed oczami zniekształciły jej percepcję, ale to, co czarownica ujrzała w środku, nijak nie pasowało do wizerunku prostej chatki, do której — jak się wcześniej zdawało — zmierzała. Znalazła się bowiem u progu sporej, acz przytulnej sieni. Jej wystrój nie odpowiadał być może obecnej modzie, lecz widać było na pierwszy rzut oka, że do kogokolwiek ów dworek należał, był on człowiekiem majętnym. Płytki podłogi układały się w roślinną mozaikę utrzymaną w odcieniach umbry, ściany z kolei wyłożono zdobioną ornamentami boazerią, której panele rozdzielały kwadratowe kolumny. Sufity wyrzeźbiono w mahoniu, przez co pomieszczenie składało się w elegancką, choć pełną przepychu całość. Wrażenia dopełniało bijące z wnętrza ciepło i zapachy jadła. Zdecydowanie gdzieś w głębi rezydencji podano pieczeń i Merlin jeden wie, jakie jeszcze frykasy.
Mam zaszczyt powitać w Ochrowym Dworku, panno Brodzki. — Intuicyjnie głos ten przypisałoby się starszemu dystyngowanemu mężczyźnie. — Pan Binns z córkami oczekują już panienki w sali jadalnej.
Żadnego starszego eleganta jednak przed nią przecież nie było. Chociaż… głos dochodził z dołu. A tam, u stóp Jagody, stał czekoladowy jamnik w musztardowej musze.
Gdy spojrzała na niego, piesek schylił łebek w niby ukłonie, po czym obrócił się i — machając miarowo ogonkiem — podreptał przez sień ku dwuskrzydłowym drzwiom naprzeciw wejścia. Po obu ich stronach ustawiono wysokie kandelabry, a zapalone świece promieniowały ciepłym blaskiem na całą sień. Jeśli rzeczywiście znajdowała się za tamtymi drzwiami sala jadalna i gospodarze, to żadnych dźwięków biesiady na razie słychać bynajmniej nie było. Wręcz przeciwnie: nawet szum ulewy na zewnątrz ginął jakby w głuchej ciszy, która uwypuklała stukanie pazurków jamnika o płyty podłogi.
Piesek przystanął pod jednym z kandelabrów, a drzwi jadalni się uchyliły. Lekko, nie zdradzając jeszcze całej swojej tajemnicy, zapraszając do tego, aby je popchnąć i samemu ją odkryć.
Wedle słów jamnika, ktoś miał czekać tam na czarownicę, ale trudno było opędzić się od wrażenia, że dworek jest pusty. Żadnych dźwięków, żadnej… obecności. Świece paliły się, lecz nie spływały woskiem. Podłogi lśniły czystością, nie było na nich choćby paproszka kurzu. Boazerię bez ryski ni otarcia wprawić mogli równie dobrze chwilę temu.
Całość była jak ze snu, w którym nikt nie kłopotał się kreśleniem szczegółów.


RE: [05.07.1972] What a journey - Jagoda Brodzki - 29.05.2024

Wiele rzeczy w tym momencie powinno wzbudzić jej ciekawość. Czemu drzwi były aż tak bardzo chętne do otwarcia się? Magiczne drzwi, przezorne zazwyczaj, niechętnie otwierały się przed obcymi. Jej drzwi z pewnością nigdy by tak nie zrobiły. Była jednak skupiona na znalezieniu schronienia przed okropną burzą, od której już czuła się zmarznięta... Nawet jeśli normalnie deszcz wcale jej nie przeszkadzał, wręcz przeciwnie! Był częścią naturalnego cyklu i nie było powodu by się martwić jego wystąpieniem bądź czuć jakkolwiek gorzej niż zazwyczaj. To jednak było zbyt dużo nawet dla niej.
Pchnęła drzwi niepewnie, rozglądając się po sieni. Stała tak dobrą minutę, po prostu próbując odnaleźć się w nowym otoczeniu, nieco niepewnie, ale po chwili pochyliła się by zdjąć buty. W końcu nie powinno się ich nosić w czyimś domu. To, że przestrzeń nie do końca wyglądała jakby pasowała do zewnętrza domu nie było niczym zaskakującym, takie rzeczy towarzyszą czarodziejom cały czas. Powiększone namioty, powiększone domy, powiększone torby. Akurat to nie wywołało jej zaskoczenia. Raczej to jak łatwo została zaproszona do środka.
Zapachy były obezwładniające. Nie była dotąd głodna, ale w tym momencie poczuła jakby nie jadła z tydzień. Wszystkie te uczucia zaczęły ją atakować. Dyskomfort, zimno, głód, ciężar mokrych ubrań. Tak bardzo chciała, żeby sobie poszły, żeby odeszły gdzieś daleko... Chociaż było coś, co na chwilę wybiło ją z tego stanu.
Czy on mówił? Ten pies przed nią?
Nawet na magiczne warunki było to niespotykane.
- Zaraz... Jesteś... animagiem? - Próbowała wyszukać logiczne wyjaśnienie tego co właśnie się działo. - Chwila, skąd znasz moje imię...
Drzwi do jadalni się otworzyły i jej oczy ujrzały posiłek składający się pieczeni i przeróżnych dodatków, a na deser pyszne ciasto. Jej żołądek zaburczał, gdy obejmowała zmarznięte ramiona dłońmi. Momentalnie zapomniała co to wszystko mogło znaczyć, po prostu ruszyła przed siebie, chciała spróbować tego, co było na stole.
Jej zmysły były stopniowo obezwładniane, wszystko wokół atakowało ją przedziwnymi wizjami, smakowymi, zapachowymi, wzrokowymi. Już dawno tonęła w tej wizji, zwłaszcza, gdy usiadła przy stole, patrząc wygłodniałym wzrokiem na zastawiony stół. Czy ktoś miał do niej dołączyć? Nieistotne, chciała tylko zjeść ciepłą pieczeń, ogrzać się przy kominku, który się palił, ale ogień się nie skrzył. Zupełnie jakby nie żył, jakby był pozbawiony swej ogniowej duszy.


RE: [05.07.1972] What a journey - Bard Beedle - 01.06.2024

Dworek rzeczywiście zaoferował zagubionej podróżniczce wszystko, czego ta mogła sobie zażyczyć: dach nad głową, ciepło, jedzenie. Tak, jedzenie smakowało bosko i zachęcało, aby jeść go więcej, i więcej, i więcej. Całkiem dosłownie, bo niezależnie od tego, ile kobieta jadła, w jej żołądku wciąż było miejsce na dokładkę. Mogła sycić się wyborną symfonią smaków i zapachów, ile dusza zapragnie.
Animagiem? Ależ skądże. Na imię mi Amadeusz i jestem majordomusem Ochrowego Dworku — odparł żywo zaskoczony jej sugestią jamnik. Zupełnie jakby fakt, że dworki mają swoich psich zarządców, był najoczywistszym na świecie, a Jagoda zrobiła z siebie tym pytaniem głuptaska. — Proszę się częstować.
Gdy Brodzki zajęła się jedzeniem, Amadeusz zniknął gdzieś niepostrzeżenie i przez chwilę była w jadalni sama. Aby coś się zmieniło, wystarczyła ledwo chwila nieuwagi — spojrzenie wbite w talerz sekundę dłużej czy wzrok odwrócony, aby podziwiać zdobiące jadalnię portrety. Chwila nieuwagi i okazało się, że przy kolacji siedziało z nią pięć innych osób.
Nie zwiastował ich nadejścia żaden hałas, żaden ruch uchwycony kątem oka. Niby zawsze tam byli. Ustawione przed nimi talerze wypełniał rozpoczęty posiłek: nadkrojone plasterki mięsa, rozgrzebane purée, chlapnięta już sosem roladka. Siedzącego u szczytu stołu pana Binnsa czarownica ujrzała, gdy właśnie jak gdyby nigdy nic brał łyk wina ze swojego kielicha. Był to starszy pan: korpulentny, niski — czyżby goblinie korzenie? — o zaczerwienionych policzkach i długim siwym wąsie.
To straszne. Dzięki dobrej Matce, że nic ci się poważnego nie stało, Jago. — Damski głos należący do usadzonej po jej prawej stronie. Oto jedna z córek Binnsa pochyliła się ku Brodzki ze zmartwieniem wyrysowanym na twarzy i dotknęła jej ramienia w mającym dodawać otuchy geście. — Gdy dojrzałam cię z okna, wielce się przelękłam. Do licha z tymi zawirowaniami pogodowymi! Jak nic deszcz tu winien.
W słowach tej rudej, rezolutnej dziewczyny wybrzmiewała pewność i oburzenie. Oczy miała jak dwa koraliki z czarnego szkła, gęste pukle włosów ewidentnie kręciła na papilotach, a gdy się uśmiechała, ujawniała wydatne przednie zęby, które jednak więcej przydawały jej uroku, niż ujmowały.
Tak niechybnie było — zawtórowała jej kolejna z dziewcząt, lecz bez emfatycznej maniery pierwszej z sióstr. Jeśli Binns miał faktycznie coś wspólnego z goblinami, to matka tej wysokiej niewiasty musiała być olbrzymką. — Niepomiernie rade jesteśmy z twojej wizyty. Odkąd narzeczony Milcenty przestał zachodzić do nas, próżno czekamy gości.
— Zostawże ten temat, Antosiu — bąknęła trzecia, wyraźnie speszona, jakby zapadając się w sobie na wspomnienie chłopaka.
— Birbant to był i hultaj! — Ostatnia z sióstr uderzyła otwartą dłonią w blat, aż zatrzęsła się kosztowna zastawa. — Dobrze tatulo zrobił, że go w cztery wiatry pogonił.
Spokój, moje panny — skarcił je łagodnie pan Binns. — Słusznie zauważyła Gryzelda: najważniejsze, że panienka Brodzki cało wyszła z tego nieszczęsnego wypadeczku i spędza z nami wieczór. — Uśmiechnął się do Jagody i wzniósł kielich w geście toastu. — Pogoda pod psem, nie ma co. Niechże pani uczyni nam tę przyjemność i zostanie do rana. Ugościmy jak trzeba, niczego nie braknie.


RE: [05.07.1972] What a journey - Jagoda Brodzki - 04.06.2024

Zdążyła ledwie usiąść i coś ją opętało - napychała usta pysznym ciastem z mięsem i rozkoszowała się ciepłym naparem z róży. Zapomniała o swoich manierach, nie sięgała nawet po widelec, a w głowie wybuchały ostrzeżenia. Coś było bardzo nie tak, przecież ona nigdy tyle nie jadła. Nawet kiedy nie szło jej w szkole z Czarnej Magii i macocha w formie kary odmawiała jej kolacji, nie jadła tak łapczywie śniadania, ale kulturalnie, tak jak na damę przystało. Wręcz ściskało jej wtedy żołądek. Jej dieta teraz też nie była bogata, niekiedy kończyła się na jednym posiłku dziennie, gdy zapominała o kolejnych w twórczym szale trzymającym ją przy pracy. A teraz? Zjadła już trzecie ciastko i ubrudzona okruchami na policzkach zabierała się za kolejne.
Czemu rozmawiający z nią pies nie wywoływały żadnego niepokoju. Normalnie już dawno byłaby w drodze przez burzliwy raz, a teraz nie wydawało się zupełnie nic nie tak, jakby była we właściwym miejscu pierwszy raz w swoim życiu.
Zwróciła uwagę na pojawiające się kolejne osoby przy stole, ale czuła, jakby znała je całe życie i miała wobec nich całą gamę pozytywnych uczuć. Chociaż zerkała ukradkiem w stronę obrazów, przysłuchiwała się rozmowom, gdy teraz już ciastko z czekoladą lądowało w jej buzi. Ruszające się portrety rodziny i ich przodków, zgadywała po podobieństwie starszych pań przeniesionych na płótno do córek. Wydawały się jakieś bliskie, jedna ze staruszek przypominała jej matkę...
Ta myśl została tak szybko rozwiana, kiedy tylko gospodarz domu odezwał się do niej pogodnie, a Jagoda wyprostowała się jak struna, kiwnęła grzecznie głową i przełknęła jedzenie, by odpowiedzieć.
- To będzie lepsze niż wspaniałe z pana strony, sir... Jakie było Pańskie... nazwisko? - Czemu nie mogła sobie przypomnieć? Czuła, że powinna je doskonale znać, niczym imię starego przyjaciela.
Wkrótce rozmowa przeniosła się przed kominek. Siostrzane kłótnie, dokazywanie, wypominanie flirtów z nieodpowiednimi kawalerami, śmiech i wszędzie rozchodzący się zapach malin i róży. Ciepło bijące od kominka było tak wyczuwalne, a jednak ciągle się trzęsła, jakby nigdy jej ubranie nie wyschło po przybyciu z dworu. Aż Antosia nakryła Jagodę kocem i otuliła ją lekko, co nie pomogło, ale było przynajmniej miękkie. I Jagoda popijała napar powolnie, z lekkim uśmiechem obserwując przebojowe siostry. Każda taka inna, taka ciekawa. Ona nigdy nie miała okazji poznać siostrzanej więzi, była jedynaczką. Miała tylko kuzynów i kuzynki, tych z Wielkiej Brytanii nie znała najlepiej. Co do tych z rodziny Brodzki - czasami pomagali jej w nauce gdy była jeszcze młodsza. Pamiętała kuzyna, któremu rodzice, fani sztuki klasycznej, nadali imiona Marek Antoniusz. Ten uwielbiał bawić się wynalazkami i dzięki temu świetnie się dogadywali. Zmieniło się to zaraz po jego ożenku. Nagle zupełnie zapomniał o wszystkich zainteresowaniach i całymi dniami myślał o wydatkach na dzieci.


RE: [05.07.1972] What a journey - Bard Beedle - 18.06.2024

Ani puchate okrycie, ani ogień nie oferowały ciepła. Ręka otulająca kocem, która miała nieść komfort i ukojenie, posyłała jedynie kolejny dreszcz wzdłuż kręgosłupa Jagody. Jakby ręka Antosi ulepiona była z lepkiej, porannej mgły, nie żywego ciała.
Binns, nazywam się Binns.
Głos gospodarza docierał do czarownicy jak zza grubej zasłony. Jej powieki unosiły się coraz mniej chętnie, głowa coraz bardziej ciążyła, rzeczywistość traciła ostrość. Słowa towarzyszy wieczora stawały się coraz mniej zrozumiałe. Momentami nie pobrzmiewały już nawet ludzkim głosem, jakby to ptaki i wicher debatowały przy niej świergotem, szumem i szelestem leśnej melodii.
Z tego stanu wyrwał kobietę głos jednej z dziewcząt:
— Czy to senność cię ogarnia? Pozwól, zaprowadzę cię do pokoju.
Jagodę owionął oddech mówiącej, tchnienie mokrej ziemi i mchu. To Gryzelda pochylała się nad nią, jej twarz ledwie centymetry od twarzy czarownicy. Brodzki mogła świetnie przyjrzeć się tym płytkim oczom, które niczym parę koralików ktoś wprawił w bladą twarz; a w szklanych koraliczkach nie było nic, żadnej psotnej iskierki duszy.
Rudowłosa nie czekała długo na potwierdzenie, chwyciła Jagę za nadgarstek i pociągnęła ją w głąb dworku.
Dobrej nocy! — zawołał za nimi Binns.
Mimo że aby je pożegnać, stary odwrócił głowę od ognia, w jego oczach wciąż odbijały się trzaskające w kominku płomienie. Reszty córek już z nim nie było.
Wyglądało na to, że gdy ta wesoła gromada cieszyła się przemiłym wieczorem, wypaliły się wszystkie świece, które uprzednio zdobiły przytulną sień i odchodzące od niej korytarzyki. Dom przeistoczył się w pogrążony w półmroku labirynt, w którym jedynym przewodnikiem czarownicy była biegnąca przed nią Gryzelda. Odwracała co chwilę roześmianą buzię, aby upewnić się, że Brodzki wciąż za nią idzie. Choć… momentami Jagoda mogła mieć wrażenie, że to Antosia ją prowadzi, a może… może to była Milcenta? Czwarta siostra?
Dziewczęce chichoty rozlegały się co jakiś czas w pustych korytarzach. Raz docierały do niej zza pleców, raz z boków. Czasem sączyły się spomiędzy milimetrowych szczelin parkietu, w drugiej chwili rezonowały w ścianach.
Wtem siostra zatrzymała się i obróciła do niej. Jej twarz spowijała migocząca mgiełka, układająca się co raz to w inne rysy, nigdy kompletną osobę. Niby fluktuujący majak nie do końca zdecydowany o tym, jaką formę przybrać. Dziewczyna wyciągnęła ku Brodzki rękę, a mgła rzeźbić zaczęła w obliczu istoty twarz samej Jagody.
— Chciałabyś tu zamieszkać, Jago? — Słodki, lepki szept tuż przy jej uchu, choć stojąca przed nią kopia jej samej nie poruszyła ustami. — Zostań. Czy nie dobrze nam dziś było?