![]() |
|
[30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122) +--- Wątek: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach (/showthread.php?tid=3356) Strony:
1
2
|
[30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Florence Bulstrode - 30.05.2024 – Basilius? Byłoby dobrze, gdybyś wstał i zjadł kolację – powiedziała Florence Bulstrode, opierając się o framugę drzwi pokoju, w którym na kanapie usnął Prewett. Jeszcze wczoraj jej kuzyn upierał się, że wcale nie potrzebuje odpoczynku i tylko upór Florence sprawił, że zgodził się pojechać z nią do domku letniskowego państwa Bulstrode – który matka Florence kiedyś wygrała w karty. Nie przeszkodziło mu to jednak usiąść „tylko na chwileczkę” i przespać kolejnych trzech godzin. Podobno to Florence była pracoholiczką. I rzeczywiście, zawsze była w pracy pół godziny wcześniej i praktycznie zawsze wychodziła pół godziny później. Po godzinach chętnie się dokształcała, brała czasem prywatne zlecenia, szukała i poza szpitalem sposobu na przełamanie kilku paskudnych przekleństw. Ale jednocześnie, umiała odpocząć. Wyjść do kawiarni, usiąść z książką, przyjechać tutaj, umówić się z matką na herbatę albo ze znajomym na kolację. Miała wrażenie, że Basilius tej umiejętności znalezienia równowagi nie posiadał. Wybrała domek rodziców, bo tu nikt im nie będzie przeszkadzał i mogli wyjść na zewnątrz, do zadbanego ogródka. Niezbyt ciągnęło ją do jakichś hoteli albo na łono bardziej dzikiej przyrody. Dałaby mu może spać, ale dochodziła dopiero dziewiętnasta i po pierwsze, uważała, że powinien coś zjeść, po drugie, gdyby spał dalej, istniała spora szansa, że obudzi się w środku nocy. Jako uzdrowiciele i tak mieli dość rozregulowany rytm doby, bo dyżury często były długie albo nocne, chociaż na urlopie więc dobrze było wystawić Basiliusa na słoneczne światło. – Zrobiłam sałatkę i mamy smażone kolby kukurydzy. Nic wielkiego. Skrzat, który tu mieszkał, był stary i chociaż utrzymywał domek w porządku, uznała, że kolację może przygotować sama, ale nie umiała tworzyć wymyślnych dań. W sam raz jednak, aby zjeść lekkie danie na wieczór na tarasie. Odruchowo poprawiła spódnicę. Z racji urlopu wyjątkowo pozwoliła kasztanowym włosom opaść na ramiona, nie zaczesując je w warkocz ani kok, a strój jak na siebie miała dość niedbały. RE: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Basilius Prewett - 30.05.2024 Basilius naprawdę nie uważał, że aż tak potrzebował odpoczynku. Czuł się przecież całkiem dobrze, nawet jeśli od jakiegoś czasu, miał wrażenie, że męczył się jeszcze szybciej niż zwykle, ale przecież i tak zaraz szykował mu się dłuższy urlop. I to nie tak, że nie starał się znaleźć zdrowego balansu pomiedzy czasem dla siebie i czasem dla pracy. Starał się. Naprawdę. Po prostu teraz z wizytami domowymi miał więcej obowiązków, a chociaż czas na odpoczynek, który sobie robił zdecydowanie wystarczyłby zdrowej osobie, to on przecież do końca zdrowy nie był i to był ten problem, który czasem ciężko mu było zaakceptować. Był przekonany, że gdyby chciał i ograniczył czas przebywania w kasynach, to czułby się lepiej (a i pieniędzy pewnie miałby więcej) tylko no... Nie chciał. Wynikiem uporu Prewetta było więc to, że usiadł dzisiaj na kanapie, powiedział kuzynce, że zaraz wstanie tylko skończy herbatę i zasnął na trzy godziny. Trzy godziny, podczas których śniło mu się, że siedzi w Mungu, ale zamiast pacjentów przychodzą do niego kruki i wrony w garniturach. I że wszyscy pracownicy również byli antropomorficznymi ptakami. I że jeden kruk skarży się, że odpada mu skrzydło, ale za każdym razem, gdy już mu odpadło to na jego miejsce wyrastało kolejne. I kolejne. I kolejne. Całą podłogę miał w skrzydłach. Aż wreszcie do jego gabinetu wpadła wronia wersja Oktawiana, by chwycić te wszystkie odpadnięte pióra I zatańczyć z nimi jakiś dziwny taniec tylko po to, by zaraz zemdleć. I kiedy myślał już, że wszystko się uspokoiło i dziwniej nie będzie, bo wroni Oktawian łaskawie podniósł się i wyszedł, nagle obok niego pojawiła się Florence. To znaczy krucza wersja jego kuzynki, ubrana w szatę magimedyka, ze wszystkimi czarnymi piórami ładnie ułożonymi, by oznajmić mu, że powinien zjeść kolację. – Nie śpię – wymamrotał nader energicznie, podrywając się nagle do siadu na kanapie. Chyba nawet pamiętał, jak w pewnym momencie obudził się na chwilę w pozycji siedzącej i uznał, że się położy, przykryje kocem izamknie oczy tylko na kolejną chwilę. – Nie spałem. Wzrokiem człowieka, który zdecydowanie przed chwilą spał spojrzał na swój zegarek. Oj... Chyba jednak spał. Przejechał dłonią po twarzy i już nieco bardziej rozbudzony spojrzał na swoją kuzynkę. – Cholera, przepraszam. Mogłaś mnie obudzić – Nawet nie wiedział, jak bardzo był zmęczony dopóki nie usiadł na tej przeklętej kanapie. – Kukurydza i sałatka brzmią świetnie dziękuję. Przeczesał palcami teraz rozczochrane włosy i rozejrzał się po pokoju, aż wreszcie jego wzrok padł na kubek z niemal wypitą herbatą. Kubek, z którego patrzyły na niego namalowane kruki i wrony. – Flo, czy to na pewno była zwykłą herbata? Miałem jakieś strasznie dziwne sny. Byłaś krukiem. RE: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Florence Bulstrode - 31.05.2024 – Oczywiście, że nie – zapewniła Florence, chociaż spojrzenie, jakie posłała Basiliusowi wręcz krzyczało, że doskonale wie, że spał, choćby dlatego, że nawet zdarzyło się mu raz czy dwa zachrapać. – Przyjechaliśmy tutaj wypocząć, mój drogi. Wyspanie się to bardzo istotna część wypoczynku – powiedziała tonem, którego Prewett zapewne również regularnie używał, wobec pacjentów, ale też okazyjnie rodziny i znajomych, kiedy uważał, że za mało o siebie dbają. – Mamy też wino jagodowe – dorzuciła, a potem jej brwi powędrowały w górę, kiedy Basilius dopytał, czy to na pewno była zwykła herbata. – To zwykła, zielona herbata. Chyba nie sugerujesz, że dodałam ci do niej środka nasennego? Inna sprawa, że chociaż tego nie zrobiła, zapewne mogłaby dodać parę kropel eliksiru na sen do herbatki braci albo któregoś z kuzynów, gdyby uznała, że za bardzo się przemęczają. Do tej pory jednak nie musiała, chociaż w przypadku Basiliusa miała ochotę to zrobić przynajmniej dwa czy trzy razy. Zaraz jednak kąciki jej ust uniosły się nieco, kiedy wspomniał, że była krukiem. – Przecież jestem? – powiedziała, bo chociaż Hogwart opuścili już dawno temu, a dawne podziały szkolne zatarły się do pewnego stopnia, to w świecie czarodziejów przydział do Domu miał ogromne znaczenie. Często warunkował szkolne przyjaźnie, a te ze względu na odłączenie od rodzin i spędzanie ze sobą tyle czasu, nieraz przekładały się i na dorosłe życie. Do pewnego stopnia wyznaczał ścieżkę i – czy to dobrze, czy źle – szufladkował. Była Krukonką w Hogwarcie i w duchu do pewnego stopnia nią pozostała. – Wiesz, kiedy zakładałeś Tiarę, byłam bardzo ciekawa, czy zostaniesz Krukiem, czy Wężem. Chyba trochę mnie zdziwiło, że ostatecznie padło na to pierwsze – wyznała, zanim cofnęła się i ruszyła na werandę. Stolik tam skrzat udekorował w barwach kojarzących się z Lammas, a przynajmniej Florence na myśl przyszło święto żniw, kiedy spojrzała na złociste, żółte, pomarańczowe i miedziane dekoracje i roślinki. Ponieważ miała nerwicę natręctw, wybrała naczynia pasujące do tego wszystkiego. Och i być może celowo zrobiła prażoną kukurydzę i do sałatki też włożyła dużo pomarańczowych i żółtych warzyw, tak żeby wszystko ze sobą współgrało… Lammas. Miała niedobre przeczucia na ten temat, ale nie chciała o tym myśleć ani wspominać Basiliusowi. Przybyli tu w końcu by odpocząć, a ona miała nadzieję, że tym razem nie jest to myśl tkwiąca w głowie jasnowidza, a po prostu niepokój kogoś, kto brał udział w Beltane i słyszał o dziwnych wydarzeniach, do których doszło podczas Lithy. Niewielki ogród, widoczny z werandy, w którym rosło kilka drzew owocowych i stały drewniane ławeczki, zaczynał tonąć w wieczornej, sinej mgle. Temperatura powoli spadała, ale na szczęście wciąż było na tyle ciepło, by mogli bez przeszkód zjeść kolację na świeżym powietrzu. RE: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Basilius Prewett - 03.06.2024 – Hm... Wyspanie się. Brzmi miło. A co to? – spytał nieco żartobliwie, chociaż czasami miał wrażenie, że nie ważne ile by nie spał, to jego organizm niemal nigdy nie pozwalał mu być całkowicie wyspanym. Prawie zawsze musiał odczuwać chociaż niewielkie zmęczenie. A może niekiedy po prostu mu się już wydawało, że jest zmęczony? Ciężko było powiedzieć. – Świetnie. Idealne na tę porę roku – stwierdził, słysząc co mieli do picia, jednocześnie energicznie wstając z kanapy, tak by pokazać, że czuł się świetnie. Czuł się, jakby dalej mógł iść spać, ale zdecydowanie miał więcej energii, niż te nieszczęsne trzy godziny wcześniej. Spojrzał na kuzynkę nieco podejrzliwie. – Wcześniej tak nie myślałem. Ale teraz nie wiem, czy jestem tego taki pewny. Tak naprawdę to nie zakładał, że kuzynka by go uśpiła. Czy byłaby do tego zdolna? Być może. Tak. Pod tym względem akurat dużo się nie różnili, ale przypuszczał, że nigdy jeszcze nie zmartwił Florence do tego stopnia, by musiała sięgnąć po tak drastyczne środki. – Ale nie takim krukiem – powiedział, próbując na szybko ogarnąć palcami zmierzwione włosy, tak by na jego głowie nie było kłującego go w oczy nieładu. – Tylko takim... Prawdziwyn, nie, nie prawdziwym. Antropomorficznymi. A Octavian był wroną. I tańczył. Najgorsze, że teraz gdy już się obudził, poszczególne elementy snu zaczęły zanikać, a całość z każdą chwilą miala coraz mniej sensu. – Naprawdę? Dlaczego?– spytał zaciekawiony, gdy ruszyli na werandę. Uśmiechnął się widząc tak pasujące do siebie kolorystycznie dekoracje. Może oboje z Florence byli nieco walnięci na punkcie tego, aby wszystko było równo i do siebie pasowało, ale przynajmniej dzięki temu żadne nie działało sobie na nerwy w tym aspekcie. – Wiesz. Wahała się. I byłem wtedy zły, że mnie tam przydzieliła. Nie dlatego, że nie chciałem tam być, chciałem, ale jeszcze bardziej chciałem zrobić na złość ojcu. – A jego ojciec, dumny Krukon, chciał by jego dzieci poszły w jego ślady. Zmarszczył brwi. – Ale chyba wyszło lepiej. Wyobrażasz sobie spać siedem lat gdzieś, gdzie nie ma normalnych okien? I pewnie jest cały czas wilgotno? – Oderwał na chwilę zamyślone spojrzenie od dekoracji i skierował je na kuzynkę. – A ty? Jak z tobą było? Teraz to, że Florence była w Ravenclawie wydawało mu się oczywiste. Ale w sumie... Miała też kilka cech pasujących do innych domów. RE: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Florence Bulstrode - 03.06.2024 - Prawdopodobnie dokładnie to, co zalecasz Brygadzistom i aurorom, kiedy trafiają na nasz oddział z urazami - odparła Florence gładko, bo przedstawiciele Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów trafiali do nich wyjątkowo często. - Zwłaszcza tym, którzy jak mój najmłodszy brat przekonują, że zupełnie nic im nie jest i mogą natychmiast wyjść ze szpitala. Nie wszyscy funkcjonariusze mieli coś takie w zwyczaju, ale Bulstrode napotkała takich przynajmniej kilku, z Atreusem na czele. – Jestem córką byłego aurora. Chyba nie sądzisz, że do czegoś się przyznam dobrowolnie? - powiedziała, chociaż Prewett miał rację. Gdyby uznała to za absolutnie konieczne, dosypałaby mu tych środków do herbatki, na razie jednak nie zmartwił jej do tego stopnia. Według jej fachowej oceny na razie wystarczyło zaprosić go do domku rodziców i posadzić na kanapie, bez uciekania się do bardziej drastycznych metod. Być może jednak powinna po nie sięgnąć, skoro Basilius śnił o tańczących krukach i wronach. - Muszę przyznać, że tańczący Octavian jest czymś, co zaskakuje mnie nawet w twoich snach. Octavian wydawał się jej młodzieńcem, który bardzo pragnął… uznania. Pracował jako pełnoprawny uzdrowiciel stosunkowo od niedawna i Florence wciąż podejrzewała, że zapuszczał tę absolutnie nieestetyczną i nie pasującą do niego brodę tylko po to, by poważniej wyglądać. Prawdopodobnie uznałby taniec za nielicujący z godnością uzdrowiciela. Zwłaszcza taniec pod postacią wrony. – Bo byłeś sprytny i zawsze doskonale umiałeś kłamać – przyznała wprost, siadając za stołem i zabierając się za swoją porcję sałatki. – Przebywanie z tobą było bardzo pomocne w radzeniu sobie później z Laurentem i Atreusem – dodała, unosząc na niego spojrzenie i obdarzając go lekkim uśmiechem. – Poza tym nasza rodzina dzieli się między te dwa Domy niemal po równo. Ona i kuzynka Pandora trafiły razem do Ravenclawu, a ledwie rok później Orion został Krukonem, Vincent zaś – typowy Prewett, niby „wuj”, a w istocie traktowany przez nią jak młodszy brat – Ślizgonem. Dwa lata później Basilius został Krukonem, by w kolejnych latach Tiara wykrzyczała „Slytherin” najpierw dla Laurenta, a później dla Atreusa. Ostatecznie jednak chyba w przypadku Basiliusa był to dobry wybór. Ich ślizgońscy krewni to byli ci bardziej narwani i jednocześnie jakby bardziej niepewni, w jaką stronę podążyć. – Ledwo Tiara dotknęła mojej głowy, a wybrała Ravenclaw. Myślę, że nie pasowałabym do innego Domu. Gryfoni zawsze zdawali mi się zbyt głośni, Puchoni nazbyt mili, a Ślizgoni za bardzo chcieli pokazać innym, że są lepsi. Poza tym faktycznie brakowałoby mi okien. Oczywiście, Krukoni też mieli swoje wady, a Florence była ich uosobieniem, zwłaszcza w czasach szkolnych: trochę nazbyt z nosem w książkach, chłodna w swojej logice, i mająca mało tolerancji dla niektórych zachowań. – Znasz może Philipa Notta? – spytała nagle, ni z tego ni z owego. RE: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Basilius Prewett - 03.06.2024 – Tacy są najgorsi– stwierdził gdzieś na pograniczu rozbawienia i irytacji, bo chociaż sam może i nie raz gadał, że czuł się lepiej, niż w rzeczywistości się czuł, to jakby już mu przyszło wylądować w szpitalu, to grzecznie by tam leżał, aż inni uzdrowiciele powiedzieliby mu, że może wyjść. Głównie ze względu na zdrowy rozsądek, ale też dlatego, że jednak głupio by mu było wyjść na idiotę przed kolegami i koleżankami z pracy. No i chyba za bardzo bałby się reakcji Florence. Na słowa o córce byłego aurora jedynie pokręcił głową, mrucząc pod nosem coś w stylu co za rodzina. – Tak, myślę, że ten Octavian zaniepokoił mnie najbardziej. Ale przynajmniej jako ptak nie miał tej swojej brody, więc to był chyba całkiem miły sen. I nie mówił o gniciu.– Octavian... Skłamałby, gdyby powiedział, że nie miał nic wspólnego, nawet jeśli niecelowo, z obsesją młodego uzdrowiciela na punkcie tego, by zachowywać się poważniej. Obecnie magimedyk był w takim stanie, że Basilius nie zdziwiłby się, gdyby pod ich służbowymi szatami nosił garnitur. No i za każdym razem, gdy widział Prewetta musiał wspominać o tym, jak to sobie świetnie radzi z przypadkami gnicia. Ale był zdolny, to trzeba było mu przyznać. Basilius śladem za kuzynką usiadł przy stole i nałożył sobie jedzenie na talerz. Dekoracje w kolorach złota, żółci, pomarańczu i miedzi... Kukurydza. Ciężko było nie myśleć o zbliżającym się Lammas. Basilius trochę nie był pewny, czy organizowanie czegokolwiek większego było dobrym pomysłem po wydarzeniach na Beltane, ale ludzie chyba potrzebowali zabawy. Prawdę mówiąc sam nie był nigdy szczególnie przywiązany do tego święta, chociaż od momentu podjęcia pracy w Mungu wszystkie święta kojarzyły mu się coraz bardziej z większą ilością przypadków spowodowaną rodzinnymi spotkaniami, ale zamierzał wybrać się pierwszego sierpnia na Pokątną. Niech tylko Matka pilnuje wszystkiego, by nie zrobiło się za bardzo chaotyczne lub niebezpiecznie. – Kłamać? Ja? – spytał wyrywając się z zamyślenia. – Nie wiem o co ci chodzi. Brzydzę się kłamstwem – skłamał, nawet nie próbując nabrać kuzynki, że jest inaczej. Wątpił, czy byłoby to w ogóle możliwe. – Wiesz, jeśli chodzi o szeroko rozumiane radzenie sobie z tą dwójką to zawsze możesz na mnie liczyć. – Uśmiechnął się. Florence rzeczywiście miała rację. Prewettowie wydawali się dzielić jedynie na dwa kolory, sam z bratem był tego najlepszym przykładem. Paradoksalnie tak ja on na początku przeżywał, że został Krukonem, tak Icarus przeżywał, że nim nie został. – Hm... Chyba bałbym się świata, w którym trafiłabym do Slytherinu, Flo – zażartował i nabrał na widelec trochę sałatki, tylko po to, by za chwilę spojrzeć ze zdziwieniem na Bulstrode. – Tego ścigającego? – Zmarszczył brwi. – Albo szukającego. Pałkarza? W każdym razie gra w Quidditcha, nie? Co z nim? – Quidditch był naprawdę jedną z tych rzeczy, które nie mogły bardziej nie obchodzić Prewetta. RE: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Florence Bulstrode - 03.06.2024 – Pijani pacjenci są chyba jednak gorsi – stwierdziła Florence, bo ostatecznie ci upierający się, że nic im nie jest, bardzo Bulstrode irytowali, ale zwykle robili krzywdę głównie sobie. Za to pijani nie tylko nie współpracowali, ale bywali też agresywni i przeszkadzali zarówno uzdrowicielom, jak i innym pacjentom. – Też zauważyłeś, że zdaje się mieć dziwne upodobanie do takich przypadków? – spytała, obrzucając Basiliusa bacznym spojrzeniem znad swojego talerza z sałatką i kubka wina jagodowego. – Zastanawiałam się, czy przypadkiem nie pisze pracy naukowej na ten temat. Nie mogła go potępiać. Ją ostatnio pochłaniały sprawa Zimnych oraz klątwy żywiołów, dlaczego więc ktoś nie mógłby szukać najskuteczniejszych i najszybszych sposobów na leczenie wywołanego magią i innymi substancjami gnicia? Wydawało się to Florence może odrobinę dziwne, ale uzdrowiciele mieli przeróżne specjalizacje. Bulstrode też martwiła się tym jarmarkiem. Organizowano go w magicznym Londynie, bezpieczeństwo w teorii powinno więc być o wiele lepsze, ale jednocześnie drobny incydent wystarczyłby, aby wzbudzić panikę i ludzie zaczęli się tratować. Jednak… myśląc o tym świecie żniw Florence miała niedobre przeczucie, że być może to ostatnie takie Lammas: że już wkrótce sabaty nie będą organizowane, bo walka, która w Beltane zamieniła się w wojnę, eskaluje. Dźgnęła groszek z niepasującą dla niej zaciekłością. Florence miała spokojną naturę, ale naprawdę ciężko było nie martwić się, gdy w kraju i w rodzinie działy się takie rzeczy. – Oczywiście, Basiliusie. Kłamstwo nigdy nie skalało twoich ust, nigdy nie dotknąłeś kart i zawsze stosowałeś się do wszystkich zaleceń uzdrowicieli względem ciebie – zapewniła, a potem sięgnęła po różdżkę i skierowała ją na kukurydzę. Smażona kukurydza z masłem była bez wątpienia bardzo smaczna, ale jedzenie tej było nieco… problematyczne. Dla kogoś takiego jak Florence trzymanie kolby w ręku i obgryzanie jej było po prostu nazbyt irytujące. Dłonie mogła brudzić sobie jedynie w pracy. Dlatego teraz za pomocą translokacji odrywała od kolby kolejne ziarna i lewitowała na swój talerz. Zdaniem braci z pewnością właśnie odbierałaby sobie połowę zabawy, ale ich tutaj nie było. – Zdejmowałam z niego kiedyś klątwę. Już wtedy wydał mi się… niezbyt lotny – powiedziała. Florence miewała skłonności do oceniania ludzi nazbyt surowo, więc te słowa nie były zaskoczeniem w jej ustach, za to kolejne już owszem, zwłaszcza że spojrzenie jej stwardniało. – Obecnie uważam go za wroga swojego i naszej rodziny. Nie mogę się wdawać w szczegóły, ale to dobrze, że go nie znasz. Bo skoro spotykał się z Laurentem i kręcił wokół Pandory, Florence nie była pewna, czy i reszta rodziny nie ma z nim czegoś wspólnego. RE: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Basilius Prewett - 04.06.2024 – Zdecydowanie. Ostatnio jedna pijana pacjentka groziła mi, że jeszcze chwila, a zacznie mi grozić, że zabije mnie kwiatkiem. – Na całe szczęście, jak było widać na załączonym obrazku do rękoczynu nie doszło. – A tylko spytałem się, czy piła dzisiaj wodę. Zawód uzdrowiciela wydawał się być czasem niemal stworzony pod Prewetta. Mógł jednocześnie zachowywać pozory poważnego człowieka z odpowiedzialnym zawodem i nie ryzykować nudą i brakiem ryzyka. Idealne połączenie. Spojrzał na atakującą groszek Florence nieco zmartwiony. Może mu się tylko wydawało, ale miał wrażenie, że jego kuzynka, również mogła być ostatnio bardziej zmęczona, niż zwykle, lub przynajmniej miała więcej na głowie. Prychnął rozbawiony na jej kolejne słowa. – Hej, słucham się zaleceń uzdrowicieli. Widziałaś, abym ostatnio omdlewał, jak szalony? Nie, bo jestem posłusznym pacjentem. Mój magimedyk nie narzeka – Za bardzo. Co do reszty oskarżeń nawet nie zamierzał protestować. Nie było sensu. Nie kiedy widziała, jak wyciągał dzisiaj z płaszcza, jedną z dwóch talii kart, które zawsze nosił przy sobie. Śladem za Florence zaczął obierać kolbę kukurydzy przy użyciu zaklęć. Przy innych pewnie po prostu jadłby ją normalnie, by nie wyjść na wariata, ale skoro sama Bulstrode zaczęła, to wolał jednak skorzystać z tej wygodniejszej dla siebie metody. – Zastanawiam się tylko, czy ty też słuchasz się tego co zalecasz innym. Wiesz, że ten urlop na być dla nas obojga, prawda Flo? Nie wiedział co chodziło Florence po głowie, ale chciał by i ona skorzystała z tego wyjazdu. Prawdę mówiąc głównym powodem czemu ostatecznie się na niego zgodził, było to, że dzięki temu i ona będzie mogła uciec na chwilę od chaosu ich pracy. Wroga swojego i swojej rodziny... Basilius, aż zaprzestał odrywania ziaren ze swojej kolby kukurydzy, która opadła nagle na talerz, strącając przy tym na obrus kilka kulek groszku. Prewett zmarszczył brwi i szybko posprzątał "bałagan", przypatrując się jednak uważnie cały czas kuzynce. – Florence – powiedział poważnie. – Co się stało? Czy on coś ci zrobił? Powiedział coś? Co mogło wkurzyć Florence do tego stopnia? RE: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Florence Bulstrode - 04.06.2024 Uśmiechnęła się z odrobiną rozbawienia, chociaż pacjenci grożący nawet takimi głupotami nie byli niczym zabawnym, gdy miałeś z nimi bezpośrednio do czynienia. Dopiero po paru tygodniach człowiek był w stanie docenić humor sytuacji... oczywiście aż do spotkania z kolejnym, pijanym pacjentem. – To zależy, czy uznać tę nie drzemkę za omdlenie – odparła, jedząc kukurydzę, obraną w ten niekonwencjonalny sposób. Ona sama niezbyt przejmowała się, że ktoś mógłby uznać ją za wariatkę: liczyła się w końcu jej własna wygoda. Ale wiedziała też, że Prewett nie będzie narzekał. Pod względem zamiłowania do porządku byli bardzo podobni. – Dbam o to, żeby się wysypiać i zjadam zdrowe posiłki – zapewniła Florence, wskazując przy tym palcem na kukurydzę na własnym talerzu. – Nie biorę wolnego często, ale zdarza mi się gdzieś wybrać. Nawet jeżeli często te wyprawy były podyktowane raczej tym, że uznawała, że potrzebował ich ktoś inny nie ona. Jak wtedy, gdy zabrała tutaj brata czy gdy zgodziła się wybrać z Geraldine do Doliny Godryka. Nie dodała, że ona nie jest chora: że jej serca nie zarastają drobne nitki, że własny organizm nie usiłuje po trochu jej zamordować. Wiedziała, że to byłby cios poniżej pasa i chociaż zawsze odruchowo patrzyła, czy Basilius nie jest zbyt blady, czy nie pochyla się w ten charakterystyczny sposób, czy w jego ruchy nie wkrada się pewna ostrożność, nie strofowała go, nie przypominała, by usiadł, by uważał, by nie ruszał się za wiele. Nie musiała mu przypominać, że jest chory, sam przecież zawsze o tym pamiętał. Szczęście, że był bliższy wiekiem jej i Oriona, spokojnych raczej dzieci, które potrafiły spędzić godzinę przy puzzlach czy nad książkami z obrazkami, niż żywiołowych Laurenta i Atreusa. Ale już powiedzieć: nie przemęczaj się – mogła. Szewc bez butów chodzi, uzdrowiciel zapomina o wypoczynku. Niezależnie od choroby. – Mnie? – zdziwiła się Florence, posyłając mu uśmiech, który nie sięgał jasnych oczu. – Mój drogi, gdyby spróbował coś mi powiedzieć, bańka jego ego pękłaby z trzaskiem. Choć może go przeceniam, musiałby najpierw zrozumieć, co właśnie powiedziałam. Ale usłyszałam o nim parę nieprzychylnych słów. Jak smakuje ci kukurydza? – spytała, płynnie zmieniając temat, bo nie mogła ujawnić kuzynowi, co powiedziano jej w zaufaniu… …a pewne rzeczy miał dopiero ujrzeć w przyszłości. RE: [30.07.72, wieczór] Uzdrowiciele na wakacjach - Basilius Prewett - 05.06.2024 – To zdecydowanie była jedynie niedrzemka – zapewnił ją, nabierając na widelec obraną kukurydzę. Chociaż dopuszczał do siebie możliwość, że kiedyś musiałby okłamać Florence na ten temat, to Basilius jednak nie był głupi i powiedziałby kuzynce wprost gdyby jakkolwiek zasłabł. Prewett mimo wszystko wolał umrzeć dopiero za wiele wiele lat i to w mniej idiotyczny sposób, niż Nie powiedział uzdrowicielce obok niego, że źle się czuje, zamiast dać sobie pomóc. Pokręcił głową. – Nie o to mi chodzi... – zawahał się, nie potrafiąc ubrać w słowa tego, co co chciał powiedzieć. Florence rzeczywiście wyglądała, jak ta wzorowa uzdrowicielka z plakatów zachęcających do podejmowania zawodu magimedyka, która poznała tajemną sztukę wypoczynku. I rzeczywiście wyglądała dobrze. Wyglądała na wypoczętą, a jednak... Jednak na jej własne nieszczęście, Basilius znał ją nie od dzisiaj, prawdopodobnie przy stole, przy którym teraz siedzieli, układali kiedyś razem puzzle jako dzieci, wiedział więc, że coś było nie tak. Pytanie tylko, czy męczyło ją to, co męczyło wszystkich w ostatnich latach, zwłaszcza po wydarzeniach na Beltane, czy chodziło o coś innego? – Mam wrażenie, że ostatnio strasznie czymś się martwisz, Flo – powiedział w końcu, na chwilę odrywając spojrzenie od kuzynki, by utkwić wzrok w wiejskim krajobrazie. Pogoda, najwyraźniej nie chciała uszanować ich potrzeby, by wszystko kolorystycznie się zgadzało, bo zamiast złocistego zachodu słońca, uraczyła ich gęstą, angielską mgłą, przez którą jedynie nieudolnie próbowały się przebić ostatnie, różowe promienie słońca. – Wiesz, urlop nie pomoże, jeśli zabierzesz na niego swój stres Coś o tym wiedział. Zarówno jako uzdrowiciel, jak i pacjent. Może powinni jej znaleźć hobby, by zajęła głowę jakimś zajęciem, które nie było związane z pracą? Podobno ostatnio coraz modniejsze robiły się antystresowe kolorowanki dla dorosłych... Odwzajemnił uśmiech, wyraźnie uspokojony jej zapewnieniami. – Masz rację. Rozumiem więc, że mam po prostu nie pytać i wpisać go sobie na listę wrogów naszej rodziny? – Mógł to zrobić. Ufał Florence na tyle, by mieć się na baczności przy osobie, o której ona słyszała parę nieprzychylnych słów. Nie informowałaby go przecież o tym beż potrzeby. – Hm... Jakby to powiedzieć – Jedną z części przygotowanej przez skrzata stołowej dekoracji, były wetknięte do wazonu łupiny kolby kukurydzy o słomianym kolorze. Prewett wziął teraz jedną z nich do ręki i zaczął się nią bawić. – Nie mów tego ciotce, ale robisz zdecydowanje lepszą kukurydzę, niż twoja matka. Łupina wygięła się nieco w jego rękach, gdy Prewett delikatnie nacisnął na jej dwa końce, by nagiąć jej kształt do swojej woli. – Pamiętasz, gdy kiedyś ktoś kazał nam robić te paskudne lalki na Lammas? – To chyba była jego matka, próbującą przekonać syna, że robienie lalek z łupin po kukurydzy było znacznie fajniejsze, niż dołączenie do biegających kuzynów. Nie było. – Właśnie. W sumie miałem ci to powiedzieć wcześniej. – Ale zasnąłem. – Nie zdziw się, gdy nie będzie mnie w kraju przez kilka dni na jesieni. Najwyraźniej jadę do Kambodży. |