Secrets of London
[19.08.1971r.] Psie smutki - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [19.08.1971r.] Psie smutki (/showthread.php?tid=3384)



[19.08.1971r.] Psie smutki - Neil Enfer - 05.06.2024

SUMA: Most Overtoun

Środek lata powinien być gorący, upalny, pełen słońca. Ulice powinny parzyć przez buty pomimo tego, że niebo już pociemniało, w końcu dzień nie mógł trwać wiecznie. Sen był potrzebny do regeneracji. Dokładnie tak! Ehhh, potrzebował go dużo ostatnio, a nie miał kiedy go złapać, ale tak porządnie od wieczora do samego rana, łapał jakieś strzępki i nic więcej. Kiedyś się wyśpi, po całości, na razie nie ma co. Dopóki nie przeszkadza mu to w pracy, nie zasypia na zmianach, rozróżnia ceny i alkohole, widzi dobrze na oczy... Widzi dobrze na oczy?
Zmrużył powieki idąc w kierunku jednego z wielu mostów. Cóż to tam było? Śmietnik? Kamień? Pewnie jakiś znacznik czy inny zwykły słup. Westchnął ciężko i wzruszył sam do siebie ramionami. Może jednak nie widzi aż tak dobrze na oczy, jak mu się wydaje. Może jednak sen by mu się przydał. Oj bardzo by mu się przydał. Szalenie tęsknił za poduszką i ciepłą kołdrą. Tęsknił za przyjemnością zimy, za powrotem do domu, wychłodzonego, bo nikt w piecu nie napalił, gdzie jedynym źródłem ciepła był pies od sąsiada czy koń.
Nieznany kształt zaczął jednak nagle szczekać, aż czarodziej się wzdrygnął, co poskutkowało wykręceniem się kostki na krawężniku i zaryciem kolanami o chodnik.
- Cholero małaaa. - zajęczał, podnosząc wzrok, ni to zły na siebie ni to na psa. Nie no na psa nie byłby zły, jak mógłby być, on tylko szczeknął, a to, że go nie rozpoznał, to akurat nie jest niczyja wina. Wybaczone więc i zapomniane. Pytanie czemu pies siedział na moście i szczekał.
Przednie łapki zwierzaka stały niebezpiecznie na krawędzi, tylne łapki z podkulonym między nimi ogonem podeszły bliżej. O nie! Wilkołak, zerwał się z ziemi i ruszył biegiem do psa. Nie widział, że się most kończy? Widział, więc dlaczego?

[roll=Z]

Dopadł do psa w ostatniej sekundzie, chwycił go za tylną łapę, przez co zwierzak zaskowyczał, szarpnął się i wbił silnie zęby w rękę czarodzieja wyginając się w nienaturalny sposób. Choć udało mu się go złapać, po ugryzieniu natychmiast puścił psa, szczególnie, że zobaczył, że do ziemi z mostu był kawałek, a ciężar psa coraz bardziej przeważał. Co jak co, ale spadanie mu się nie śniło. Kundel poleciał w mgłę i wpadł w wodę z chlupotem gryzącym uszy w ten dziwny wieczór, niezakłócany innymi dźwiękami. Chociaż o tyle dobrze, że Neil mniej więcej widział gdzie pies spadł. Woda była głęboka? Płynie szybko? Czy może rozbił się na kamieniach?
Zaklął znów pod nosem i poleciał na koniec mostu, szukając względnie bezpiecznego zejścia na dół.

[roll=Z]

Na razie los był po jego stronie, ciekawe kiedy się wszystko zmieni. Udało mu się nie potknąć o korzenie, nie poranić o wystające mocno, ostre kamienie, nawet o bluszcz się nie zaplątał, albo zaplątał tylko nie zauważył, bo ten ustąpił witkami pod mocnym szarpnięciem. Tak czy inaczej zeskoczył z kamienia prosto na brzeg rzeki. Rozejrzał się spanikowany. No i gdzie ten kundel? Normalnie nie powinno mu aż tak zależeć na obcym zwierzaku, ale nie mógł go od tak zostawić. Przecież on już najpewniej nie żył, połamany, utopiony, uderzył o coś głową jak nic, przecież głową w dół spadał. A co jeśli jednak żyje, co jeśli umiera, ale jeszcze żyje? Czy nie byłoby etycznym odnaleźć go i towarzyszyć przy ostatnich oddechach, albo chociaż skrócić jego cierpienie? Najpierw to musi w ogóle tego psa znaleźć.
- PIES! - krzyknął ile miał sił w płucach, zagwizdał pokracznie i fałszująco, co za pierwszym razem z resztą nie wyszło, dopiero drugie zagwizdanie wyszło jako tako. Przesuwał spojrzeniem po ruszającej się bezustannie tafli płynącej wody. Jednocześnie ruszył w kierunkiem jej płynięcia. Może pies został porwany przez nurt, prawdopodobnie tak. Rozglądał się i dalej nawoływał, licząc, że odnajdzie zwierzaka.

[roll=O]

Nagle, w końcu, nareszcie, przez mgłę i w chlupoczącej wariacko wodzie, dostrzegł kształt zbyt mocno niepasujący do otoczenia. Mokry, gładki i przede wszystkim zbyt okrągły w porównaniu do kanciastych, porośniętych mchem i pokrytych glonami skał i kamieni.
- Pies! - rzucił głośno, zdecydowanie bardziej entuzjastycznie i z mniejszym strachem niż wcześniej. Znalazł go! Ha! Sokole oko to on jednak ma, matka mu zawsze mówiła, że detale to jego przeznaczenie, małe, drobne rzeczy, a nie wielkie czyny! Lecąc za płynącym psiakiem, rzucił torbę w krzaki, kilka metrów później udało mu się zrzucić kurtkę jaka spadła na jakąś gałąź. Nie oglądał się za siebie, gdzie rzuca rzeczy. Przez krótką sekundę rozważył czy może powinien zdjąć też i buty, bo żal ich mu było, ale zdecydowanie bardziej żal było mu własnych stóp, które mogłyby napotkać pod wodą na różne paskudztwa pokroju połamanych gałęzi, szkła czy kamieni, a może i jakaś pirania by się trafiła zagubiona, bo nigdy nie wiadomo, ludzie różne zwierzęta hodują i jeszcze różniejsze zwierzęta wyrzucają w dzicz, jak im się znudzą. Nie to, ze się bał ryb, ale taka pirania nosi w sobie całe stado chorób. Oj nie da się nabrać. Zostawił więc buty i wparadował w wodę, jak dzik w krzaki malin pod którymi zobaczył pyszniutkie trufle. Woda okazała się być głębsza niż myślał w jednym miejscu i dużo płytsza w kolejnym. Uderzył kolanem o kamień, później stracił grunt, mocząc się po ramiona. jest lato do cholery, to powinno wyschnąć, chociaż jak ma wyschnąć, jak w tym kraju co chwila pada! Przeklęta Anglia, zaraz, to nie jest Anglia? Czy jest? Nieważne co to jest, ważne, że on jest w wodzie tutaj, a pies jest tam. Zaczął z zapałem wiosłować rękoma, machać nogami, odpychając się od dna jeśli jakiś jego kawałek trafił mu się pod butem. No jeszcze chwila, jeszcze kawałek.

[roll=Z]

Było ciężko, fale nie chciały współpracować, ale jeszcze jedno, dwa machnięcia rękoma, jeszcze jedno, dwa odepchnięcia się nogą i TAK! Miał to! Złapał psa! Lepiej by  było, jakby go złapał za nogę, kark czy ogólnie za cokolwiek innego niż końcówkę śliskiego ogona, ale hej, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma, prawda? No więc lubił to co miał. Trzymał się tego ogona, jak dziecko matczynej sukienki kiedy oddawała bąbelka do przedszkola po raz pierwszy. Kolejne dni będą coraz łatwiejsze, pani zobaczy, wracać do domu nie będzie chciało. No nie bardzo. Pies też nie chciał wracać do domu. Ogon zaczął mu się wyślizgiwać. Do akcji weszła druga ręka, chwytając ogon nieco dalej końca, później znów poprawił chwyt łapiąc jeszcze bliżej nasady. Zaraz da radę go objąć i złapać mocniej.

[roll=Z]

Uderzenie o skałę skutecznie wybiło go z rytmu łapania psa bliżej tyłka. Znów w dłoni miał jedynie końcówkę ogona, nadal się jej trzymając. Może tracić postępy, ale nie pozwoli, aby pies całkowicie mu uciekł z chwytu, chciałby, oj chciałby. Niezły z niego hycel, problem w tym, że już teraz zauważył, ze pies średnio z nim walczył. Jak wcześniej jeszcze się odgryzł na tyle mocno, że teraz dłoń krwawiła, jak prosiak, nie dosyć, że mięśnie pracowały, to woda jeszcze wszystko rozcieńczała, tak teraz pies nawet na niego nie spojrzał, nawet nie zaskomlał. Nie żyje? Czy warto więc było go ratować? Czy był w tym sens? Sam walczy o przetrwanie na tym etapie, ale nie chciał się poddawać, jeszcze nie teraz, jeszcze chwilę powalczy, dopóki chłodna woda i pobijane nogi nie każą mu się poddać. Znów uniósł wzrok, szukając dookoła siebie czegoś co mogłoby im pomóc.

[roll=O]

Aż zaśmiał się głośno sam do siebie, kiedy spojrzenie wyłapało lekki łuk po jakim płynęła rzeka. A każdy łuk oznacza, że siłą rozpędu można całkiem przyjemnie zaczepić się o brzeg. Zacisnął dłoń mocniej na psim ogonie, zamachał rękoma, zamachał nogami, aby podpłynąć bliżej zewnętrznej części łuku i kiedy nadeszła odpowiednia pora, jeszcze raz się zaszamotał, ku jego szczęściu odnajdując pod nogą kamień. Jedno wypchnięcie, dwa zamachania i poczuł, jak kamienie i piach wypłycenia rzeki zadrapał mu nogi. Sapiąc jakby przebiegł maraton wygrzebał się bardziej na brzeg, ciągnąć za sobą psa. Chwycił zwierzaka za kark, walnął nim na ziemię. Kundel się nie ruszał, ani łapą, ani ogonem, ani brzuchem czy żebrami. Jak to szło u ludzi? U zwierząt działa to podobnie, tylko na mniejszą skalę, prawda? Złapał psiaka za mordkę, przystawił usta do jego pyszczka, żeby wepchnąć mu do płuc powietrze, uważając, żeby nie przesadzić. Prosta metoda nie podziałała. Przyłożył dłoń pod jego mostek, chcąc wyłapać czy serce bije, ale ponownie nic nie wyczuł.
- Dawaj, Misiek, dawaj. - zajojczał, uciskając piesełkowi klatkę piersiową na tyle na ile umiał zrobić sensownie przez inny kształt klatki piersiowej psa. Uciski i wdechy, uciski i wdechy.

[roll=PO]

Walczył o życie psiaka, licząc, że wiedza jaką miał na temat ludzi i stworzeń żyjących wystarczy, by odwrócić bieg wydarzeń, zniwelować obrażenia, jakie były widoczne jak na dłoni, a które ignorował mając jeszcze nadzieję. Złamana łapa, pęknięta i wgnieciona czaszka. Udajemy, że tego nie ma tak? Nie mógł jednak tego ignorować w nieskończoność, szczególnie, że starania nie dawały żadnego efektu. Zero ponownego zaskomlenia, zero poruszenia ogonem, zero obejrzenia się z wyrzutem. Nic. Pies leżał i nie żył, a on dalej próbował, dopóki nie zawiał chłodny wiatr i nie poczuł, jak przemoczone ubrania dają paskudne poczucie zimna.
Westchnął ciężko, w końcu się poddając. Klęczał przy psie, z dłońmi na jego głowie, głaszcząc go jeszcze chwilę, licząc, że może jakaś magia go przywróci do życia, ale nic takiego się nie stało. Myślenie życzeniowe tutaj nie podziała. Zacisnął usta i wstał powoli. Czuł, że powinien coś zrobić z ciałem, ale dzikie zwierzęta też muszą coś jeść.
- Dobry pies. - pochwalił kundla ostatni raz, z lekkim uśmiechem, bo nie można być smutnym przed psem, one za łatwo wyłapują emocje, a nie chciał, żeby ten tu na wieki był smutny. Z oporem odwrócił się i ruszył brzegiem rzeki w kierunku mostu, licząc, że jakimś cudem odnajdzie swoje rzeczy porzucone w trakcie biegu.

Koniec sesji