![]() |
|
[wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot (/showthread.php?tid=3385) Strony:
1
2
|
[wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Laurent Prewett - 05.06.2024 This is the story that time forgot And though some names have changed Some names, some names have not Było kilka minut po dwudziestej, kiedy drzwi Czarnej Latarni otworzyły się i wszedł do niej wysoki, chudy mężczyzna. Nie pasował tutaj. Nawet ubranie czerni nie było w stanie skryć anielskiego lica, platynowych kosmyków i oczy mieniących się jak fale na lazurowych wybrzeżach Kostaryki. Spojrzenie miał poważne, stał wyprostowany, jakby wcale nie dostrzegał tego, że kilka par oczu zwróciło się w jego kierunku - niektóre z pogardą, inne z ciekawością, jeszcze inne z niepoprawnością myśli, jakie mogły się lęgnąć w głowie, a pewnie pod czaszką większości i tak lęgło się to samo pytanie: 'co on tutaj robi' tylko w różnych wydaniach. Nie było chętnego zaptyać. Twarz obracały się do swoich zajęć, ludzie chowali się w swoich własnych sprawach. W tym przydymionym pomieszczeniu, w którym rządził półmrok, a barmanka właśnie zagadywała kilku klientów snujących swoje opowieści. Mijała tych, którzy chcieli tylko pić w samotności. Kwaśny zapach alkoholu mieszał się z tytoniem i już na wejściu Laurentowi zrobiło się niedobrze, ale intensywność tego zapachu nie była odurzająca jak w większości podrzędnych lokali. Panował tutaj względny porządek, tak na pierwszy rzut oka. Utrzymany w czymś, co miało nawiązywać do stylu baroku, tylko nikogo nie było stać na jego wierne odzwierciedlenie, przynajmniej nie straszył obdartymi i obrzyganymi ścianami. Rządziła tu na ścianach czerń, beż i coś, co chyba miało być złotem, ale umówmy się - kogo byłoby na to stać? Zamiast eleganckich, pięknych, rzeźbionych krzeseł były te proste, a ciężkie stoły dawno zapomniały, że miały podążać za stylem, wkładając się misz maszem. Z sufitu zwisały czarne latarenki prawie jak ukradzione ze starych, londyńskich uliczek lata temu, gdy jeszcze latarnik musiał ręcznie je zapalać i gasić każdego dnia. Laurent niekoniecznie przyszedł tutaj podziwiać styl wnętrz. Szukał wzrokiem tylko jednej osoby... Siedział w kącie, pod oknem, paląc fajkę. Ich spojrzenia napotkały się na tym samym torze. Laurent ruszył się, ubrany w skórzane spodnie, w czarnej koszuli z rozpiętymi dwoma guziczkami pod szyją i wyjątkowo nieprzystrojony w biżuterię, co samo w sobie rzucało się w oczy ludziom, którzy go znali. Z torbą w ręku, którą rzucił z pogardą pod nogi Kierana. - Dobry wieczór, panie Avery. - Nie czekał nawet na zaproszenie - sam usiadł na wolnym krześle, zakładając nogę na nogę. - Urocze miejsce na randkę. Będę musiał zapisać w pamięci. - Nawet nie próbował ukryć niechęci w swoim głosie. RE: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Morrigan - 05.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] Siedział skryty w półmroku, z dala od bujającej się, płonącej latarenki, która dawała światło w tej… knajpie? Może spelunie jednak bardziej, biorąc pod uwagę lokalizację, ale nie była to mordownia, tylko… ten lepszego rodzaju lokal. Nadal kręciły się tu mątwy, margines społeczeństwa, albo ludzie, którym ewidentnie brakowało w życiu adrenaliny. Blondynek, który pojawił się w wejściu rzeczywiście tutaj nie pasował i mógł poczuć na sobie różne spojrzenia… nim nie wróciły do swoich zajęć. Ale czy na pewno ktoś nie zerkał w jego stronę, gdy zbliżał się do rogu sali? Tam, gdzie bezceremonialnie opadł na krzesło – to musiał jednak najpierw odsunąć, co sprawiło, że położone na nim nogi siedzącego pod ścianą mężczyzny opadły, krzesło szurnęło odsunięte, a Kieran – czy jakkolwiek miał na imię, uśmiechnął się do Laurenta krzywo. Był to bodaj pierwszy uśmiech, jaki mu w ogóle posłał. Szare oczy nadal były jednak zblazowane. Zaraz się za to wyprostował i usiadł… bardziej jak się należało. W stronę rzuconej na podłogę torby nawet nie zerknął. Po prostu siedział wpatrzony w Laurenta, z tym śmieszkiem spod dwudniowego zarostu… Również był ubrany na czarno. Czarne, nieco bardziej obcisłe spodnie, czarna, nieco rozchełstana koszula, trochę biżuterii – srebrne łańcuszki na szyi, kilka kolczyków w uszach, pierścienie na palcach. Był tego wszystkiego pozbawiony, gdy kilka dni wcześniej odwiedzał New Forest. Ale to na pewno był on, to zdecydowanie były te same rysy twarzy. I na pewno te same oczy, które śledziły ruchy Prewetta z uwagą. Nie odpowiedział na przywitanie, ogólnie milczał przez moment i tylko to, że mrugał, świadczyło, że nie był na chwilę ożywioną kukłą, z której uleciało zaklęcie. – Masz ciekawe pojęcie randek – odpowiedział w końcu cicho, odsuwając papierosa od ust, a dym wypuścił wprost na Laurenta. – Ubiór faktycznie jak na randkę. Życie ci niemiłe, cukiereczku? Lubisz kusić los, hm? – bo Laurent ubrał się mimo wszystko bogato, tak jak można było wyjechać ze wsi, ale wieś w nas pozostawała, tak samo było też z bogactwem. A czy Laurent lubił kusić los… Cała historia jego znajomości z Dante i tego problemu, w który wdepnął, mówiły same za siebie. Zamachał dłonią, przywołując do nich barmana. – Wino? Whisky? A może wolisz Pocałunek Dementora? – i bynajmniej nie chodziło o rzeczywistego upiornego stwora, a o popularny drink, dający pijącemu uczucie chłodu. RE: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Laurent Prewett - 05.06.2024 Nie zmieniło się też to, jaki Kieran był przystojny, a w tym stroju, żeby nie powiedzieć niechlujnym, z dodatkiem biżuterii, sam stawał się biżuterią, którą chciało się założyć na palec. Albo może - chciałoby, gdyby nie to, jaki był odpychający przez jedno, malutkie, ale jakże rzeczowe powiązanie. Jakże istotne. Zachowania iście barowe niekoniecznie dziwiły, chociaż pokazywały tylko jakim wspaniałym aktorem był człowiek siedzący przed nim. Teraz przed nim, bo jeszcze przed momentem jego krzesło było zajmowane przez jego buciory. Lepiej było i tak patrzeć na nie, niż na ten uśmieszek, który tylko dodawał oliwy do tego ognia. Jedna kropelka? To przecież mało, zupełne nic. Kiedy ogień jednak płonie każda kropelka mogła spowodować buchnięcie. Jedna kropelka wystarczyła, żeby zapłonęło nawet mokre drewno, które tymi płomieniami wcale nie chciało zostać objęte. Jaki to jednak był ogień? Żałosne, przecież to ledwo jakieś iskierki, które parzyły od spodu w skórę i gotowe były powodować podrygi. Przydałoby się kilka iskier w tych martwych oczach, które napotkał na swojej drodze. Przypominały oczy tych trupów, które nie mogły już wrócić z Perły Morza. Tacy byli właśnie najgorsi - martwi za życia. I tak jak przy ich pierwszym spotkaniu Laurent uśmiechał się do niego ciepło i sam oczami błyszczał, tak teraz miał spojrzenie chłodne, bo zdystansowane. Przecież przyszedł tu na wojnę. Rozgonił z niesmakiem dłonią tytoniowy dym, który został mu puszczony w twarz na moment wstrzymując dech w piersi. Tę pierwszą sekundę, kiedy to najbardziej śmierdziało. Miał taki paskudny nawyk w Rose Noire, że podkradał niektórym gościom fajki, żeby potem doraźnie je palić, szczególnie do alkoholu, albo na zjeździe. Jakoś instynktownie mu się o tym przypomniało w tej brzydko-ładnej knajpie, która nawet nie zaglądała do najgorszych zaułków tej parszywej ulicy. - Nie bądź zazdrosny, z Panią Losu flirtuje na co dzień, teraz jestem cały dla ciebie. - Wykrzywił odrobinkę jeden kącik warg w dół. Pytał, a wiedział. Gdyby Laurent był grzecznym chłopczykiem to przecież nigdy by się tutaj nie spotkali, czyż nie? Prewett potrafili bronić swoją rodzinę nawet na Nokturnie... o ile ta rodzina chciała dać się bronić i nie szukała kłopotów. A on je znalazł, a kiedy pomocy potrzebował... nie potrafił się przyznać do tego, jak bardzo zawiódł. I oto byli - prawie że ramię po ramieniu, a jednak po przeciwnych stronach barykady. - Wino. Jeden dementor przy tym stoliku wystarczy. - Napięcie powoli zaczynało spacerować po jego skórze malutkimi kroczkami. Im dłużej spoglądał w te zimne oczy tym bardziej systematycznie rosło. Bardzo nie chciał opuszczać gardy, a miał to poczucie, że tak jak przy pierwszym spotkaniu, tak i teraz do tego będzie to dążyć. RE: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Morrigan - 06.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] Zasada na Nokturnie była prosta: jeśli wejdziesz między sowy, musisz piszczeć jak i one, w przeciwnym razie zginiesz. Zginiesz marnie, szybko i być może całkowicie boleśnie. Trzeba było się dostosować, a kto lepiej opanował adaptację, jeśli nie ludzie? Jaka była historia Kierana? Kim był i co stało się w jego życiu, że trafił na Nokturn? A może już się tutaj urodził…? Być może Laurent nigdy się tego nie dowie. Ale prawda była taka, że ciemnowłosy mężczyzna musial potrafić kłamać, grać i nie bał się wejść w rolę, albo z niej wyjść… a może nigdy w nią nie wchodził? Albo nigdy nie wyszedł? Może to był cały on – może tak jak Laurent zabawił się by wtopić się w tło rynsztoka, tak Kieran zabawił się, by nie odstawać, gdy pojawił się w New Forest obejrzeć abraksany? Kącik ust drgnął mu nieco bardziej, gdy biedny paniczyk zamachał dłonią, chcąc pozbyć się tego okropnego dymu, ale nie skomentował tego. Zamiast tego wsadził, niemalże ostentacyjnie, papierosa do ust i znowu się zaciągnął. Tym razem jednak wspaniałomyślnie wypuścil dym bokiem ust, w stronę przejścia do stolika, który zajmowali. Poruszył się nieznacznie, siedział na krześle całkowicie rozluźniony, nie było w nim widać napięcia, za to nogą przesunął torbę, która wcześniej Laurent walnął na ziemię. Teraz znajdowała się bardziej pod stołem. Jego dłonie z kolei spoczywały na blacie, nigdzie nie było widać różdżki. – Właśnie widzę. Masz zerowy instynkt samozachowawczy. Wlazłeś na Nokturn i przykuwasz uwagę zbyt wielu oczu, bardziej byś się rzucał w oczy tylko jakbyś wymienił te czarne skóry na białe – ale czyż w bieli skóry Laurent nie wyglądałby jeszcze lepiej? – Masz zbyt drogie i zbyt zadbane ubrania, fryzurę za dobrze ułożoną. To, że nie masz tych świecidełek, którymi tak się obwieszasz to prawdziwy cud i tylko dlatego nikt ci jeszcze nie rozkwasił nosa – zaczął wymieniać, nieco od niechcenia, ale nie dało się zaprzeczyć, że to były bardzo celne uwagi. Niemalże jak dobre rady na przyszłość. Darmowa konsultacja? – Dwa kieliszki Krwistego – mruknął, gdy barmanka się zbliżyła. Zaraz jednak odwróciła się na pięcie i coś warknęła pod nosem, wracając za bar, pewnie po to, żeby nalać im tego wina. – Masz minę jakby ci ktoś nasrał na buty – musiało go to tak rozbawić, że aż się wykrzywił wargi w rozbawieniu, a wsadzając sobie papierosa do ust, przygryzł go nieco, nadal ubawiony. – A chyba powinieneś się cieszyć skoro zrzucasz to ciężkie brzemię i w końcu oddajesz swój dług – wciąż jednak nie zetknął do torby, czy Laurent nie próbuje go oszukać. Najwyraźniej Kieran na wszystko miał odpowiedni czas w swoim życiu, a może teraz bardziej upajał się dyskomfortem chłopaka? RE: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Laurent Prewett - 06.06.2024 Tutaj śpiewasz jak sowy, kraczesz jak wrony, piszczysz jak szczury z Podziemnych Ścieżek i żyjesz jak one. Rozdziobujesz swoją skórę jak flamingi, żeby kolorem zabarwić swoją skórę i dopasować się do otoczenia. Nauczyć przypodobywać ludziom wokół. Kieran miał przynajmniej jedną osobę, której musiał się przypodobać, lista ludzi, którym Dante powierzał swoje zaufane zadania była przecież krótka. Tak jak lista inteligentnych ludzi na szczycie, którzy prezentowali sobą wachlarz umiejętności odbiegający od zwykłego machnięcia różdżką. Tą samą, której tutaj nie było między nimi. Nie dziwiło go to wcale, bo nie była potrzebna do budowania atmosfery, chociaż... nie, jej pojawienie się na pewno by coś zmieniło. Obniżyłoby temperaturę o jeszcze jeden stopień, byłaby niemą groźbą, która na pewno bawiłaby Kierana. Laurent chyba nie mógłby na nią nie zerkać. Jeden mały, magiczny patyczek znaczący tak wiele zależnie od sytuacji... Jak dobrze więc Kieran dopasowywał się do tego wszystkiego, kim był, co robił i jak wiele przede wszystkim mógł zrobić tutaj było tylko kwestią zgadywania. Czymś, co przecież lubił - strzelaniem. Mógł strzelać do woli, tylko jakoś nie było do tego nastroju. Dziwne, dziwne... - Czego się spodziewałeś? Że przyjdę w jakichś szmatach? - Wiedział, jak wyglądał Nokturn i jak wyglądali ludzie, którzy się tutaj pojawiali, choć zazwyczaj widział to w mniejszych dozach. Krótka przechadzka z konieczności, wyjrzenie za okno na ulicę, gdzie przesuwały się markotne cienie tego, co kiedyś było człowiekiem, albo czarne plamy, które zdawały się być zdolne do wyplucia ze swojej różdżki zielonego światła przy byle okazji. Wystarczył jeden powód... na przykład śliczna biżuteria na niepozornej szyi. - Dziękuję za lekcje. - Nie brzmiało to jednak jak szczere podziękowania. Z drugiej strony nie było też wypowiedziane z łaską. Ton Laurenta, chociaż zdystansowany, był jeszcze spokojny. - Na całe szczęście nie jestem stałym bywalcem tej piekielnej ulicy. - Z dobrej rady zawsze można skorzystać... i Laurent stał chwilę przed swoją szafą nie wiedząc, co on ma w ogóle na siebie włożyć. Bo nie było takich ciuchów, które byłyby dobre, odpowiednie. Po prostu nie było. - Martwisz się o mój śliczny nosek? - Czemu w ogóle służyła ta rozmowa i dokąd zmierzała? Nie wiedział. Z drugiej strony nie próbował wstać i wyjść. Nie znał jeszcze zasad tej gry, ale próba odwrócenia się na pięcie brzmiała jak natychmiastowa przegrana. Odetchnął na ten komentarz o sraniu na buty i zjechał spojrzeniem na kieliszek wina. Ot - alkohol. Na każdy alkohol podany przez kogoś obcego patrzył teraz tak samo - jakby miał być trucizną, która zrujnuje mu życie. Oparł palce na szklanej, eleganckiej nóżce, obrócił napojem w naczyniu, jakby naprawdę interesowało go, jaki to trunek, powąchał. Tak, interesowało, chociaż nie powinien wątpić, że Kierana nie zadowoliłyby byle szczyny. Inaczej byłby gościem od bicia mord, a nie od odbierania niemałych pieniędzy od dłoni... swojego zabójcy. Laurent upił trzy łyki, czując słodycz w ustach i jednocześnie chłód, jakby to był ten Pocałunek Dementora, o którym Kieran wspominał. Próbował go zabić. On, Laurent Prewett, stworzył spisek, który skazał na śmierć Dantego i siłą rzeczy parę osób przy nim. Siedział właśnie z człowiekiem, którego wysłał rozeźlony Duch Przeszłości. Wypił i czwarty łyk, kładąc dłoń na brzuchu, jakby coś go zabolało. - Nasze rachunki nie są jeszcze wyrównane. - Będą wyrównane, jak jego głowa poleci. Chociaż wcale nie chciał myśleć o śmierci. Powiedział to z rozmysłem, unosząc trunek pod ciepłe blaski światła z latarenek zawieszonych pod sufitem. - A przecież muszę tyle odpokutować, prawda? - Spojrzał znów na Kierana, trzepocząc rzęsami i robiąc sztucznie przejętą i smutną minę, prawie jakby naprawdę uważał, że to jego grzechy. Nie uważał, a mina była celowo przerysowana, szczególnie, że zaraz znowu wrócił do tej o wdzięcznej nazwie "kot do butów nasrał". RE: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Morrigan - 07.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] Groźby… Laurent i bez bezpośrednich gróźb wydawał się być odpowiednio zastraszony, czy więc potrzeba było w ogóle wyciągać różdżkę? Tak po prawdzie czarnowłosy mężczyzna nie potrzebował jej ani teraz, ani kilka dni temu, gdy nawet nie tknął młodego Prewetta. Wystarczyły słowa wypowiedziane wystarczająco cicho, nie były potrzebne nawet krzykliwe przekleństwa, ani uśmieszki. Wystarczyło powiedzieć kilka słów i oto byli tutaj, w Czarnej Latarni na Nokturnie, pijąc wspólnie wino. Bo gdy kieliszki się przed nimi nagle pojawiły, to Kieran zgasił papierosa o popielniczkę, sięgnął po swój niemalże od razu i upił kilka łyków, by na końcu odsunąć w powietrzu to naczynie, spojrzeć na nie i zrobić minę uznania. Najwyraźniej gęste, karmazynowe wino, o jakże wdzięcznej nazwie, wyjątkowo mu pasowało. Ze stuknięciem odłożył kieliszek, a lewe ramię rozciągnął na stojącym obok krześle, kompletnie rozluźniony. Jakby właśnie był na spotkaniu ze znajomym, a nie z kimś, od kogo właśnie odbierał zaciągnięty dawno temu dług. – Właściwie to spodziewałem się dokładnie tego – że Laurent ubierze się… nie do końca adekwatnie do sytuacji, chociaż bardzo będzie się starał wtopić w tłum. – Ani trochę się nie zawiodłem – dodał, wlepiając szare spojrzenie w blondyna, chociaż w tym półmroku mogło się wydawać, że miał dużo ciemniejsze tęczówki, niż w rzeczywistości. – Wiedzą to potęga, panie Prewett. Można nie korzystać, albo nie bywać, ale im więcej wiesz, tym łatwiej można się dopasować do nagłych sytuacji – i jednocześnie im więcej wiesz, tym gorzej śpisz… ale wszystko miało swoją cenę. Natomiast nie wypadało być ignorantem, skoro już się zadarło z graczami półświatka. Nie płotkami, a grubymi rybami. – Gotów jesteś wpakować się w kolejne bagienko i co wtedy? Ktoś będzie cię musiał z tego wyciągać – odparł spokojnie. Czy więc się martwił o śliczny nosek Laurenta… może. A może chodziło tylko o interesy? Szarooki przyglądał się Prewettowi przez moment z zagadkowym wyrazem twarzy, gdy ten złapał się za brzuch, a potem odezwał. Avery nie odpowiedział od razu, tylko obserwował w ciszy, ale w końcu ten nieco zachryply głos (choć dzisiaj był znacznie czystszy niż ostatnio) się odezwał: – Nie są – spokojny, niemal wyzbyty z emocji głos odpowiedział spokojnie, oczy zdawały się świdrować Prewetta na wylot. Brew nieznacznie mu drgnęła, gdy ten zaczął trzepotać rzęsami. – Nie jestem naszym wspólnym przyjacielem, żeby to miało na mnie podziałać, Cukiereczku. Musisz się postarać trochę bardziej – uniósł kącik ust w górę, ubawiony tym przedstawieniem i znowu sięgnął po swój kieliszek. – Ale tak, to dopiero początek. I dobra wola, żeby załatwić to w cywilizowany sposób, dostałeś ogromny kredyt zaufania. Każdy inny za swoje winy pokutowałby trochę boleśniej – trochę… niedopowiedzenie roku. Kieran uśmiechnął się niemalże przyjaźnie. – Jeśli masz jakieś swoje propozycje, to zamieniam się w słuch. Pan De jest bardzo ciekawy czy masz jakieś swoje pomysły na pokutę – to też było takie wspaniałomyślne… wymyślać swoją własną karę i może nawet wziąć ją pod uwagę. RE: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Laurent Prewett - 07.06.2024 Przesympatyczna scena, w której dwójka znajomych raczy się winem - naprawdę dobrym winem - rozmawiają sobie na przeróżne tematy, jeden daje radę drugiemu, drugi słucha uważnie, przecież grzecznie dziękuje, zapisuje sobie w pamięci adnotację do następnego spotkania. Sam fakt zajęcia miejsca obok tego człowieka był sam w sobie chory, a przecież wyglądało to wszystko tak naturalnie. Laurent jakoś nie wątpił, że siadając z Kieranem może się znaleźć przynajmniej jedna osoba, która zapisze sobie w pamięci, że Prewetta lepiej nie tykać, bo siedzi Z NIM, a trzech kolejnych pomyśli, że trzeba mu wpierdolić. Z tego samego - bo siedzi z nim. Proporcje mogły być różne, ale może celowo została wybrana właśnie ta knajpka bo znajdowała się na jakimś bardziej neutralnym terenie? Gdzieś, gdzie Avery nie był rzeczywiście kojarzony? Tak w razie gdyby Laurentowi przyszło do głowy coś namieszać... i przyszło, oczywiście, że tak. Jednocześnie przychodziło mu też do głowy, jakie to było niebezpieczne i jak bardzo mógł na siebie zwrócić uwagę nie tylko Dantego, ale i innych osób, z którymi spotykać się nie chciał. Jak na przykład z Fontaine. - Obiecuję, Kochanie, następnym razem się dla ciebie bardziej postaram. - Nie miało szans wyjść to filuternie, bo był na to zbyt napięty, a to spojrzenie szarych oczu wcale tego nie poprawiało. Padło więc jako suche zdanie, kiedy sam skupiał się na uczuciu ściskania żołądka a przyjemnym rozgrzaniem, jakie pozostawiało po sobie zdradliwe wino. Zdradliwe, bo bardzo łatwo było zacząć się chwiać na własnych nogach dokładnie w momencie wstania, chociaż podczas popijania go wszystko było w najlepszym porządku. Na następne pouczenie na jego twarzy pojawił się niemal drwiący uśmiech. Nie dlatego, że rzeczywiście kpił sobie z Averyego, a dlatego, jakie to ironiczne się wydawało. Jak wiele wiedzy potrzeba było, żeby przewidzieć własną śmierć? A może właśnie Dante ją przewidywał, dlatego uszedł z tego z życiem? Najbardziej pojebane było to, że Laurent naprawdę poczuł ulgę, kiedy się dowiedział, że Dante żyje. Szybko przerodziło się to w tragedię. - Tak, to prawda. I dziękuję za troskę. Zapiszę ją głęboko w moim sercu. - Albo nigdzie. Tym nie mniej nie ważne, jak dziwaczna ta rozmowa była i mimo tego, że zupełnie nie wiedział, o chodziło Kieranowi to nie mógłby nie przyznać mu racji ani w tej, hm... MIŁEJ poradzie, jaką wystosował ani w tym, że wiedza była potęgą. Laurentowi zostawała tylko ona w radzeniu sobie z sytuacjami wszelakimi. Wypił kolejny łyk wina. Powoli działało; z błogosławieństwem topionej w alkoholu krwi. - Bardziej? - Drgnęły mu kąciki ust w tym wystosowanym żarcie. Bezwstydność ułożyła się w jego naturze wobec człowieka, który... może wiedział wszystko, może jego oczy widziały więcej niż powinny, ale na pewno wobec osoby, która i tak znała wspólny mianownik tej opowieści. To było wstydliwe tylko za murami tej knajpy. - Jak ładnie ujęte. Kredyt zaufania... Jestem przekonany, że masz na ten temat ciekawsze przemyślenia. - Zakuło go w tył głowy - nie wiedział, co Dante robił z ludźmi, którzy zaleźli mu za skórę. I nie chciał wiedzieć. Prawie się zakrztusił na następne słowa. Odkaszlnął, patrząc z niedowierzaniem przemieszanym z pobłażliwością na Kierana. - Ooo, ja jestem pewien, co mogłoby chodzić temu staremu zboczeńcowi po głowie. - Przystojnemu staremu zboczeńcowi. Jakie to było wszystko pokurwienie smutne. - Tylko co to za kara, która jest przyjemnością. - Wykrzywił paskudnie usta w wulgarnym wręcz uśmieszku. - Dante będzie musiał spać z niezaspokojoną ciekawością. - Odpowiedział już normalniej, jakby przeszło mu pełnie niedowierzania rozbawienie tym, w którą stronę to skręciło. RE: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Morrigan - 07.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] Umawiając się z Laurentem, trzeba było wziąć pod uwagę szereg różnych rzeczy, a koronną z nich było to, że już raz sprzysiągł się z tą cholerną wywłoką, w wyniku czego Dante i jego najbardziej zaufani ludzie mieli zginąć… I ktoś na pewno zginął. Nie zginął za to Kieran. Ale czy wtedy był tak blisko Dantego? Czy może wspiął się po drabince hierarchii już później? W końcu… minęły przecież długie lata. Cokolwiek chodziło po głowie Kierana… Laurent musiał obejść się smakiem, nie był wszak legilimentą. Nie był też wystarczająco zaznajomiony z Nokturnem, by wiedzieć, jaka knajpa to jaki dokładnie teren wpływów, kto się tu kręci, kto jest pod protekcją kogo… Ani co dokładnie potrafił, a czego nie potrafił siedzący naprzeciwko niego mężczyzna, spoglądający nań w ten zblazowany sposób. – Mam nadzieję – mruknął cicho. Na Nokturnie było już wystarczająco niebezpiecznie i bez ciągłego pilnowania chłopaczka, co to nie wiedział, jak się ubrać stosownie do okazji. Może i wiedział jak wystroić się na bal, co założyć, czego nie, jakie dobrać dodatki, który uśmiech przywdziać do kogo, jakie sztućce używa się kiedy i jak zatańczyć klasycznego angielskiego walca… ale Nokturn to nie był parkiet jakiejś wielkiej sali czystokrwistego rodu, a spotkania tu nie były kurtuazyjną pogawędką o pogodzie. Ta pogawędka była jednak dosyć miła, prawda? Niezależnie od widma, jakie wisiało nad Laurentem – póki co nic strasznego się nie działo. Kieran nie robił żadnych gwałtownych ruchów (ale poprzednio również ich nie robił), nie było jasno zarysowanej groźby, a jednak Laurent wszędzie doszukiwał się tej pułapki. I chyba słusznie? Zadawał się właśnie z jakimś (albo nie jakimś, a wysoko postawionym…) oprychem z Nokturna i nie potrafił go rozgryźć. O co mu chodziło? O uśpienie czujności? A może po prostu dzisiaj chciał jedynie jego pieniądze na dobry początek? Albo… po prostu gotował żabę… Żabą w tym wydaniu był oczywiście Laurent. – Bardziej – powtórzył i uśmiechnął się drapieżnie, po czym znowu sięgnął po swoje wino i aż przymknął na sekundę powieki. Krwawe na początku było słodkie, ale z upływającym czasem, gdy czekało w nalanym naczyniu, robiło się powoli mniej słodkie… a potem wchodziło w nuty wytrawnego. – Jestem jedynie skromnym posłańcem – ale czy rzeczywiście? A może miał całkowicie wolną rękę w tej sprawie – byle doprowadzić ją do zadowalającego finiszu, po drodze zaliczając odpowiednie punkty, które zostały mu narzucone? – Pytam co chodzi po głowie tobie, jego tutaj nie ma, mój drogi – zakołysał kieliszkiem, wprawiając dziwnie gęstą ciecz w ruch. – Mówisz teraz o karze dla niego, czy dla siebie? – wydawał się być rozbawiony, gdy uważne spojrzenie śledziło ruchy Laurenta, jego miny. RE: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Laurent Prewett - 07.06.2024 Pozór normalności tej rozmowy był drażniący. Nie potrafił nawet zgadnąć, na jakich emocjach Kieran potrafił zagrać, albo czy w ogóle w cokolwiek teraz grał. Może naprawdę tylko dobrze się bawił? A może było mu to wszystko obojętne? Może uważał Dante za słabego, że nie pociągnie za sznurek chłopaczka, z którym kiedyś się bawił, albo właśnie uważał, że dobrze robi, że nie zwraca na siebie uwagi mafii Prewettów, którzy zadaliby bardzo niewygodne pytania na Nokturnie. Może po prostu sobie gawędził, bo niekoniecznie było z kim pogawędzić spoza tego towarzystwa i chciał po prostu... zająć sobie czas. Miał go pod dostatkiem, a jeśli wróci za wcześnie to na pewno włożą mu do dłoni więcej roboty, więc przyjemniej sobie popić wina. Darmowe rady wliczały się w przyjemnie spędzony czas. Jego umysł był zaplątany w stretch, który tylko dawał ułudę widzenia tego, co jest w środku. Niczego nie widzisz. Masz tylko te napisy, które ci nakleili na wierzch opakowania. Tylko nadawca był jasny - Laurent Prewett. A Kieran Avery? Ktoś taki na pewno nie istniał. Laurent był jednak gotowy poszukać. Drażniło go to, że te porady były, bo Laurent przez to tracił na swojej zaciętości. Zacinał się program, na którym nadawał, tępiły się jego kły. Próbował je z siebie wyciskać i zbroić się przeciwko temu człowiekowi - wpadanie w jakąś śmieszną pułapkę tych słów było wręcz żałosne. Gdyby stracił przez to zupełnie rezon - to byłoby żałosne. A jednak nie potrafił nic zaradzić na to, że jednocześnie się rozluźniał. Przekraczał tę magiczną linię, gdzie człowiek się pilnował i stawał się bardziej bezczelny, nawet jak był tego świadom. Bo o to chodziło, tak? To pewnie to. Umysł człowieka sam siebie zdradzał, kiedy niepewność spoglądała mu w oczy i ciągle musiał trwać gotowy, że coś się wydarzy. To poczucie dyszało w kark. Tymczasem ty jesteś wobec tego bezsilny - możesz tylko się rzucać jak zwierz w klatce mimo tego, że nikt cię za kraty nie wsadzał. Prewett jeszcze do tego punktu nie doszedł, żeby szaleństwo złapało go za pysk. - Kochanie, to niestosowne prosić o takie rzeczy wśród ludzi. - Laurenta myśli było aż zadziwiająco proste w tej kwestii, chociaż normalnie chodziły po bardzo krętych i zawiłych ścieżkach, zmieniały kierunek, plątały się ze sobą. Ale tu przynajmniej miał te minimum uśmiechu, nawet jeśli niedowierzający. Szczególnie, kiedy widział ten uśmiech. Uśmiech wilka. Cokolwiek znaczył wcale nie był sympatyczny, ale Laurent za łatwo dawał się zwieść nutom ekscytacji, kiedy widział coś drapieżnego i niebezpiecznego. Kiedy strach, chłodny dreszcz, łączył się z... Czy gra w niewiniątko miała jakikolwiek sens? Kogo mógłby oszukać? Byłby w stanie oszukać kogokolwiek? Drażniło to jego dumę. - Mój rachunek był wyrównany, ale teraz musze przepisać na nowo ostatnią linijkę, którą tam wpisałem. - Śmierć. Ostatnia w linijce było nasłanie zabójcy na Dantego. Coś, co zostało wykreślone, bo było powiedziane, że Dante zdechł. I wcale nie czuł się dobrze, że o tym mówił. Władza nad życiem i śmiercią nie powinna spoczywać w ludzkich rękach. Tym bardziej nie powinna kłaść się w moich. - Nie zaspokoję twojej ciekawości. RE: [wieczór 3.08.1972] This is the story that time forgot - Morrigan - 08.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=sFgWckh.png[/inny avek] Pozór normalności tej rozmowy, dysonans, jaki to wprowadzało, musiał naprawdę działać Laurentowi na nerwy. Stawiać wszystkie obrony do pionu, naprężać i wycieńczać, kiedy z każdej strony spodziewano się ciosu, który nie nadchodził. Może to już, może za chwilkę? Przecież trzeba było być w gotowości, że cos się wydarzy. Już zaraz, już za chwilę… Kieran jedynie się uśmiechał w ten sposób, który przestraszonemu Prewettowi mógł powodować ciarki na karku i plecach. Oczy… Miał spokojne, zimne oczy i jego ruchy pozbawione były nieskupionej gwałtowności. Mężczyzna był tak rozluźniony, jakby był u siebie, ale nie był… nie mógł być, prawda? Niepewność i bezsilność były cholernie mocnymi emocjami, które klinem wbijały się do głowy i czasami poruszały tam nieprzyjemnie, tworząc odczucie fantomowego bólu. Strach powodował kołatanie serca, powiększone źrenice, nieregularny oddech… jak łatwo było strach pomylić z ekscytacją? – Prosić? – to najwyraźniej rozbawiło Kierana nieco bardziej. Nie padła z jego ust żadna prośba, ledwie zaczepki i propozycje, ale nigdy prośby. Informacje, że cokolwiek Laurent robi – w tym wydaniu to nie działa, przypomnienie, że Kieran to nie Dante i może trzeba zmienić taktykę, jeśli chciał coś ugrać… A czy dało się ugrać? Słowa ciemnowłosego były jak zaproszenie do tańca. – To ty będziesz prosić. A na razie nie starasz się bardziej – raczył zauważyć i przejechał dłonią po blacie, by ostatecznie cicho zastukać opierścieniowymi palcami po drewnie. Nie miał tatuażów, a przynajmniej Laurent nie widział ich na żadnym z odsłoniętych kawałków ciała mężczyzny. – Szkoda. Przekażę mu, że nie chciałeś się podzielić tym, co chodzi ci po głowie – odparł, biorąc kolejnego łyka wina. To nie było już tak słodkie jak na początku. – I że wolisz się poddać całkowicie jego pomysłom – pomysłom na spłacenie długu. Za zdradę, na nóż prosto w plecy, a potem bebechy, by mieć pewność, że nie wyjdzie z tego żywy. A wyszedł. Wyszedł i choć nie pokazał się Laurentowi twarzą w twarz, to jednak przeszłość go ścigała i jej posłańcem był właśnie Kieran. – Aach, niegrzeczna foczka – zacmokał, wyraźnie ubawiony. Rachunek wpisany i zmieniony, bo ostatnia linijka była inna, niż miała być. Oboje wiedzieli, jak miało się to skończyć i jak bardzo się to minęło z rzeczywistością. Buty zaszurały po posadzce, kiedy Avery cicho odstawił kieliszek na blat i niekoniecznie cicho, ale też niespecjalnie głośno przesunął w tył krzesło, na którym siedział dotychczas rozwalony. Pochylił się, by złapać torbę za ucho i uniósł ją, lecz wcale nie zamierzał do niej zerkać. Cokolwiek Prewett mu wcisnął, jeśli chciał zobaczyć reakcję na to, czy przyniósł odpowiednią sumę, czy raczej próbował wywinąć jakiś numer – to musiał obejść się smakiem. Czarna Latarnia nie była miejscem, by takie rzeczy sprawdzać, a Kieran nie był w ciemię bity. – Miło się gawędziło, Lukrecjo – powiedział miękko i podniósł się, na moment tylko schylając, by podnieść coś z siedziska drugiego krzesła, o które tak długo się opierał. Mały bukiecik kwiatów wylądował na blacie przed Laurentem: dwie ciemnoczerwone malwy, a w środku fioletowo-niebieski hiacynt. – Jeszcze się zobaczymy. W zależności od zawartości tej torby, okaże się w jakich okolicznościach – dodał, zarzucając sobie torbę jedną ręką, bardzo nonszalancko na plecy i uśmiechnął się z tym błyskiem w oku. Jeśli Laurent miał mu coś do powiedzenia, to to był odpowiedni moment, nim mężczyzna niespiesznie wyszedł, rzucając jeszcze do barmanki pieniądze za ich wina. Jeśli Laurent czekał na jakieś fizyczne uderzenie, to się go nie doczekał. |