Secrets of London
[5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward (/showthread.php?tid=3393)



[5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward - Laurent Prewett - 08.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BBl9HB4.png[/inny avek]

I feel betrayed and at fault
I rip the wound and curse the salt

Czuł, że było mu za ciepło, a teraz czuł, że było jakoś tak... zimno. Całkiem zimno. Nieco kręciło mu się w głowie, bo przecież alkoholu sobie nie odmówił - a robił to niemal zawsze. Pilnował się z drinkami, z winem, które lubił, moczył w nie usta, czasami podstępem oddawał własny kieliszek w dłoń innej osoby, czasem zostawiał gdzieś przypadkiem na stole, żeby nie wyszło na to, że nadmiernie odstaje od towarzystwa i zarazem nie chciał wprost odmawiać. Wtedy nagle często więcej niepotrzebnej uwagi się na tobie skupiało. Co zrobił tutaj? Poszedł do baru, wypił drinka, a teraz jeszcze umoczył wargi w winie wiedząc, że najwyższa mu pora wracać do domu. Jeśli tego nie zrobi to stanie się tutaj coś nieprzyjemnego. Jeśli nie wróci, to zrobi coś, czego będzie żałować. Przede wszystkim jednak - jeśli nie wróci to będzie żałował ogólnie. Będzie wyglądał nędznie gdzieś na boku przy różach, zmarnowany, siedzący na ławce z zepsutą fryzurą i pomiętą marynarką, z rozwiązanym krawatem. Po ludziach niemal zawsze widać, kiedy są pijani i nie miał wątpliwości, że po nim to będzie widoczne.

Nie nadążał za tym życiem, które go ostatnio przerastało. Goniło go, wyprzedzało, robiło następną pętle, a on w niedowierzaniu patrzył, jak szybko to wszystko się przemieszcza. Kiedy go minęło? Kiedy przysnął na kilka minut na stojąco, że każdy już był z przodu, a jemu brakowało tchu? Winić niby mógł tylko siebie, ale przecież zdrowiej byłoby podejść do tego racjonalnie. Tak, to twoja wielka wina i to wina też tych wokół, którzy mieli swoje sposoby na bieg w przód. Na przykład odpowiednią parę pod rękę, która ich pociągnie. Laurent miał jakże niesmaczne wrażenie, że rzeczywiście gdyby Florence znalazła sobie mężczyznę to już zostałoby mu łapanie się tylko lotek abraksanów i ogona Dumy czekającego na niego teraz w domu. Dom. Tam można leżeć i nie trzeba brać udziału w żadnym z maratonów. Jednocześnie wiesz, że kiedy je przesypiasz, to one się wcale nie zatrzymują. Świat się nie zatrzyma. Życie nadal będzie odgrywane tylko bez twojego udziału. Prześpisz je całe i później nawet nie będzie do kogo składać reklamacji. Pan Bóg znał swoją wartość - spaliłby te zażalenia w piecu, ale najpierw pogłaskałby cię po główce i zapewnił: zajmiemy się tym. A to "tym" to znaczy... czym?

To było niegrzeczne z jego strony - takie znikanie z wesela i zdawał sobie z tego sprawę, kiedy kroczył przez ogród w kierunku holu, gdzie znajdowały się kominki do teleportacji. Trudno. Bardziej niegrzeczne byłoby zostanie tutaj i narobienia więcej problemów albo narobienie problemów swojej rodzinie wyglądaniem jak pijaczyna z ławki, a nie jak przystało na... na niego. Przecież nie takim chciał się ludziom pokazywać.

Nie chciał się też pokazywać ojcu, ale ojciec miał na to inne plany. Albo to Pan Bóg miał, co obiecał, że "się tym zajmie". Czy przeczytał wręczone zażalenie? Było coś tam o samotności, więc może chciał pchnąć kogoś bliskiego, bo przecież to samotnością nie było! Ludzie za mało doceniają to, co mają i za mocno przeżywają tragedie. Słowa Perseusa zadźwięczały mu w głowie. Laurent zatrzymał się, widząc sylwetkę ojca idącą w jego kierunku, chociaż wcale nie miał na to ochoty.

- Dobry wieczór. - Powiedział nad wyraz wręcz pewnym siebie głosem. To przez alkohol. - Dobrze, że cię widzę. Chciałem ci powiedzieć coś bardzo ważne, a lepszej okazji nie będzie, niż ta. - Nie dało się nie widzieć, że nie był do końca trzeźwy, ale też nie chwiał się na nogach i mówił wyraźnie. Jeszcze.




RE: [5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward - Edward Prewett - 09.06.2024

Na usta cisnęła mi się krytyka, a jakże mogłoby być inaczej? Laurent przemykał w kierunku holu, wcale nie prezentując się dumnie. Powinien olśniewać, szczególnie że urodę miał nietypową, zwracającą na siebie uwagę, a uśmiechem mógł stopić każdego na tym weselu, nawet starą prukwę Black, która wciąż sądziła, że jest w stanie zorganizować wesele ćwierćwiecza. Cóż, nieistotna Black. Miałem na języku Laurenta...
Czy go tak wychowywałem? Nie. Czy chciałem, żeby zadawał się z pospólstwem? O brońże Matko Najdoskonalsza! Jedyne opcje, jakie wchodziły w grę, to imprezy charytatywne, ale to też w granicach dobrego, bogatego, właściwie to luksusowego smaku. Wszelkie ochłapy czy mętne wariacje nie obchodziły mnie, podobnie jak to, czemu Lorek skrada się, przemyka, ucieka niczym zbir z imprezy, bo to, że mnie unikał i że uciekał, to nie miałem jakichkolwiek wątpliwości ku temu. Ukrywałem skrzętnie, że bolące, raniące dogłębnie było to, iż sądziłem, że wszelkie niesnaski mieliśmy już za sobą, ale najwyraźniej tak się nie stało... Najwyraźniej to była jakaś gra z jego strony, zamiast szczera rozmowa z ojcem.
Ale w końcu duma ustąpiła trosce, szczególnie kiedy ujrzałem dokładny stan swojego syna, a też przy okazji miałem zaszczyt zwrócić jego uwagę na swoją osobę. Ton, cóż, zdecydowanie nietypowy jak na Lorka, zbyt pewny siebie, aczkolwiek jak najbardziej zachęcający do wysłuchania, co też wpakowało się do jego młodzieńczej głowy. Jakieś konkrety czy może dyrdymały? Coś ważnego... Miałem nadzieję, że faktycznie ważnego. Obawiałem się, że raczej mogło zakończyć się czymś rujnującym nasze relacje, ale zamierzałem przyjąć to z godnością, szczególnie że Laurent był pijany, a jako selkie miał bardzo słabą głowę.
- Doby wieczór, synu! Co też ważnego, wręcz bardzo ważnego, masz mi do przekazania? - zapytałem go niespiesznie, spokojnie, dając gestem dłoni znać Kevinowi, żeby się nie zbliżał, żeby dał nam chwilę na rozmowę. Położyłem dłonie na ramionach syna, mając zamiar go nieco onieśmielić, ale też osłonić przed gapiami. Musiałem również przyznać, że do twarzy było mu w czarnym. Elegancko, nieco mrocznie. Tak, jak wyglądałby mój wymarzony syn, niezłomny dziedzic Oka. Może jednak Lorek kiedyś do tego dorośnie?


RE: [5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward - Laurent Prewett - 09.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BBl9HB4.png[/inny avek]

Ach, jak zawsze elegancki... Człowiek, który chyba nigdy nie zginał karku. Niewzruszenie wyprostowany, Zeus - sam miał siebie za takowego. Pamiętał te niewinne żarty, które tak wiele wnosiły samouwielbienia do jednego pokoju. W tym pokoju jednak zawsze było miejsce dla niego. Bez względu na to, jak się nie dogadywali, jakie potrafili mieć różnice w poglądach - Edward marzył o tym, żeby mieć syna, który będzie spoglądał na co dzień na ten świat tak, jak spoglądał teraz. A teraz spoglądał na niego, jakby ten świat rzucił mu wyzwanie. A on na nie odpowiedział. Nie tylko Edward był w nim zgubą dla niego samego. Był wisienką na torcie, którą każdy chciał dostać, ale pod nim było pełno warstw, które składały się na ten niefortunny wieczór. Na to, jak parszywy miał nastrój i na to, że się najzwyczajniej na świecie upił. Wiele mu nie było potrzeba, to prawda, ale też wystarczyło się przypilnować. Doskonale znał swoje limity i nie zwykł doprowadzać się do takiego stanu. Tym bardziej na tak istotnych imprezach jak ta u Blacków.

- Właściwie to bardzo nonsensownie brzmi. - Powiedział prawie że niedbale, chociaż wcale nie ubywało mu tej dziwnej pewności siebie nawet w chwili, kiedy Edward oparł swoje dłonie na jego mizernych ramionach. Mimo wszystko wyprostował się bardziej, jak struna. Przesunął palcami po włosach, żeby je poprawić, jakby to było szalenie istotne, żeby się prezentować idealnie, kiedy ojciec na ciebie patrzy. - Od dawna chciałem ci powiedzieć, że seksownie wyglądasz. - I powiedział to z pełną powagą, spoglądając Edwardowi w oczy. Prawdę mówiąc oczekiwał czegoś w rodzaju: oczywiście, wiem o tym. Z drugiej strony spodziewał się, że może dostać policzek w twarz. - Kłamałem, że zakochałem się w brunetce. To był brunet. - Pandora była bliższa temu ideałowi, ale co zrobić, skoro była córką? Może dziadek coś cisnął swojemu synowi do łba, że to jednak nie kobieta powinna siedzieć na tronie? Albo Aydaya szeptała, że Pandora to najlepszy wybór? A może nikt niczego nie mówił, bo Edward i tak był tak zafiksowany na punkcie tego, czego sam pragnął, że nie dawał sobie przemówić do rozsądku, kiedy się na coś uparł. Czy może jednak to Laurent od zawsze źle go oceniał, a od pewnego momentu niemal wszystko traktował jak walkę, jak potyczkę? Rzeczywiście ten miesiąc było dobrze między nimi. Nie chciał tego zepsuć. Ale jednocześnie był pijany i właśnie kończył jeden z najgorszych dni swojego życia. Zamilknął, chociaż chciał mówić dalej. Musiał poczekać na reakcję.




RE: [5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward - Edward Prewett - 09.06.2024

Ciężko było zakwalifikować pierwsze z wyznań Lorka, gdyż nie były to konkrety ani też dyrdymały. Fakty! Fakty jak najbardziej mi znajome, bo kto inny obracał się w moim towarzystwie najwięcej czasu, jeśli nie ja sam? Co dzień widziałem się w lustrze, wielokrotnie zresztą, słyszałem siebie, oglądałem i podziwiałem również na licznych portretach. No bóstwo!
Co nie zmieniało faktu, że Lorek mnie zaskoczył, gdyż spodziewałem się jakiegoś ciężkiego oręża, a tu komplementy. Może jednak źle go oceniłem, w tym jego intencje podczas poprzedniej rozmowy. Najwyraźniej zamierzał zachować między nami pozytywne relacje. I dobrze. Preferowałem przyjmować komplementy. Mogłem się w nich wręcz kąpać.
- Nonsensownie nie może brzmieć coś, co jest zdecydowaną prawdą - zauważyłem beztrosko, wzruszając na pozór niewinnie ramionami. Ciężko było jednakże myśleć w tych kategoriach jako niewinnych, skoro pod podszewką miałem całą masę złamanych serc oraz kochanków - doszłych, niedoszłych. Trochę tego było, a Aydaya zawsze i na zawsze jedna. - Dziękuję, synu, za docenienie. Jak pewnie zdajesz sobie z tego sprawę, od dawna wiedziałem, że wyglądam doskonale, ale nie sądziłem, że przykuwam również twoje oko... To znaczy, że masz bardzo dobry gust, synu - zauważyłem nieskromnie i może nawet urosłem z centymetr...?
Cóż, mieliśmy jeszcze do omówienia wyznanie numer dwa, nieco trudniejsze, do którego podchodziłem z niemała hipokryzją... Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego, że jakieś dwa miesiące temu robiłem Pandorce awanturę o randkowanie, a w przypadku Laurenta przerażało mnie wręcz to, że zakochał się jedynie w jednej osobie. Szczególnie, że był nią tajemniczy brunet. Z pewnością łatwiej byłoby, gdyby miał więcej różnopłciowych kochanków, ale jeśli na szali pojawiało się zakochanie i to w brunecie, to zapewne oznaczało kolejną kłótnię, której nie zamierzałem przeprowadzać w tych warunkach. Jeszcze mnie Bogini Matka nie opuściła, by wynosić burdy rodzinne na wierzch przy obcych, więc uśmiechnąłem się niewinnie, może nieco protekcjonalnie.
- Brunet, powiadasz? Równie boski co my?! - zapytałem go dla podtrzymania rozmowy, ale też żeby nieco wypytać Lorka o szczegóły. Puściłem jedno z jego ramion, ale tylko dlatego by objąć go drugą ręką, zapraszająco na drobną przechadzkę. Mało elegancko, bardziej elokwentnie dla otoczenia, wolną dłoń włożyłem do kieszeni spodni. Czerwonych - intensywnie i głęboko. - Przejdźmy się. Czy to ten wspomniany brunet spowodował, że skusiłeś się na jednego drinka za dużo? - zapytałem, wcale nie oceniając. O dziwo! Bardziej tak troskliwie. Miałem aby nadzieję, że mi się Lorek nadmiernie nie rozklei, ale jak coś, to kominki mieliśmy w pobliżu. Kevin zresztą był również w gotowości do działania, ruszając kilka dobrych kroków za nami.


RE: [5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward - Laurent Prewett - 09.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BBl9HB4.png[/inny avek]

- Oczywiście, że mam dobry gust. - Trochę się obruszył i poprawił tą swoją marynarkę, która i tak nie była idealnie ułożona, jak powinna być i która nie była dopięta. Tylko o co ten ojciec w ogóle go tutaj oskarżał..? Przecież to oczywiste, że miał oko do piękna, był na nie wrażliwy, tak samo doceniał przystojność mężczyzn, jak i piękno kobiet. Człowiek potrafił być chodzącą sztuką, szczególnie, kiedy się o to wystarczająco postara. Edward się starał. Dbał o siebie i pilnował, żeby jego garnitur był w najlepszym stanie, a żaden zabłąkany włosek nie psuł jego fryzury. Laurent brał z ojca przykład, bo przecież z kogo miał? Mógłby jeszcze z Ayadyi, ale jeszcze tego by brakowało - przyłapaliby chłopca na zabawie damskimi kosmetykami i dopiero by się porobiło... a przecież to nie jego wina, że w jego wypadku dusza trafiła w złe ciało. - Świecisz przykładem i wiele osób powinno z ciebie przykład brać. - Ta pewność siebie mająca pierwsze skrzypce nie była jedynym instrumentem na tej sali. Była fasadą dla tych bluźnierczych tragedii za plecami. Ten przypływ adrenaliny i obojętność w powiedzeniu prawdy, po której spodziewał się skandalu, była już drogą do autodestrukcji... tak przynajmniej mu się wydawało.

Kiedy więc zamiast groźnego spojrzenia i ostrych słów pojawił się uśmiech i ciekawskie pytanie zabarwione humorem w oczach Laurenta pojawiło się nagle zagubienie. Niezrozumienie. No bo... jak to? Nie na to był przecież gotowy, nie tak to się miało rozegrać, więc jak to? Nie wiedział, ale przez to od razu podreptał za ojcowską ręką, kiedy ten go objął przy sobie.

- No... no tak, oczywiście. - Odpowiedział wciąż tkwiąc w małym szoku tego zwrotu akcji. Zwrotu, który wcale nie sprawił, żeby poczuł się gorzej. Wręcz przeciwnie. Przez tę chwilę ulgi wszystkie kamienie posypały się z jego serca, chociaż rozmiar nagłej zmiany emocji sprawił, że prawie się potknął na prostej drodze. Zamrugał kilkukrotnie, szybko. Zasuwająca się kotara rzęs wcale nie zmieniała tej rzeczywistości. - Nie, nie, to nie on, jest już historią. - Niestety zapisaną w pamięci, ale jednak. - Właściwie to wcale nie jest dobry czas na takie rozmowy. Jestem bardzo pijany. - Odetchnął i przetarł dłonią twarz. - Jestem chyba za miły dla ludzi, wiesz? Żaden z nich na mnie nie zasługuje. Żaden! - Powiedział z tą samą stanowczością. - Bo oni się boją iść na zwykłą randkę, ale potem przylatują do mojej sypialni zostawiając w domu partnerów, żony... kto wie, co jeszcze! - Laurent nie krzyczał, ale miał napięty głos. - Ale, tato, jest o wiele ważniejsza sprawa. - Złapał delikatnie palcami rąbek jego marynarki. - Musisz mi pokazać cały Nokturn. CAŁY. Nauczę się. Najwyższa pora. Trzeba złapać ten świat za mordę, bo przecież patrzeć na to nie mogę, większość tych robaków sądzi, że im się to należy... powinni co najwyżej padać na kolana do moich nóg... - Mówił to z przejęciem, wręcz z pasją! Chociaż ewidentnie alkohol coraz lepiej na niego działał. Albo gorzej. Pociągnął nosem i przetarł łzy zbierające się w oczach rękawem. - Powinienem... wrócić do domu... naprawdę kiepsko się czuję...




RE: [5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward - Edward Prewett - 09.06.2024

Tak świeciłem przykładem tak, jak i zadkiem przed niejedną panną. Ale to były dwie strony medalu, a w tej chwili obrazek mieliśmy elegancki, wypielęgnowany faktycznie, dopięty na ostatni guzik, a to za sprawą jakże doskonałej Merkurii. Wiedziała, czego mi potrzeba, więc zawierzałem swoją prezencję w jej drobne ręce.
A z Lorka faktycznie wylewało się upojenie alkoholowe. Powinien zniknąć z tego wesela, ale czy aby na pewno skryć się za ścianami domu...? Może niekoniecznie. Trzeba było chłopakowi dodać nieco pewności siebie, nawet jeśli był wcięty albo i trzeźwy, żeby wiedział, GDZIE LEŻAŁO JEGO KRÓLESTWO! Był księciem w naszej rodzinie. Choć nie mieliśmy tak zaszczytnych tytułów, to mogliśmy swobodnie stawać w konkury z rodzinami królewskimi. Czy to Brytanii, czy innych krajów... Mieliśmy ku temu znaczne predyspozycje. Może nawet większe niż prawowici monarchowie.
Nie uszło mojej uwadze, że się nieco potknął, że miał koszulę u szyi poluźnioną i nieco nieładu ogólnie na sobie, ale to dało się ogarnąć. Najważniejsze, żeby nie dawał sobie tak wchodzić na głowę. Może mi to mi... Dobrze, jeśli ktoś będzie miał nad nim kontrolę, ale tym kochasiom... Cóż, dobrze prawił.
- Powiem ci, że kiedy człowiek jest podpity, właśnie lepiej się rozmawia na trudne tematy... Proponuję coś lepszego niż powrót do domu. Co powiesz, synu, na jakiś zaciszny, aczkolwiek nie za bardzo cichy, kąt w Londynie? Kasyno? Albo dom uciech? Co preferujesz, na co bardziej masz ochotę? Kevin zapewni nam ochronę i dyskrecję - zaproponowałem, przystając i robiąc wymowną minę. Mogliśmy zaszaleć niż smęcić, czy to na tym pogrzebowym weselu z tanimi żarcikami i wróżbami, czy w zaciszu własnego domu. Przede wszystkim mogliśmy porozmawiać i zaszaleć, wyszumieć się, dać ujście negatywnym emocjom w ramach uniesień.
- Nie daj się prosić, synu. Napijemy się. Będziesz łatwiejszy - zaśmiałem się, poprawiając nieco jego marynarkę, zaś koszulę pozostawiając w tym nieznacznym nieładzie. Wyglądał w tej chwili na buntownika i tak miało być, skoro zamierzał poznawać Nokturn, hehe. Cały Nokturn. - A o Nokturnie porozmawiamy innym razem... Zresztą, Nokturn to jedynie kropla w oceanie naszych możliwości - szepnąłem mu na ucho, uśmiechając się chytrze. Przy okazji miałem możliwość zweryfikowania odpowiedniego zapachu u Laurenta. Wysokiej klasy perfuma. Skoro mieliśmy iść na prawdziwą imprezę, to trzeba było się prezentować. Klasnąłem delikatnie w dłonie, bardziej dla pokazu niż wieśniackiego narobienia hałasu, po czym, cóż, oczekiwałem na odpowiedź.


RE: [5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward - Laurent Prewett - 10.06.2024

[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=BBl9HB4.png[/inny avek]

Troszkę mu się chyba już plątał język, a przynajmniej wydawało mu się, że trochę plątał zdania i nie mówił po kolei, ale starał się, jak mógł. Przecież Edward zrozumie, tak? Niepewna świecąca w powietrzu i nad ich głowami jak gwiazda, z którą nic nie możesz zrobić - tylko się przyglądasz i patrzysz, jak miga... Puszcza do ciebie oczko, bo wie, że jesteś tylko człowiekiem, a ludzie byli istotami stworzonymi do błędów i nawet do kochania tych błędów.

Czy naprawdę więc było tak, że ta mrugająca do ciebie gwiazda była mostem do kontaktu, a nie jego przepaścią? Z człowieka pijanego łatwiej było wyciągnąć informacje, tylko należało je przesiewać przez palce. Przeraziło go to, ile mógł powiedzieć będąc w tym stanie, idąc przyciśniętym do boku ojca. Przerażał go nawet fakt, że był w tym żałosny stanie, który zobowiązywał go do położenia się do łóżka, a nie do kręcenia gdziekolwiek, żeby napytać sobie biedy. Czym było w zasadzie bezpieczeństwo w tym stanie przy Edwardzie? Co jeśli powie za dużo? Nie miał już siły na ten stres i napięcie.

- O nie, nie, tylko nie burdel, nie chcę do burdelu. - Aż się w nim wszystko napięło na samą myśl, że miałby tam iść... i tak negatywnie jak i pozytywnie. Bo to była całkiem szybka reakcja. Już się w swoim życiu nasiedział w burdelu i wcale nie chciał do niego wracać, chociaż do tego konkretnego raczej ich nie goniło - nawet mimo upodobań ojca wątpił, żeby wybierał miejsca takie jakim kiedyś było Rose Noire. Bez znaczenia. Niektórzy dobrowolnie pracowali sprzedając swoje ciało, Laurent właściwie też swoje gotów był sprzedawać, ale za emocje. To nie było coś, co mogły kupić pieniądze, a jednocześnie stanowiły element, na którego punkcie był bardziej żarłoczny niż na punkcie złota. Domy uciech zaś kojarzyły mu się z kupnem fałszu.

Spojrzał na siebie samego, kiedy Edward poprawił mu tę marynarkę, ocenił własny wygląd, chociaż nie widział się w lustrze. Wszystko było nie tak, a on przecież nie mógł wyglądać niedoskonale, ale najwyraźniej Edwardowi wcale do końca to nie przeszkadzało. Powiódł wzrokiem po ogrodzie, po tych zabójczo pięknych różach. Aktualnie w zasadzie chciał po prostu iść stąd, a zdolność do opierania się starszemu Prewettowi w tym momencie była bardziej niż znikoma. Była żadna.

- Dobrze, dobrze... gdziekolwiek chcesz, chodźmy już stąd po prostu. - I żeby gdzieś stabilnie usiąść. Upić się - o tak, bardzo chętnie. Taki miał plan, kiedy tylko wróci do domu. Aż poczuł dreszcz ekscytacji po tym szepcie, który do niego dotarł. I było bardzo rozsądnym, żeby rozmawiać o tym zdecydowanie innym razem.




RE: [5.08.1972] Czarne Wesele | need to be | Laurent & Edward - Edward Prewett - 22.06.2024

Z mojego punktu widzenia nie było żadnego stresu, gdyż to nie ja miałem tu być bardziej wstawiony, hehe. Bynajmniej nie na początku, a potem to już nikt nie będzie tego liczył, w jakikolwiek sposób na to patrzył! Faktycznie, najważniejszym było to, żeby za wiele podchmielonym nie wypaplać, ale jak się trzymało język na wodzy - co było niezwykle trudne, nie myślało o sprawach służbowych w trakcie zabawy, nie prowokowało rozmów o niej albo żartem zbywano tematu, to można było imprezować! Nieco, a nawet bardzo się rozluźnić, przygruchać sobie jakieś dziewczęta... albo jakichś chłopców na usługi, zapatrzonych w bogów z prewettowego zamczyska. Pieniądze potrafiły wybitnie uderzyć ludziom do głowy. Myślę, że byłem jedna z tych osób, które szczególnie mogły obserwować te reakcje, które zachodziły w umysłach osób, które były tej fortuny pozbawione. W mgnieniu oka przygotowane na wszystko, z nadzieją, że coś im z tego skapnie.
Tylko co się stało, że Laurent nie chciał odpłynąć w czyichś ramionach...? Myślałem, że był stworzony do kochania, do odpływania w rozpuście, nieograniczonych pokładów uwielbienia, a tu ZASKOCZENIE. Wydawał się być przy tym niezmiernie zestresowany, więc nie nalegałem. Możliwe, że to przez tego chłopaka, co się w nim zakochał..? Chociaż mówił przecież, że ten był już historią, więc to może jeszcze inna sprawa była...? Ciekawe, może potem uda mi się co nieco odkryć z tej historii, ale jak na razie musiałem obejść się smakiem, żeby zanadto na Laurenta nie naciskać, bo jeszcze odezwałby się w nim jakiś głos sumienia i zrezygnowałby z naszej drobnej - albo wręcz przeciwnie - eskapady? Musiałem przyznać, że czułem niezdrowe podniecenie na myśl, że wyciągnę Lorka na party.
- Podróżowanie kominkiem nie będzie problemem...? - zapytałem go, tak się upewniłem. Właściwie, to stwierdziłem, ale jednak pytałem z troski, ale też niepowątpiewająco. Tak w sam raz. Widziałem przecież, że jeszcze nie był wzięty dosadnie, myślał i zachowywał się normalnie, naturalnie, może był nieco rozluźniony, ale to nie szkodziło, było raczej urocze... I to była właściwie jedyna oznaka, że był podpity. Trzymał się dobrze, może pomimo rozgmeranej koszuli pod szyją, ale wyglądał dzięki temu buntowniczo. Tak akceptowalnie przeze mnie.
- W takim razie zarządzam odwiedziny w kasynie - stwierdziłem niemalże od razu, kiwając palcem do Kevina, żeby się do nas zbliżył. Mieliśmy nowe wytyczne dla naszego Pana Ochroniarza. - Przepuścimy trochę fortuny - zaśmiałem się łobuzersko i pozwoliłem sobie na skierowanie Lorka w drugą stronę, właściwie to tam, skąd też przyszliśmy. Czas na ewakuację z tej stypy.

Koniec sesji