![]() |
|
[ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony (/showthread.php?tid=3398) Strony:
1
2
|
[ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Anthony Ian Borgin - 09.06.2024 Wieczór był młody, a słońce nieśmiało chowało się za horyzontem, rozlewając pomarańczową łunę nad ulice Londynu - magicznego, jak i tego należącego do mugoli. Jak zwykle panował gwar i pośpiech, rozmowy zagłuszały uderzenia butów o brukowane alejki i rozchlapywanie kałuż, które zostały po wcześniejszej ulewie. Ostatni dzień roboczy tygodnia wprawiał wszystkich w dobry nastrój, bary były przepełnione, a młode panny spotykały się na herbatach, aby omawiać plotki towarzyskie. Zdawać się mogło, że przez te kilka godzin w piątkowy wieczór sprawiało, że ludzie zapominali o trwającym konflikcie, o Czarnoksiężniku. Pewien młodzieniec wyłonił się zza zakrętu w niewątpliwie doskonałym humorze, mając rumiane policzki i podśpiewując, zmierzał w stronę domu - lub tak też się mu wydawało. Opuścił klub dla gentelmanów, jak nazwano jeden z lepszych barów, gdzie poza dobrym alkoholem, były również piękne kobiety. Jego strój był odrobinę niedbały, pachniał alkoholem i chichotał pod nosem, jakby chwilę wcześniej spotkało go coś dobrego i przyjemnego. Nagle zagwizdał, będąc jawnie pod wrażeniem tego, co pojawiło się przed nim w jednej z uliczek odchodzących od Pokątnej. Przyspieszył kroku, a potem zatrzymał się przed nią i ukłonił. - Panienka Greengrass! Jak zwykle, przepięknie Panienka wygląda. Czyżbyś przyszła odebrać Anthony'ego? Przykładna narzeczona! - pochwalił ją, przyglądając się jej twarzy. Nie chciał zdradzać stanu kolegi, ale nie wyglądała na głupią i pewnie po nim samym, tego i owego się domyśliła. - Dobrze ma z Panienką. Tylko proszę nie być taką surową, był całkiem grzeczny. - puścił jej oko, a potem znów się ukłonił. - Powinienem wracać, jutro rano muszę niefortunnie iść do pracy. Wyglądał, na nieszczęśliwego i chociaż obdarzył ją uśmiechem na pożegnanie, zbladł na samo wspomnienie. Przyśpieszył więc kroku, znikając gdzieś w tłumie. Trzymał szklankę paskudnie drogiej whisky, przyglądając się bursztynowej barwie płynu, jakby miał zobaczyć w nim przyszłość. W oczach chłopaka kryło się zirytowanie, rezygnacja i zmęczenie, a wszystko to uwieńczony iskierki upojenia alkoholowego, podkreślane dodatkowo przez zarumienione policzki. Wydawało się Antkowi, że dużo ostatnio pił, jakby odcięcie resztek zdrowego rozsądku, które wątpliwie posiadał, miało ułatwić mu życie. Wyjścia do klubu były odskocznią, która zastępowała mu odstawiony ostatnio motor, bo przecież był na etapie porzucania samego siebie, jeśli trzymać się założeń. Chociaż sam sobie kajdany włożył, były ciężkie i niezbyt wygodne. Skrzywił się więc, prychnął pod nosem i dopił trunek, unosząc dłoń, aby gestem zawołać kelnerkę, bo przecież musiała to uzupełnić. Siedział w tej lepszej części klubu, przy prywatnym i nieco osłoniętym stoliku, rozebrany z marynarki i z rozpiętymi dwoma guzikami koszuli, nie wspominając o niedbale wiszącym, krzywym i częściowo zawiązanym krawacie. Oparł się o miękki materiał, układając ręce przed sobą i splótł palce w milczącym oczekiwaniu. Trochę bolała go głowa i sufit z wielkim żyrandolem na kilkanaście świec zdawał się wirować, ale nie zniechęciło go to wcale, zwłaszcza gdy zegarek pokazywał tak młodą godzinę. Jutro będzie umierał,więc weźmie eliksir i przetrwa kolejny dzień, ucząc się wykonywać jakieś bzdurne papierkowe pierdoły lub też słuchając o koneksjach, które rzekomo musiał mieć w jednym palcu. W palcu! Jego myśli powędrowały w stronę ślicznej i kolczastej kleptomanki, którą nazwał swoją narzeczoną w porywie chwili oraz dramatu, a wciąż tego nie odkręcił. Pewnie była wściekła, podobnie, jak po poznaniu Stanleya. Zwyczajnie miała pecha, bo trafiła na jego słabszy punkt - biorąc pod uwagę, że od dwóch lub trzech tygodni, przechodził samozwańczą metamorfozę, która miała skupić go na zrobieniu tego, co było celem jego życia i kwintesencją obowiązków. Musiał zostać dobrym dziedzicem, przestać się wygłupiać i spoważnieć, aby spełnić oczekiwania ludzi, którzy go kochali i jednocześnie mieli na niego wyjebane, czego nie miał im za złe. Przekręcił głowę, ściągając brwi, gdy sygnet Borginów zaświecił na palcu. Merlin mu świadkiem, że to nie on winien to nosić, tylko Stasiek albo ktokolwiek inny, bo każdy byłby sensowniejszy. Stanleya właściwie starał się unikać, ograniczył zwierzanie się z sekretów i większość problemów rozwiązywał sam lub raczej unikał ich tworzenia, ale nawet Rzymu nie zbudowano od razu i z pewnością chwilę mu jeszcze zajmie, zanim wypełni dokładnie dziurę powierzonej mu roli. Słysząc kroki, zwilżył wargi, bo znów zaschło mu w gardle, a one mogły świadczyć tylko o zbliżającej się kelnerce. - Już myślałem, że o mnie zapomniałaś. Z lodem, jak lubię? Zostawię dobry napiwek Cl..- urwał, bo jego spojrzenie wcale nie trafiło na rudą i dość dobrze obdarzoną przez geny Clare. Przetarł oczy, prostując się, jakby nie wierzył w to co widział. Może zasnął, a ona była tylko zjawą senną? Dyskretnie więc uszczypnął się lub raczej wbił paznokcie w skórę, a gdy poczuł dyskomfort, westchnął z.. Właśnie, jak westchnął Anthony? Z ulgą, strachem, nadzieją czy zrezygnowaniem? Sam nie wiedział, jaka emocja mu chodziła po głowie. Opuścił jednak palec, którym wcześniej machał i dyplomatycznie chrząknął, jakby miało to zmydlić jej oczy. - Czyżbyś się tak za mną stęskniła przez te kilka dni, że postanowiłaś przyjść na spotkanie w miejsce.. Cóż, mało odpowiednie, dla damy, Różyczko? - zapytał pół żartem, pół serio, mając wrażenie, że przez te kilka sekund nieco wytrzeźwiał, chyba przez jej spojrzenie. Brzmiał też tak, jakby się martwił, bo przecież jawnie nie było to miejsce dla takiej damy, jak ona. - A może wcale Cię tu nie ma i jesteś po prostu obrazem mojego sumienia, żeby wytknąć mi grzechy? - to ostatnie dodał już pod nosem, przesuwając palcem po szyi, aby podrapać się w miejscu, gdzie materiał koszuli stykał się ze skórą. RE: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Roselyn Greengrass - 21.06.2024 To był dobry czas na spacer. Było jeszcze wcześnie i w miarę jasno, bo słońce powoli chowało się za horyzontem. Letni wietrzyk muskał odsłoniętą, jasną skórę Roselyn, która postanowiła tego wieczoru udać się - jak większość panien z dobrego domu - na herbatę. Los jednak sprawił, że nie była to herbata z kobietami w jej wieku. Nie była nawet z kobietami. Była z jedną, tą konkretną, jedyną, która mogła rozwiązać jej problem. A problem nazywał się Anthony Ian Borgin. Gdziekolwiek nie poszła, wieść o jej narzeczeństwie docierała również tam, gdzie jej kroki. To był cios nie tylko dla niej, ale i całego rodu. Nie tylko dlatego, że chodziło o nazwisko Borgin, ale głównie dlatego, że chodziło o to, że nie taki był plan. Nie taki był plan Rose, nie taki był plan jej ojca. Matka za to... Och, matka piała z zachwytu. Greengrassówna miała tego tak dość, że nie potrafiła wysiedzieć w domu. No i jeszcze te listy z gratulacjami... Jasna cholera. To dlatego zdecydowała się na odwiedzenie najpierw Podziemnych Ścieżek, a potem na krótki spacer Pokątną. Damie z dobrego domu nie wypadało włóczyć się po Nokturnie, ale czy ona faktycznie była panną z dobrego domu? Tak w środku, w Rose? Gdy zaczepił ją wyjątkowo wesoły, ewidentnie pijany mężczyzna, z początku chciała go wyminąć. Gdy jednak ją rozpoznał, powstrzymała się przed wyrzuceniem z siebie przekleństwa. Miast tego przywołała na twarz uprzejmy uśmiech i potrząsnęła głową, pozwalając by brązowe, proste pukle wywinięte na końcach rozsypały się na jej ramionach. - Ach tak? - zapytała tylko uprzejmie, w myślach demolując pierwszy lepszy stolik. Gdyby było tu pod ręką krzesło, niechybnie by po nie sięgnęła i roztrzaskała o pierwszy lepszy murek. Pieprzony Anthony. Wcale nie chciała po niego iść. Naprawdę - spotkanie Borgina to była ostatnia rzecz, na którą miała w tej chwili ochotę, ale skoro została już zauważona, to nie mogła po prostu tego zignorować. Na kogo by wyszła, jeśli nagle jej "narzeczony" zostałby znaleziony w jakimś rowie, uchlany w trzy dupy? Na Merlina, co on sobie wyobrażał? Rose nabrała powietrza w płuca, powstrzymała odruch sięgnięcia po papierosa i pchnęła drzwi. Myślała, że pójdzie trudniej - będzie musiała przekonywać ludzi, żeby pokazali jej, gdzie siedzi Antek. Miała już nawet skleconą naprędce rzewną historyjkę, która potwierdzałaby tylko fakt, jaką dobrą narzeczoną była. Ale nie było takiej potrzeby. Nie musiała się do tego zniżać, bo ludzie jakby bez słowa wskazali jej miejsce, w którym rozsiadł się Anthony. - Tylko zjawa mogłaby ci wytknąć wszystkie grzechy, Anthony. Żywemu człowiekowi nie starczyłoby na to lat - odpowiedziała, wygładzając ciemnozieloną, prawie wpadającą w czerń letnią sukienkę. Sięgała połowy łydki, odsłaniając buty na wysokim obcasie. Miały zakryte palce i pięty, lecz przy każdym kroku, który stawiała, stukały niemal złowieszczo. Brązowe włosy Rose miała spięte tak, by złota klamra z zielonymi kamieniami chwytała tylko włosy po bokach. Reszta pukli opadała na jej gołe ramiona, których cienkie ramiączka nie miały zamiar ukrywać. - Jeden z twoich... kolegów spotkał mnie na zewnątrz. Co miałam mu powiedzieć, gdy wytknął mi, jaką jestem CUDOWNĄ narzeczoną i TAK BARDZO się o ciebie martwię? Zapytała przesłodzonym głosem, chociaż jej oczy ciskały pioruny. Bez skrępowania usiadła obok Antka, gestem przywołując rudą kelnerkę do siebie. - Poproszę ognistą whisky. Bez lodu - rzuciła, nie obdarzając jej specjalnie spojrzeniem. Czy była zła, że Rose się tu pojawiła tak nagle i być może zaprzepaściła jej szanse na "napiwek", o którym wspominał Anthony? Nawet jeśli: miała to gdzieś. - Możesz nazywać mnie duchem przeszłych grzechów, panie Borgin. Mruknęła, wyłuskując z niewielkiej torebki papierosa. RE: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Anthony Ian Borgin - 07.07.2024 Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie wywołali szumu, nie spowodowali skandalu. Miało to swoje dobre i złe strony, skupiało uwagę socjety na tych dobrych torach związanych z Borginami, a nie plotkami z Ministerstwa. Obydwa rody były stare i z tradycjami, czyste, zapewne o podobnych poglądach. Anthony był dziedzicem, a Rosie była śliczna i mądra, miała doskonałą opinię — a w związku z tym, trudno było to nazwać złym połączeniem lub też niechcianym. Miało to zapewnić im spokój na jakiś czas. On mógł odetchnąć od aluzji matki na temat ślubu, od kolejnych proponowanych mu panien i wywodów o tym, że powinien zacząć w końcu traktować swoje obowiązki poważnie, a ona mogła skupić się na nauce. Mieć spokój. Nikt przecież nie będzie się Rosie naprzykrzał, gdy miała za plecami Antka. Jakkolwiek irytujący by nie był, miał pozycję i wpływy. Wystarczyło, że czasem się gdzieś pokażą, a on będzie wysyłał jej drogie prezenty i stosy kwiatów, a ciągnięcie tej zbawiennej farsy rozpoczętej od niewinnej kradzieży, mogło być proste i przyjemne. Nie znał jej dobrze, ale była znośna. Nie była przewidywalna i sztucznie pruderyjna, co niewątpliwie było atutem. Starał się skupiać na pozytywach, żeby nie zwariować. Nikt nie powiedział, że przechodzenie wewnętrznej przemiany będzie proste — ale no skoro chcieli dorosłego i odpowiedzialnego Borgina, to dostaną. Jemu i tak już było bez różnicy, bo przecież promienie słońca zdawały się na niego już nie padać, a raczej darzyło go ono nienawiścią. Została więc ciemność i ta jedna przypadkowa róża, która mogła być jego jedyną barwą w tym, co go otaczało. Miał dużo za złe dziadkowi, jeszcze więcej Staszkowi, ale żadnego z nich przecież nie mógłby nienawidzić, nawet jeśli niczego nie umieli zrozumieć. Westchnął, przymykając oczy, czując, jak szumi mu w uszach i jak piecze go gardło, bo wiekowy alkohol był zwyczajnie mocny. Tłumił natłok myśli, pozwalał mu odpocząć. Czasem łapał się na beznamiętnym spoglądaniu w zawartość kieliszka lub też na przedramię jednej z rąk, a wówczas w jego głowie nie działo się absolutnie nic. Półmrok lokalu sprzyjał, skrywał w cieniu zmęczoną twarz i pozwalał zachowywać pozory. Wątłe światła z kandelabrów pozwalały dostrzegać dokładniej ich najbliższe otoczenie, a wszystko to, co było dalej, rozmazywało się i tworzyło ciemne, nudne plamy. Nie miał pojęcia, że jego kolega, który tak otwarcie unikał obowiązków domowych, spotka Rosie i że ona zdecyduje się do tej dziury przyjść, bo przecież była ponadto. Nawet jeśli bycie damą nie było tym, co tkwiło w jej sercu, doskonale tworzyła pozory, wyuczona manier i uprzejmego, niewinnego zainteresowania. Tej życzliwości, której poniekąd od kobiet w jej wieku wymagano, bo tak wypadało. Miały chyba przypominać czyste i dobroduszne anioły, być uległe, co było — zdaniem Antka oczywiście, okropnie nudne. Może właśnie dlatego, że pod maską takiego anioła, Różyczka miała cienkie i ostre kolce, czekające tylko, żeby przeciąć skórę i posmakować krwi, wydawała mu się doskonałą szansą na zyskanie na czasie. Bo nie ma co się oszukiwać, nie zaproponowałby tego układu byle komu. Nie liczył oczywiście na miłość i żadne romantyczne uniesienie od swojej potencjalnej sztucznej bądź prawdziwej partnerki, ale pragnął, żeby była po prostu znośna i miała trochę rozumu, stanowczości i odwagi na tyle, aby wejść w nim dyskusje. Mieć swoje zdanie. Zamrugał na dźwięk jej głosu, który w panujących warunkach, przypominał jakiś dzwon, który chyba chciał go przywołać do porządku. Nie była kelnerką, nie była szukającą zarobku kurwą, które było tak łatwo tu znaleźć.. I dlatego właśnie przekręcając głowę, ściągnął brwi i wyprostował się nieco, czując, jak napinają mu się ramiona. Nie zdawało mu się, chociaż jego pierwsze wypowiedzi to właśnie sugerowały. Odchrząknął, mrugając, a jego palce zacisnęły się na stojącym przed nim szkle. - Nie jest ich aż tak wiele... - zaczął, nawiązując do ilości jego grzechów, jakby uraziła nieco jego dumę, jednak zaraz spoważniał i pokręcił głową. Oczywiście, że swoim towarzystwem uruchomiła w jego głowie pełne mechanizmy, poczucie odpowiedzialności, które przy jego uprzednim pragnieniu pełnego upojenia alkoholowego, krzyżowały plany. Nie mógł się powstrzymać przed krótkim przesunięciu po jej twarzy i ramionach spojrzeniem, ale nie było w tym nachalności czy obrzydlistwa, które zwykle miewali mężczyźni na widok tak ładnych kobiet. Czując jednak intensywność jej spojrzenia i słysząc sposób wypowiedzi, odszukał jej oczu i znów chrząknął, wymownie, siedząc już jak struna. Przez jego zmęczoną twarz przemykało zaskoczenie, ale i odrobina rozbawienia, ale próbował się nie roześmiać. Nie odzywał się, gdy siadała i wydała polecenia kelnerce, gdy wyjmowała papierosa. Po prostu się w nią wpatrywał, ale zanim kelnerka odeszła, przeniósł na nią wzrok. - Upewnij się, że moja narzeczona dostanie alkohol lepszej jakości. - ton głosu wcale nie brzmiał, jak prośba, bardziej niczym rozkaz, a dłoń, która powędrowała w międzyczasie do kieszeni, rzuciła w stronę Claire galeona. Powrócił uwagą do swojej niespodziewanej towarzyszki, kłócąc się ze sobą — bo przecież z jednej strony, ta cholerna czarownica w ogóle nie powinna przebywać w takim miejscu i to jeszcze tak ubrana, a z drugiej wiedział, że nawet jeśli będzie robiła mu kazania, wieczór będzie ciekawszy. Westchnął ciężko, przymykając oczy. Napił się, zwilżając wargi, a ciepło znów rozniosło się po jego ciele, gdy alkohol trafił do żołądka. - A martwisz? - zapytał z błyskiem w oczach, chcąc widocznie rozładować atmosferę. Przysunął się nieco bliżej jej, a spojrzeniem omiótł najbliższe stoliki, jakby chciał upewnić się, że żaden człowiek nie przygląda się jej zbyt nachalnie lub z głupim uśmiechem, a potem wyciągnął w jej stronę dłoń, gdy już wsunęła papierosa w usta. Nie zabrał jednak używki, ujął jej palce w swoje i przysunął, muskając wierzch dłoni wargami, a kciukiem zatoczył na skórze okręgi. - Oczywiście, że jesteś cudowną narzeczoną i jestem wdzięczny, za Twoją wyrozumiałość. Jednak na Merlina, Różyczko, to nie jest miejsce dla Ciebie. - zauważył z rezygnacją, zdając sobie sprawę, że jego słowa i tak niczego nie zmienią. Cofnął dłoń, sam sięgnął po papierosa — nowego, bo nie wiedział, co się stało właściwie ze starym. - Jestem przekonany, Panno Greengrass, że duch moich przeszłych grzechów, nie miałby formy róży. Dotyczy ona nowego rozdziału w mojej historii. Wiesz, że nie musisz tu ze mną tkwić, jeśli nie chcesz? Zapewne nie jestem w zbyt satysfakcjonującym Cię stanie. Oparł się wygodnie, prostując pod stołem nogi i krzyżując je w kostkach. Chwilę wcześniej oczywiście zaproponował jej podpalenie papierosa gestem, tak, jak robił to ze swoim. Zaciągnął się, a dym trafił do płuc i spotęgował szumienie w uszach, kolejna fala dreszczy rozbiegała się po ciele. Był trochę pijany, owszem, ale czy on zwyczajnie nie wariował? - Ty też masz ducha przeszłych grzechów? - zapytał nagle i z zainteresowaniem, odwracając głowę w stronę kobiety. Z trudem powstrzymał się przed zgarnięciem jednego z niesfornych, pięknych pukli za jej ucho. RE: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Roselyn Greengrass - 17.07.2024 Rose zdecydowanie nie przypominała anioła, chociaż niektórzy usilnie chcieli, by było inaczej. Nie miała długich blond włosów czy nienagannej figury, obejmującej między innymi wąską talię i szerokie biodra, idealne do rodzenia dzieci. Nie miała jasnobłękitnych, wiecznie roześmianych oczu. Jej usta nie były różowe i pełne. I owszem, Roselyn była piękna ale nie na ten anielski sposób. Słońce miast odbijać się od blond pukli było pochłaniane przez brązowo-czarne kosmyki, zupełnie tak jakby natrafiały na mityczną, czarną dziurę. Jej oczy, chociaż niebieskie, przypominały bardziej burzowe niebo tuż przed tym, jak zostanie zasłonięte gęstymi chmurami, jeszcze sekundy przed tym, jak trzaśnie z nich piorun. Talia, chociaż widoczna, nie była tak uwydatniona przez biodra, które były kościste, skrzętnie maskowane sukniami oraz spódnicami. Czy Roselyn byłaby w stanie w ogóle urodzić dzieci bez bólu? Czy być może nowe życie złamałoby jej miednicę i sprawiło, że wykrwawi się w Mungu, bo nikt i nic nie będzie w stanie jej pomóc, bo przecież czasem ani magia, ani medycyna nie może nic poradzić na to, gdy uprze się Los? Nie, Roselyn Greengrass zdecydowanie nie była aniołem. Była postacią poboczną, istotą z tła, która była zawsze gdzieś obok, która grała drugie skrzypce. Która pochylała się cała nad książkami, dbając o to, by nie wyciągając za bardzo szyi, bo czuła na karku oddech matki, mówiącej że nie może za bardzo opuszczać ramion, bo nigdy nie znajdzie męża. Ale nie była też diabłem - bo choć przy Antku była bezczelna, nieustępliwa i obcesowa, to Borgin sam doskonale widział, jak dobrze ją wychowano. Tego nie dało się udawać, to była część jej samej, której nigdy nikt nie wypleni. Narzeczona... Te słowa jednocześnie ją bawiły, jak i drażniły. Bawiły bo układ, na który przystała, był tak naprawdę szansą na to, by zyskała spokój. Przynajmniej pozorny, bo Thomas Greengrass nie do końca akceptował wybór córki. Ale z drugiej strony czy zaakceptowałby jakikolwiek jej wybór? Była jego światełkiem, gwiazdką, promyczkiem - jego Różą w ogrodzie pełnym chwastów, jego spuścizną, która miała przejąć schedę wbrew skostniałym zasadom, że to mężczyźni powinni piastować pewne stanowiska. Oczywiście, że się to zmieniało, wszak magiczna społeczność posiadała Ministrę, nie Ministra, ale na Matkę... Nie każdy rozumował tak jak większość, szczególnie stare i szanowane rody. - Oczywiście, że to nie jest miejsce dla mnie - odpowiedziała, z premedytacją ignorując większą część jego wypowiedzi. Z wielką ochotą zignorowałaby również to muśnięcie warg, które złożył na jej dłoni, ale nie potrafiła, bo gdy tylko poczuła jego ciepły oddech, mimowolnie odwróciła wzrok. Nie z obrzydzenia, bo gdyby się go brzydziła, to przecież wyrwałaby rękę i wymyśliła jakąś wymówkę, czemu nie chce tego dotyku. Nie odważyłaby się go spoliczkować wśród ludzi, a ci byli i zerkali, nawet jeśli nie nachalnie. W końcu to nie było miejsce dla niej. Pozwoliła więc Anthony'emu na ten gest, nie patrząc mu jednak w oczy - wzrok miała wbity w kelnerkę, która właśnie od nich odchodziła. Drugą dłonią stukała lekko papierosem o torebkę. - Róża ma wiele znaczeń, Anthony, lecz chyba żadnym z nich nie jest nowy rozdział w życiu. Może to być piękno, doskonałość lub próżność, ale wśród różnych wierzeń jest to także męczeństwo. Celowo pominęła biblijne znaczenie róży, którą było zarówno przebaczenie, jak i zmartwychwstanie, żeby przypadkiem Borgin nie wziął tego za potwierdzenie swoich słów. Bo przecież nie mogła mu przyznać racji. W końcu Rose zdecydowała się na odpalenie papierosa, którego rolowała między palcami. Wyjątkowo pozwoliła na to mężczyźnie, zamiast sięgać po swoją zapalniczkę. - Kim bym była, gdybym zostawiła narzeczonego w potrzebie? - odpowiedziała cicho, mrużąc nieco oczy, gdy dym przesłonił jej na chwilę twarz. - Żaden mnie jeszcze nie nawiedził. Być może moje przewinienia są mniejsze niż twoje. Skłamała gładko, bo przecież to nie była prawda. Czasem nawiedzały ją koszmary. Mniej lub bardziej przerażające. Przypominające o tym, co robiła i jak robiła. Nie była aniołem i zdecydowanie nie była święta, ale w porównaniu z Anthonym była całkiem niewinna. Drobne przywłaszczanie przedmiotów czy wpływanie na innych przy pomocy swoich umiejętności to było nic. Milczała chwilę - milczała też, gdy kelnerka przyniosła ich zamówienie. Jednak gdy tylko odeszła, Rose sięgnęła po szklankę Antka. - Nie uważasz, że twój umysł ma już dość alkoholu? - zapytała z pozorną troską, lecz w jej oczach czaiła się uważność. Nie każdy lubił, gdy zabierano mu alkohol i była tego świadoma, ale Borgin miał już chyba zdecydowanie dosyć procentów na dzisiaj. RE: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Anthony Ian Borgin - 21.07.2024 Nawet gdyby ktoś zapytał go trzeźwego, czy Rosie przypomina mu anioła — nie zaprzeczyłby. Wszystkie te mityczne, książkowe lub też pochodzące z obrazów postacie z białymi skrzydłami były jego zdaniem brzydkie. Nijakie w tym swoim blondzie, oczywiste w spojrzeniu, przerysowane. Robiono z nich stworzenia idealne, a przecież takowe nie mogły zwyczajnie istnieć. Jego anioł miał zupełnie inną formę, był tego pewien — może miał nawet ciemne lub szkarłatne skrzydła? Przyglądał się jej w myśleniu i chociaż bardzo nie chciał pożerać jej wzrokiem, nawet przed samym sobą musiał przyznać, że była po prostu w jego typie. Te jej buntownicze spojrzenie, w którym widział niezadowolenie z otaczającego ją świata i tego, co na nią narzucał. Gdzieś tam w środku czuł, że w pewny sposób są do siebie podobni, ale nie umiał jeszcze tego przeświadczenia określić słowami, wyjaśnić właściwymi argumentami. Musiało kryć się za tym coś więcej, skoro poprosił Różę o granie w grę, która mogła ich obydwoje zwyczajnie zniszczyć towarzysko. Wizualnie malowała się tak krucho i delikatnie, jak te kwiaty, od których nosiła imię, a jednak wiedział, że była kolejną kobietą w jego życiu, która nie potrzebowała ochrony lub jego. Nie potrzebowała rycerza na białym koniu, który mógłby ratować ją z każdej opresji. Przez te swoje kolce, była niezależna i silna, wyuczona trudnej sztuki poruszania się w arystokracji magicznej. Był jednak pewien, że w jakimś stopniu była tym jego aniołem, chociaż nie wiedział jeszcze, czy będzie jego zbawieniem, czy zgubił. Teraz, siedząc nad szklanką, ścigany przez własne grzechy, niesiony niechęcią i niesprawiedliwością, cieszył się, że przyszła. Nawet jeśli nie mógł tego powiedzieć, to starał się przelać tę wdzięczność w ten prosty gest przywitania, którym ją obdarzył. Widział, że uciekła wzrokiem, ale nie komentował i nie mógł naciskać, ciesząc się jedynie, że nie cofnęła ręki lub w coś jej nie wytarła. Była niesamowitą kobietą. Wiedział to, chociaż znał ją krótko. I za to zamierzał zrobić dla niej, co mógł — tak sobie właśnie obiecał, żeby mogła spełnić swoje marzenia oraz plany. Nie było to chyba zbyt Borgińskie zachowanie, ale uznał, że należało być wdzięcznym ludziom, którzy pojawili się we właściwym momencie. Po całej sytuacji z Brenną i z brutalną świadomością, że Longbottom go chyba nienawidzi, nie miał chęci na wieczorki zapoznawcze i na rozmowy o ślubach. Uratowała go od tego, godząc się na ten szalony pomysł. I do tego tak się angażowała, sprawiała wrażenie idealnej narzeczonej. Jakim cudem jednocześnie był wdzięczny i jednocześnie targały nim tak wielkie wyrzuty sumienia, że ją w to wciągnął? Wzdrygał się nieco, alkohol zaszumiał mu w głowie i zaschło mu w gardle, ale jedyne co Antek zrobił, to przymknął na kilka sekund oczy, czując na wargach ciepło jej skóry. Uniósł brew w stronę kobiety na jej słowa, prychając pod nosem i wywracając oczami. - Jesteś niemożliwa. Twój ojciec utnie mi.. Głowę, jak się dowie, że tu byłaś. I tak nie jest zachwycony naszymi zaręczynami. - jęknął ze zrezygnowaniem, ale i nutą rozbawienia w głosie, jakby była to sytuacja, na którą po prostu nie miał wpływu. Starał się, aby Thomas go polubił, był nienaganny i przyniósł mu odpowiedni podarek, a jej matce bukiet z kilkudziesięciu kwiatów — nie tak duży, jak Rosie, ale wciąż pokaźny, nie żałując galeonów. Czuł jednak to wbijające się w niego niczym ostrze spojrzenie, czuł chłód jego słów na skórze. - Zwykle rodzice mnie lubili. - zauważył jeszcze, robiąc kolejnego łyka, a cierpki napój rozgrzał go od środka i sprawił, że żołądek nieco się zacisnął. - No i nie musisz się martwić, Różyczko. Nawet jeśli nie jest to miejsce dla Ciebie, to cię ochronie. Od tego jestem. Klepnął się w pierś wolną dłonią, prostując niczym struna i uśmiechając w jej stronę z coraz bardziej błyszczącymi oczami. - Męczeństwo, co? Chyba dla Róży. Piękno do Ciebie pasuje. - dodał jeszcze z delikatnym wzruszeniem ramion, przywierając plecami do oparcia. Trzeba przyznać, że pojawienie się brunetki nastroiło go trochę w bojową formę, rozglądał się co jakiś czas po izbie i posyłał lodowate spojrzenia każdemu, kto gapił się na nią zbyt długo. Na Merlina, powinien ją stąd przecież zabrać! Przesunął dłonią po twarzy, kręcąc do swoich myśli głową, jakby brutalnie świadomy, że jego narzeczona i tak go nie posłucha. Spojrzał na nią kątem oka, zastanawiając się nad porwaniem. - No właśnie, straciłabyś jeden płatek, gdyby wyszło na jaw, że mnie zaniedbujesz. - przytaknął grzecznie, odwracając twarz w jej stronę. Znów się uśmiechnął, nonszalancko i łobuzersko, chyba na komentarz o przewinieniach. Nie wątpił w jej niewinność, nie miała na sumieniu tyle, co on. Ciężar czarnej perełki na bransoletce skrytej pod rękawem koszuli sprawił, że po ciele przebiegł mu dreszcz. Było to jednak bagno, z którego nie mógł się wyplątać, był tego brutalnie świadomy. Uznał też, że nie chciałby, aby cokolwiek ją nawiedzało. Alkohol dodawał mu opiekuńczości, budził w nim głęboko ukryte pokłady troski i poczucia sprawiedliwości. Mógł się bawić w rycerza, mówić głupie rzeczy i potem zrzucać to wszystko na alkohol. - Gdyby jakieś Cię nawiedzały, dał mi znać. Wezmę je na siebie. Jaki byłby ze mnie narzeczony, gdybym nie stawiał Ciebie przed sobą? Tak? Mam dość? Ściągnął brwi z miną niezadowolonego dziecka, gdy chwyciła za szklankę. W pierwszej chwili nawet wysunął dłoń, nakładając palce na jej palce, aby odzyskać kryształową szklankę, ale ostatecznie westchnął, odpuścił i zaciągnął się papierosem. Szumiało mu w głowie, miał wypieki, ale chyba nie było jeszcze aż tak źle? Lód tak rozkosznie obijał się o krawędzie szklanki, bursztynowy trunek kusił jego spojrzenie, ale Tosiek nie uległ. - Jak tak mówisz, to pewnie mam, ale to dobry trunek. Może jeszcze mały łyk? - negocjował, wypuszczając dym gdzieś na bok. Przesunął się nieco, obracając w jej stronę bardziej, aby swobodnie mógł na nią patrzeć, lustrując wzrokiem twarz i oczy. Trochę się z nią droczył, ale w tej pozycji mógł też ocenić szanse powodzenia planu, który rodził się w jego głowie. - Na Merlina, ale Ty masz ładne oczy, takie nietypowo błękitne. Dobrze zrobiłem, zamawiając Ci pierścionek, który nie jest aż tak oczywisty. Stwierdził dumnie, całkiem zadowolony z olbrzymiego szafiru, który będzie się w nim krył. Ciekawe, czy był już do odbioru? RE: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Roselyn Greengrass - 11.08.2024 Roselyn uśmiechnęła się. Była to mieszanina złośliwości i niewinności - połączenie, które z pozoru było niemożliwe do uzyskania, a jednak jej się udało. Pełne usta były wygięte ku górze, ale w oczach płonęły iskierki. Tęczówki odbijały światło świec oraz leniwie krążący w powietrzu dym. Jednocześnie w spojrzeniu, którym obdarzyła Antka, czaiła się jakaś taka drapieżność, trudna do nazwania i sklasyfikowania. Być może była tam też domieszka mściwości. W końcu to była jego wina, prawda? - Ciesz się, jeżeli tylko na głowie skończy - powiedziała, przekrzywiając swoją głowę lekko na prawo. Zaciągnęła się lekko, tak jak lekko mówiła o tym, co Thomas mógłby zrobić Borginowi, gdyby się dowiedział, w jakich miejscach przebywa Rose. - Mój ojciec... Cóż, nie powiem, że zna się na ludziach, ale zna się na mnie. Być może nie wierzy do końca w naszą "miłość". Powiedziała ściszonym głosem, a po raz pierwszy na jej twarzy odbiło się zwątpienie. Bo przecież do tej pory była pewna, że mieli plan idealny. Wszystko było ustalone, rozpisane w kalendarzu (Rose nawet użyła przepięknego, kolorowego atramentu, żeby podkreślić kilka przyszłych dat ich spotkań oraz zasady), ale... Być może za mało się starali? Jej rozważania przerwał dotyk jego palców. Otoczył jej własne, które ściskały szklankę z whisky. Drgnęła, czując zadziwiające ciepło, bijące od jego skóry. Ciepło, które było zdecydowanie zbyt ciepłe. Alkohol sprawiał, że ludzka temperatura szybowała w górę - to stąd wypieki, stąd uczucie gorąca nawet jeżeli na zewnątrz mróz szczypał policzki trzeźwym ludziom. Anthony zdecydowanie miał dosyć. A jednak zachował na tyle przytomności umysłu, by się targować o jeden malutki łyk. Łyczek wręcz. Roselyn zmrużyła niebieskie oczy, nie zamierzając szarpać się z "narzeczonym" o szklankę. Dobrze, że odpuścił. - Zmieniasz temat celowo, czy alkohol już tak uderzył ci do głowy, że wychodzi na wierzch twoja prawdziwa natura? - odparowała, odstawiając szklanicę na stół. Jeśli chce, niech ją weźmie. Niech weźmie ten jeden, malutki łyczek. A potem kolejny i kolejny. Znała zaklęcie, które sprawi, że nawet jeżeli padnie jak kłoda, to będzie w stanie go stąd wynieść. Tylko co z ich reputacją, o którą tak bardzo się bali? Posłała mu więc ostrzegawcze spojrzenie. - Jeden. Sama upiła łyk ze swojej szklanki, przekornie odwracając wzrok. Od niechcenia spoczął on na jej dłoni i palcu serdecznym, na którym nie było w tej chwili żadnego pierścionka. Przez kilka uderzeń serca obserwowała swoją dłoń, myśląc. - Co to znaczy, że nie jest aż tak oczywisty? - zapytała, po raz kolejny celowo ignorując większość zaczepek, które wystosował w jej stronę. Nie chciała dać się wciągnąć w tę grę, bo nie miała w niej zbyt dużego doświadczenia. Bała się, że Anthony sprowadzi ją do parteru, a potem pokona. A ona nienawidziła przegrywać. RE: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Anthony Ian Borgin - 25.08.2024 Przyglądał się jej badawczo, śledził z drobną fascynacją iskierki błądzące po jej tęczówkach, które malowały się we wszystkich odcieniach błękitu. Budziły wiele skojarzeń, poeta lub autor piosenek z pewnością mógłby czerpać z nich inspiracje. Było w tej kobiecie coś nieuchwytnego i prowokującego do działania na tyle, że skłoniła go do brnięcia w ryzykowny układ. Borginowi było wszystko jedno, co będzie z nim, bo i tak nie miał absolutnie żadnych intencji, aby kiedykolwiek oddać jeszcze serce kobiecie. Brenna w jego głowie była niezastąpioną właścicielką tego, co z tego "romantycznego" organu pozostało i musiał być złoczyńcą w tej historii, aby ją chronić i żeby mogła się realizować, trudno. I chociaż wykorzystywał brunetkę do uzyskania odrobiny spokoju, aby się pozbierać, nie zamierzał się nią bawić i jej skrzywdzić. Nie była zabawką, nawet jeśli urodą przypominała filigranową lalkę, idealnie wpasowującą się w jego estetykę. Westchnął, zaciskając na chwilę usta i przymykając oczy, pokręcił głową z nutą zrezygnowania. - Więc powinienem się bardziej postarać, żebyś i Ty trochę się zaangażowała. Wolałbym pozostać w całości... - zaczął w końcu, pozwalając sobie na delikatny ruch ramion. Gdy podniósł powieki, obdarzył ją kolejnym spojrzeniem. - Wiesz, powiedziałem, że to będzie wygodne dla nas oboje, ale jeśli będziesz chciała to skończyć, spełnię Twoje życzenie i się dostosuje, organizując to tak, żebyś wyszła na tym lepiej i bez szwanku. Możesz jednak w pełni wykorzystywać swojego narzeczonego. Twój ojciec może będzie spokojniejszy, że kogoś masz, bo nie śmiem wątpić, że sporo adoratorów się koło Ciebie kręciło, a nie jest łatwo ciągle odmawiać, zwłaszcza ludziom wpływowym. Świat ma trochę złe wartości w tych czasach. Wyjaśnił jej — w swoim własnym odczuciu, dość rzeczowo, trzymając się dość blisko siedzącej obok Rosie, jakby gotów był w każdej chwili ją ochronić przed intruzami, którzy wchodzili do baru. Jego ulubiona kelnerka rzucała w ich stronę spojrzenia, ale ignorował ją zupełnie. Bo nawet jak był nietrzeźwy i nieszczęśliwy, nie chciał jej na Merlina zawstydzać. Starał się być też grzeczny, ale to był dobry alkohol. Dotyk jej dłoni uświadomił mu, jak dawno nie pozwolił sobie na frywolne spotkania z kobietami, bojąc się, że taki wyskok dotarłby do uszu dziadka, Staśka albo co gorsza- Brenny (łudził się jeszcze, że miał szanse). Czasem flirtował, czasem zdarzało mu się oddać pasji pocałunków, ale zachowywał przyzwoitość i spodnie. Zacisnął powieki, gdy myśl o tym, że teraz już właściwie wszystko jedno i mógłby spróbować szczęścia, rozniosła się echem po jego umyśle, potęgowana alkoholem i samotnością. Nie był skończonym chujem, Rosie by przecież nie ruszył. Znów poczuł, że chce mu się pić, jak przez gardło przedziera się suchość i aż chrząknął. - Nie wiem. - odparł zgodnie z prawdą, wyrwany z zamyślenia i nie bardzo wiedząc, co twórczego jej na to powiedzieć. Nie mogła przecież go poznać na tyle, aby mieć jakiekolwiek pojęcie o jego naturze i jej zawiłościach, bo dopiero uciekłaby z krzykiem. Uśmiechnął się więc łobuzersko, a oczy zalśniły mu pewnego rodzaju uległością, oddając narzeczonej zwycięstwo. Przynajmniej na ten moment. Podziękował tym samym za pozwolenie i prędko uniósł szklankę, robiąc olbrzymiego, ale jednego łyka. Zrobiło mu się cieplej, lepiej, a problemy i wątpliwości cichły, tłumione żarem rozchodzącym się po jego żołądku. Alkohol był darem bogów, ale i największą pułapką. - Dobra z Ciebie kobieta. - dodał jeszcze, czując, jak przez chwilę mu się zakręciło w głowie, ale zamrugał i wrócił pełną uwagą do brunetki. Na jej pytanie stuknął palcami w blat stołu, mruknął przeciągle, jakby chciał zbudować napięcie i złapał za jej dłoń, przesuwając palcem wzdłuż palca, gdzie brakowało najważniejszego elementu jej ubioru. Przekręcił głowę na bok, gdy przyglądał się jasnej skórze. Miała drobne dłonie, ale miękkie i znacznie chłodniejsze, niż jego własne. - Bo wszyscy biorą wielkie, białe diamenty albo Topazy, to teraz mocne. Jubiler miał też kilka zamówień na zielone kamyki, ale mało kogo stać na dobrej jakości szmaragd. A ja chciałem, żeby było coś wyjątkowego. I pomyślałem, że inspirację mam na wyciągnięcie ręki. Przerwał, a potem nieco niezdanie, puścił jej dłoń i podwinął rękaw koszuli, aby zerknąć na tarczę zegarka, co wymagało zmrużenia oczy. W oczach coś mu zalśniło, wyszczerzył się w jej stronę i wstał, rzucając na stolik kilka galeonów z kieszeni. - Miał być gotowy na jutro, ale po co czekać? Powinnaś go dostać teraz, natychmiast. Chodź. Oznajmił krótko, łapiąc jej rękę i pomagając jej wstać, upewnił się, że niczego nie zapomniała i pociągnął ją w stronę wyjścia z baru, nieco chaotycznie stawiając kroki. To nie było daleko, a rzemieślnik był mu winien przysługę, więc nie skomentuje nawet faktu, że pojawią się w jego sklepie po godzinach. - Może z odpowiednim pierścionkiem, wszystko stanie się bardziej realne. RE: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Roselyn Greengrass - 03.09.2024 - Jeżeli tak chcesz, to może przestań przynosić wstyd i sobie, i mi? - zapytała chyba ostrzej niż początkowo zamierzała, bo jeden z mężczyzn obrócił w ich stronę głowę i spojrzał z dezaprobatą na parę. Roselyn jednak miała głęboko w swoim ślicznym, zadartym nosku to, co tam sobie sądził jakiś równie podpity przygłup z widocznym, rysującym się pod szatą brzuszkiem. Obrzydliwe. - Nie tylko ojciec. Mruknęła, bo czy Antkowi mówiła kiedykolwiek, że ma jeszcze brata? Brata, z którym chyba czego go przeprawa, a na pewno się spotkają, jeżeli Borgin nie przestanie odpierdalać. Jeszcze ktoś mu przyłoży w ten pusty łeb i wyląduje w Mungu, a Roise już doskonale wiedział, co się odjebało między nią a nim. - Do tej pory sobie radziłam, ale nie przeciągaj struny, Anthony, bo może faktycznie się to źle dla ciebie skończyć - zwłaszcza jeżeli teraz postanowiłaby zrobić mu awanturę. Przecież to byłoby idealne zakończenie tego związku - szybkie i gwałtowne, bo wylazłby na wierzch jego rzekomy alkoholizm. Ale z drugiej strony... Ten układ, w którym oboje się znaleźli, był jej naprawdę na rękę. I nie chciała tego tak zaprzepaszczać, zwłaszcza że w jej opinii absolutnie niczego do swojego narzeczonego nie czuła, więc nic co ten robił, nie mogło jej zranić. Nieco zaskoczona wstała, nie bardzo więcej, co ma mu odpowiedzieć na ten śmiały ruch. Co to w ogóle miało znaczyć, że Może z odpowiednim pierścionkiem, wszystko stanie się bardziej realne? - A chciałbyś, by to wszystko było bardziej realne? - zapytała cicho, pomna tego, że samo jej pojawienie się w środku klubu wywołało zamieszanie. Nie chciała niepotrzebnie podnosić głosu, więc tylko zacisnęła szczupłe palce na przedramieniu Anthony'ego. Dość mocno i - miała nadzieję - że boleśnie, tak by ból pomógł mu jakkolwiek odzyskać część jasności myślenia. Podejrzewała, że tak może być, chociaż sama nigdy się nie upijała: ból oraz świeże powietrze, chociaż trwało w Anglii lato i dla niej osobiście było zbyt duszno. Pozwoliła się wyprowadzić (czy też może ona wyprowadziła jego?) i odetchnęła z ulgą, gdy tylko drzwi męskiego klubu zamknęły się za ich dwójką. Może i Antkowi to nie pomoże, ale jej na pewno. Powoli zaczynała myśleć. - Jesteś pijany, jak to będzie wyglądać? - zapytała, odwracając ku niemu głowę. RE: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Anthony Ian Borgin - 26.10.2024 Anthony ściągnął brwi na kilka sekund, aby zaraz zmienić zdanie i je unieść, spoglądając w stronę swojej narzeczonej. Wyglądał, jakby zupełnie nie rozumiał, co miała na myśli i dlaczego właściwie używała takiego tonu głosu! Poza piciem zachowywał się przecież dobrze — nikogo nie pobił, nikogo nie podpalił, nie skończył z kelnerką na kolanach, więc dlaczego była zła o kilka szklanek dobrego alkoholu? Zamrugał, a potem pokręcił głową i prychnął, niczym niezadowolony z życia kot i wzruszył ramionami, nie mając na to żadnej odpowiedzi i jednocześnie sugerując, że po prostu wyolbrzymiała. Milczenie nie trwało jednak długo, bo gdy poczuł spojrzenie mężczyzny, wyprostował się i zadarł podbródek, mrużąc groźnie oczy, chcąc zasugerować postawą, aby zajął się sobą, jeśli lubił kształt swojego nosa. - Nie zrobiłbym przecież niczego, żeby zrobić Ci wstyd, Najdroższa. - rzucił jeszcze, nieco głośniej niż powinien, uśmiechając się brzydko do faceta, a gdy ten zajął się sobą, wrócił do niej spojrzeniem. Nie mógł jej sprawić zawodu, bo poszła mu na rękę i brała udział w tym teatrze. Ją też musiał chronić, nawet jeśli czasem mogło to być pokazywane w sposób niezwykle pokrętny. - Nie tylko ojciec? Mam nadzieję, że nie masz chłopaka czy kochanka, bo to by faktycznie wywołało jakiś skandal i traumę na jego życiu. Musiałbym się wtedy o Ciebie pojedynkować. Zauważył z uniesionym palcem, który zachwiał się w powietrzu i zakręcił tak, jakby Borgin rzucał jakieś zaklęcie, aby kilka sekund później, uśmiechnąć się do niej w rozbrajający, pogodny sposób. Nie wiedziała jeszcze, że miał urok osobisty i więcej szczęścia, niż rozumu. Udawało mu się wychodzić względnie cało z kłopotów — głęboko wierzył, że było to wyrównanie za te wszystkie niesprawiedliwości, które spotkały go w życiu. Wiedział też, że gdy mówiła w taki sposob — nie powinien dyskutować. Przytaknął więc grzecznie, dziękując w duchu Merlinowi, że miał siostrę. Jego spojrzenie znów skupiło się na twarzy brunetki, powolnie przesuwając po jej rysach, aby dotrzeć najpierw do ust, a potem do oczu. Była naprawdę śliczna, zupełnie w jego typie — tu też wygrał, jak na loterii. Bo co, gdyby padło na blondynkę? - Aktorzy muszą wierzyć w to, co robią, bo inaczej nikt nie uwierzy w ich sztukę, Kwiatuszku. - stwierdził rzeczowo, głosem pewnym siebie i maskującym ewentualne niedogodności wynikające ze stanu jego upojenia alkoholowego. Na szczęście był wysoki i przyzwoicie zbudowany, co pozwalało mu na zachowanie równowagi i klasy, pomimo drobnych zawrotów głowy i rumieńców, które zatańczyły na jego polikach. Nie mógł przynieść jej wstydu, zwłaszcza gdy przypomniał sobie o zamówieniu. Ekscytacja nieco go otrzeźwiła, podobnie jak to angielskie powietrze. Odetchnął głęboko, mając ją blisko siebie, aby w razie czego, móc ją osłonić lub odsunąć od niepatrzących przed siebie przechodniów, lub podejrzanych typów. Wolną dłonią przetarł oczy, zamrugał kilkukrotnie, łapiąc kilka głębszych oddechów i niedbale przeczesał włosy, które pogrążyły się w naturalnym dla nich chaosie. Trzymał jej dłoń na tyle mocno, aby dać jej jakiekolwiek poczucie bezpieczeństwa, ale i na tyle łagodnie, żeby nie zrobić jej krzywdy. - Zaufaj mi. - poprosił w końcu, wciąż z błyskiem w oczach, gdy plan coraz wyraźniej rysował się w jego umyśle. - Nie jest Ci chłodno, nie potrzebujesz czegoś? To kilka minut spaceru. Na pewno będzie Ci na dziś gotowy. On zna mnie na tyle, żeby nie być zdziwionym — zwłaszcza, gdy Ciebie zobaczy. Wyjaśnił jej dla uspokojenia, nie mogąc powstrzymać uśmiechu, który podsycało podekscytowanie i ciekawość na jej reakcje do wzoru, który wybrał. Spacer minął naprawdę szybko, a on nawet się nie przewrócił. Trzymał fason, czasem mniej mówił lub zaciskał powieki, ale było nieźle. Miał też nadzieję, że nie czuć od niego aż tak papierosów lub alkoholu, bo miał dość mocne perfumy i miały powstrzymywać inne zapachy według Pani z rozlewni. Jego pięść uderzyła w drzwi. - Patrick? Patrick to ja! - wyjaśnił głośno, cofając się pół kroku, gdy kolejny raz zastukał. Gdy drzwi się otworzyły, puścił jej dłoń i objął ją delikatnie w talii, trzymając blisko swojego boku — wciąż na przyzwoitym poziomie, nie schodził poniżej bioder, takim był dobrze wychowanym człowiekiem. - Cześć stary. Czy zamówienie dla mojej przyszłej żony jest gotowe? Mężczyzna o siwiejących, ciemnych włosach związanych w kitkę wywrócił oczami i chociaż jego twarz wyglądała na pierwszy rzut oka surowo, zaraz przytaknął. - Ah, Tony, cały Ty! Wiecznie w gorącej wodzie kąpany. Ty musisz być Panną Greengrass, wiele o Tobie słyszałem! Nie kłamał, piękna z Ciebie kobieta. Zapraszam, zapraszam! Antek puścił ją przodem, a gdy znaleźli się w niewielkim sklepie jubilerskim, zamknął za nią drzwi. Wykonywana tu biżuteria była wyjątkowa z tego powodu, że nie istniał drugi taki sam wyrób. Każdy pierścionek różnił się od siebie, a kolorowe kamyki połyskiwały w gablotkach. Zaprosił ich na kanapę ustawioną w rogu, a potem zniknął na zapleczu, nucąc pod nosem i zagadując ich od czasu do czasu. Spojrzał na nią z błyskiem w oczach. - Mam nadzieję, że jesteś chociaż.. Trochę podekscytowana? - zapytał, pokazując palcami niewielką odległość, a gdy Patrcik przyszedł, Antek nie mógł już wytrzymać. Wstał, podziękował mężczyźnie w połowie sklepu i zabrał eleganckie puzderko, zostawiając mu w dłoni sakiewkę, a potem szepnął kilka słów na ucho. Mężczyzna zaśmiał się z niedowierzaniem, nazwał go kompletnym wariatem i klepnął po ramieniu, a potem ukłonił się Roselyn i zostawił ich samych. Borgin obrócił przedmiotem w dłoni, znów przeczesał włosy i spojrzał na nią, milcząc dłuższą chwilę. Musieli w to wierzyć, jeśli mieli oszukać całą magiczną socjetę. Musiało być realnie, jeśli miała mieć spokój, a on czas na to, aby... No właśnie, na co teraz, skoro jego plany się tak brutalnie zmieniły i nagle jego przyszłość była ciemną plamą? Uśmiechnął się w jej stronę, kręcąc głową. Nie mógł jej tym obarczać. Podszedł więc klęknął na jedno kolano i wyciągnął w jej stronę dłoń z pierścionkiem, unosząc wieczko. - Czy uczynisz mi ten zaszczyt i zostaniesz moją kryzysową narzeczoną? Nie jestem najlepszym materiałem na męża, ale obiecuję, że będę Cię chronił i o Ciebie dbał podczas trwania naszego układu, a także po nim. Pierścionek miał motyw kwiatu, z którym tak mu się kojarzyła. RE: [ 15 Lipca 1972 ] | Rosie x Anthony - Roselyn Greengrass - 08.11.2024 - Nie, nie mam - odpowiedziała ostro, ostrzej niż zamierzała. Jednak w jej oczach pojawił się jakiś złośliwy błysk, gdy tak zbliżyła się do niego, by opleść jego przedramię swoimi palcami. Mocno kontrastowało to z jej uśmiechem, przepięknym i słodkim niczym miód, niewinnym jak u anioła. - Mam brata. Starszego brata. I bardzo mu się nie spodobał fakt, że akurat ty jesteś moim... Wybrankiem. Uniosła nieco głowę w wyzywającym tonie. Nie mówiła mu, że Ambroise miał ogromny problem nie tyle co z nim samym, a z samym nazwiskiem. Nie mówiła mu dlaczego, nie mówiła mu po co i nie zamierzała tłumaczyć, że do tej pory to właśnie Roise zajmował się odpędzaniem niewygodnych i natrętnych kandydatów na męża. Nie musiała - była pewna, że jej brat zadbał o to, by Anthony wiedział co i jak. Angielskie powietrze owiało jej twarz i wplątało się we włosy, poruszając ciemnymi, brązowymi kosmykami. Błękitne oczy wodziły po okolicy, jakby skanowały otoczenie. Nie chciałaby wpaść na nikogo znajomego, zwłaszcza że Anthony dał się poznać jako ten bardziej wygadany Borgin. Co by się stało, gdyby wpadła na kogoś z pracy? Na pewno już słyszeli, co się stało. Jak by wyjaśniła, co tu się właśnie odczyniało? - Nie, dziękuję. Wolę, jak jest zimno - odpowiedziała gładko, chociaż było to perfidne kłamstwo. Roselyn była naprawdę szczupła, chuda wręcz, a zimne wieczorne powietrze wcale dobrze na nią nie działało. Na jej ciele pojawiła się gęsia skórka, a ona sama zadrżała, jednak uparcie nie chciała przyjmować od niego marynarki czy kurtki. Albo inaczej: nie poprosiłaby go o nią. Czy gdyby sam jej dał, to by przyjęła? Cóż, może. To zależy. Gdy załomotał w drzwi, a potem chwycił ją w talii, drgnęła. Nie mogła jednak zaprotestować, bo drzwi w tej samej chwili się otworzyły, a przed nimi stanął znajomy Anthony'ego. Obdarzyła go przyjaznym, nieco zawstydzonym uśmiechem, chociaż w duszy miała ochotę zamordować Borgina za to, że miał tak długi jęzor. Ilu osobom rozpowiedział o tym, że byli razem? - Jest pan zdecydowanie zbyt miły - powiedziała, poszerzając uśmiech. Nieznacznie zacisnęła palce na materiale koszuli, na plecach Antka. Tak że prawie go szczypnęła w plecy, dając upust swojemu niezadowoleniu. Dopiero gdy usiedli na kanapie, odważyła się zmrużyć oczy. - Ilu osobom zdążyłeś powiedzieć, jak piękna jest twoja przyszła żona? Roselyn dbała o urodę i skłamałaby, gdyby powiedziała, że to nie połechtało jej ego. Ale próżność to jedno, a cała ta sytuacja to drugie. Westchnęła cicho, przenosząc wzrok na gabloty. Lubiła świecidełka, chociaż nie nosiła ich zbyt często. Jej praca nie pozwalała na to, by nosiła kolczyki, łańcuszki czy pierścionki. Wszystko musiała zdejmować w szatni, a potem zwyczajnie zapominała zakładać z powrotem. Dlatego dość szybko z tego zrezygnowała. Uważnie jednak obserwowała wymianę zdań pomiędzy Patrikiem a Antkiem. Wodziła wzrokiem od jednego do drugiego, a gdy ten pierwszy nazwał go wariatem, uniosła brew. Co on znowu wymyślił? Zaczynała się obawiać: myślała, że to będzie prosty układ, w którym oboje będą czuli się niekomfortowo, a tymczasem Borgin zdawał się doskonale bawić. A skoro tak... - Oczywiście, że tak! - zaszczebiotała z entuzjazmem, wyciągając dłoń w stronę Anthony'ego. Można mu było zarzucić naprawdę wiele, lecz ten gagatek miał doskonały gust. Z nieudawanym podziwem spojrzała na pierścionek, pyszniący się na jej palcu serdecznym. - Ale musisz wiedzieć, że skoro masz mnie chronić... To trudne zadanie przed tobą. Jej słodki szczebiot przeszedł niemalże w syk, gdy nachyliła się nad nim, gdy tak klęczał na jednym kolanie. Syknięcie było przeznaczone wyłącznie dla jego ucha, które najpierw owiała ciepłym oddechem, a potem zniżyła się, by musnąć jego policzek ustami. Zupełnie jakby podpisał cyrograf. Nie wątpiła, że w tym układzie to właśnie Antek miał przejebane, nie ona. Mógł być Borginem i mieć wielu wrogów, ale to ona była tą bardziej niepokorną z rodzeństwa Greengrass. A warto było wspomnieć, że jej brat nie miał żadnych oporów przed tym, by obić mordę komuś, kto krzywo się na niego spojrzał. |