Secrets of London
[2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23)
+--- Wątek: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I (/showthread.php?tid=3400)

Strony: 1 2


[2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Millie Moody - 10.06.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Rozliczono - Millie Moody - osiągnięcie Badacz Tajemnic

02.08

Rezydencja Bertiego Bott'a

Rwa­łem dziś rano cze­re­śnie.
W ogro­dzie było ćwier­kli­wie, sło­necz­nie,
ro­śnie i wcze­śnie


Lammas było... wyjebanie intensywne i Mildred nie mogła ogarnąć głowy w nocy totalnie, rzucając się po zbyt wielkim i zbyt miękkim łóżku w domu przyjaciela jej brata. Możliwe, że powinna też wziąć eliksir na spanie, ale zapomniała o nim totalnie w ferworze wszystkiego co się podziało wczorajszego dnia. Nic więc dziwnego, że o świcie wstała z łóżka po nieprzespanej nocy i wypełzła do ogrodów cukiernika, które pełne były... wszystkiego. Wyjebanie wszystkiego. Pszczoły nie próżnowały, owoce, kwiaty, cała przyroda napierdalała w nią bodźcami, tak, że o mało nie wypierdoliła się na mokrej trawie gdy szła w kierunku pyszniących się czerwienią drzewek.

Dzisiaj była umówiona z Geraldine i w sumie było to jedyny super trudne zadanie do ogarnięcia, w porównaniu z wczorajszym dniem, gdzie poza wyjściem ze szpitala, ogarnęła jarmark, ptsd, tragiczny występ robiący z niej debila i oczadzanie świecą jakiejś rudery na drugim końcu Anglii. Dziś tylko ploteczki. Dziś aż ploteczki. Nie mogła się doczekać.

Ptaki nakurwiały, a ona czuła że jej te wszystkie dźwięki odbijają się w głowie. (Czy w ogóle wzięła leki rano?). Podwinęła sobie podkoszulek i zaczęła zbierać tłuste owoce jeden po drugim, drżąc do własnej myśli i smrodu, znaczy wszechogarniającego zapachu przesytu dookoła. Czemu to nie mogło pachnieć jak stare dobre londyńskie ulice? Brakowało jej bruku pod stopami, tu wszystko było takie miękkie. Czerwony sok z czereśni brudził jej dłonie i nadgarstki, ale nie zwracała na to uwagi. Może powinna być trochę bardziej delikatna?

Czas mijał, a owoce wypełniały jej prowizoryczny "koszyk" brudząc go obficie. Obraz. Natura. Krew. Sama lepiej by nie wymyśliła kompozycji, więc zamierzała po powrocie zdjąć koszulkę i uzupełnić białe luki akwarelami, które dostała od Peregrinusa. To brzmiało jak dobry plan. Ogród czarował ją i zawłaszczał dla siebie. Ostatecznie jednak brzuch upomniał się o posiłek. Dziwne. To pewnie przez regularne pory jedzenia w lecznicy dusz.

+++

Gdy Geraldine pojawiła się w Dolinie, było już zdecydowanie bliżej południa. Chłopaków nie było na miejscu, więc miały całą chatę dla siebie, ale Millie zaprosiła Ger do ogrodu. Ubrana w bardzo kolorowy i chaotyczny podkoszulek, zdawała się być pełniejsza (na ciele) niż przed zamknięciem, jej złote oczy były jednak trochę przygaszone i rozkojarzone. Włosy zamotane w niedbały kok na czubku głowy wystawały jej jakby była strachem na wróble, a na stoliku poza świeżymi czereśniami piętrzyły się ciastka pozostawione przez Bertiego. Kawa, herbata, lemoniada... żadnego alkoholu. Nie wolno było jej pić (czy wzięła leki rano? Nie mogła sobie przypomnieć nic poza świergotem ptaków i sokiem ściekającym po nadgarstkach).

– Ja pierdole, nienawidzę Doliny muszę stąd gdzieś wypierdolić bo mi to całe miejsce śmierdzi kurwa lecznicą. Pierdolone więzienie, nie jestem w stanie pojąć czemu trzymali mnie tam tak długo. – Zielony ponoć pomagał na zrelaksowanie się. Podobnie jak kolory miały pozytywnie wpływać na odbiór rzeczywistości, która w głowie Mills była infekowana szarością i czernią. Jak węgiel na białym arkuszu. Wzdrygnęła się. – Dwa miesiące odsiadki kumasz to! – Trzy, licząc śpiączkę – Powinni mnie wypuścić od razu jak kurwa doszłam do siebie! – burczała wściekle jak bąki krążące pośród kwiatów, pomijając fakt, że następnego ranka pogryzła i podrapała dwóch sanitariuszy oskarżając ich o bycie śmierciożercami. – Błagam, powiedz mi Stonks, że u Ciebie jest cokolwiek lepiej. Potrzebuję dobrych opowieści, bo dostaje totalnie w łeb.


RE: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.06.2024

Nie miała pojęcia, co przytrafiło się Millie podczas Beltane. Yaxley wiedziała, że to było pojebane, w końcu wiele osób zginęło, później sama ścigała widma, które były straszne, nawet w niej wzbudzały odrazę, mimo, że widziała w swoim życiu naprawdę wiele strasznych stworzeń, uczucia, które towarzyszyło jej gdy je spotkała nie zapomni jednak nigdy, nie miała pojęcia, czy przez nie Thunder znalazła się w wariatkowie, może nie do końca, ale coś złego musiało się tam wydarzyć. Gdyby to były widma to pewnie by już nie żyła, Ger pamiętała tego chłopca, którego znalazła w lesie, została mu odebrana młodość, zamienił się w starego dziada, kiedy jego dusza nadal była dzieckiem. To było okropne.

Nieco bała się spotkania z Millie, nie wiedziała, czego powinna się spodziewać. Zamknięcie na pewno nie było przyjemnym doświadczeniem, niby wymieniły ze sobą kilka listów, ale co z tego. Dawno się nie widziały. W jej życiu ostatnio pojawiło się wiele zawirowań, postanowiła jednak nie męczyć swoimi problemami przyjaciółki, nie chciała jej dokładać, nie kiedy ta ledwo wyszła na wolność. Może kiedyś jej opowie, jak nadejdzie odpowiedni moment, póki co była pewna jedynie tego, że akurat jej nie chce obciążać swoim problemami. Nie wiedziała, jak zareagowałaby na te wszystkie rewelacje i informacje. No hej Millie, słuchaj jasnowidzowie nie widzą mojej przyszłości, najprawdopodobniej nie istnieje, nie przejmuj się. Ta, jasne. Wolała jej tego wszystkiego oszczędzić.

Umówiły się w Dolinie, co było całkiem niezłym powodem do skorzystania z miotły, niby teleportacja była szybsza, jednak Yaxley nie odmówiłaby sobie tej przyjemności. Uwielbiała latać, zresztą trening dobrze jej zrobi, jakikolwiek. Musiała być w formie, musiała być przygotowana do walki, która miała ją spotkać w niedalekiej przyszłości. W końcu miała się zmierzyć z istotą, która chciała odebrać jej życie, jej wspomnienia, zająć jej miejsce na świecie. Nie było to specjalnie świetlistą przyszłością, więc wolała mieć szansę w jakikolwiek sposób się obronić.

Wylądowała na włościach Botta w okolicach południa. Podróż zajęła jej chwilę, jednak całkiem nieźle ją rozruszała. Może i miała ogromne wory pod oczami, bo nie sypiała ostatnio najlepiej - o ile w ogóle spała, posiłkowała się eliksirami od Flo, żeby chociaż trochę odpocząć. Policzki jednak, dzięki wiatrowi, który uderzał jej w twarz się nieco zaróżowiły, nie była więc, aż taka blada, jak bywała ostatnio. Włosy zaplotła sobie w niedbały warkocz, nie znosiła, kiedy właziły jej do oczu, gdy była w powietrzu. Wyglądała poza tym całkiem zwyczajnie, na dupie miała swoje skórzane spodnie, na wierz narzuciła flanelową koszulę, męską, sama nie widziała czyją, pewnie któregoś z typów, którzy zostali u niej przypadkowo na noc.

Udały się do ogrodu, co było całkiem przyjemnym rozwiązaniem, bo Ger uwielbiała spędzać czas na świeżym powietrzu. Zmierzyła wzrokiem zawartość stołu i nieco się rozczarowała, bo nie zauważyła tam whisky, starała się jednak nie dać po sobie znać, że jej to nie pasuje. Nalała sobie do kubka kawy, czarnej jak jej dusza i upiła spory łyk. Nie sięgała po ciastka, słodycze nigdy nie były jej pierwszym wyborem, zamiast tego wsadziła sobie w usta fajkę i ją odpaliła. Idealne śniadanie. Zaciągnęła się dymem spoglądając na Millie. Próbowała odczytać w jakim jest stanie, jak się czuje, czy faktycznie wszystko powoli wracało do normy.

- Nie narzekaj kurwa, widać, że tu o ciebie dbają, całkiem fajna ta rezydencja. - Bottowi się powodziło, co do tego nie miała wątpliwości. Mogła mieć przynajmniej pewność, że ktoś będzie karmił jej przyjaciółkę.

- W Londynie jest głośno i śmierdzi, z dwojga złego, tutaj chyba jest przyjemniej. - Przynajmniej tak się jej wydawało, może było nudno, ale nuda czasami była wskazana.

Nie była pewna, czy Thunder już doszła do siebie, nie wiedziała, jak powinna skomentować jej słowa. Martwiła się o nią, lekarze na pewno nie podjęli decyzji bezpodstawnie, jednak zawsze pojawiały się jakieś obawy. - Chuj tam, najważniejsze, że już jesteś wolna. Udało ci się to przeżyć. - Bez sensu rozprawiać nad przeszłością, kiedy to przyszłość była ważna. Skrzywiła się, gdy o tym pomyślała, bo przecież ona miała nie mieć przyszłości. Pojebane to było.

- Tak, tak, u mnie lepiej, w zasadzie wszystko zaczęło się ostatnio układać. - Na początku roku Astaroth zmarł na jej rękach, później okazało się, że jest wampirem, zakochała się w ćpunie, który ją zostawił, okazało się, że jej brat nie istniał, był tylko krwiożerczą bestią, która chciała ją zabić, nie mogło być lepiej, czyż nie? Nie miała zamiaru jednak wspominać o niczym z tych cudownych wydarzeń ze swojego życia. Nie teraz. - Wiesz, nawiązałam współpracę ostatnio z takim fajnym typem, popatrz co dla mnie zrobił. - Uniosła do góry lewą rękę i zatrzepotała nią w powietrzu, aby pokazać jej bransoletkę z zębów błotoryja, która wyglądała, jakby lewitowała na jej nadgarstku.




RE: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Millie Moody - 11.06.2024

Brzmiały podobnie. Brzmiały inaczej. Mildred uderzyła myśl, w tym ciepłym, przyjemnym ogrodzie, pośród bzyczenia bąków, uderzona zapachami sierpniowego ogrodu, zamiast smrodu ociekającej ulicy, że pewna era się już skończyła. Siedem lat w jednym dormitorium, jedna klasa, jedna drużyna, jedno życie. To było dawno temu, gdy były niemalże nierozłączne. To było w poprzednim życiu.

Teraz patrzyła na Ger i wiedziała, że przyjaciółka kłamie. Mniejsza o intencje. Nie mówiła jej wszystkiego, wygładzała szpachlą przedstawianą rzeczywistość. Ale czy Miles nie robiła tego samego? Czy opowiadała jej o czerni, która przylepiła się tak żarłocznie do jej egzystencji, że wciąż czuła jej oddech na swoich plecach? Czy opowiadała jej o szarości i zapatrzonych w nią twarzach rozlewających się po ścianie lecznicy, zmartwiałych, zagubionych, zapatrzonych, czekających na chwilę słabości, na poranek, w którym nie będzie miała siły im odmówić? Czy mówiła jej o cudzych dłoniach dotykających skóry, niewidocznych, niemożliwych do udowodnienia. To tylko sen. O upadku, niekończącej się pustce, w której nie pozostało nic innego jak lot pozbawiony nadziei To tylko sen. O twarzy Alastora wykrzywionej lękiem, twarzy, którą widziała tylko wtedy gdy myślał, że nie patrzyła.

To tylko sen.

Jej rysy złagodniały, policzki opadły a wraz z nimi kąciki ust w żałobie za latami beztroski. Czyżby dorosłość w końcu zapukała do jej drzwi? Trochę późno... Mały palec zadrgał na na filiżance, nie kontrolowała tego.

– Nie wiem. Nie umiem... nie umiem się odnaleźć. Nigdy nie było, nie miałam dobrego miejsca dla siebie. Ale teraz nie mam jeszcze bardziej. – przyznała ochryple, głosem, którym szeptały sobie największe sekrety w środku nocy. O skradzionym koleżance pocałunku, o tęsknocie za bratem, o ciężkiej ręce ojca. Przygryzła wargę. Świeciło słońce. Wkoło było tak jasno. Tak pięknie. Tak soczyście. Teraz ona była szarością o włosach pociągniętych czernią. Nie mogła uciec od siebie prawda? Już raz podjęła próbę i to było bardzo złe miejsce.

– Fajna ta bransoletka. Czyje to zęby? Wyglądają dziwnie. – podniosła wzrok na oryginalną biżuterię, próbowała wypuścić to kłębowisko emocji, które nagle wpełzło do jej brzucha i w całości zastąpiło splątane jelita.


RE: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Geraldine Greengrass-Yaxley - 11.06.2024

Dorosłość jak początek umierania. Niby zupełnie niedawno sypiały w jednym dormitorium, chwilę temu, jednak czas płynął bardzo szybko, czy tego chciały, czy nie. Kiedyś pewnie nie miałaby oporów opowiedzieć Millie o wszystkim, teraz jednak bała się, że jest zbyt krucha. Życie ich nie rozpieszczało, każda dosyć mocno obrywała po dupie, nie było w tym nic dziwnego, że nie chciały się sobie chwalić swoimi niezbyt przyjemnymi doświadczeniami, szczególnie, że nie spotykały się zbyt często. Kto bowiem chciałby być kojarzony jedynie z problemami? Geraldine zdecydowanie łatwiej było dusić wszystko w sobie, nie umiała mówić o tym, co ją gryzło. Nigdy, chociaż teraz jeszcze bardziej niż kiedyś.

Mogła być silna, starała się być silna. Udawać, że rzeczywistość jej nie przygniotła. Ślepy jednak zauważyłby, że nie układało jej się ostatnio. Cera jeszcze bardziej blada niż zazwyczaj, fioletowe sińce pod oczami, zazwyczaj była okazem zdrowia, teraz jednak coś zżerało ją od środka, coś chciało jej śmierci. Stała się ofiarą, to na nią polowano, nie mogła się z tym pogodzić.

Może i nawet potrzebowała dyskretnej troski, kogoś, kto martwiłby się o nią, jednak nie uważała, że Moody powinna być tą osobą, nie chciała jej obarczać taką odpowiedzialnością, zresztą nie tylko jej. Nie było chyba osoby, którą mogłaby wybrać. Nie była nigdy wystarczająco czyjaś, miała wielu przyjaciół, znajomych, jednak zawsze brakowało jej w życiu kogoś, dla kogo była najważniejsza. Zdawała sobie sprawę, że głównie ona była temu winna. Teraz, gdy grunt walił się jej pod nogami coraz bardziej upewniała się w tym, że nie do końca dobrze wybierała w życiu. Najgorsze było to, że nie czuła, żeby miała szansę coś z tym zrobić, nie teraz, bo było na to za późno.

- To chyba normalne, w sensie, wiem, że nie normalne, ale nie było cię tutaj prawie trzy miesiące, pewnie trochę ci zajmie powrót do rzeczywistości. - Próbowała zrozumieć sytuację Moody, na swój sposób, nie było to wcale proste, bo nigdy nie przydarzyło się jej nic podobnego, ale próbowała, naprawdę.

- Zaproponowałabym ci chwilowy pobyt u mnie, ale niestety nie ma już miejsca. - Westchnęła ciężko, może to był jakiś pomysł. Gdyby znowu mieszkały w jednym pokoju, poczułyby się jak dawniej? Tyle, że w jej mieszkaniu i tak ostatnio było tłoczno, nie miałaby jej nawet jak zapewnić kawałka przestrzeni. - Chyba, że chcesz spać ze mną w jednym łóżku. - To też była jakaś opcja.

- Błotoryja, wiesz takie stwory, co żyją na bagnach. - Nie umiała tego chyba inaczej wytłumaczyć, zabiła ich sporo w swoim życiu, nie wiedziała w tej chwili jeszcze, że za kilka dni miała pokonać ich króla. - Wiesz, będę jechać na wakacje, znaczy wakacje to chyba za dużo powiedziane, ale jadę na trochę za miasto. - Próbowała ciągnąć rozmowę o pierdołach, żeby trochę odsunąć te wiszące nad nimi chmury burzowe i wszystkie nieszczęścia.




RE: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Millie Moody - 17.06.2024

Westchnęła ciężko i skupiła się na ciastku i kawie. Nie było co udawać w tej materii, było ciężko w chuj.

– No wczoraj mi odjebało na tym pieprzonym jarmarku jak wszędzie były ognie, a ta banda debili się ponapierdalała chwile wcześniej. Leki mnie wkurwiają, otumaniają mnie a ten złamas mój psychiatra pierdoli jakieś kocopły na temat niezaleczonych traum z dzieciństwa. Jakby kurwa no, moim problemem są jebani czarnoksiężnicy i dziura w świecie, a nie jakieś ulalalla matka Ci umarła na rękach, to masz teraz emocjonalne problemy. Ja pierdole. Ohoho masz problem o tym, żeby rozmawiać w tym temacie więc TO NA PEWNO KURWA TO. Za mało wódki jest na tych pieprzonych sesjach terapeutycznych, żeby mnie to bawiło. – a ojcu i tak nie powie kurwa nigdy nic nikomu i Black nawet hipnozą nie wyciągnie z niej tego co działo się za zamkniętymi drzwiami domu Moodych. Wzdrygnęła się i załadowała całe ciastko do buzi, żeby przestać o tym myśleć i, a może przede wszystkim, żeby odzyskać władzę nad ciałem.

– Mi nie robi spanie z Tobą w jednym łóżku Ger, przecież wiesz, ale no ja w pakiecie idę, wiesz Alastor teraz jest bardzo...mmm... przeczulony. Mam wrażenie, że kiedy jestem w okolicy to w ogóle nie sypia, jakby się bał, że jeśli on zaśnie to ja się nie obudzę, nie wiem... Martwię się o niego w chuj. – przyznała, chociaż to miały być przecież lżejsze tematy. – A gdzie jedziesz? Może... może uda mi się go namówić, żeby mnie wypuścił gdzieś na kilka dni. Mogłybysmy się tam spotkać! – zaproponowała ożywiona sięgając po soczyste czereśnie, które rankiem nazbierała cały kosz, żeby się uziemnić chociaż trochę w rzeczywistości. Nawet jeśli była bardziej nierealna niż jej pojebane sny.


RE: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Geraldine Greengrass-Yaxley - 19.06.2024

Geraldine zamarła, zatrzymała kubek w locie i spoglądała na Millie spod opadającej na czoło grzywki. Nie mrugała, przyglądała się jej uważnie i słuchała tego, co ta właśnie zaczęła jej mówić. Było to dość emocjonalne, a ona, cóż ona nie była chyba osobą, która potrafiłaby jej pomóc. Ledwie radziła sobie ze swoim burdelem, nie wiedziała też, co powinna powiedzieć Millie, w jaki sposób ją wspierać, bo było to dla niej zupełnie coś nowego. Nie znała się na tym, nie wiedziała, jak radzić sobie z traumami, nie czuła się odpowiednią osobą do udzielania rad, bo co jeśli powie coś nie tak, co jeśli niepotrzebnie się odezwie, nie w ten sposób, w jaki ona by tego oczekiwała?

Musiała jednak coś powiedzieć, wypadało, żeby się odezwała. Tak w końcu robią przyjaciele, czyż nie?

- Jak ci odjebało na jarmarku? - Nie do końca miała świadomość, co się wydarzyło, spróbowała więc zacząć od początku, powoli, żeby zrozumieć każdy aspekt tego, co się stało. - Masz jakiś problem z ogniem? - Pamiętała, co stało się podczas Beltane, chociaż sama Geraldine nie brała udziału w tych walkach, bo przecież Giovanni odesłał ją do domu, przez co ominęło ją największe zamieszanie.

- Nie wiem, jak działają twoje leki, nie wiem też, czy możesz je odstawić Thunder, chyba psychiatrzy się powinni na tym znać, jeśli ten nie do końca ci odpowiada, to może powinnaś go zmienić, może ktoś inny doradzi ci coś innego? - Nie miała pojęcia, jak w inny sposób mogłaby jej pomóc. Nie wiedziała, co ona przeżyła podczas ataku śmierciożerców, musiało to być coś okropnego zważając na to, że spędziła później czas w psychiatryku. Może jednak to nie było wszystko, może jej problemy wiązały się też z tym, co działo się w przeszłości? Może teraz wszystko się skumulowało? Geraldine mogła sobie gdybać, ale jednak nie była odpowiednią ku temu osobą.

Upiła łyk kawy ze swojego kubka. Wcale nie zdziwiło ją to, że Millie wspomniała o Alastorze, jego zachowanie było dla niej bardzo zrozumiałe. Sama teraz przecież mieszkała z Astarothem po to, żeby mieć go na oku, żeby go pilnować po tym wszystkim, co mu się przytrafiło, chyba tak już działało starsze rodzeństwo. - Myślę, że akurat o niego nie musisz się martwić, Alastor jest w stanie zadbać i o siebie i o ciebie. - Dodała jeszcze, bo wydawało jej się, że akurat to nie powinno niepokoić przyjaciółki.

- Do Windermere, nic tam nie ma, ale to chyba atut tego miejsca, zbyt wiele się ostatnio dzieje, chciałabym się gdzieś zaszyć i po prostu być, wiesz. - Siedzieć bez celu, nie zajmować niczym myśli, to było aktualnie jej największym marzeniem.




RE: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Millie Moody - 22.06.2024

– No nie wiem... widziałam i słyszałam rzeczy, które działy się wiesz... wtedy. Poprzednim razem. Straciłam oddech, mm... Miałam takie poczucie... znaczy, no...zamroziło mnie, ale było jednocześnie bardzo, bardzo gorąco, nie wiem jak to opisać. I nie mam kurwa problemu z ogniem, ale wtedy było kilka... kilka rzeczy krzyki wiesz, ludzie uciekali, zapach zaklęć ja... no nie wiem. Pojebane to. – przełknęła lęk o to, że nie wróci na służbę. A co ze stażem na Aurora? Czy wezmą kogoś tak nieudolnego, kto nawet do Limba nie dotarł? Nikt nie był w stanie powiedzieć jej co działo się z jej ciałem przez te trzy dni, ale no... Ci co byli w Limbie, wrócili zimni. Ona była ciepła. Ona wrzała. Bulgotało jej pod deklem.

Jak pachną Twoje sny Geraldine? Czy mają zapach określonej wody kolońskiej? Za kim tęsknisz? Kogo woła noc, gdy rozum bierze sobie wolne i budzą się demony

– Ta wiem, ale ten mój jest jakiś niewydarzony. Znaczy fajnie, że mnie w końcu wypuścił, ale wiesz jak jest.
– jedyna rzecz w której nie mogła narzekać na Blacka. Dał jej wypis. Podpisał przepustkę. Co prawda dalej musiała mieć kuratora, kontynuować terapię, spotykać się na sesje, brać leki, blablabla, nudy. Zdusiła w sobie kilka bluzgów na temat tego, że Alastor sobie świetnie z tą sytuacją radził. Chuja nie sobie radził, ale miała na tyle lojalności by tak nie eksponować brata. Tylko jak mu pomóc? Bertie w swojej dobroduszności nie zauważał tego, co widziała ona. A jeśli on by nie poradził, to Brenna czy Erik tym bardziej.

– Sam środek niczego, to brzmi w pip zachęcająco! – podjęła entuzjastycznie. – Zrobimy sobie tam ognisko i będziemy smażyć kiełbaski? I kakao z piankami! To brzmi jak doskonały plan! – Wyjedzie, da Alikowi spać, musiała tylko ogarnąć z kim ale Terry wisiał jej jedną przysługę, może zabrałaby Peregrinusa, co prawda to nie były Alpy, ale zawsze to jakieś wspólne spędzenie czasu z akarelami i kartami. – Powróżę Ci jak za starych dobrych, pośpiewamy, rozerwiemy się. – rozsiadła się wygodniej, uśmiechnięta jak kot obżarty kradzioną śmietanką.


RE: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.06.2024

Słuchała uważnie każdego słowa, które wypowiadała Millie. Wyciągała wnioski, chociaż nie do końca znała się na rzeczy, nie była szczególnie lotna w sprawach ludzkiego umysłu, zresztą sama przez ostatnie miesiące zastanawiała się, czy nie ochujała. Jednak brzmiało to jak pewien schemat. - Wiesz, Lammas to był spęd ludzi, tak jak na Beltane, do tego pojawiły się te płomienie, jak ogniska, może to odblokowało ci jakąś czakrę w głowie i przypomniało o tym, co się wtedy wydarzyło? - Rzuciła luźno, no bo psychiatra był z niej jak z koziej dupy trąba, ale umiała łączyć fakty i to tyle. - Też rzuciłaś się jak zawsze na głęboką wodę, ledwo wylazłaś z tego psychiatryka i poszłaś na sabat. - Nie, żeby chciała ją jakoś umoralniać, ale nie było to najrozsądniejsze posunięcie. Wiedziała, że Thunder nie należy do osób, które lubią się ograniczać, ale to był taki moment w jej życiu, kiedy powinna.

- Czyli go nie polecasz, daj znać kto to, gdybym kiedyś i ja trafiła do lecznicy. - Próbowała zażartować, chociaż nie zdziwiłaby się wcale, jeśli i ją postanowiliby zamknąć w psychiatryku. Łaziła przecież po znajomych i opowiadała im o tym, że jej brat chyba nie istnieje. Ktoś w końcu pęknie i powie, że zwariowała. Pozostawało tylko pytanie kiedy się to stanie.

Najwyraźniej bracia stwarzali problemy każdej siostrze. Ger miała gdzieś z tyłu głowy wizję Florence, która ciągle martwiła się o Atreusa, Millie męczyła się ze swoim, a jej brat przypadkiem został niedawno wampirem... Z rodziną to dobrze się wychodzi chyba tylko na zdjęciu.

- Tak, nie mogę się doczekać zniknięcia stąd chociaż na chwilę. - Ostatnio wiele się działo i naprawdę potrzebowała złapać oddech gdzieś pośrodku niczego, wśród ludzi jej życzliwych. - Co tam kakao, będziemy pić, whisky, dużo whisky i się niczym nie martwić. - Jej ciągoty do alkoholu nawet w takiej sytuacji dawały o sobie znać, ostatnio była to jej ostatnia deska ratunku, chwilowe znieczulenie, które pomagało jej nie myśleć.

- Nie ma sensu wróżyć, nie ma czego wróżyć. - Dodała jeszcze nieco wyciszonym głosem. Florence wywróżyła jej brak przyszłości, wolałaby, żeby Millie tego nie zobaczyła, nie było na co patrzeć. Nie chciała, żeby i ona zobaczyła, że Geraldine była już skreślona.




RE: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Millie Moody - 26.06.2024

– Oj weź już ok no... skąd mogłam wiedzieć, skoro podpisali papiery że jest dobrze, myślałam, że jest dobrze. Poza tym w Lecznicy... Stara... wszystkie ściany kurwa białe, podłogi białe, sufity białe... Byś mnie tam zobaczyla, to byś wiedziała od razu, że jest przechujowo. A tak no miałam kryzys jak były ognie z samego początku, wiesz ta bójka o chuja, ale no... nie ważne. Najważniejsze, że mi się to nie śni co nie? – Tak na prawdę eliksiry bardzo dbały o to by nie miała snów. A przynajmniej żeby nie miała swoich snów. – Teraz jest spokój, za dwa dni, za trzy może ma być jakaś impreza ale nie wiem czy na nią pójdę. Nie wiem, nie umiem się odnaleźć w tym wszystkim. – Przyznała naburmuszona na siebie i na świat.

– To jeden z Blacków, ale nie pamiętam imienia. Przedstawił się tylko na pierwszej sesji a potem tylko wiesz... W mojej głowie widnieje jako czarnuch. Z resztą cały taki jest wypłoszowaty z czarnymi oczami, nie lubię jak na mnie patrzy, ale nie wiem do końca w sumie kiedy tego nie robi. – Millie była bardzo okrutna dla Perseusza, bo widziała go jako swojego kata, przetrzymującego ją wbrew woli w szpitalu. Niepomna na to, że proces wymagał czasu i tego, że gdyby nie jego podpis dalej tkwiłaby w zamknięciu. Rozdrażniona i niecierpliwa, pod tym względem nic się nie zmieniło.

– Whisky najsssss! – wyszczerzyła zęby nie zamierzając się przyznać, że absolutnie nie powinna pić alkoholu. – Będzie super, podoba mi się, jeszcze raz jak... Winderpaper? Widnermare? Muszę sobie gdzieś to zapisać i na pewno się tam spikniemy na chlańsko. Może widzisz, to jest sposób, ani za dużo ludzi ani za mało. Ta Dolina też wiesz... niby fajnie, ale za blisko tej zjebanej Lecznicy. Wiatr wieje, czereśnie drżą, a ja myślę tylko o tamtym miejscu. – wzdrygnęła się. To nie lecznica była problemem. To ona była problemem. I fakt co czuła otoczona przez stado wariatów. Tu było o tyle dobrze, że Alastor miał mózg otoczony oklumencką watą, a Bertie... on pachniał słodyczami i ewentualnie jeziorem.

Zasępiła się trochę na ten brak wróżenia, ale nie zamierzała naciskać.
– Ok, ok... no... wiesz może i trzy miechy byłam out, ale cały czas cośtam... no... wiem. Dobra, nie ważne. To może rozbierany poker mm? Chłopaków nie ma, możemy iść na całość. – zaproponowała, bo może nie była emocjonalnie za bardzo rozwinięta, ale widziała że Ger coś trapi. I wiedziała, stety niestety, że jeśli Stonks sama nie będzie chciała gadać, to nawet tortury jej z tego nie wyciągną.


RE: [2.08 | Stonks & Thunder] You & I - Geraldine Greengrass-Yaxley - 27.06.2024

Millie mówiła dużo, to dobrze, skoro nie miała oporów przed dzieleniem się tym, co się jej przytrafiło oznaczałoby to, że wcale nie jest z nią najgorzej. Zazwyczaj jeśli ktoś milczał, chował w sobie wszystkie doświadczenia, to wróżyło źle. Może faktycznie trochę jej tam pomogli, skoro nie miała oporów, żeby o tym opowiadać. Nawet ucieszyło to Yaxley, dobrze widzieć ją tak ochoczo opowiadającą o tym, do czego doszło na wczorajszym sabacie, nawet jeśli nie było to nic przyjemnego.

- Tak, ważne, że ci się to nie śni, że noce masz spokojne, chyba, że ci się nie śni, bo nie śpisz, wtedy trochę gorzej, bo ponoć sen to zdrowie. - Nie, żeby sama sypiała najlepiej, od zawsze miewała z tym problemy, a teraz po tym, jak we śnie zaatakowała ją bestia, która chciała wyrwać jej serce było jeszcze gorzej, bo jak się okazało zawsze mogło być gorzej, chociaż mogłoby się wydawać, że nie.

- Pewnie Perseus, on chyba jest magipsychiatrą. - Blacków było jak mrówków, ale znała tylko jednego, który leczył podobne przypadłości. - On zyskuje przy bliższym poznaniu. - Powiedziała zupełnie lekko, ale był jedną z osób, które udało jej się poznać nieco bliżej niż powinna, w momencie ich wspólnej słabości. Zupełnie nie żałowała tego, co się między nimi wydarzyło, nie zmieniło to też nic w jej życiu, poza tym, że teraz mogła mówić, że zna jednego całkiem sympatycznego Blacka.

- Może faktycznie trochę by ci służyła zmiana otoczenia, jeśli tutaj nie możesz przestać myśleć o tym miejscu. - Było to nieco niepokojące, że chcąc nie chcąc ciągle o tym myślała. Powinna zacząć żyć teraźniejszością, a nie wracać do tego, co było. Może wcale nie było to takie proste, ale po raz kolejny Yaxley sobie po prostu gdybała, nie miała pewności, jak jest naprawdę, bo chuja się na tym znała.

- Nie chcę znać swojej przyszłości, nie teraz. - Wyjaśniła krótko, dlaczego chciała uniknąć wróżenia. Nie miała zamiaru się nad tym bardziej rozwodzić, bo nie było nad czym. Zresztą Millie powinna znać jej zdanie na temat wróżb, bo nigdy się nie kryła tym, że uznaje to trochę za zabobony.

- Rozbierany poker na ognisku w Windermere? - Wydawało jej się, że ciągle o tym mówiły, ale może nie nadążała za Moody, może nie ogarnęła, że ta była już w innym miejscu. - Jeśli tak to nie, wolałabym, żeby mój kaletnik nie widział mnie nagiej, bo to mogłoby nieco skomplikować naszą współpracę. - Yaxley brakowało jej zwyczajnej lekkości bytu, chyba budowała wokół siebie szczelny mur, przez który nie chciała przepuścić nikogo, był to jej sposób na radzenie sobie z problemami.