![]() |
|
[wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela (/showthread.php?tid=3429) Strony:
1
2
|
[wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Sauriel Rookwood - 16.06.2024 adnotacja moderatora
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=wLuNwZO.jpeg[/inny avek]
Rozliczono - Erik Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic III 27 czerwca był kolejną z plam w kalendarzu. Kolejnym dnio-nocą, klątwą dla tych, którzy nie potrzebują jeść, nie muszą spać, gdzie wegetacja toczyła się w przód i była lęgiem dla kolejnych szczypawic wypełzających spod spróchniałej kłody. Był plamą w kalendarzu, której krople atramentu układały się w coś. Miały wyraz wizytówki w zimnych palcach z ulicy Pokątnej - wizytówki Klubu Pojedynków, którą zabrał przy okazji włócząc się po nocach, gdy Nokturn stawał się bardziej żywy od samej Pokątnej. Choć latem, gdy nie brakowało imprez, gdy wszyscy chcieli korzystać z tych letnich godzin ochłody, potrafiła pulsować krew w żyłach tego miasta zwanych ulicami. Spoglądał na wizytówkę w mijających godzinach. Ledwo sobie o tym przypomniał. Miał nie iść. Miał zostać. Godziny spędzone na tej wegetacji niczego nie zmieniały, ale co miałoby zmienić ruszenie się stąd? Zegar tykał. Miał napisać list do Brenny i chyba dobrze, że tego nie zrobił. Zdrada przecież nie mogła pulsować w nim tak, jak pulsowało to miasto. Wskazówki mijały. Miał za to nie pisać listu do Erika. Po co? Przecież i tak się w zasadzie nie znają. Co to zmieni. Zjawi się, nie zjawi... pewnie będzie dziesięciu na jego miejsce. Dla takich jak Longbottom zawsze było dziesięciu następnych, którzy chętnie poświęciliby mu swój czas. Miał też tam w ogóle nie iść. I portierka okazała się wcale nie ładna. Klub był już w zasadzie zamknięty, albo właśnie zamykali. Pusto, chociaż ulicą przechodzili ludzie. Zmierzali w stronę dźwięków i gwarów - gdzie grała muzyka i gdzie człowieka wabiło ciepło, śmiech i śpiew. Tam pachniało whiskey i tam moczyli wargi w kremowym piwie. Tam też pewnie rano sprzątać będą rzygi po tych, którzy przecholowali. - Longbottom Erik zaprosił mnie na dzisiejszy wieczór na pojedynek. - Zagaił cicho do kobiety, która spoglądała na niego wielkimi jak spodki oczami, jakby zastanawiała się, czy ma uciekać, krzyczeć, oba, czy jednak nie jest zdolna do niczego. Włącznie do zebrania gardła w jakikolwiek dźwięk, bo Sauriel czekał. I czekał. A odpowiedź nie nadchodziła. - Aktualne? - Dopytał chłodno, z rezerwą, krzywiąc się lekko z niezadowolenia. Czując podryg napięcia przechodzący przez ciało. Kobieta przełknęła ciężko ślinę, otrząsnęła się i z roztargnieniem otworzyła księgę, jakby chciała tam sprawdzić, czy to aktualne, ale chyba tylko kupowała sobie czas. Przekartkowała kilka stron i ją po prostu zamknęła. - Yyyyy tak, tak! Jak najbardziej! Pan Erik uprzedzał, że może pan przyjść... to znaczy, że jest Pan umówiony, panie..? - Schowała swoje dłonie pod ladą. - Sauriel Rookwood. - Już chciał odejść, ale kiedy zrobił krok uświadomił sobie, że w zasadzie... nie wie, gdzie ma iść. Cofnął się więc o krok i jeszcze raz spojrzał na kobietę. - Korytarzem prosto, pierwsze drzwi na lewo! - Pokazała gestem, jakby instrukcja zapodana mogła być zbyt skomplikowana. Ściągnął czarny płaszcz, zostając w samej koszuli z rozpiętymi paroma pierwszymi guzikami. Odsłaniały srebrny łańcuszek na szyi. Światło na sali błyszczało, kiedy przemierzał ją wzdłuż. Nie słychać było nawet szmeru kroków Rookwooda. Zblazowanymi, czarnymi oczyma chłonął to otoczenie i rzucił odzienie wierzchnie na pierwsze z brzegu krzesło, zapewne dla małej widowni na treningach, albo dla oczekujących na trening, które mu się nawinęło. Zatrzymał się przed samą sceną, plecami do wejścia. Nasłuchiwał. RE: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Erik Longbottom - 20.06.2024 Nie ulegało wątpliwości, że nawet dla śmiertelników czas w ciągu ostatnich kilku tygodni... po prostu przyspieszył. Może taki był efekt ciepłego lata, które nawiedziło Wielką Brytanię? A może chwila wytchnienia od problemów z czarnoksiężnikami sprawiła, że ludzie czerpali z każdej chwili spokoju całymi garściami, napawając się każdą chwilą, gdy ich życie nabierało znamion ''normalności''. Czerpali z dnia całymi garściami, wyciskając z niego każdą kroplą, dopóki nie pozostała po nim tylko wydrążona skorupa.
Każdy gdzieś gonił: do pracy, do rodziny, do przyjaciół, do kolejnej przygody, problemu, czy momentu ekscytacji. Nawet Erik, który sądził, że przez majowe wydarzenia będzie trzymał się z dala od kłopotów, koniec końców skończył pakując się chociażby na statek widmo czy mugolski traktor. A naprawdę starał się być rozsądny. W takich momentach zastanawiał się, czy faktycznie tak dużo go dzieliło z jego siostrą. Może tak naprawdę po prostu był kilka kroków za nią i niedługo jego zamiłowanie do kłopotliwych incydentów będzie równie wysokie? Cóż, przynajmniej dzisiaj było spokojnie, pomyślał przelotnie, wyciągając różdżkę z elastycznej kabury przytłoczonej do spodni w okolicy uda. Większość popołudnia spędził w towarzystwie nowego... pomocnika w Warowni. Sam pokazał mu, jak powinien się obchodzić z drewnem - wydawało mu się, że nawiązali dzięki temu nic porozumienia. Czas jednak płynął nieubłaganie, więc i nauka w pewnym momencie dobiegła końca. A wraz ze zmierzchem nadszedł czas spotkania z Saurielem. W Klubie Pojedynków zjawił się przed czasem, chcąc załatwić przy okazji parę formalnych spraw i przygotować salę do pojedynku. Biuro organizacji przypomniała mu kolejny raz, że biurokracja była dosłownie wszędzie. Nawet tutaj. Kilka prostych listów zmieniło się w kontrolę teczki, a potem segregatora i kalendarza spotkań, aż koniec końców Erik opuścił jeden z gabinetów... Dziesięć do piętnastu minut przed planowanym spotkaniem. — Mogło być gorzej — pomyślał, machając kilkakrotnie w powietrzu różdżką, zmieniając nieco wystrój wnętrza. Widok rozciągający się za wielkimi oknami został ukryty za szaro-burymi roletami. Granatowy dywan o księżycowych zdobieniach, który rozciągał się przez mniej więcej 2/3 sali, uniósł się w powietrze, tworząc arenę o kształcie prostokąta. Gdy podeszło się bliżej, dywan zawijał się w kierunku ziemi, tworząc kilkustopniowe schody. Jednocześnie w powietrzu uformowało się kilka kul światła, które przez chwilę błyszczały dziko, jakby próbowały dostosować natężenie światła do pory dnia, koniec końców decydując się na nieco przytłumione światło, które co poniektórzy mogliby kojarzyć z mugolskich hal gimnastycznych. Akurat, gdy Longbottom miał sięgnąć po butelkę z wodą, w progu sali zauważył swego gościa. Dziwnym zbiegiem przypadku akurat tym razem, to Sauriel bardziej ''odstrzelił się'' na to spotkanie. Sama koszula nadawała jego sylwetce dużo większej elegancji niźli Erikowa bluza i spodnie na szelkach z kremowego kompletu, jaki zazwyczaj zakładał na czas treningów szermierczych. Teoretycznie miał w posiadaniu strój typowy dla członków Srebrnych Różdżek, jednak czarno-srebrny dublet z pelerynką nie wydawał mu się czymś odpowiednim na prywatne starcie, nawet jeśli miało się ono odbyć w murach siedziby Klubu Pojedynków. Postawił więc na uniform, który nie utrudniał mu ruchów, a przy tym był wygodny. — Cieszę się, że przyszedłeś — odezwał się powoli, wsuwając różdżkę do kabury. Zbliżył się o kilka kroków do Rookwooda. — Bałem się, że koniec końców nie przyjdziesz, bo nie przypomniałem się odpowiednio wcześnie. Miło trafić na kogoś, kto ma tak dobrą pamięć. — Uśmiechnął się lekko. — Robili ci problemy przy wejściu? Zostawiłem im informację, ale... Wydął dolną wargę. Nigdy nie wiadomo, co zrobią ludzie, zdawała się mówić jego mina. RE: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Sauriel Rookwood - 24.06.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=wLuNwZO.jpeg[/inny avek] Jak powinien patrzeć na człowieka przed sobą? Przeciwnika? Sojusznika? Kiedy tak niewiele dzieliło od tego, żeby wszystkie newralgiczne informacje zostały przekazane w ręce Longbottomów - ręce Brenny, które wydawały się najbardziej czyste z całej ferajny tego świata. Mógł się mylić. Mogła tylko sprawiać dobre wrażenie i chować rogi między puklami włosów. Tak jak człowiek przed nim ze swoim uśmiechem, z tym błyskiem w niezwykłych oczach, który zdawał się zapraszać do konwersacji i miło spędzonego czasu, gdy sam Erik będzie strzelał zamyślone miny i tłumaczył sobie w głowie przedziwne powiedzonka wyciągnięte ze świata mugoli albo rodem z Nokturnu. Łacina kuchenna, jak ładnie ją nazywali niektórzy. Zaklęcie "kurwa" było w końcu całkiem silne w odpowiedniej tonacji. Szczególnie, kiedy z tym zaklęciem na ustach łamało się komuś nos. Ludzi można było rozpoznać po wielu walorach. Mogłeś kryć się za maską, mogłeś modulować swój głos, ale szczegóły tworzyły historię. Specyficzny uchwyt różdżki. Albo właśnie jej brak. Krok. Maniera poruszania się. Nerwowe podrygi. Niektórzy w stresie chodzili i biegali, inni stali jak ściana. Sauriel analizował każdą z tych rzeczy, kiedy szedł w kierunku Klubu Pojedynkowego, choć słowo "analiza" nie oddawało tego obojętnego zastanowienia. Prawie tak, jakby chciał zostać przyłapany. Mógłbym się podstawić. Trafić, och jakże przypadkiem, w ręce prawa, wykpić się i wykupić ochroną za wyjawienie wszystkich tajemnic, albo oni zakpiliby z niego, bo przecież dla morderców był tylko Azkaban. Przecież nie miał wyrzutów sumienia, prawda? Czarna magia zacisnęła już palce wokół jego szyi i czasami zastanawiał się tylko, czy jej zapach unosił się za nim w mieszance perfum, czy może ten chłód jego bycia się tym objawiał? Chłód całkowicie zakrywany pod płaszczem tumiwisizmu uprawianego od lat i podchodzenia do życia, jakby było żartem. Bo było. Tylko alkohol wydawał się w tej egzystencji na serio. - Hej. - Odezwał się głosem cichym, ale wcale nie brzmiącym przez to słabo. Koszmary pałętały się w kątach ludzkiej wyobraźni i kryły pod łóżkami dzieci - szeptały, a jednak usłyszeć mógł je każdy. Nawet Sauriel na krótką chwilę przywdział uśmiech - miał być miły, w gruncie rzeczy chyba wyszedł nijako. - Nie rzucaj oskarżeń o dobrą pamięć. Ta - popukał się palcem w skroń - jest wybiórcza. - Potrafił pamiętać kompletne bzdety, jak to, że kiedyś odbył się sąd nad świnią oskarżoną o zabicie człowieka (tka, to fakt historyczny) i nie pamiętać, że miał zrobić coś istotnego do pracy. Ale o spotkaniach pamiętał. Zawsze starał się pamiętać. - Nie wiem, czy portierka chciała mnie przelecieć czy przede mną uciec. Może oba na raz. - Żachnął się żartobliwie, bo w gruncie rzeczy jej zachowanie było mu całkowicie obojętne. - Poza tym problemów nie było, bo do żadnych aktów przemocy seksualnej nie doszło. - Przeciągnął palcami po kruczych kosmykach, które zaraz rozpadły się wokół jego głowy i opadły z powrotem na czoło, niekoniecznie cokolwiek robiąc sobie z zaczesywania ich do tyłu. - Nie znam się na zasadach. - Wskazał gestem na przygotowaną przez Erika scenę do pojedynków. - Ale obiecuję - szybko się uczę. - Tylko czasami przekręcam nauki. Jak z ogórkami. RE: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Erik Longbottom - 16.07.2024 Każdy człowiek miał jakieś tajemnice. Każdy człowiek w pewnym momencie swojego życia zaczynał tworzyć swoją prywatną kolekcję masek, które przywdziewał na różne okazje. Tak jak przed wiekami to królowie i królowe przywoływali marsowe miny, skrywając ciężar swych rządów i trudnych decyzji pod grubą warstwą stoicyzmu, tak teraz zwykli ludzie skrzętnie chowali swe troski pośród nieznacznych uśmiechów, podkreślonych zmarszczek mimicznych, zmarszczonych nosów i uniesionych wysoko brwi.
Tyle się mówiło teraz o autentyczności, o ''byciu sobą'', ale czy ktokolwiek tak naprawdę chciał być w stu procentach autentyczny przed innymi ludźmi? Czy społeczeństwo faktycznie chciało, aby jeden człowiek otwierał się na drugiego, pokazując swą duszę w pełnej krasie? Czy sprzedawczyni w Księgarni Esy i Floresy faktycznie chciała usłyszeć, jaki ciężki dzień miała urzędniczka użerająca się od rana z petentami, gdy powitała ją prostym ''Jak Pani miną dzień''? Mało kto spodziewał się przy tym pytaniu prawdy, mimowolnie spodziewając się kłamstwa. Swoistego poklepania po ramieniu podpowiadającego, że chociaż nie było najlepiej, to nie było aż tak tragicznie, aby mówić o tym publicznie. Pokaz siły i wytrzymałości istoty ludzkiej, która każdego dnia musiała walczyć ze sporą dawką stresu, którą sama sobie serwowała. Fakty przeplatały się z domysłami, aż w końcu nikt nie wiedział, co jest prawdą. Może dlatego w świecie w którym pełno było eliksirów zmieniających twarz, zaklęć modyfikujących pamięć i zachowanie, czarodzieje lgnęli do czegoś autentycznego. A co mogło być bardziej prawdziwego od starć różdżkarskich? Tutaj nie było miejsca na kłamstwa. Liczyła się akcja i reakcja. Refleks i szybkość. Brutalność jednego czarodzieja zderzała się tutaj z opanowaniem drugiego czarownika, a dobór zaklęć równie często świadczył o kreatywności, co i o przyzwyczajeniach danej osoby. Czasem o człowieku szło więcej nauczyć się z krótkiego sparingu niźli z wielogodzinnej rozmowy. — Może i wybiórcza, ale przyprowadziła cię tutaj — odparował Erik, sięgając jednak po butelkę z wodą, z której pociągnął spory łyk. Prawie się zakrztusił, gdy Sauriel podzielił się z nim swoimi domysłami, co do upodobań pani z portierni, a chwilę poczuł ostre ukłucie w piersi, gdy mocniej kaszlnął. — Tak...? To dobrze. Chociaż uważałbym w drodze powrotnej. Nie wiadomo, kto będzie na ciebie czekał po zamknięciu. Skinął głową, odwracając się w stronę wyczarowanej areny. — W gruncie rzeczy pojedynki w klubie nie różnią się zbyt wiele od tych, jakie możesz kojarzyć ze starć hmm ulicznych, że tak powiem — wyjaśnił powoli. — W sumie jedyną zmianą jest kwestie etykiety. Pretendenci ustawiają się po obu stronach areny, spotykają się na środku, kłaniają przed sobą, po czym wracają na miejsce, aby przygotować się do starcia. To taki ostateczny pokaz szacunku w stosunku do swojego rywala. Niektórzy członkowie lubią dodawać takie eee szczególiki. Chciał się pokusić o porównanie występów w klubie do teatrzyku, jednak to było jednak coś innego. To była część ich tradycji. A tradycje mimo wszystko warto było celebrować. Longbottomowie, chociaż należeli do dosyć progresywnych rodzin pod względem swych poglądów, tak dalej dbali o pielęgnowanie swoich gałązek magicznej historii. Mogli być nowocześni, ale tylko głupiec odwracał się plecami do setek lat historii, wychodząc z założenia, że nie można z nich wyciągnąć niczego dobrego. — Sparingi towarzyskie w sumie nie mają zbyt wielu ograniczeń — kontynuował, przechodząc powolnym krokiem na arenę. — Najważniejsze jest chyba po prostu to, aby nie wywoływać trwałych kontuzji. Z połamanymi nogami i nadwyrężonym nadgarstkiem trudno nauczyć się czegoś nowego. Uśmiechnął się zawadiacko, racząc też przy okazji Sauriela krótką historyjką o tym, w jaki sposób został zaklęty dywan służący za arenę. Po udzieleniu wstępnych wydarzeń Longbottom był jak najbardziej chętny do przejścia do właściwej części spotkania, o ile Sauriel czuł się gotowy do sięgnięcia po różdżkę. RE: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Sauriel Rookwood - 11.08.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=wLuNwZO.jpeg[/inny avek] Dzieci były zbyt często w pełni autentyczne - i to czyniło je dziećmi. Jednostkami nieprzystosowanymi jeszcze do życia w społeczeństwie, które dopiero się uczyły, przyjmowały swoje role, poznawały własne maski i lepiły je własnymi rękoma. Dlatego też były najbardziej okrutne. Poznawały dopiero kłamstwo - bezkompromisowa prawda były jedyną rzeczą, którą znały, a kiedy dowiadywały się, że gestami i słowem można okłamywać robiły to według własnego interesu i dokładnie nieokreślonego kompasu moralnego. Z tym - jak z dupą - każdy miał swoją. Dzieci miały swoją plus ekstra. Nie, nie możesz być do końca sobą. Nawet przed osobą, której ufasz najbardziej na tym świecie, co oznaczało właściwie "bycie sobą"? Podzielisz się z nią wszystkim? Poniesiesz wszystkie jej trudy, a ona twoje? Umysł bywał zdradliwy, dlatego pokusa niemyślenia dla Sauriela było jak to jabłko, po które sięgała dłoń Ewy - nie do odparcia. Jaka szkoda, że nie zawsze możemy "nie myśleć". Tak te maski odkrywaliśmy, że są niezbędne. Do myślenia, do nie-myślenia, do uśmiechania się, do robienia skrzywionych min. Na każdą okazję. Na każdy spektakl. Uśmiech Sauriela, kiedy opuścił wzrok z Erika, nie był maską. Był autentyczny, bo Rookwood rzadko kiedy kłopotał się z oszukiwaniem ludzi co do tego, co mu się podoba, a co nie. Poczuł nawet lekkość z powodu normalności tego pociągniętego dowcipu, jakże niegrzecznego, ale pokażcie palcem mężczyznę, który zawsze był grzeczny, a przepiszę wam całą skrytkę Gringotta. Oj tak, Erik wydawał się grzeczniutki. Wydawał się idealnym chłopcem, mężczyzną, pewnie też będzie idealnym mężem, skoro idealny z niego bohater. Jakiekolwiek brudy prał za plecami - ten świat zasługiwał na takie ikony. Dowód tego, że spierdolenie nie objęło w swoje posiadanie wszystkich i nie splamiło każdego kafla, na którym postawiono ten świat. - Ooo, w to bardzo wątpię. - Spojrzał na tę arenę. Czy Erik w ogóle wiedział, o czym mówi? Był brygadzistą. Pewnie wiedział. O tym pomyślał jednak dopiero po wypowiedzianych słowach, a nawet jeśli - nie cofnąłby ich. W jego głowie walki miały charakter tego, co działo się na Głębokich Ścieżkach. Tam nie było zasad. Nie było szacunku. Nawet jeśli nie zawsze przecież chodziło o to, żeby zabić, to nigdy nie chciałby przenieść swoich doświadczeń stamtąd na ten parkiet. Powód nie był jednowątkowy. - Całkiem miłe. - Postukał palcem w ramię w zamyśleniu. - Miałem okazję być świadkiem. I coś tam plątałem się w szkolnym klubie. To chyba coś ze mnie będzie, mistrzu. - Szkoła a ten klub niekoniecznie szły ze sobą w parze, dlatego zakładał: "wiem, że nic nie wiem". Ale w Hogwarcie było podobnie. Szacunek wobec oponenta, ha... tam przede wszystkim chodziło jednak o naukę. - Żartujesz? Zostałbym napiętnowany największym złolem tego świata, że by mnie zwolnili z Ministerstwa. - Prychnął pod nosem, już sobie wyobrażając trwałe uszkodzenia pana Longbottoma. Skierował się na sam parkiet. - Błagam nie bij mnie za mocno. I nie w pieprzyki. - Wyciągnął swoją ciemną, długą różdżkę z bzu, myśląc znów, że to pewnie największy błąd jego życia, od którego nie będzie odwołania. Myśląc, że to największe błogosławieństwo, przed którym kiedyś przyjdzie mu klęknąć i doznać katharsis. - Na jakiś znak? Po iluś krokach? Albo chcesz otwierać? - Nie mieli tutaj w końcu sędziego, który by im dźwięcznie zaintonował start pojedynku. RE: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Erik Longbottom - 11.08.2024 Faktycznie, mógł wyrażać się w bardziej zrozumiały sposób. Walki w podejrzanych dzielnicach magicznego Londynu faktycznie były zupełnie inną parą kaloszy w porównaniu z rozgrywkami na terenie siedziby Srebrnych Różdżek czy towarzyskich pojedynków pokazowych na skwerku po uzyskaniu odpowiednich pozwoleń od Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. W cieniu wysokich budynków Alei Śmiertelnego Nokturnu mogło wydarzyć się wiele i rzadko kiedy było to coś przyjemnego.
Oczywiste więc było, że etykieta między pretendentami nie były jedyną różnicą, gdy różdżka Brygadzisty czy Aurora krzyżowała się z różdżką przestępcy, czy handlarza z czarnego rynku. Wówczas dochodziło do starcia, które... W gruncie rzeczy w żadnym stopniu nie było sprawiedliwe. Postronnym mogła stać się krzywda, toteż na nich także trzeba było uważać. Złapanie złodzieja czy nawet pomniejszego czarnoksiężnika nie było warte ryzykowania czyjegoś życia. Bo Nokturn, chociaż uchodził za niebezpieczną dzielnicę, nie gromadził w dzielnicy, tylko podejrzanych typów. Niektórzy po prostu nie mieli wyboru. — Może przynajmniej dostałbyś kartkę z gratulacjami od mojej siostry — rzucił, bo chociaż nie mógł mieć pewności, że Sauriel znał się z Brenną osobiście, tak mógł domniemywać, że jej reputacja już dawno wydarła się poza biura Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów. — Czasem mam wrażenie, że chętnie sama by mi przywaliła w głowę, żebym tylko był z nią bardziej... zgodny. Małe wstrząśnienie mózgu mogłoby to potencjalnie załatwić. Uśmiechnął się krzywo. Wprawdzie nie podejrzewał siostry o podobne okrucieństwo, tak miał świadomość tego, że jego poglądy na pewne sprawy mocno ją martwiły. Zwłaszcza w obecnym klimacie społeczno-klimatycznym, kiedy to praktycznie każdemu wypadało patrzeć na ręce. Miał zbyt dużą wiarę w ludzi i pomimo serii ataków Śmierciożerców z minionych lat, jak i bliższych incydentów pokroju Beltane, dalej chciał wierzyć, że większości ludzi zależało przede wszystkim na tym, aby przetrwać i móc cieszyć się życiem. Nie doszukiwał się wszędzie zdrad, oszustw i nawet, na co poniektóre rody czystej krwi patrzył życzliwym okiem. — Otworzę — potwierdził, przerzucając dwukrotnie różdżkę z jednej dłoni do drugiej i przesuwając się na swoje miejsce. Gdy był gotów, wziął głęboki oddech i wykonał nagły ruch nadgarstkiem, splatając energię magiczną w pierwsze zaklęcie w ich wykonaniu, jakie miało tego wieczora rozświetlić tę salę. Jego celem było sięgnięcie po magię Kształtowania i uformowanie ognistej wstęgi, która miała polecieć prosto w Sauriela. Dosyć typowy jak na niego posunięcie rozpoczynające pojedynek. Podczas rozgrywek klubu pojedynków sięgał po niego dosyć często, jednak... Czy i teraz mógł zaufać swojej własnej magii? A może starcie z nieznanym w gruncie rzeczy oponentem stanie się jego przekleństwem? (Kształtowanie) Wyczarowanie wstęgi ognia x2
[roll=PO][roll=PO] RE: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Sauriel Rookwood - 12.08.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=wLuNwZO.jpeg[/inny avek] Próbował sobie przypomnieć, czy kojarzył Erika ze swoich lat szkolnych. Zazwyczaj miał z tym problem - chodził swoimi drogami, zwracał na świat tyle uwagi, ile świat uwagi na nim wymuszał. Wolał wygrzewać się na słońcu, szukać pustych korytarzy i zakątków w zamku, gdzie możesz siedzieć na parapecie i spoglądać na malutki świat mieszczący się w twojej dłoni. Zmieniło się dziś to, że już nie spoglądał na ten świat z tą samą ciekawością. Wygrzewanie się na słońcu było tylko snem, a ponieważ nie śnił - jawnie stawało się nieosiągalne. Oczy Erika miały poblask słońca, więc teraz zastanawiał się - znał go? Poznał? Widział cień jego osoby w kąciku swoich oczu, kiedy sam przechodził chyłkiem korytarzy, w ich cieniu, żeby nikt nie przecinał z nim ścieżek? Chyba nie. Chyba nie kojarzył go wcale, a miał wrażenie, że tak charyzmatyczna osoba nie mogła przejść obok niego obojętnie. Że by nie zapomniał, jeśli tylko mógł ufać swojej wspaniałej pamięci. A nie mógł. - Od Brenny? Kurwa, Merlinie, uchowaj. - Wymruczał żartem. Tak, Brenna. Kwintesencja owsików w dupsku, ale był jej wdzięczny, że opiekowała się Victorią i pomagała jej trwać mimo wszystkich przeciwności. Nie ciężko było też o niej usłyszeć, kiedy miało się swój zakątek w Ministerstwie Magii. Była wszędzie, robiła niemal wszystko, połowa jej przygód, która plotkami chodziła, była przekolorowana, druga niedokolorowana odpowiednio. - Przy naszym pierwszym spotkaniu to ja przyłożyłem jej. Aresztowała mnie za to. - Sauriel uśmiechnął się cwaniacko, z rozbawieniem wspominając tamtą sytuację i to, jak już w pewnym momencie Brenna miała go dość i po prostu wcisnęła go na standardowe 24h do paki, żeby go potem wypuścić. A miała dość tego prawniczego bełkotu, którym ją zasypał. W tamtej chwili też zostali połączeni nierozerwalnym więzem miłości do Władcy Pierścieni i Tolkienowskich tworów. Odliczył odpowiednią ilość kroków razem z Erikiem, żeby znaleźli się w sprawiedliwej odległości dla siebie. Chociaż odległość dla Sauriela zawsze była przeszkodą. Nie pozwalała bić, gryźć, rozszarpywać rękoma. Specyficzne mrowienie w kraniuszkach palców rozbudzało. Sprawiło, że czarne oczy wypełzły z marazmu i rozbudziły się w końcu do życia, kiedy wyczekiwał pierwszego zaklęcia przetaczając swoją różdżką małe kółka, jakby już miał w zapleczu jakieś zaklęcie. Nie miał. Na taki płomień zresztą ciężko było mieć jakiekolwiek zaklęcie. Jak to było? Że chodzi o to, żeby kogoś nie uszkodzić? Sauriel aż szerzej otworzył ślepia, aż włoski stanęły dęba na jego karku. instynktownie zszedł z drogi ognia - a przynajmniej chciał zejść. [roll=PO] Wraz z ruchem przesunięcia się szarpnął różdżką, żeby w odpowiedzi posłać falę wody. [roll=Z] RE: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Erik Longbottom - 12.08.2024 Co tu dużo mówić, nie należało wstydzić się tego, że nie kojarzyło się kogoś z czasów szkolnych. W przypadku dwójki mężczyzn mogłoby to być nieco niezręczne co najwyżej w sytuacji, gdyby dzielili ten sam dom w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Nawet osoby, które wybiły się ponad tłum innych uczniów, mogły pozostać niezauważone w oczach innych młodych czarodziejów i czarownic. Bądź co bądź, w tym wieku każdy miał swoje własne zmartwienie i to niekoniecznie związane z nauką, egzaminami czy pierwszą pracą po powrocie do Londynu po zakończeniu ostatniego roku nauki w szkole.
— Przyłożyłeś...? — Uniósł brew, taksując uważnym wzrokiem sylwetkę swego towarzysza. Nie przypominał sobie o tym, żeby siostra mu o tym wspominała, jednak z drugiej strony... Ona miała potworny zwyczaj trzymania pewnych informacji w tajemnicy, po czym wyciągnięcia ich na światło dzienne w formie niewinnej anegdoty lub nawiązania do innego wydarzenia. A skoro oboje dalej żyli i żadne z nich nie tkwiło w celu, to najwyraźniej wszystko skończyło się względnie... pozytywnie? Westchnął cicho. — Wiesz, mógłbym powiedzieć, że jestem zobowiązany bronić honoru i dobrego imienia mej krewniaczki, jednak... Wiem, że Brenna potrafi sobie radzić. Nie będę więc wredny i podejdę do naszego pojedynku jak do każdego innego. — Prawdziwy łaskawca, czyż nie? — Niech wygra najlepszy. Przez to, że praktycznie całe swoje życie spędził w Warowni, na dobrą sprawę wychowywał pośród doświadczonych pojedynkowiczów, jak i szermierzy. Chociaż ta druga tradycja została praktycznie zupełnie wyparta przez magiczną socjetę, tak Longbottomowie dalej kultywowali tę sztukę, być może licząc, że ta kiedyś wróci do łask. Może dlatego nie miał zbyt dużego problemu z tym, jak daleko znajduje się od przeciwnika? Każda pozycja na arenie miała swoje zalety, ale też wady. Wszystko zależało od tego, co człowiek był w stanie wykorzystać na swoją korzyść. Chociaż pierwsze zaklęcie posłane przez Erika okazało się aż nader spektakularne, równie dużym zaskoczeniem okazała się zręczność Sauriela. Mężczyzna zdołał uskoczyć przed płonącą wstęgą i chociaż sporo ryzykował, tak w tym przypadku opłaciło mu się to; mógł co najwyżej poczuć przyjemne ciepło na policzku i zauważyć kilka ognistych iskierek wirujących w powietrzu. Poza tym nic mu nie groziło i mógł przejść do ataku. I do ataku zresztą przystąpił, decydując się odpowiedzieć przy pomocy ataku żywiołem wody. Erik zdecydowanie nie zareagował najmądrzej. Mógł spróbować skontrować zaklęcie, rozproszyć je lub zaryzykować unik, jednak zamiast tego... Sięgnął po transmutację, która równie wiele razy mu pomogła, co i pokrzyżowała plany w trakcie boju. (Transmutacja) Zmiana fali wody stworzonej przez Sauriela w rój motyli x1
[roll=N]Za głupotę się płaci, pomyślał Erik, gdy zdał sobie sprawę, że nie zdołał odpowiednio szybko spleść swojego zaklęcia. Zalała go fala zimnej wody, która wstrząsnęła jego ciałem na tyle, że aż odleciał w tył, lądując na kolanach. Ubrania miał przemoczone, a w oczach zagościł szok od nagłej zmiany temperatur. Po pozbieraniu się do kupy, co zajęło mu parę cennych sekund, ponownie wycelował różdżką w Rookwooda, raz jeszcze postanawiając zawierzyć transmutacji.
(Transmutacja) Zmiana podłoża, żeby dywan pod Saurielem zaczął się zapadać, jak ruchome piaski x1
[roll=N]RE: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Sauriel Rookwood - 12.08.2024 - Przypadkiem. Oddała mi później z nawiązką. - Sprowokowany starszy (albo młodszy?) braciszek mógł chcieć dokopać swojemu przeciwnikowi dla zasady. Sauriel nigdy nie był w granie pod "nie-poddymianie". Im więcej ognia tym więcej dymu, a chociaż ogień był jedną z niewielu rzeczy, która skutecznie radziła sobie z wampirami, to czarnowłosy nic nie mógł na to poradzić, że uwielbiał ten żywioł. Jego ciepło. Jego jasność. Może dlatego lubił takie osoby jak chociażby Nora, dlatego polubił Brennę, pewnie dlatego mógł polubić też Erika. Bo byli ciepli. Bo pomimo ciemności, w jakiej tonął świat, to oni nadal potrafili w nim błyszczeć. Prawdę mówiąc nie uwierzył Erikowi, kiedy powiedział, że potraktuje go tak, jakby wcale nie tknął jego siostry. Nie był męskim bokserem, ale już to minimalistyczne wytłumaczenie się było trochę wyjściem z norm funkcjonowania. Pojawiło się tylko po to, żeby Erik nie miał aż tak tragicznego zdania o tym, bo dobrze bawił się ostatnim razem, tak i chciał dobrze bawić się teraz. Skuteczniejszym sposobem na to było zamknięcie jadaczki i skupienie się na machaniu różdżką. Szczególnie, kiedy miało się niewyparzony jęzor. Nie uwierzył tym bardziej, kiedy ten świszczący ogień prawie smagnął go po twarzy. Właściwie do jakiego wyniku Erik chciał grać? O to nie zapytał. Trudno. Być może wyjdzie to w trakcie, a może nie. Krótka myśl o tym smyrnęła go w momencie wyminięcia zaklęć. Tak jak nigdy nie uważał się za kreatywnego, tak chlastał tym, co pierwsze przyszło mu do głowy, a najlepszą obroną na ogień była woda. Albo drugi ogień, a tego już wystarczyło do podgrzania atmosfery. Zrobił krok za wodną falą, która pozostawiła po sobie mokry ślad - lśniący w błyskach zaklęć dywan, który miał zmienić się w dziesiątki motyli - och, to byłoby widowisko..! Gdyby tylko się udało..! Lecz nie udało. Cokolwiek Longbottom chciał zrobić uległ pod żywiołem i opadł na kolano, a Sauriel wcale nie chciał czekać czy się podniesie, czy może nie. Czy zaleje go zaraz druga fala ognia, czy może niebo się nad nim rozstąpi i nawiedzi ich Bestia - dziesięć rogów i siedem głów. Już po pierwszym smaku nie chciał eksplorować możliwości Erika. A może właśnie powinien..? To był towarzyski pojedynek, miał być formą nauki i zabawy, ale pewne przyzwyczajenia wyrobione latami ograniczały pole widzenia Rookwooda. Ta myśl nim nieco zamotała. Nerwowo poruszył różdżką półkolem, ale nie nadeszło zaklęcie, przed którym powinien był się bronić. Więc wyrzucił rękę przed siebie, celując nią prosto w Erika. Fioletowa wstęga była zaklęciem Zauroczenia, którego celem było zmuszenie Erika do złożenia swojej broni. - Rzuć różdżkę, przystojniaczku. - Głos Sauriela brzmiał teraz bardzo klarownie i bynajmniej nie jak rozkaz. Bardziej jak groźba, której niespełnione konsekwencje groziły..? Groziły niczym, ale Rookwood nawet nie do końca zdawał sobie sprawę ze swojego tonu. Tak jak nie zdawał sobie sprawę, jaki wyraz twarzy musiał teraz nosić. Kamienny wręcz. [roll=O] [roll=O] RE: [wieczór 27.06.1972] Klub Pojedynków: Pojedynek Erika i Sauriela - Erik Longbottom - 13.08.2024 Nieprzenikniona mina Erika mogła być wielorako odbierana. Niektórzy mogliby stwierdzić, że próbował w ten sposób ukryć swoją frustrację wywołaną wiadomością, że ktoś śmiał zaatakować w gniewie jego siostrę w trakcie służby. Z drugiej strony zaś mogło to sugerować, że w gruncie rzeczy niezbyt go interesował sam incydent, skoro obie strony wyszły z niego ze znikomym uszczerbkiem na zdrowiu. Jaka była jednak prawda?
Cóż, na pewno kazało mu to zwrócić większą uwagę na posunięcia Sauriela. Wiedział, że siostra potrafiła być nieco obcesowa w pracy, jednak utarczka między tą dwójką sugerowała, że stojący przed nim czarodziej był dosyć łatwy do sprowokowania, skoro startował z łapami do brygadzistów. Niebezpieczna cecha. Po nerwowych ludziach można było spodziewać się wszystkiego i mogli człowieka zaskoczyć zarówno w pozytywny, jak i negatywny sposób. I nigdy nie wiadomo było, co ich sprowokuje. Ani myślał się podłożyć dla własnego bezpieczeństwa, jednak był ciekaw, jak daleko będzie w stanie pchnąć Sauriela. To jest, o ile magia tym razem będzie po jego stronie. Doświadczenie zawodowe i lata treningów w Srebrnych Różdżkach teoretycznie robiły z niego całkiem niezłego czarodzieja, tyle że... W ostatecznym rozrachunku najbardziej liczył się instynkt. Emocje przelane w magiczne sploty. Czasem wiązania lubiły spokój i chirurgiczną precyzję, podczas gdy w innych przypadkach lgnęły do osób, z której pasja wręcz kipiała. Jak do tej pory wszelkie znany wskazywały na to, że magia była tego dnia nadzwyczaj niezdecydowana, chociaż zdawała się baczniej przyglądać Rookwoodowi niźli Longbottomowi. Transformacja wodnego strumienia w rój motyli się nie udało, podobnie jak zmiana właściwości podłoża... To zdecydowanie nie wróżyło dobrze. A jakby tego było mało, Sauriel sięgnął po magię z którą Erik miał wyjątkowo mało wspólnego: uroki. Cholerna magia Zauroczenia. W pierwszej chwili spanikował, nie wiedząc, co zrobić, aż różdżka automatycznie uniosła się do góry, próbując wystrugać w powietrzu tarczę obronną. (Rozproszenie) Tarcza obronna x1
[roll=N]Za późno. W pojedynkach czarodziejów każdy ruch się liczył i... Sauriel doskonale wiedział co z tym zrobić. Erik może i próbował walczyć z własnym ciałem, odepchnąć od siebie mieszające mu w głowie zaklęcia, jednak koniec końców nie był w stanie powstrzymać nieuniknionego. Jego różdżka wylądowała na dywanie, tocząc się powoli na bok i dopiero wtedy zaklęcie Sauriela wypuściło Longbottoma ze swych sideł.
— Muszę przyznać... Nadajesz się do tego — rzucił głośno Erik, zabierając różdżkę z ziemi. Nie był to naturalnie koniec ich treningu; skoro trafił na godnego rywala, zamierzał wykorzystać jego obecność tak bardzo, jak tylko mógł. Nie przeszkadzało mu to jednak w tym, aby obdarzyć Sauriela paroma ciepłymi słowami. — Na pewno nigdy nie kandydowałeś do Klubu Pojedynków? Wydajesz się wręcz idealnym kandydatem. Z tego, co pamiętał, w stowarzyszeniu pojedynkowiczów był już jeden Rookwood, więc kto wie, może znalazłoby się tu także miejsce dla drugiego, gdyby tylko Sauriel wyraził zainteresowanie dołączeniem do tego jakże elitarnego grona? Po ukróceniu tej małej pogawędki Longbottom dał znak swojemu oponentowi, aby tym razem to on rozpoczął kolejną rundę. |