Secrets of London
[1 VIII 1972] Like the Light by which God made the world before He made light - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [1 VIII 1972] Like the Light by which God made the world before He made light (/showthread.php?tid=3431)



[1 VIII 1972] Like the Light by which God made the world before He made light - Morpheus Longbottom - 27.06.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Morpheus Longbottom - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty
1 VIII 1972, Lammas
Opuszczony zameczek, przyszła posiadłość Morpheusa Longbottoma

Morpheus Longbottom przeszedł przez otwarte, obwieszone drzwi zrujnowanej posiadłości, po raz pierwszy sam, nie licząc perliczki w klatce, trzymanej w lewej ręce. W prawej miał dużą, lekarską torbę, która teraz służyła mu jako odpowiedni sposób przenoszenia wszelkich potrzebnych mu do rytuału ochronnego przedmiotów. Przeszedł na środek hallu, gdzie przez zapadniętą kopułę wpadał snop światła i stanął w nim, unosząc głowę do słońca. Pomieszczenie tchnęło chłodem, pomimo ciepła dnia.

Długo zastanawiał się, czy wziąć na rytuał Anthony'ego, ostatecznie jednak chciał być sam w momencie święcenia przestrzeni, którą planował uczynić swoją. Myślał o tym miejscu od lat, zaplanował wszystko skrupulatnie, zaczynając od sugestii zakupu posiadłości, na którym leżał zameczek, swojemu przyjacielowi, lata wcześniej, sugerując się ich astrokartografią. Sam nie miał funduszu, jeszcze, aby to zrobić, ojciec nigdy nie pozwoliłby mu na upłynnienie tysięcy galeonów na posiadłość w Little Hangleton, ale marzenia trwały. Wybór tego miejsca teraz wydawał mu się nieco jak przedłużanie tortur. Chciał go kupić tak dawno temu, gdy jego serce pałało światłem, bo chciał być blisko. Próbował się uleczyć. Zabawne, że wszystko wracało jak bumerang na raz, ale przecież wcale nie. Nie zabawne. Życie, historia, toczyła się kołem. Kołem Fortuny.

Karta, symbolizująca zmienność świata i cykl transmutacji, ma w centrum ogromne, złote koło, które lśni niczym słońce o wschodzie. Jego obrzeże zdobią enigmatyczne runy i inskrypcje, które zdają się szeptać pradawne sekrety. W górnej części koła unosi się sfinks, strażnik wiedzy i mądrości, z koroną na głowie i mieczem w dłoni, symbolizując władzę i sprawiedliwość. Po lewej stronie, na wzrastającej szali fortuny, wspina się złoty wąż, reprezentując cykle życia i śmierci, nieustanne odradzanie się i transformację. Po prawej stronie, na opadającej linii przeznaczenia, schodzi Anubis, egipski bóg zmartwychwstania, stróż zmarłych i przewodnik dusz.

Odłożył na posadzkę klatkę i otworzył torbę. Wyjął z niej miskę ofiarną, węgielki, świecę od Nory, a także mniejsze świeczki od Mulciberów, zapałki, kilka kartek i dwa słoiki, w końcu ozdobne Athame, kryształowa miseczka i mała miotełka-kropielnica. Wszystko ułożył jedno obok drugiego, od największego przedmiotu do najmniejszego. Pedantycznie poprzesuwał je jeszcze, aby spełniały jego wymagania estetyczne. Ukląkł w snopie światła i wsypał węgielki pachnące eliksirem spalającym do misy.

Wziął głęboki wdech i długi wydech.

Jak pobłogosławić domostwo, gdy nie jest twoim domem, bo nim jest ktoś, kto już od dawna nie pozwala ci przekroczyć swojego progu? To proste. Błogosławisz miejsce, które najbardziej ci o tej osobie przypomina i prosisz o łaskę bogów, aby strzegli bardziej tej drugiej osoby niż kamieni, które zostały ułożone jeden na drugim. Przeklinał go, przekleństwem spokoju i szczęścia.

Westo, najwyższa z bogów pomiędzy śmiertelnymi i nieśmiertelnymi, Ty pochwalona najbardziej pośród innych. Bez Ciebie, Westo, nie będzie bankietów, przyjęć i swadźby, Twoja jest pierwsza kropla słodkiego wina, rozlana na podłogę i twoja jest ostatnia, Westo — intonując donośnym głosem, pełnym dźwiękiem wibrującym spokojem, którego nie oczekiwał po sobie. Koniec końców jednak tego dnia patronowała mu Siła. Wdzięczna władza bez użycia przemocy. Pohamowanie. 

Otwarte dłonie ułożył wnętrzem do góry na kolanach i zamknął oczy, kontynuując:

Westo, najstarsza córko Gai, Westo, której ogień płonie w centrum Imperium, Westo, której palenisko znajduje się w centrum domostw i płonie w naszych duszach. Westo, która oczyszczasz wszystko, czego dotkniesz. W tym czasie, oczyszczenia, poszukujemy u Ciebie ochrony i protekcji, tak że żaden strach i żadna nierówność nie zaszkodzi naszym zbiorom. Westo, pobłogosław ten ogień. — Zapalił główną świecę od swojej różdżki i ułożył ją na węglach, tworząc tym samym centralny ołtarz. Rozłożył na cztery strony świata pozostałe świeczki i odpalając je od głównej świecy, mówił dalej: — Najstarsza z Najwyższych Bogów, najbardziej czczona i ukochana, zawsze dziewico, niezmienna i niezmienialna, Strażniczko najgłębszych tajemnic, przyjmująca pierwsze i ostatnie libacje, biorąca udział w najbogatszych ofiarach: każda świeca jest modlitwą do ciebie, każda lampa hymnem, każde ognisko ołtarzem, spójrz łaskawie na ognie tej świątyni i pobłogosław nas swoją obecnością tutaj! Hestio! Hestio! Hestio!

Wchodził powoli w trans rytualny. Oddech wyrównywał się, a mięśnie działały samodzielnie, bez udziału umysłu. W tym półśnie nadszedł spokój, pewnego rodzaju odrealnienie, proces przechodził z jednej części formuły, do drugiej i nim się spostrzegł, zabił perliczkę, jej krew znalazła się w kryształowej miseczce, a ciało ułożył z należytym szacunkiem dla śmierci i życia, na węglach, aby skropiła je krew i aby dokonać ofiary całopalnej, ku protekcji domostwa.

Konsekruję tę krew ofiarną i wino, aby wniknęła w ściany, w podłogi i fundamenty, aby błogosławiona przez ciebie, najłagodniejsza Westo, opiekunko tych, których serca łakną i pragną, ogrzewająca sieroty i dbająca o rodziny, chociaż sama nie powiłaś potomstwa, chroniła ten dom. Mój dom. Abyś chroniła jego.

Wlał wino do krwi, aby ją rozrzedzić i namoczył w niej miotełkę. Poświęcił cztery strony świata, krew opadła na posadzkę. Morpheus wierzył, że bogowie karmią się jego rytuałem, a dzięki temu stają się coraz większym magazynem mocy, która później zostać może wykorzystana. Do ochrony w tym przypadku. Miejsca, które miało dla niego wyjątkowe znaczenie, tak blisko, tak daleko, w złym czasie. Dobre miejsce, zły czas. Dobry czas. Nie ważne. To wszystko nie miało znaczenia w kołysaniu magii, która przepływała przez niego, w kolejnych krokach rozpalania ognia i modlenia się do Westy. Otworzył drugi słoiczek, wypełniony różową mazią z grudkami. Reszta po cieście od pewnej osoby. Składał ofiarę w jego imieniu. Dym śmierdział, ze świecy nie został ani ślad, teraz węgielki płonęły buzującym ogniem, misa na brzegach robiła się czerwona. Smród palonych piór i mięsa nie przeszkadzał mu, dym uciekał rozbitym świetlikiem, ku kurze, ku bogom. Obserwował, jak tańczy w powietrzu. Dodał do ognia tłustą, lepką, słodką maź. Gorycz palonego cukru obezwładniała.

Strzeż go Westo, ta, która znasz moje serce, strzeż jego domostwo i jego rodzinę. Chwała Tobie, Pani Domu i Ognia.

Zamilkł. Oto dokonało się, a on odczuwał mrowienie w ciele i wyciszenie. Wpatrywał się w ogień, natchniony, jak przygasa, nie mając w głowie nic, oprócz ciszy, otwierając się na słowa bogów i ich wolę. Wypełniało go światło, nie zwykłe, lecz to światło, przy którym Bóg tworzył świat, zanim stworzył światło.


Odkryj wiadomość pozafabularną
Rytuał napisany na podstawie Alexandrian Book of Shadows i rytuałów Zakony Złotego Świtu.



RE: [1 VIII 1972] Like the Light by which God made the world before He made light - Eutierria - 16.08.2024

Słyszysz mnie, Morfeuszu?

Delikatny kobiecy głos sięgnął twych uszu, ale ciebie coraz mocniej wzywał do siebie sen. Wokół nie było nikogo - tylko ty i rytualne płomienie, od których zaczynało cię mdlić - słodkość w ustach stawała się nie do zniesienia.

Zaśnij...

W pierwszej chwili nie chciałeś zasnąć, bo to było jak ukłucie najgorszego - panicznie poruszyłeś ręką, ale nie udało ci się utrzymać równowagi - wyciągnięta do przodu dłoń pozwoliła jedynie uniknąć zetknięcia się twojego czoła z podłogą. Choroba? Jeżeli tak, nie mogłeś teraz odpłynąć, chociaż ten słodki szept wcale nie brzmiał groźnie. Wręcz przeciwnie, zapraszał cię do czegoś, ale do czego...?

Zaśnij, to coś ci pokażę...

Nawet jeżeli się temu opierałeś, na końcu sięgnął cię sen.


Widzenie I: Taniec Ognistych Liści


W tym śnie widziałeś samego siebie stojącego na wzniesieniu. Spoglądałeś w dół na rozległą dolinę pokrytą kolorowymi, jesiennymi liśćmi. Pogoda była brudna, deszczowa i smutna - jak późną jesienią, ale coś w tej scenie było kompletnie nie tak. Liście zawirowały w powietrzu, otoczyły cię z każdej strony, zmieniając swe barwy od złota po ognistą, płomienną czerwień, aż wreszcie... zaczęły płonąć. TY zacząłeś płonąć. Biegłeś przez tę dolinę jak pochodnia, a wokół ciebie te liście - tańczyły wokół ciebie jak złośliwe iskry wokół rozżarzonych węgli. Wkrótce cały pejzaż staje się roztopionym morzem ognia. Biegniesz. Biegniesz ile sił w nogach, towarzyszysz swojej spopielającej się kopii w ognistym biegu, a kiedy płonący ty rozpadasz się - prawdziwy ty nie przestajesz biec. Za płonącym wrzosowiskiem, za gęstą, zniszczoną przez wichurę Knieją, kryje się twój dom. W akompaniamencie trzasku ognia stawiasz kolejne kroki i coraz wyraźniej to rozumiesz - musisz dobiec do Doliny, zanim będzie za późno, zanim...

Pojawi się nad nią Mroczny Znak.

Deszczowe chmury przybrały kształt wszystkich twoich obaw, a później przeszył je piorun. Widziałeś, jak zza drzew wyłania się siwy dym.



A później budzisz się i myślisz - czy to był zwykły sen, czy sen proroczy?

Wszystkie świece i węgle na ołtarzu zgasły.


RE: [1 VIII 1972] Like the Light by which God made the world before He made light - Morpheus Longbottom - 21.08.2024

Powinien drgnąć na dźwięk głosu, nieznanego mu głosu, na dźwięk głosu, który znał od zawsze, który sam przyzywał, który tulił go do snu, jak Matka. Matka. Powolna świadomość spłynęła na niego, jak blask boskiego światła. Przez ten jeden moment miał wrażenie, że jest kimś innym. Nie kimś innym. W pauzie pomiędzy słowami bogini, Morpheus czuł się jak oko cyklonu. Daleki poza nim szalała burza, ale tutaj nie. Tutaj nic nie miało znaczenia. Te kilka słów zdjęło z niego skórę czucia, układ nerwowy, rozdzieliło tkanki i pozostawiło klęczącego ducha, astralną materię, to co zmierza do Limbo, to co jest częścią limbo. I pierwszy raz był piękny.

Zaśnij

Zmarszczyłby brwi, gdyby jeszcze jakieś miał. Nie chciał zasnąć. Nie wtedy, gdy stał u progu epifanii, objawienia, które przecież było możliwe, na pewno według zeznań świadków z Lithy, leżących w dokumentacji Departamentu Tajemnic. Jednak miał ciało, nadal, które dopadła nieskończona słabość. Podparł się ręką, aby podeprzeć wiotczejące fizyczne jestestwo, osuwając się powoli na zniszczoną posadzkę, patrząc cały czas na płonący ogień ofiarny, na czarne kryształy cukru, na resztki organicznej tkanki.

Zaśnij, to coś ci pokażę...

Rzęsy zatrzepotały, jak skrzydła motyla i w ostatnim momencie pomyślał, że dobrze, że Anthony'ego nie ma z nim, bo wieszczenie nigdy nie było pięknym widokiem, a jeszcze jego światopogląd zmieniłby się całkowicie i co wtedy? Co, jeśli bogini by wciągnęła i jego do wizji, tak nieprzygotowanego, zdolnego jedynie do stawiania granic dla swojego umysłu, nie otwarcia go na mistykę i magię. Może dlatego to on jedyny był mistykiem w ich czwórce i jako jedyny miał otwarty umysł. Jego przeznaczenie leżało gdzie indziej.

Patrzył na dolinę i myślał, że ją zna ale zamiast babiego lata, był deszcz i smutek, jakby Matka skropiła świat łzami, których nie miał nigdy odwagi wypłakać. Coś było nie tak, zaczął biec przed siebie, między znanymi domami, familiarnymi ogródkami, które mijał odkąd zaczął chodzić. Zniekształcone przez dziwnie czerwoną, pulsującą jesień pomimo burości przestrzeni. I wtedy wszystko zaczęło płonąć.

Zasłonił twarz szatą i zaczął biec. Nic im nie będzie, to wprawieni wojownicy. Wszystko płonęło, on płonął. Przystanął na to, na chwilę, absolutnie zafascynowany tym, jak jego własny żywioł spopiela go do cna. I znow zerwał się, targany złymi przeczuciami, a on nie ignorował ich nigdy. Zobaczył więc znak w swojej apokaliptycznej wizji. Niemy krzyk wydobył się z jego gardła, rozpacz. Nie. Nie. Nie. Nie umrze, a jego rodzina nie podda się Śmierciożercom. Nie ma takiej możliwości. Nie pozwoli na to.

Zbudził się, zesztywniały, brudny od posadzki, ciało miał napięte. Podniósł się powoli i ukląkł. Obejrzał swoje dłonie, nienaruszone w żaden sposób ogniem, ciało żywe i pełne, na nowo złożone przez Matkę do naturalnej formy. Dotknął swojego nosa, nadal złamanego, wsunął dłoń pod szatę i wyczuł nierówność na skórze, tam gdzie powinna być.

Skłonił się ołtarzowi, dotykając czołem posadzki.

Dziękuję, Pani, za twoją wizję — powiedział i zaczął po sobie sprzątać i myśleć do siebie na głos. — Teraz muszę tylko znaleźć kogoś, kto pomoże mi wytyczyć daty i dokładność wizji.

Problemem było to, że z ekspertem od wizji sennyh był niekoniecznie na pokojowej stopie.


Koniec sesji