![]() |
|
[wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth (/showthread.php?tid=3472) Strony:
1
2
|
[wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Laurent Prewett - 22.06.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono osiągnięcie - Piszę więc jestem - Astaroth Yaxley Noga już nie bolała. Ładnie zaleczona, dzięki wszystkim bogom chciałoby się powiedzieć. W rzeczywistości - dzięki Basiliusowi, na którego zawsze mógł liczyć. Niekoniecznie zaś dzięki temu, że się nadwyrężał. Chód Laurenta nie był szczególnie szybki, ale nie zwalniał. Długie nogi stawiana niemal jedna za drugą, jakby każdy krok był wypracowany tysiące razy. I był. Przemyślany, wypracowany, staranny. Jak większość gestów, jak biel, w którą się ubierał i jak fryzura, którą tylko wiatr psotnie przeczesywał. Nieidealne było też to, że komary uwielbiały kąsać w tych godzinach, szczególnie kiedy wybierałeś się na przechadzkę nad Tamizę. Lato w pełnym rozkwicie, najdłuższy dzień w roku mieliśmy za sobą. Ten, który zwiastował początek kalendarzowego lata, tylko niekoniecznie czarodzieje je tak odmierzali. I jak ten początek lata został przywitany..? Smrodem śmierci i zgnilizną Perły..? Perła, magiczna, ze statku, który został pochłonięty przez Matkę Wodę, kołysała się na jego uchu. Jeden kolczyk - nie miał swojej pary, nie miał kompletu. Chodziło po jego głowie, czy możliwe byłoby wydostanie tego kolosa z dna, poszukanie wszystkich pereł, które zagubiły się w morskich falach... Być może ktoś już się tym zajmuje? Ta historia nie powinna zostać zapomniana. Powinna przetrwać jako przestroga i jako upamiętnienie tych, o których pamięć przemijała. Którzy już nie mogli sami zadbać o bycie zapamiętanymi. Myśli plątały się po jego głowie. Przebiegały przez drogę wszystkich zajęć od "a" do "b", które należało odhaczyć w dzienniczku i kalendarzyku. Załatw to, załatw tamto, a krzątanie się od Pokątnej po domostwach czarodziei czasami miało różne skutki. Na przykład takie, że jednak się umoczyło usta w alkoholu, chociaż niekoniecznie chciało, a mając słabą głowę łatwo wkroczyć na poziom większego rozluźnienia. Bo pijany Laurent nie był - dbał o to, żeby się nie upijać i ciągle do perfekcji szlifował zdolność wymigiwania się od "ze mną się nie napijesz?!". Jak wiadomo sztuka tego czaru była przekazywana z pokolenia na pokolenie, więc to nie tak, że odparcie go było takie proste... Siedzące postacie o tej porze lata na ławkach czy na murkach przy Tamizie stanowiły pewien rodzaj normy. Zakochani, młodzi, starsi. Ulice żyły i tętniły, bo było po co żyć. To życie rozkwitało w trzewiach Londynu jak różane kwiaty wyciągające głowy ku słońcu. Jedna parka, druga grupka głośno się śmiejąca, od których błyskały co jakiś czas fajki. Ludzie interesowali go zawsze i pewnie nigdy nie przestaną. Za niektórymi się oglądał, inni byli tylko ciemnymi sylwetkami pomiędzy kolejnymi latarniami, które bezpośrednio na brzeg Tamizy nawet nie padały. Jedna z tych sylwetek jednak zauroczyła go klasą. Znajomą. Dawno nie widzianą, ale dogłębnie zapamiętaną. Samotna sylwetka na tle rozjaśnionej blaskiem lamp i domowych szyb Tamizy. Odsunięta od innych, a może to ci inni instynktownie mijali jego? Przystanął. Chłodny wiatr, rześki, musnął jego sylwetkę i przypomniał o tej delikatnej woni perfum, które wisiały na jego koszuli. Przypominały też półcienie salonu, ten pełen głodu wzrok, tę rozpacz. Rozpaczliwą potrzebę... albo to już tylko jakieś zamazane miraże, nierzeczywiste we wspomnieniach? Stawiał ostrożne, ciche kroki, kiedy się zbliżał. I nie odezwał się od razu. Stanął obok, spoglądając na Tamizę - malowniczy, piękny widok. Gwiazd nie było niemal widać - niestety. W mieście zawsze było ich widać niewiele. Smutni ci, którzy nie mogli dojrzeć ich blasku wcześniej. Nie był pewien, zawahał się wcześniej, czy w ogóle powinien podchodzić i zagadywać. Objął się ramionami instynktownie, bo chłód wiatru znad wody, kiedy tylko stanął na deptaku wałów, przeciął dreszczem jego skórę. Wiatr zimny jak skóra Astarotha. - Romantyzm widoku aż się prosi o pieśń. Tylko boję się, że znów skończyłbym z wykręconą ręką. - Odezwał się, dopiero po tych słowach kierując wzrok na twarz Astarotha. RE: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Astaroth Yaxley - 23.06.2024 Mnie komary nie kąsały. Omijały, jak gdybym był dla nich niczym. Pewna, cóż, drobna zaleta bycia wampirem, żywym trupem. Ogólnie trochę się tych zalet zbierało, ale wciąż w ostatecznym rozrachunku nie poprawiało mi to humoru, szczególnie że byłem świeżo po karmieniu się na Kimi. Spała sobie słodko, bezpieczna. Zażyła eliksir i zasnęła, a ja wymknąłem się, nie potrafiąc patrzeć na jej bladą skórę, a szczególnie na dwa charakterystyczne zranienia na jej skórze. To było takie... pyszne. Złe i pyszne. Teraz siedziałem samotnie na murku, wpatrując się w wodę Tamizy, światła, które odbijała. Jadłem kanapkę, ale bez przekonania. Kiedyś z naszą ekipą potrafiliśmy całe dnie szlajać się po Londynie, by ostatecznie znużonymi siadać tu i patrzeć, i jeść, bo w brzuchach burczało, i pić, bo się piło dla zabawy... I zmęczenie ani głód nie był w stanie zabrać nam energii. Wciąż się świetnie bawiliśmy w swoim towarzystwie. I słońce wtedy świeciło, ogrzewało przez ostatnie chwile nasze twarze, a potem powoli znikało... i przylatywały te komary, tak. Tak, teraz miałem potężny niedosyt tych doznań z przeszłości. Wcale nie miałem nie wiem ilu lat. Wciąż byłem młody, właściwie miałem już na zawsze pozostać młodym, ale... tak wiele mnie omijało zabawy i planów, planów i zabawy. Miałem wrażenie, że więziłem Kimi przy sobie, ale jednocześnie potrzebowałem jej. Była chyba jedynym łącznikiem mojej osoby z dawnym życiem, ze światłem, z beztroską. Przy niej mogłem czasami się zapomnieć, że umarłem, ale miało to swoją drugą stronę medalu. Przeze mnie sama nie podróżowała. Tylko praca i dom. Otuliłem się skrzętniej kurtką, jakby było mi zimno. Nic z tych rzeczy. Było mi nawet ciepło, o ile faktycznie coś czułem. Czasami miałem wrażenie, że to wszystko sobie wymyślam, że nie dzieje się naprawdę, a jednak... los sobie ze mnie kpił, mieszając w to również osoby trzecie. Powiało, a wraz z powiewem poczułem znajomy zapach. Nie miałem wyczulonego zmysłu węchu, bynajmniej nie bardziej niż zwykle. To było bardziej łowieckie zboczenie. Czerpało się z otoczenia wszystko, więc kiedy tylko powiało zapachem, podniosłem głowę, swój wzrok krzyżując ze wzrokiem Laurenta Prewetta. Nieco mnie zaskoczyła jego obecność w tym miejscu. To raczej nie było miejsce dla paniczów. Czasami znad wody śmierdziało szlamem. I te komary! Mimo wszystko uśmiechnąłem się nieznacznie i zająłem namiętnie kanapką, która wcale mi nie szła. Nie chciałem jednak zanadto go do siebie zapraszać. Właściwie, to może nieco się obawiałem tego, co mógłby powiedzieć, i jednocześnie byłem ciekawy, czy wszystko w porządku... Bo słyszałem o tej Perle, że on tam był. Może właśnie przez jego nazwisko mój wzrok przykuł ten artykuł...? Od jakiegoś czasu nie przepadałem za wodą. Ciekawe właśnie, od jakiego czasu... pewnego incydentu z półselkie...? Kiedy się odezwał, ponownie na niego spojrzałem i znowu te nasze oczy się spotkały. Jak gdyby to był znak od losu, że dwie przeklęte przez życie jednostki miały przed sobą wspólną drogę...? Heh.. Teraz to sobie popłynąłem. Wampir i półselkie... Nikt nawet nie był tak popierdolony, żeby umieścić w książce podobnych bohaterów, więc zmieszany wzruszyłem ramionami. Pewnie bym się zaczerwienił, gdybym mógł? - Chciałem rzec coś w stylu, że daj ty spokój, nic z tych rzeczy... Ale ten twój śpiew jest taki... taki intensywny, że nie mógłbym za siebie ręczyć - przyznałem nieco rozbawiony, nieco z żalem. Opuściłem wzrok by schować kanapkę do torby, zająć ponownie czymś siebie. Meh. Nawet nie chciałem na nią zwracać jego uwagi, bo to było po prostu żałosne. - Nie jestem pewien, czy ci o tym wspominałem, ale czasami mi się śni. Ten śpiew... Jest niemalże równie... mocny. Widzisz, jak fatalnie śpiewasz?! Człowiek nie może tego z głowy wyrzucić! - wyznałem i zaraz zażartowałem, faktycznie się uśmiechając. Nie chciałem żeby uznał, że to naprawdę mnie tak głęboko dotykało. Jednocześnie zdałem sobie po fakcie sprawę z tego co robię, więc teraz obawiałem się, czy go nie uraziłem tym żartem... Raczej wiedział, że świetnie śpiewał. Ba!, miał to we krwi. To było nawet coś więcej niż śpiew. Czysta magia. Nie zamierzałem się jednak tak rozwijać głośno na ten temat. Wziąłem głęboki wdech, tak przy okazji bardziej czując te znajome perfumy, po czym wypuściłem powoli powietrze. - Wybacz... Jestem nieco rozchwiany, bo... piłem... i mam euforię zmieszaną z wyrzutami sumienia - odezwałem się po drobnej chwili, stawiając ostatecznie na szczerość. Ustaliłem już przecież, że bycie wampirem było jednak gorsze od bycia półselkie. RE: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Laurent Prewett - 23.06.2024 O tym, ile zapachów mógł czuć łowca rozwodziły się całe kuratele ochrony istot magicznych. Łowcy, najbardziej niebezpieczny gatunek tej ziemi, co..? A jednak potrafił być zagrożony. Ginęły tej wspaniałe istoty, które uważały siebie same za szczyt łańcuch pokarmowego, bo ktoś za niebezpieczne je uznał, chociaż to oni wkroczyli na ich teren. Agresywne, choć tylko się broniły. Niebezpieczne dla człowieka, choć człowiekowi wcale nie chciały wchodzić w drogę. To ten człowiek miał w swoim DNA zapisane wchodzenie z butami do życia wszystkiego i wszystkich dookoła. Stawialiśmy wielkie budynki, brukowaliśmy drogi, którymi ongiś podróżowały piękne lwy i zebry, beton zalewał rzeki, przez które przepływały aligatory. Człowiek niszczył, tak wiele niszczył, tylko po to, żeby udowodnić światu: nie ma większego łowcy ponad mnie. Astaroth Yaxley stał się więc łowcą doskonałym. Laurent nie myślał i nie wyobrażał sobie nawet, jak świat potrafił być intensywny, kiedy przytulałeś do siebie instynkt i jednocześnie odpychałeś go od siebie w obawie o zezwierzęcenie. Nie wiedział, jakim bólem jest oglądanie kogoś bliskiego, kto słabnie tylko po to, żebyś ty sam stawał się silniejszy. Mógł się tylko tego wszystkiego domyślać. Z konsternacją śledzić te wielkie księgi i traktaty, te wszystkie przypisy i odpisy, eseje i rozprawki. Był ktoś mu bliski, kto uważał, że wampir to wcale nie jest element, którego należy odepchnąć i nie dopuszczać do związku. Widział więc Yaxleya: człowieka i drapieżnika. Człowieka i kogoś, w kim może ocknąć się coś bardzo niebezpiecznego tylko po to, żeby wgryźć się w twoją szyję i przeżyć kolejny dzień. Zastopować ogień w gardle, który pochłaniał i nie pozwalał zdrowo funkcjonować. Teraz przede wszystkim widział Astarotha - samotnego mężczyznę, który stracił całe swoje życie w jednej chwili. Promienny uśmiech pojawił się na twarzy Laurenta i przymknął przy tym oczy. Trochę żalu, trochę rozbawienia - co za idealna mieszanka, którą chyba każdy, kto śpiewał, pragnął usłyszeć. Albo może po prostu każdy, kto tworzył..? Intensywność emocji - to wszystko, o czym marzysz, kiedy chcesz komuś pokazać sztukę. Nie było nic istotniejszego ponad wywołanie emocji. Kiedy zaś za tymi emocjami widzowie tęsknili... to i zaczynałeś tęsknić ty sam, by tworzyć. By ją przekazywać dalej. Egocentryczne i jakże narcystyczne myślenie. - Ojejku, teraz dopiero poczułem się doceniony. - Odezwał się ciepło, z wdzięcznością wręcz, kiedy świat rozchylał się zza ciemnej kotary rzęs, gdy powieki wędrowały leniwie ku górze. Oto więc jest obraz - ożywiony, bardziej żywy niż wtedy, kiedy spotkał go na samym początku w domu Geraldine... Nie zwrócił większej uwagi na to, co robi z tymi kanapkami - odkłada, chowa, może wyciąga, żeby poczęstować. I nie zwrócił dalej uwagi, bo obudził się w nim śmiech na to objawienie - tak strasznie śpiewasz... Wiedział, że to żart. Nawet mimo całej niepewności, która potrafiła nim targać, tutaj przecież było to oczywiste. Astaroth nie przeżywał koszmarów - on śnił. Sny zaś potrafiły być najcenniejszym darem tej ziemi. O tym jednak Laurent miał się dopiero przekonać. - Kto to widział, żeby cokolwiek wybaczać za komplementy na powitanie i słodki żart w dodatku. - Nie było czego wybaczać. Cokolwiek pętało Astarotha nie mogło wpędzać go w całkowicie zły nastrój - miał go o wiele lepszego niż miesiąc temu... ha. To już miesiąc? Niecały, albo cały? Uśmiech na tej przystojnej twarzy sugerował, że rzeczywiście skłonny był do czegoś milszego. Przyjaźniejszego. - To bardzo dramatyczna mieszanka. - Ponieważ bardzo skrajna. Niemalże swoje przeciwieństwa - tu się cieszysz, pragniesz żyć pełną piersią! Zaraz jednak zaliczasz dołek - bo oto te złe godziny i złe wspomnienia uderzają na nowo. - Więc? Bardziej pragnie pan, panie Yaxley, przeżywać euforię czy się wyspowiadać? - Spoglądał na niego ciepło i łagodnie - siedział, a Laurent stał. Nie przekraczał komfortowej odległości. Czy instynktowi wampira naprawdę można ufać? RE: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Astaroth Yaxley - 23.06.2024 Faktycznie to zakrawało o dramatyczną mieszankę - euforia i wyrzuty sumienia. Niezwykle kłopotliwa. Kiedy próbowałem zagłuszyć jedną, na scenę wchodziła druga w całej swojej okazałości, zagłuszając zdrowy rozsądek i kusząc do złego - w przypadku euforii, przygniatając mnie i dusząc - w przypadki wyrzutów sumienia. Nie mogłem sobie pozwalać ani na jedno, ani na drugie, tak na dobrą sprawę. Nie dziwić się, że jednocześnie było mi po drodze do zabawy, jak i ciągłego przepraszania. Za komplementy na powitanie i słodki żart w dodatku - powtórzyłem sobie w myślach, doceniając niezwykły dobór słów i tonacji przez Laurenta. Widać było, że bardziej skupiony był przed laty na dworskiej edukacji aniżeli Pan Yaxley Łowca Potworów Od Smarkatego, co mi wcale nie ujmowało, bo jednak swoich nauk sporo też miałem okazję przeżyć. Czy to w domu, czy od swojego rozchichotanego towarzystwa. Szczególnie upodobałem sobie słuchanie muzyki, wielkie szalone koncerty, a to przecież również była poezja, czyż nie? Uśmiechnąłem się nieco lubieżnie na jego pytanie. To panie Yaxley wybrzmiało odpowiednio, ale niestety nie mogłem, nie mogłem, nie mogłem. Ostatni raz słodkiego zapomnienia skończył się niedobrze, ale też dobrze, ale ostatecznie nie chciałem tego powtarzać. Niedobrze, bo go dziabnąłem. Dobrze, bo sam się powstrzymałem. Nie chciałem, bo starałem się być odpowiedzialny. - Obawiam się, że moje pragnienia nie mają tu nic do powiedzenia - stwierdziłem, nieco odchylając się do tyłu na tym murku w ramach lekkiego rozluźnienia, a może już zbyt dużego...? Mogło to wyglądać niczym zaproszenie do przeżywania wspólnych euforii, ale jednak w głowie miałem co innego, poza tym z czegokolwiek, co mogłem sobie zapragnąć, i tak nic by nie było, więc jedynie się uśmiechnąłem, tym razem już nie z żalem, tylko jakąś taką lekkością, jakby tych kilka dobrych słów wygnało to, co złe. Ciekawe, czy mogło faktycznie przy większej intensywności...? - Jedynym, co w grę wejść może, jest plan C, ale jest pewien problem, panie Prewett... - podjąłem chwilę później, tak po drobnym zastanowieniu się. Zrobiłem dramatyczną pauzę, skoro pełen byłem tego dramatyzmu w swojej osobie, po czym zrobiłem niewinną, niby zakłopotaną minę. Ta, ta mimika, te słodkie uśmieszki, to przebitka dawnego Astarotha... Tego, co gonił od imprezy do imprezy, ledwo nadążając za swoją przyjaciółką. Albo odwrotnie. Czasami to te moje długie nogi, długie kroki... Trzeba było się wysilić by się ze mną zrównać. - Problem jest taki, że nie mamy jeszcze planu C - przyznałem ponownie zgodnie z prawdą, nieco rozchichotany. Bo tak na dobrą sprawę, to pozostawało mi życie z ta emocjonalną wagą, co to się chybotała niepewnie, niezdecydowana, co ma ostatecznie wybrać za cięższe, ale... Fajnie było się połudzić, pożartować, wymyślić coś głupiego, co na krótką chwilę oderwie myśli od rzeczywistości. Tak w granicach zdrowego rozsądku oderwie myśli od rzeczywistości, bo jako potwór musiałem uważać na siebie i na innych. A też mówiłem prawdę, że planu C nie było, bo nie było. Nie miałem zielonego pojęcia, co mógłbym zrobić, żeby się rozerwać. Skoczyć do Tamizy...? Cóż, nie przepadałem za wodą, a też ta konkretna woda nie zachęcała do kąpieli. Wolałem nie analizować, co się w niej znajdowało. Człowiek pozostawał dzięki temu zdrowszy i po prostu rozczulał się, bo jej tafla odbijała światełka. Fajne światełka, o tak. RE: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Laurent Prewett - 24.06.2024 Ten kraj weryfikował twoją edukację w ten czy inny sposób. Jedni biegali po lasach, drudzy po czerwonych dywanach - dla każdego była przydzielona rola, pytaniem było czy postarasz się ją wypełnić i w niej odnaleźć, czy jednak zboczysz z obranego kursu. Laurent zbaczał. Kochał towarzystwo ludzi, kochał pojawiać się na salonach, nawiązywać nowe kontakty, ale ta miłość powoli, powolutku więdła. Zastępował ją strach. Przed tym, co ci ludzie mogą zrobić, jak cię skrzywdzić i ile potem przyjdzie zapłacić za każdy nieostrożny kontakt. Wszyscy płaciliśmy cenę. Płacił ją Laurent wyszkolony do tego, by słowem obracać ludzi dookoła swoich palców jak pierścionki, które nosił i płacił ją Astaroth wyszkolony do polowania na największe ścierwa kryjące się w lasach. I każdy poległ tam, gdzie przecież miał być mistrzem w swojej dziedzinie. - Hmm... - Złożył dłonie za plecami, przyglądając się mężczyźnie, który nagle przestał wyglądać samotnie. Może potrzebował towarzystwa, a może samotny nie był od samego początku - to była tylko wyobraźnia Laurenta, która potrafiła dopisywać ludziom cuda i podbijać ich najprostsze cechy, nie ważne niekiedy, czy złe czy jednak dobre. Więc ta samotność? Może była tylko złudzeniem. Tylko sobie dopowiedział coś do miejsca, gdzie nie było nic do dopowiedzenia. A może to rzeczywiście była jakaś ulga, że przyjazna dusza pojawiła się w mroku nocy przy mężczyźnie o niemal szarej skórze, który wyglądał, jakby podniósł się z grobu. I wcale nie był przez to mniej przystojny. - Co szepczą więc te pragnienia i w jakie zakamarki duszy sięgają? - Czy wampir ma duszę? Ha... Podobno tak, podobno nie. Te istoty owiane były tyloma nićmi tajemnic, że nawet nie wiadomo, czy się odbijają w lustrze czy nie. Jedni mówili, że tak, inni zaprzeczali. Tak jakby każda istota była indywidualnością. I miało to sens. W końcu to nie była rasa to był wynik tragicznie nieudanego zaklęcia, które potem rozprzestrzenia się jak choroba. Był świadom o ryzyku tego pytania, bo odpowiedź przesuwała się automatycznie na usta, prawda? Krwi. Więc czy pan łowca był ponad tym i pragnął czegoś naprawdę? On, nie ta Bestia, która w nim drzemała i budziła pierwotny instynkt? Tak i pytanie było zadane w ten lekki sposób. Przywodzący na myśl, że zaraz padnie powiedzenie: wiesz co... to może skoczymy na szklaneczkę whiskey? - Wierzę, że jeśli istnieje problem, to przy naszych nieskromnych zdolnościach zdołamy go rozwiązać. Jakiż więc to problem? - Wielki i przytłaczający, ale co to dla takiego dużego chłopca jak Astaroth? W jego żyłach też pewnie płynęła krew olbrzymów, jak przez krew Geraldine. Nie wiedział tylko, na ile się odzywała... bo gigantem się nie wydawał. Prychnął cicho śmiechem widząc tę minę niewiniątka, która została mu teraz sprzedana, a potem padło wyjaśnienie problemu "Planu C". To rzeczywiście problem. Przemknęło mu z rozbawieniem przez myśl. - Pomyślmy... - Usiadł obok Astarotha, uśmiechnięty z wesołości. - Noc jeszcze młoda, więc jest czas zarówno na opracowanie planu jak i jego realizacje. - Raczył zauważyć, spoglądając na swój zegarek. Tak, noc była młoda. Dni były teraz jednak długie. - Gdybyś mógł teraz zobaczyć wszystko - co chciałbyś zobaczyć? Albo gdzie się udać? - Może to było miejsce? Może rzecz? Może osoba? RE: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Astaroth Yaxley - 26.06.2024 Kiedy pozwalałem sobie nie myśleć o krwi, to faktycznie coś innego, w sensie inne pragnienia, kwitły w mojej głowie. Niektóre ułudne, ale nikt przecież nie zabraniał marzyć o sytuacjach niewykonalnych. Gdyby jednak przestać być wampirem? Albo nim pozostać, ale móc spojrzeć na słońce? Móc na nim przebywać? Albo zaliczenie kolejnych niesamowitych festiwali w Stanach...? Albo mecz baseballa, o którym słyszałem tyle dobrego...? Może znalezienie nawet partnerki na całe życie, wyjście za mąż i spłodzenie jakichś małych cudaków? Zostanie łowcą tego tysiąclecia... powiedzmy, że jakimś wyróżnionym bardziej niż mój stary...? Skoczenie na szklaneczkę whiskey? Albo jeżdżenie rowerem bez trzymanki...? Ja to mogłem właściwie wymieniać bez końca. Mniej i bardziej prawdopodobne sytuacje, niektóre niewykonalne, ale jednak niezwykle bliskie mojemu sercu... mojemu martwemu sercu. Też miało marzenia, też kochało, też potrzebowało towarzystwa i uśmiechów, a nie spojrzeń pełnych niepokoju, troski albo współczucia. Mógłbym poddać się nostalgii, pomimo młodego wieku... i chyba właściwie się poddawałem. Jak ten stary dziad dawałem się ponieść wspomnieniom i sprowokowanym przeze nie marzeniom. Droga usłana płatkami, biegnę nią zadowolony jak debil i... palę się na popiół w promieniach słońca. Koniec bajki. Tylko że byłem świeżo po uczucie. To jakoś nie pozwalało mi pochłonąć się całkowicie depresji. Jakby wyssana krew uśmiechała się do mnie i mówiła, że możemy razem podbić świat...? Tyle że nie miałem pojęcia, co miała przez to na myśli...? Raczej nie koncertowanie za dnia. - W tym momencie popełniłeś błąd, mój drogi, bo jest mnóstwo rzeczy, które chciałbym zobaczyć, gdybym mógł teraz zobaczyć wszystko... Ale nie mogę, więc to pytanie nie pomoże nam z planem C - przyznałem nad wyraz spokojnie, jak gdybym miał te bolączki pod kontrolą. Przemyślałem to sobie niejednokrotnie, a jednak... gdzieś to tam z tyłu siedziało. Chciałbym, chciałbym bardzo. - Ale... gdybym mógł teraz zobaczyć wszystko... - zacząłem, wznosząc spojrzenie na wieczorne niebo. Mój zadarty nos wskazał na gwiazdy. - To chciałbym zobaczyć słońce i poczuć jego promienie na swojej skórze... Może to tak nie wyglądać, aleee... Kiedyś bardzo dużo czasu spędzałem na słońcu, przede wszystkim ogrom wolnego czasu - przyznałem z tą nostalgią starego dziada, ale nic nie mogłem poradzić, że te emocje tak we mnie skakały. Rozpierała mnie energia, życie, ale jednocześnie byłem świadom, że za bardzo nie pofikam i że byłem już martwy. - To może inaczej... Użyjemy twojej kreatywności, panie Prewett. Gdybyś był wampirem, to w jaki sposób spędzałbyś noce? - zapytałem go, oczekując informacji, że w trumnie, hehe. Te trumny to były przezabawne, ale mogły uratować życie. Niebezpiecznie byłoby zasnąć na kanapie przy odsłoniętych oknach. - Aby nie mów, że w trumnie - uprzedziłem go ewidentnie rozbawiony. Nawet nie wiedziałem, czy znał stereotypy o wampirach ani czy odróżnia je od faktów, ale... dla mnie to było bardzo zabawne. RE: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Laurent Prewett - 27.06.2024 Marzenia. Podobno wiara umierała ostatnia, czy to może nadzieja? Albo właśnie marzenia - one umierały razem z nimi? Niekiedy łatwo było pomylić tę trójcę świętą. Dumasz nad nimi i odkrywasz, że są powiązane. Marzysz o tym, żeby być człowiekiem, wierzysz w to, że słońce jeszcze wstanie i masz nadzieję, że to wszystko się spełni. Jedno bez drugiego mogło istnieć, a jednocześnie przeplatało się jak te słodkie warkocze pieczone z drożdżowego ciasta i posmarowane lukrem z rodzynkami. Słodkie. Dobre. Mógł więc sobie Laurent wyobrażać co drzemało w sercu człowieka, który stracił swoje życie, a to i tak były domysły. Nie znał w końcu Yaxleya. Widział tylko tyle, co zostało mu pokazane - wrażenie, że to bardzo dumny człowiek, któremu z trudem przychodzi zginanie karku. Wyobrażał sobie te jego pełne energii oczy, złe, zezłoszczone. Nie wiesz tylko na co - na świat wokół, swoją tragedię czy samego siebie. Jak łatwo było złość pomylić z głodem... - Nie doceniasz mnie. - Tajemnica owinęła jego kibić i wymalowana została enigmatycznym, pełnym obietnic uśmiechem na jego ustach. A może groźby? Groźba nie pasowała do jego twarzy. Można sobie wyobrażać, jak wyglądałyby jego złe, zezłoszczone spojrzenie, ale w odwrocie do Astarotha jego spojrzenie bywało raczej wystraszone. Zmieniało się ze spokojnego, które muskało ciepłem i koiło szumem fal do filuternego, które dotykało skóry nie dotykając wcale. Tu i teraz nabrało zaś pewności siebie. Atmosfera była przyjazna, bez uderzającego głodu, co biłby w dzwony wojenne i ostrzegał przed swoim wyrwaniem do przodu, do gardła. Szybciej, mocniej, byle utoczyć krwi. A to zachęcało do tego, żeby Astaroth był... po prostu sobą. Nawet jeśli Laurent wcale nie potrafił w pełni być spokojnym, w pełni zaufać. Jeszcze nie. - Z Geraldine? Czy sam? - A może z kimś innym? Zagaił ciekaw tego, czy Astaroth skłonny był odpłynąć do tego pięknego świata, w którym gorące emocje przyćmiłyby jego tragedię. Chyba nurkował po lepszych wspomnieniach, bo przecież był taki... był zupełnie inny niż za pierwszym i drugim spotkaniem. I był nawet zupełnie inny wobec niego samego. Tylko nie rozumiał, dlaczego. Spodziewał się, że jego urażona duma będą o sobie dawały znać. Tymczasem... potraktował go prawie tak, jakby był dla niego naprawdę miłym dodatkiem tego wieczoru. Podniósł się z miejsca, powoli i wyciągnął różdżkę, uprzednio oglądając, czy nie ma żadnego mugola w zasięgu. Srebrzysty blask przesuwał się za jego ruchami i płynne złoto rozlało wokół nich, zaraz niknąc. Całkowicie podstawowa bariera ochronna, żeby czasem żaden mugol nie wtrącał się do ich sprawunków tutaj. Stawiał więc ją, słuchając Astarotha. - Gdybym był wampirem... - Powtórzył w zastanowieniu, skupiając się na ruchach różdżki. Nie był wybitny w zaklęciach ochronnych, więc wolał nie popełnić błędu. Zaśmiał się cicho na tę trumnę. - Nie przyszło mi to do głowy. - Przyznał zgodnie z prawdą. - Zacząłbym od zainwestowania galeonów w biznes, którym mógłbym zarządzać nocą. Skupiłbym się na jego rozwoju. A jeśli nie nocą, to dobrałbym osoby, którym mógłbym ufać i pozostawiać zarządzanie tego. Czeka mnie wiele lat życia, więc może nawet byłaby to rodzina, która służyłaby mi z pokolenia na pokolenie..? Pomyślałbym o pomaganiu ludziom, gdybym miał stabilność finansową. Biedni, bezdomni, potrzebujący pewnie z chęcią oddaliby trochę swojej krwi za pomoc. - Jego myśli powędrowały w stronę kultu, ale tego już nie powiedział. Ostatnio za często te myśli w tym kierunku biegły. - Kiedy miałbym zabezpieczony swój mały świat zorganizowałbym ekspedycję. Jest tyle tajemnic do odkrycia w tym świecie - dlaczego nie? Nawet jeśli tylko noc wita mnie w swoich ramionach i tylko księżyc się do mnie uśmiecha - przecież to nie znaczy, że przestałem... żyć. - W tym rozumieniu biologicznym - tak. Ale umysł trwał. Skończył poruszać różdżką i schował ją, spoglądając na rzekę przed nimi. Przez chwilę milczał, zanim podniósł dłoń, jakby chciał coś Astarothowi pokazać. Bo chciał. Popatrz co mi dały
W to wierzę - To kocham do końca Dzisiaj Ci oddaję Jak wiarę, jak promienie słońca* Zaczął śpiewać. Jego głos, dźwięczny i wyraźny, jak głos skowronka, rozbrzmiał z jego piersi. Tak delikatny kontratenor, że chciało się oglądać i szukać wzrokiem tej sopranowej śpiewaczki. Ale to był po prostu Laurent. Mógł mu pokazać. Mógł mu pokazać wszystko. Tak jak teraz brzmiała orkiestra razem z jego głosem, chociaż jej wcale tutaj nie było. Nad Tamizą wstawało słońce. Niebo zmieniało swoją barwę tak gładko, tak malowniczo - gdzie był ten artysta, co pędzlem pociągał i kolory zmieniał..? Nie było go. Za to było ciepło promieni, które wyślizgiwały się zza budynków i zza drzew. Które iskrzyły na rozjaśnionej tafli płynącej wody. Świat budził się do życia. Po drugiej stronie Tamizy właśnie jacyś ludzie przejechali rowerami, gdzieś poszedł dym z komina, a gołębie zerwały się do lotu. Ta najjaśniejsza i najpiękniejsza z gwiazd jaśniała nad soczystą, wiosenną wręcz zielenią, a delikatny powiew wiatru zerwał z dmuchawców białe drobiny i zatańczył nimi fikołka w powietrzu, nim poniósł je dalej - nad tę wodę, którą właśnie ktoś przecinał łódką. I piękna Sol wspinała się wyżej. Przesuwały się i umykały cienie przed jej potęgą, kiedy przyzywana syrenim głosem budziła siebie samą do życia. I w końcu jej ciepło zalało ten świat - niemal oślepiająco w pierwszej chwili, kiedy niebo przestawało być tak umazane kolorami i stawało się przejrzyście błękitne, z ledwo pojedynczymi chmurami muskającymi nieboskłon. Celowo i świadomie przeciągał piosenkę już na końcu tylko malując rzeczywistość intonacją głosu - Astaroth nawet tego nie słyszał. Jego uszy słyszały tylko ten świat, ten dzień, w którym przez kilka oferowanych minut mógł zatonąć. Niewiele mógł dać Astarothowi, ale ta jedna rzecz, której pragnął - to mógł mu podarować. I podarował z przyjemnością. Piosenka ucichła i świat wrócił do swojej nocnej ciszy. *wrzuciłam tylko fragment, ale Laurent śpiewa całość -> tekst RE: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Astaroth Yaxley - 29.06.2024 - Sam. Geraldine ma swoje sprawy - stwierdziłem niemalże od razu. Od razu również ugryzłem się w język, bo chciałem dodać, albo z przyjaciółmi, ale właściwie nikt mi z tego grona nie pozostał. Może za wyjątkiem Kimi i - jak się miało dopiero okazać - również Daisy. Dwie wytrwałe, które udawały, że problemu żadnego nie było. Miło z ich strony. Nie chciałbym, aby ta ignorancja z ich strony nie zakończyła się tragedią. Przerwałem jednak rozmyślenia, gdyż Laurent zaczął dyskretnie kreślić zaklęcie. Zdawało mi się, że ochronne. Lekko się spiąłem, ale odetchnąłem, kiedy nic negatywnego się nie działo. Najwyraźniej miało nas wygłuszyć. Może to nawet lepiej. Wsłuchiwałem się w historię ułożoną przez Laurenta. Biznes prowadzony nocą nie brzmiał źle, ale to wiązało się z zaufaniem obcym, a na to nie byłem pewien, czy jestem gotowy. Ba!, ci ludzie musieliby MNIE zaufać, a kto zaufałby wampirowi...? Zbicie fortuny brzmiało elegancko, z pompą, ale z kolei pomaganie potrzebującym...? Miałem wrażenie, że z Laurentem pochodziliśmy z dwóch różnych światów. U nas za pomoc brało się kasę, stąd fach łowców potworów nie wymarł. Coś tam się czasami rzucało, ojciec bynajmniej dorzucał, na te różne charytatywne uroczystości, ale ostatecznie... pomagaliśmy bezinteresownie tylko swoim. Moje rodzeństwo, bynajmniej z tego, co byłem w stanie w tej chwili wydedukować, również nie rwało się do pomagania biednym i bezdomnym. Ogólnie źle wspominałem tę grupę, bo to głównie na niej żerowałem na początku tego roku. Ojciec im za to płacił. Teraz odbijało mi się to delikatną traumą. Ale to też nie wszystko, bo szczególnie wybijała się na przód prewettowska skłonność do interesów. Z marzeń przechodził do konkretów - BIZNES I TYLE. Czyli robienie pieniędzy i pomoc obcym. Czy tyle miało wystarczyć aby poczuć, że się żyje? Ekspedycje wiążą się z podróżowaniem, a podróżuje się szczególnie za dnia... - chciałem zacząć, ale ponownie ugryzłem się w język. Milczałem. Spojrzałem w kierunku dłoni Laurenta. Coś ewidentnie chciał mi pokazać. Tylko co? Nawet nie drgnąłem. Jego głos otulił mnie delikatnie, jakby chciał dodać otuchy, jakby pragnął mnie jednocześnie pokierować... Może przygotować? Właściwie, to nawet nie zakradał się do moich uszu, tylko bezpośrednio do serca. Wpatrywałem się we wschodzące słońce. Jakbym śnił na jawie. Przecież niedawno zaszło, nie tak dawno zaszło, a już na nowo wstawało. Budziło się na nowo do życia, a właściwie wszystko wokół ponownie budziło do życia. Zbyt szybko, za szybko, ale tak niesamowicie pięknie, że chciałem wszystko uchwycić swoim spojrzeniem, złapać i zapamiętać, ale tak się nie dało. Te dmuchawce poleciały, poleciały tak szybko, za szybko. Zniknęły gdzieś nad wodą z zasięgu mojego wzroku, ale to nic, bo... Promienie się zbliżały. Widziałem to i nawet czułem całym sobą. Przelotnie nawet pomyślałem o płonięciu, byłem pewien, że to się stanie, ale nie bałem się. Byłem gotowy na wszystko, co mnie spotka w tej spokojnej wizji. Ociekała bezpieczeństwem, więc wpatrywałem się oniemiały. Ba!, na drobną chwilę zostałem oślepiony blaskiem tych promieni, całego słońca, ale nie zamknąłem oczu. Za bardzo żal mi było tego widoku, tego widoku, w którym brałem udział. Dziwnie było reagować na takie rzeczy, będąc martwym. Pewnie umknęłoby mi kilka łez wzruszenia, a zamiast tego teraz trwałem w bezruchu, nie wiedząc co powiedzieć. Wpatrywałem się wciąż w to niebo, które przed chwilą zaprezentowało mi niemalże swój całodniowy taniec i wciąż to przeżywałem na nowo. Wciąż i wciąż, nie potrafiąc ochłonąć, bo miałem wrażenie, że to czuję, że to dzieje się naprawdę, że to było naprawdę, będąc tylko - ALBO AŻ TAK PIĘKNYM - snem. Jak można było ująć coś takiego słowem...? To nie tylko pieśń, to nie tylko obraz, ale... to wszystko razem, pełne przeżycie. Te ptaki tak kurwa latały! Miałem wrażenie, że mnie to dzieli na drobne kawałki, że się rozpadam, że spadam, że może mnie to nawet zgniata, ale... CZEMU?! To było tak piękne, tak spokojne, tak urocze. Nie powinienem rozpaczać nad czymś, co się skończyło. Powinienem cieszyć się uczuciem życie, które mnie owładnęło na tę drobną chwilę. Byłem tam. Byłem tam przecież z tymi wszystkimi ludźmi. Obserwowałem słońce. W końcu zamrugałem oczami. Tak niepewnie, ale zaraz bardziej intensywnie. Spojrzałem na Laurenta. Nie wiem, co mogła wyrażać moja twarz... Wzruszenie? Ale nie było łez w kącikach oczu. Radość? Tyle że się nie uśmiechałem. Byłem spokojny, na pozór bez wyrazu, ale z ogromnymi pokładami wdzięczności w tych błyszczących oczach. Pokładami wdzięczności, do których bym się nie przyznał...? Czy może jednak? Bo jednak moje ciało postanowiło same się porządzić. Zeskoczyło z murku i przytuliło się do Laurenta. Tak mocno, tak skrzętnie, zbyt blisko... I zapewne można by było uznać to za coś ciepłego, w końcu byłem po kolacji. Ale też wciąż martwe. Martwe i pamiętające te charakterystyczne perfumy. Może właśnie dlatego gest ten był nieco przedłużony w czasie...? Cóż, wciąż spodziewałem się po sobie najgorszego. RE: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Laurent Prewett - 29.06.2024 Wyciągnięta dłoń, którą wskazywał na piękne słońce, nim oparł palce na własnym gardle. Był z siebie zadowolony. Zazwyczaj w takich momentach z zapartym tchem w piersiach czekał na moment, w którym druga strona coś powie. Spoglądał w oczy Astarotha i przecież powinien być w nim zachwyt. Miłość, uwielbienie wobec niego, wobec jego głosu, wobec wszystkiego, co mógł wymalować przed innymi swoim głosem, chociaż nie był poetą i nie był też malarzem. Mimo to malować mógł. Pytali się go, czy układa wiersze i czy myślał nad tym, by pisać. Czy chciałby malować. Czy jest artystą. Nie, nie i nie. Tylko śpiewał, tylko czarował słowem. Nie mógł pędzlem stworzyć obrazu, więc starał się stworzyć go każdym drgnięciem strun głosowych. Czasem zależało mu na tym bardziej, niekiedy pozwalał sobie na więcej... Więc, panie Yaxley, gdzie to uwielbienie? Widział wszystko, tylko nie uwielbienie. Mieszankę emocji tak głęboko, że przecinała duszę na wskroś. Przecięło też i jego - to spojrzenie, jakim był teraz raczony. Doświadczał czegoś więcej niż banalnego zachwytu głosem czy obrazem. Miał właśnie przed sobą złamanego człowieka, którego łzy się nie trzymały, ale płakał - widział to w nim. Ten płacz, niemy i bezowocny, poruszył sercem Laurenta i przeszył skórę gęsią skórką. Podobno współczucie było złe. Mieszało się i kojarzyło z tym, że widzisz w kimś słabość. Było więc tylko złe wtedy, kiedy słabości kojarzyłeś z czymś złym. To, co właśnie rządziło sercem i umysłem Yaxleya, złe nie było. Było piękne. Piękno rozpływało się wokół tej bańki, którą mieli dookoła siebie - przejrzystej, niezauważalnej gołym okiem. Jakże zdziwiliby się ludzie widząc wschód słońca. Chyba nawet bardziej, niż zdziwiony był Astaroth, który spełnił swój mały-wielki plan C, chociaż nawet go nie planował. Po raz kolejny selkie wziął kontrolę nad jego życiem na kilka chwil, chociaż za pierwszym razem zrobił to zupełnie nieświadomie. I wcale nie chciał. Dzisiaj... dzisiaj tak jak mógł mu oddać kawalątek siebie, swojego talentu i marzenia, które tkwiło w jego głowie. Tak sądził, że przecież dla kogoś, kto kroczył między cieniami to właśnie słońce będzie tym, co dotknąć chciałby najbardziej. To musiało boleć. Piosenka wydawała się pasować aż za bardzo do tego obrazka - przyszła naturalnie do jego głowy. No popatrz. Wierzę w to, że słońce wstanie każdego dnia, że dla każdego z nas jest jeszcze nadzieja. Wierzę w to, że każdy może odnaleźć swoją przestrzeń w tym życiu i dla każdego jest szansa. Dla Astarotha też była. Czy ją widział? Potrafił na nią spoglądać? Wydawało mu się, że w tej chwili ta wiara i nadzieja miała personifikację w... jego osobie. Że Astaroth spoglądał na niego, jakby przez tę chwilę stał się jego nadzieją, jego wiarą, jego bólem dawnych lat i jego szczęściem chwili obecnej. Wszystkim i niczym. Tą mieszanką emocji, której dokładnie nie potrafił rozczytać, bo tak wielu rzeczy nie wiedział, ale rozumiał jej głębię. - Och..! - Otworzył szerzej oczy nie spodziewając się tak szybkiego i nagłego ruchu. Spodziewał się bólu. Aż zamarł w bezruchu, zorientował się, że się spiął, że strach jako pierwszy uderzył w jego serce. To wszystko, czym był Astaroth... ale to wszystko było przytuleniem chłodnego ciała. I tak rozluźniły się mięśnie Laurenta, tak uśmiech powrócił na jego wargi, a on sam oparł dłonie na jego plecach. Przytulił go do siebie. Już dobrze. Nie było dobrze, dlatego tego nie powiedział. Przesunął uspokajająco dłonią raz, drugi, głaszcząc go po tych plecach. - To chyba znaczy, że było przynajmniej znośne? - Zapytał tak cicho, jakby stanowiło to wielki sekret między nimi. Taka mała-wielka tajemica. Co ma być to będzie. Zupełnie rozluźnił się w tych ramionach, chociaż wcale nie ufał temu, że ten przejaw ludzkich emocji nie będzie miał wpływu na instynkt pragnący krwi. Może to się nawet jakoś łączyło..? Pozwolił mu zostać w tej pozycji tak długo, jak długo tego potrzebował. RE: [wieczór 3.07.1972] City Limits | Laurent & Astaroth - Astaroth Yaxley - 29.06.2024 Jeszcze śmiał pytać! Było aż za dobrze! Nie wiedziałem, co powiedzieć, w jaki sposób to określić i - być może - wybrałem najgorszy z możliwych sposobów na okazanie... wdzięczności? Możliwe, że to była wdzięczność. Do półselkie. Wciąż mi to jakoś nie leżało, ale akceptowałem to czym był. Nie mogłem go krytykować za bycie półselkie, kiedy sam byłem wampirem. Który, tak na dodatek, sam świadomie go zaatakował, ale nieistotne. Teraz byliśmy tu i teraz, nikt nikogo nie gryzł i jednak okazywało się, że nie taki potwór straszny jakim go malowano, co? Przytulałem się do niego, usilnie pragnąc tej bezinteresownej bliskości. Nie umknęło mi, że na początku był niemile zaskoczony moją reakcją, ale przyjął to na siebie i się przytulił również. Brakowało mi tego. Yaxleyowie nie potrafili okazywać uczuć. Twarde, zimne kamienie, zimniejsze być może od mojej skóry. Z kolei Kimi... Kimi bywało wszędzie za dużo, a też wiedziałem, że w głębi duszy wiele jej nie leżało, choć nigdy o tym nie mówiła. Być może nawet nie odważyła się myśleć. I nie dawało mi to spokoju za każdym razem, kiedy przebijałem jej skórę. Szczególnie wtedy. A tu... Wiedziałem, że Laurent nie powinien być dla mnie tak miły. Nie miał żadnych podstaw by być dla mnie miłym chociażby w niewielkim stopniu. Wyrządziłem mu więcej złego niż on mi, a jednak przystanął, zagadał i... obdarował. Nie spodziewałem się, że mógłby potrafić tworzyć coś takiego, tak działać, tak potrafić, a przede wszystkim być na tyle wrażliwym by tworzyć takie cuda. Nie dość, że był genialny, to jeszcze otwarty na mnie i moje bolączki. Nie wiedziałem, skąd się to w nim brało. Ja siebie samego na jego miejscu już dawno bym przeklął. Być może postarał się, żeby już nigdy więcej nie doszło do naszego spotkania. Ale ten szept... Ten szept, chociaż już nie przepełniony magią, dawał poczucie bezpieczeństwa w tym beznadziejnym położeniu. Jakby był latarnią morską. Mówił niemo, że było dobrze... Może nie dobrze, ale... lepiej? Było lepiej. Wstrzymałem oddech. Nie chciałem kusić losu, szczególnie że głównie zapach Laurenta oraz jego perfum były kuszące do gryzienia. Bliskość mnie nie prowokowała tak bardzo. Bardziej trzymała mnie w pionie, bo wciąż echem po mojej głowie obijały się te obrazy, sprawiając, że mnie łamało w środku, jednocześnie przepełniając siłą. Dziwne uczucia, które się we mnie krzyżowały i mieszały, sprawiały, że nie miałem głowy myśleć o gryzieniu go, a zapach mnie nie prowokował, więc tak trwałem, tak trwałem może za długo, ale w końcu się odsunąłem. Było mi głupio. Uzewnętrzniłem się, odkryłem przed Laurentem fragment swojej duszy. Oparłem się o murek i właściwie zjechałem po nim na ziemię. Przysiadłem, ukrywając się w półmroku. - Było przepięknie, idealnie - przyznałem w końcu. Dalej miałem ochotę płakać, się nad sobą rozczulać. Kiedyś tak nie miałem, nie myślałem za wiele o emocjach, idąc w zaparte dalej, ale też przeżycia... te sceny z mojego życia i po śmierci jakoś mnie rozbiły, czyniły kimś gorszym, niepełnym albo nawet pustym. To pewnie stąd... Ten brak pewności siebie, liczne słabości i niedoskonałości. Zawsze z przodu, a teraz w cieniu. I trzymałem to w sobie, tak długo trzymałem w sobie, wciąż tak na dobrą sprawę nie mogąc z siebie wyrzucić. - Nie spodziewałem się - dodałem zgodnie z prawdą. Dłubałem rękaw lekkiej kurtki. Milczałem chwilę, dobrą chwilę, zanim na powrót podniosłem wzrok. Spojrzałem na Prewetta. Ciekawy. - Dlaczego to zrobiłeś? - zapytałem go w miarę pewnym głosem, pomimo wewnętrznego rozbicia. Myślałem, że byłem skazany na stary, ale może Laurent miał rację? Czas zacząć żyć nocą. Nie czaić się niczym intruz, tylko zrobić coś ze sobą, podjąć jakieś kroki i mieć cel. |