Secrets of London
[noc z 03/07/1972 na 04/07/1972, sen] Co na drugą szalę? - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Pokój Życzeń (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=117)
+---- Dział: Sny (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=116)
+---- Wątek: [noc z 03/07/1972 na 04/07/1972, sen] Co na drugą szalę? (/showthread.php?tid=3478)



[noc z 03/07/1972 na 04/07/1972, sen] Co na drugą szalę? - Jessie Kelly - 23.06.2024

Zadania Miesiąca Równości 4/5

Sny były naprawdę dziwnym zjawiskiem. Zamykasz oczy i twój umysł kreuje obrazy, które raz mógłbyś pomylić ze swoim prawdziwym życiem, a raz uznałbyś, że musiałeś przedawkować jakieś kolorowe grzybki podczas imprezy przyjaciela.

W tym przypadku można było pozazdrościć małym dzieciom. Ich młodzieńcze umysły tworzą w ich głowach tak niesamowite obrazy, dźwięki i wydarzenia, że niejeden dorosły, gdyby mógł zajrzeć i wejść w te sny, nie chciałby już więcej otwierać oczy i wracać do szarej rzeczywistości, w której zionęło nudą, niebezpieczeństwem albo tak głupimi nieporozumieniami, że chciało się płakać. Dlaczego sny dorosłych nie mogły być takie fantastyczne? Dlaczego u dorosłych musiały to być jakieś dziwne sytuacje wyjęte z życia, jakieś krepujące sytuację (komu nigdy się nie śniło, że szedł ulicą nago, mijając wszystkich swoich znajomych i multum nieznajomych?), albo koszmary, po których strach nie pozwalał ponownie zamknąć oczy?

Jessiego nawiedzały dziwne sny. Niektórych już nie pamiętał, bo te zamarzały się w jego pamięci w chwili otwarcia oczu, ale niektóre wciąż o sobie przypominały w różnych sytuacjach. Przynajmniej był z tego powodu do śmiechu.

Wszystko zbiegło się w tym samym czasie, jakby jakaś wielka siła chciała przygotować go na coś, czego nie spodziewał się nikt. Dokładnie w dniu, w którym miało miejsce dość... Ciekawe zdarzenie, zaczęły dziać się rzeczy, które kiedy dokładniej się nad nimi pomyślało i poszukali wspólnego czynnika, sprowadzały się do jednego - do rozmyślań nad równością. I chodziło o równość nie w kwestii wzrostu czy umiejętności. Chodziło o równość praw, o takie same przywileje. Chodziło o miłość, do której każdy powinien mieć takie samo prawo, bez względu na płeć, status krwi, czy pochodzenie. Chodziło o to, że jedno czuli się gorsi od drugich, bo władza faworyzowała tych, którzy posiadali więcej.

Po spotkaniu żebraka, któremu Jessie przecież pomógł, dając mu pieniądze, a ten miał jeszcze czelność prawić mu morały, Jessie miał sen. Sen nie był związany w żaden sposób z niczym, o czy myślał chłopak w ciągu całego dnia, poza tą całą równością, o którą zrobiło się takie halo.

Śniła mu się mugolka na łożu śmierci, które u swojego boku miała jedynie córkę i nic więcej. Śnił mu się bogaty, czystokrwisty czarodziei, otoczony liczną rodziną i bogactwem. W tym śnie Jessie spotkał również Śmierć, która powiedziała mu... A może go ostrzegała?... Że dla Niej, dla Śmierci, wszyscy byli sobie równi, bez względu na ich pochodzenie i przeszłość.

Fakt, każdy człowiek kiedyś umrze. Każdy goblin kiedyś umrze. Każdy centaur. Każdy troll. Hipogryf, jednorożec, tryton... Po każdego przyjdzie kiedyś śmierć i na to nic nie miał wpływu - nawet gdyby ktoś wszedł w posiadanie Kamienia Filozoficznego i uwarzył z jego pomocą Eliksir Życia, to jak długo byłby w stanie go stosować? Ile lat, a może wieków, minie, zanim życie stanie się zbyt nudne? Zanim stanie się zbyt uciążliwe, gdy wszyscy bliscy staną się jedynie resztami kości, zamkniętymi w drewnianej trumnie i zakopanym i kółka metrów pod ziemią? Jak długo ktoś byłby w stanie zmuszać się do picia tego eliksiru, który dałby mu kilka dodatkowych lat życia, zanim ciało stałoby się zbyt słabe, by korzystać z życia? Zanim kości stanął się tak stare i kruche, że będą pękać przy najmniejszym kroku, jak cieniutkie gałązeczki, albo wykałaczki? Jak długo człowiek byłby w stanie oszukiwać Mrocznego Kosiarza, zanim podda się w tej walce i odda się w objęcia Śmierci?

Potem przyszedł ten dziwny list. To zaproszenie na wiec, podczas którego miał zostać poruszony temat równości właśnie. Wiec okazał się czyimś mało śmiesznym żartem i Jessie miał mało przyjemną pogawędkę z właścicielem baru, w którym miało odbyć się to spotkanie.

A teraz to.

Kolejny sen, bo przecież czym innym miałoby to być?

W tym śnie nie było ani wioski, ani chorych ludzi, ani Śmierci. Nie był to bar na Horyzontalnej, w którym trwała debata, czy czarodzieje, charłaki i gobliny powinni mieć równe prawa. Nie gonili go również żądni żebracy, żądający jałmużny i większej pomocy, bo kiedyś byli tacy, jak on, i skończyli z niczym i że wszyscy powinni mieć te same prawa.

Nie. Tym razem Jessie był sam. Był sam w dziwnym pomieszczeniu, choć nie był pewien, czy to miejsce powinni być nazywane "pomieszczeniem". Nie było ścian ani sufitu. Nie było dachu, ale nie widać było również nieba. Nad nim i dookoła niego była jedynie czerń. I podłoga, na którą gdzie z góry spływała jasna, niemal oślepiająca łuna światła. I w tej łunie właśnie stała waga. Ogromna, potężna waga z mosiądzu i złota, z dwiema równie ogromnymi szalami. I na jednej z nich właśnie stał Jessie, przechylając ramiona wagi, gdy szala opadła pod jego ciężarem. Na jednej z ogromnych szali, pod długimi łańcuchami, pośród niczego, pod oślepiającym, jasnym światłem.

Na razie, na drugiej szali nie było nic i Jessie zaczynał się obawiać, co miało się tam pojawić. Co miało zrównać się z jego ciężarem? W jaki sposób będzie oceniany? Kto miał go oceniać? Dlaczego? Jaki był tego cel?

Próbował krzyczeć, ale jego głos zanikał w otaczającej go pustce. Jakby coś zabrało jego struny głosowe. Jakby nigdy ich nie było.

To było bez sensu. Wszystko było bez sensu. Był tutaj, w tym dziwnym miejscu, stał na tej durnej szali, wyglądając zapewne, jak ten cieć na hałdzie żwiru i czekał na osąd, nie wiadomo za co, nie wiadomo od kogo.

Usiadł na szali, przyciągnął do siebie nogi i luźno opadł na nich ramiona. Dlaczego nie mógł się obudzić? Czego miał dotyczyć ten sen?

W końcu pojawiło się coś nowego. Na podłodze, tuż obok podstawy wagi.

Piórko, małe i czarne.

Kawałek czegoś, co wyglądało jak mięso. Po uważniejszym przyjrzeniu się - ludzkie serce. Bleh.

Dwa związane worki i chociaż Jessie nie widział, co było w środku, to wiedzieć, że ich zawartość stanowią błyszczące, złote galeony.

Czarny kociak, leniwie czyszczący sobie uszka.

I słoń, machający długą trąbą na prawo i lewo.

Naprawdę dziwne zestawienie, ale czy coś jeszcze powinno tutaj kogokolwiek dziwić?

Pierwsze zniknęło piórko, według Indian oznaczające odwagę oraz determinację w dążeniu do celu, jeżeli ich motyw nosili mężczyźni pośród wielu innych tatuaży

Pusta do tej pory szala drgnęła, opadła lekko, ale piórko nie było w stanie zrównać ciężaru.

Następne zniknęło ludzkie serce. Jessie nigdy nie uważał się za człowieka pełnego namiętności i pasji, ani nawet "dobrego", który zawsze kieruje się dobrem innych i był w stanie poświęcić się "dla lepszego dobra". Ci, którzy go znali, mogliby powiedzieć, że kiepsko z niego romantyk. Tu Jessie nawet się nie zdziwił, że ludzkie serce również nie zrównało ze sobą szal.

Dwa worki galeonów. Dwa! Worki! Galeonów! To było dużo? A może mało? Ciężko było stwierdzić, ponieważ w niektórych okolicznościach mogła to być niewielka kwota, ale w innych już - fortuna. Czym jednak były dwa worki galeonów w porównaniu do ludzkiego życia? Czy warte ono było każdego galeona, wypełniającego wór? Czy w ten sposób można było określić wartość człowieka? Czy można było wycenić ludzkie życie?

Pieniądze nie były najważniejsze. Oczywiście, zdecydowanie ułatwiały życie i lepiej było mieć je w swojej skrytce bankowej, niż radzić sobie bez nich, ale bogactwo nie było najważniejszym aspektem życia. Odkąd pamiętał, jego rodzina nie opływała w przesadnych luksusach, dlatego nauczył się szanować pieniądze i teraz gdy za swoją pracę dostawał wynagrodzenie, potrafił dysponować nimi rozsądniej, niż niektórzy jego rówieśnicy. Nie rozsądnie, bo i jemu głupoty się zdarzały, ale rozsądniej, niż potrafili inni ludzie w jego wieku.

Galeony również nie były w stanie wyrównać szal.

Kot? Tajemniczy i niezależny. Niezależny, ale leniwy. Elegancki, ale drapieżny. Dumny. Jessie nie był w stanie go jeszcze zobaczyć, ale gdyby mógł, z pewnością zobaczyłby czarnego kociaka, leżącego wygodnie na boku i machającego leniwie długim ogonem, podczas gdy zielone ślepia wpatrywałyby się w młodego czarodzieja, jak dwie uliczne lampy. Pewny siebie, dający wiarę we własne możliwości. Pomocny dla tych, którzy poszukują odwagi, by poradzić sobie z problemami i lękiem. Znak, że ktoś bliski skrywa jakąś tajemnicę.

Szala z kotem poszła w dół. Ta, na której siedział Jessie, uniosła się, ale obie zatrzymały się w połowie swojej podróży. To wciąż nie była odpowiednia przeciwwaga. Najwidoczniej Jessie nie miał w sobie tego majestatu, tego wdzięku i ciemności.

Ostatni był słoń. Potężny, rodzinny słoń. Pewny siebie i stabilny, ale delikatny, póki nie zostanie sprowokowany. Zwiastun nadchodzącego szczęścia bądź pokonania przeszkód. Symbol mądrości, lojalności, współczucia, dobroci i wielu innych cech, których Jessie u siebie nie dostrzegał, ponieważ nie zwracał na to uwagi i nie zaprzątał sobie nimi głowy. Żył, tak jak żyć chciał i został nauczony - a może faktycznie był podobny do słonia?

Czy powinien czuć się źle, że to właśnie słoń, wielki i ciężki, zrównał dwie szale? Ostatnio trochę odpuścił w treningach i pewnie przybyło mu kilka kilo, ale nie przytył tak bardzo, by porównywać go do słonia! To było trochę bezczelne ze strony tego snu.

Stało się. Szalę wisiały na tej samej wysokości. Jessie był słoniem. Westchnął cicho, przesunął palcami po włosach, psując ułożoną fryzurę i w końcu, zupełnie zrezygnowany, podniósł głowę. Zamarł.

Na drugiej szali, śmiesznie sztywno ruszając nogami i machając energicznie krótką jeszcze trąbą, spacerowało sobie słoniątko. Nie wielki, dorosły słoń, a słoniątko - małe, młode i zupełnie niewinne.

Niektórzy wierzyli, że ukazujące się w snach słoniątko oznaczało, że należało zadbać o swoją dziecięcą naturę. Swoje "wewnętrzne dziecko".

Dlaczego słoniątko? Dlaczego to było słoniątko?

Słoniątko zatrzymało się tuż przed nim, przechyliło główkę i potrząsnęło uszkami. Jessie zaśmiał się krótko. Podniósł się powoli, zbliżył do krawędzi szali i wyciągnął dłoń, gdy słoniątko wyciągnęło do niego swoją trąbę.


Obudził się z wyciągnięta do sufitu ręką i irytującą wilgocią w kącikach oczu. Zamrugał. Myśli powoli przetwarzały przerwany sen.

Zacisnął zęby, zaklął, opuścił rękę i zrzucił w siebie kołdrę. Musiał wyjść. Musiał zająć czymś myśli.

Tej nocy już więcej nie zasnął.