Secrets of London
[01.01.1972r.] Identity theft is not a joke - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [01.01.1972r.] Identity theft is not a joke (/showthread.php?tid=3481)



[01.01.1972r.] Identity theft is not a joke - Neil Enfer - 24.06.2024

Suma: Świat po drugiej stronie lustra

Dom rodzinny zawsze był miejscem, gdzie mógł porządnie wypocząć. Akademia, Londyn, nocowanie na trasie w samochodzie, nic nie było tak dobre, jak pokój w jakim żył odkąd się przeprowadzili do Brytanii. Część rzeczy nie zmieniła się od całej dekady. Stary i paskudnie brzydki rysunek nadal wisiał w ramce na korytarzu. On, rodzice, ciotka i kot, którego imienia nawet nie znał, bo przytargał go do domu za wsiarz, licząc, że zostanie z nimi, ale kot, jak to kot, uznał, że pójdzie dalej szukać swojego szczęścia. Krzywe linie, źle dobrane kolory wychodzące tu i ówdzie za kontury, włosy, jak siano i sztywne ubrania. Był kompletnym beztalenciem jeśli chodzi o rysunek, całe szczęście nieco się wyrobił, przynajmniej jeśli chodzi o rośliny, które teraz w słoikach, niczym na wystawce stały na półkach w różnych miejscach w pokoju i stanowiły kolorowe ozdoby.
Dzisiaj ten dom niósł ze sobą jeszcze więcej ciepłych wspomnień. Niedawno przeżyte wspólnie święta, cenione jak nigdy bo nie wiadomo kiedy będą ostatnimi świętami kiedy celebrują je wszyscy razem, w czwórkę. Otworzył oczy, przeciągnął się z głośnym zawyciem ziewnięcia. Już czuł, jak przez szczelinę pod drzwiami do jego pokoju wlatuje piękny zapach przygotowywanego na ciepło śniadania. I jak tu się nie cieszyć z odwiedzin u rodziny? Wiedział, że nie każdy ma takie relacje z bliskimi, ale nadal nie rozumiał jak można do takiego stanu doprowadzić. Z cierpiętniczym jęknięciem podniósł się do siadu, zwlókł się z łóżka, wsunął stopy w wydeptane już kapcie i pierwsze co zrobił, to otworzył okno na oścież, aby świeże, zimne powietrze wleciało do pokoju, wywietrzyło nocne ciepło i zaspanie. Kilka płatków śniegu wpadło od razu do pomieszczenia, roztapiając się gdy tylko dotknęły drewnianej podłogi.
- NEIL! - aż wzdrygnął się na krzyk matki. Śniadanie najwyraźniej było gotowe.
- IDĘ! CHWILA! - odkrzyknął i na prędce zgarnął z krzesła ubrania na zmianę i popędził do łazienki. Wypadało chociaż twarz umyć, chociaż włosy wyczesać, cokolwiek. Wpadł do okafelkowanego pomieszczenia, rzucił ubrania na blat i zabrał się za zaczesywanie włosów, które po nocy sterczały na wszystkie strony. Tu zaczesał, tam ulizał, tam upiął gumką, tam przyklepał no i w końcu jakoś to wyglądało względnie sensownie. Przemył też szybko twarz, szorując ją dłońmi i zimną wodą, chcąc odgonić poranne przymulenie. Przetarł ją ręcznikiem i wtedy, zaraz, co to? CO TO? Huh... Nachylił się bardziej do lustra chcąc się przyjrzeć swoim brwiom, które po szybkiej kąpieli się na niego obraziły. Chłód zimy przeleciał od pokoju przez korytarz do łazienki i zawiał w niej tak, że dreszcze przebiegły czarodziejowi po plecach. W jednej chwili zebrało mu się na tak niekontrolowane kichnięcie, że świeżo wymytym czołem trzasnął w lustro, z jękiem upadając na ziemię, przykładając dłonie do głowy. Sapnął, pufnął i cały niezadowolony otworzył oczy.
- ŚNIADANIE!! - kolejne wołanie... Ojca? Chyba trochę przesadził z sylwestrowym śpiewaniem oceniając po jego głosie.
- IDĘ! - odkrzyknął, natychmiast marszcząc brwi słysząc również swój własny głos. Co? Naprawdę mocno uderzył się w głowę. Poderwał się z ziemi. Szybko uprzątnął bajzel jaki urządził w łazience. Złożył to, tamto odstawił, to wrzucił do prania i poleciał w dół schodów do kuchni.
- Jestem. -oznajmił wesoło, ale uśmiech szybko zniknął w jego twarzy kiedy zobaczył swoje... - Mama? - rzucił skonfundowany widząc rodowitego Azjatę w swojej kuchni, coś jednak mówiło mi, że nie jest mu obcy, wręcz przeciwnie.
- Widzisz, że nie ma jej jeszcze, idź ją zawołaj, bo ja już nie mam na nią siły. - mężczyzna zamachał ręką i wrócił do nakładania jedzenia.
- Jasne, już... - zaraz, znów ten głos. Odwrócił się na pięcie i poleciał szukać ojca... matki... rodzica. Zapukał do pokoju w którym rezydował jego ojciec nieraz całymi dniami uwiązany do łóżka. Otworzył drzwi, zajrzał do środka. Po sprzęcie medycznym nie było śladu. Żadnych strzykawek, żadnych fiolek z lekami i eliksirami, była za to wysoka kobieta z niesamowicie dziwnej pozie, stojąca na jednej nodze, wygięta w tył, z drugą nogą uniesioną do sufitu... Jego ojciec by tak nigdy nie zrobił. Zaraz, jego ojciec jest... na dole?
- Oh, skarbie, jesteś. - rzuciła rozbawiona kobieta, opuszczając nogę i wracając do względnie ludzkiej pozycji. Podeszła do wilkołaka i ułożyła dłonie na jego policzkach. - Moja mała księżniczka dobrze spała? - zagadnęła, łapiąc za jasne policzki i tarmosząc za nie delikatnie. Zaraz puściła chłopaka i ruszyła w stronę kuchni, zostawiając zielarza samego sobie, w pokoju, który był znajomy w nieznajomy sposób. Przeleciał spojrzeniem po otoczeniu, natrafiając w końcu spojrzeniem na okno, za którym świeciło słońce, a trawa nie mogła mieć bardziej soczyście zielonego koloru. Lato? Spojrzenie wyostrzyło się na szybie, w której zobaczył swoje odbicie. Kolejne zmarszczenie brwi, niedowierzanie kiedy przeczesał palcami długie do pasa blond włosy, kiedy dotknął piegowatej, dziewczęcej twarzy. Oh... OHHH...
- ŚNIADANIE, OSTATNI RAZ WOŁAM! - świat może i był na opak, ale jednak pewne rzeczy się nie zmieniają. Tym razem już nie odkrzykiwał, po prostu porzucił rozważania i wyszedł z pokoju kierując się do kuchni, gdzie czekało na niego typowe angielskie śniadanie w towarzystwie nowej, a jednak tej samej rodziny.

***

Siedząc w swoim pokoju nie myślał nigdy, że znajdzie się w takiej sytuacji, ale musiał przyznać, że było mu całkiem miło. Dalej jednak czuł się w środku dziwnie. Czy uszkodził sobie mózg? A może to jest jego prawdziwe życie, a to czego do tej pory doświadczał było kłamstwem? Jakimś szalonym snem w śpiączce? Wygładził bananową sukienkę, poprawił falbankę. Prawda jest taka, że mógłby tu zostać, z chęcią by to zrobił. Rodzice zdrowi, ciotki biznes rolniczy kwitnie, choć szkoda, że jest w nim tak mały udział zwierząt, do tego on sam jest dziewczyną, a w takim wydaniu lubienie facetów byłoby dużo łatwiejsze.
Podniósł wzrok na półkę, na której zamiast zasuszonych ziół, w formalinie siedziała jakaś jaszczurka. Mógłby się znać na zwierzętach, nawet nie tyle magicznych co zwykłych, bo one przecież też mają substancje mogące pomagać w leczeniu niektórych schorzeń. Ciekawe czy są smaczne, jak bardzo musiałby je doprawiać, może nie byłyby do jedzenia, ale dałby radę wmieszać je w krem? Czy ich zapach byłby dobry? Przerzucił oczęta na drugą półkę, zastawioną masą książek, z których żadna nie opowiadała o zielarstwie. Śmieszne, po ten stronie lustra dziwnie mu to wygląda, zero, nic, ani jednej ulotki o kwiatach i ziołach. Czy tak samo wygląda jego obecny pokój? Czy to niedziwne, jak wiele ma o roślinach i nic o zwierzętach?
Podniósł się z łóżka i stanął przed regałem, przekręcając głowę w bok, czytając tytuły, autorów, wysuwając kilka książek, które nie miały tytułu na grzbiecie. Zmarszczył brwi wyciągając jedną z nich, grubą, widocznie najbardziej używaną przez niego w tym świecie. Otworzył ją i zaśmiał się widząc na co trafił, do motyla mu daleko, ale ich skrzydła faktycznie mają ciekawe działanie. Odłożył książkę na blat biurka i przeglądał dalej, aż natrafił na dziwną pozycję, co jak co, ale anatomii to się tutaj nie spodziewał, a może powinien?
Drzwi na parterze trzasnęły i usłyszał śmiech matki, ojca będącego obecnie matką... To było konfundujące.
- Nei! Skarbie, idziemy? - zmarszczył brwi na wezwanie do czegoś, tylko nie wiedział do czego. Zerknął jeszcze raz na książkę do anatomii i przeniósł spojrzenie na drzwi. Złapał brudnozielony płaszcz z szafy i poszedł za głosem rodzica. Jak mają iść, to niech idą. Chciałby tylko wiedzieć gdzie.

***

Czuł dłoń poprawiającą ułożenie jego łokcia. Atmosfera była dość napięta, ale chyba tylko w jego głowie i tylko w tej chwili, bo w końcu stawka była dość wysoka.
- Nie spiesz się. - cichutki szept doleciał jego ucha, kiedy oczy wpatrywały się w stojące kawałek od nich zwierzę. Całkiem sporych rozmiarów zając zastrzygł uchem i to był moment tuż przed ucieczką. Palec pociągnął spust, dźwięk strzału rozległ się dookoła nich i zwierzakiem szarpnęło jasno mówiąc, że cel został trafiony.
- Moja córa! - kobieta zawiwatowała, zaraz czochrając Neila po blond włosach. Wstała z ziemi i dziarskim krokiem ruszyła w stronę zdobyczy. - Będzie gulasz, jak ta lala. - kolejne pochwały i wyrazy zadowolenie leciały w stronę wilkołaka co kilka kroków, aż nie doszyli do zająca i nie stanęli nad nim dumnie.
- Naprawdę go zjemy? - zagadnął, bo wydawało mu się, że wszystko miało być na opak. Najwidoczniej jednak magia woli wszystko robić po swojemu. Co zmieni, czego nie? Pewne rdzenie zostaną takie same, a inne będą się różnić. Nie to zaprzątało jego głowę, a to czy na pewno nie chce tu zostać.
Wystarczyło jedno spojrzenie kobiety, ale myśli te na jeszcze parę chwil odeszły w siną dal. Póki co jest tu gdzie jest i jest mu dobrze, nawet jeśli nie jest to prawdziwe, albo jest prawdziwe tylko dla innej wersji jego.

***

Kolacja była niezła, dawno się nie nie najadł w takim stylu, do tego te śmiechy, opowieści i rozmowy. W wielu miejscach się gubił, nie wiedział gdzie są szklanki, gdzie byli na wakacjach, co u rodziny, która odwiedziła ich zaledwie miesiąc temu. Wszystko było cudowne, ale takie... Nie jego. Po tej stronie lustra rodzice byli zdrowi, spokojni i szczęśliwi, no może po za tatą, znaczy mamą... wiadomo o kim mowa. Ona widać zawsze będzie lekką choleryczką nieważne co by się nie działo. Patrząc jednak teraz na sufit zastanawiał się czy warto? Czy w tamtym świecie zniknie? Ile osób to zmartwi? Co z jego roślinami?
Podniósł się do siadu, ściągnął z siebie kołdrę, chwycił króliczą łapkę i powędrował do łazienki. Nowy rok, nowy on, ale to chyba nie miało wyglądać w ten sposób. Przesunął spojrzeniem po odbiciu blond włosów, wejrzał sobie w bystre oczy kiedy nachylał się coraz bardziej do szklanej tafli. Jedno kichnięcie go tu ściągnęło, ale na drugą stronę musi wrócić sam. Westchnął cicho, zamknął oczy, wyprostował się i przy kolejnym szybkim pochyleniu zderzył się czołem z lustrem.

***

Strzaskane odłamki leżały wszędzie dookoła, a on w nich razem z króliczą łapką, drobnym przypomnieniem, że nawet jeśli o czymś marzy, to lepsze jest to co ma teraz, bo marzenia szybko życie weryfikuje.

Koniec sesji