![]() |
|
[2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? (/showthread.php?tid=3486) Strony:
1
2
|
[2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Rodolphus Lestrange - 26.06.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VI Zadanie miesiąca równości - link 2 sierpnia 1972
Świt Mimo iż Lestrange często zrywał się skoro świt, to rzadko kiedy zdarzało mu się spacerować magicznym Londynem o tej porze. Nie należał do miłośników przyrody, nie interesowały go piękne wschody czy zachody słońca. Jego serce nie drżało na myśl o spacerach, gdy świat był skąpany w różowo-pomarańczowych barwach letniego, wschodzącego słońca. Czemu więc znalazł się na Pokątnej o tej porze? Być może miał coś do załatwienia. A być może właśnie kierował się do pracy, chociaż czyż nie prościej byłoby po prostu się teleportować? Nie było jednak nikogo, kto mógłby o to zapytać - ulice Pokątnej wydawały się być opustoszałe, chociaż zaledwie za rogiem, gdy Rodolphus postanowił obrać inny kierunek, dostrzegł znajomą postać. Znajomą postać, która przecinała jego drogę dużo rzadziej, niż tego by chciał. Ach, słodka Brenna Longbottom, niewinna jak ta stokrotka na łące. Chociaż chyba łatwiej było przyrównać ją do róży, bo gdy chciała, potrafiła wystawić pazury i mocno podrapać. Połączenie niemalże idealne. - Czy to słońce, czy może twoja obecność rozświetla te ponure ulice? - oczywiście, że nie mógł sobie darować zaczepienia jej, chociaż doskonale wiedział, jak bardzo zabiegana była kobieta. Tym bardziej korzystał z każdej okazji, którą miał, gdy ją widział. Co więcej - jego twarz rozjaśnił uśmiech. Lekki bo lekki, zdystansowany, lecz jednak uśmiech. Którego nie przerwały stłumione głosy gdzieś z boku, na które z początku nie zwrócił uwagi. - Czy ty kiedykolwiek sypiasz, Brenno? RE: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Brenna Longbottom - 26.06.2024 Szczera odpowiedź na pytanie, czy ostatnio sypiała, brzmiałaby zapewne "niezbyt wiele", bo miała za sobą nocny dyżur, poprzedzony kręceniem się po Lammas, a jeszcze wcześniej wieczorną wycieczką w mrok Nokturnu. Mimo to nie uważała, żeby było szczególnie źle, bo duża porcja kawy oraz odrobina specyfiku Nory wystarczyły, aby trzymała się na nogach całkiem dobrze i miała szczery zamiar po powrocie do Warowni przespać przynajmniej cztery godziny. Po służbie zdążyła odwiedzić Gringotta, korzystając, że tuż po otwarciu nie będzie kolejek i rozważała właśnie, czy załatwić jeszcze jedną sprawę, czy może lecieć już do domu, gdy zbliżył się Lestrange. - Cześć, Rodolphusie - odparła, zwracając na niego spojrzenie. Czy jego pojawienie się jej przeszkadzało? Nie. Nie czuła do niego niechęci, bo tę instynktownie łapała do bardzo niewielu jednostek, z natury mając raczej skłonność do lubienia ludzi. Jednocześnie miała wrażenie, że młody Lestrange był albo nieco dziwny, albo chciał by jako takiego postrzegała. Nie wiedziała, czy to jej niczym nieuzasadnione odczucia, czy typowa aura Niewymownych, czy może wynikało to z tego, że z jakichś powodów po prostu chciał zbić ją z tropu, ale na pewno nie należało go lekceważyć. Żadna z niej była niewinna stokrotka czy nawet piękna róża, broniona kolcami: chyba gdyby miała sama do jakiejś rośliny się przyrównać, to co najwyżej do mlecza, co wyrośnie choćby na betonie. Ale prawda była taka, że może i bliżej było jej do pokrzywy, odpornej na warunki, ginącej na tle kwiatów, za to mogącej poparzyć okrutnie przy próbie wyrwania. – Oczywiście, że tak, jestem pewna, że wpisałam sen do kalendarza na ten tydzień. Chyba koło piątku – odparła lekko, uśmiechając się ledwo zauważalnie, tak że kąciki ust uniosły się zaledwie odrobinę. – Miałam po prostu nocny dyżur, a podczas sabatów to zwykle oznacza wszystko poza spokojem, ludzie jakoś bardziej świrują niż zwykle, nawet jak zabawa się niby kończy. Wpadłam jeszcze do banku – dodała już na poważnie, kciukiem wskazując na budynek, z którego chwilę temu wyszła. Nie spytała co tutaj robił on: być może z nawyku, bo Niewymowni których znała lubili nie odpowiadać na takie pytania albo robić to zagadkami. A potem jej wzrok prześlizgnął się tam, skąd dochodziły głosy, które stały się nieco głośniejsze, zamieniając chyba powoli z rozmowy w kłótnię. Trzy gobliny i dwóch czarodziejów dyskutowali o czymś bardzo żywo. Miesiąc równości -> zadanie RE: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Rodolphus Lestrange - 09.07.2024 Mlecze, które wyrastały nawet na betonie, faktycznie były podobne do Brenny. Był nieustępliwe i w teorii popularne, lub wręcz pospolite - a przynajmniej z pozoru. Tak jak Longbottom nie chciała go lekceważyć, tak i on nie chciał lekceważyć jej. Od lat na stanowisku Brygadzistki, z niezwykłą skutecznością, praktycznie bez snu. I bez awansu. Niby wesoła i bezkonfliktowa, bezczelna, lecz już raz był świadkiem tego, jak uparta i bezkompromisowa, jeżeli chodziło o niektóre sytuacje. Ukrywała coś, wiedział to - czuł pod skórą, że to, co pokazywała światu, było jedną z masek. Pytanie tylko czemu Brenna zdecydowała się ją założyć? Czy tak było prościej? A może coś ukrywała? Być może ktoś ją kiedyś skrzywdził. A może to ona skrzywdziła kogoś? Pytań było wiele, a odpowiedzi przez te ich krótkie spotkania wcale się nie pojawiały. Sprawiało to, że tym mocniej coś go do kobiety ciągnęło, bo po prawdzie to Lestrange uwielbiał zagadki, szczególnie te ludzkie. - Wpadłem ostatnio na Victorię, martwi się, że mimo wpisywania odpoczynku do kalendarza, to go nie odhaczasz - powiedział, bo domyślał się, że jego kuzynka zdążyła już napisać do Brenny w sprawie ich krótkiego spotkania. Być może nie było to faktycznie "wpadnięcie na siebie", jak teraz mówił, ale tego Longbottom nie musiała wiedzieć, prawda? Bo spotkali się w sprawie delikatnej i prawie że rodzinnej, a niektóre rodzinne sekrety nie powinny być wystawione na wzrok osób trzecich. - Wiesz, jaka jest moja kuzynka. Nie wystawiaj jej cierpliwości na próbę, bo znajdzie sposób, żeby przywiązać cię do łóżka, żebyś zyskała kilka godzin snu. Niby żartował, ale tak naprawdę to nie, bo Vika już mu pokazała, jak złośliwą i upartą wiedźmą potrafi być. Cholerna sanseweria w jego mieszkaniu... Gdy w końcu do jego uszu dotarła dyskusja, leniwie przekierował wzrok w tamtym kierunku. Zmarszczył nieco brwi, ale nie podjął żadnych kroków, bo w końcu to nie była jego sprawa, prawda? On miał swoje interesy, których musiał dopilnować, a jednym z nich było pilnowanie własnego nosa. I pewnie Brenna by myślała tak samo, gdyby nagle goblin nie spiął się i nie kopnął w kostkę jednego z czarodziejów. Z całej siły, z furią. - UKRADLIŚCIE GO! - trzeba było przyznać, że Lestrange nigdy nie widział, by gobliny były takie... energiczne. Z reguły widywał je wyłącznie w banku i kojarzył je jako pokraczne stworzenia, które w zasadzie nie zasługiwały na większy szacunek, niż zwierzęta. Chodziły śmiesznie, niemal jak skrzaty, kolebiąc się na boki. Nie spodziewał się, że potrafią być... Cóż - agresywne. RE: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Brenna Longbottom - 10.07.2024 Dla Brenny to nawet nie była maska – to była po prostu część jej samej, równie prawdziwa jak wszystkie pozostałe, objawiające się w różnych okolicznościach, i przy różnych osobach. Chociaż może i od czasu początków wojny kryła się w tym odrobina wyrachowania, bo to co kiedyś było po prostu naturalne, stało się wygodne. Nigdy nie chciała być aurorką, nie dążyła i do tego, by kiedyś w Brygadzie zająć miejsce wuja, a w pracy równie chętnie mieszała się w te bardziej skomplikowane śledztwa, jak i w drobne. I nie miała nic przeciwko, gdy ktoś inny zgarniał zasługi. Powodem, dla którego ostatecznie trafiła do Gryffindoru, nie Slytherinu, było chyba właśnie to: nie miała w sobie śladu ambicji. Nie chciała osiągać rzeczy wielkich. Pewnie ułatwiało takie podejście, że była uprzywilejowana z urodzenia - nie tylko miała pieniądze i wejście na salony, ale też rodzinę jak na czystokrwisty światek bardzo normalną, na wiele pozwalającą. – To miło z jej strony – powiedziała, chociaż nie uważała, aby Victoria powinna tracić siły na martwienie się o nią, kiedy sama miała na głowie sprawę chłodu, przenikającego ciało, wyprowadzkę oraz cały ten galimatias z Saurielem Rookwoodem. – Tori wie doskonale, że w niektórych sprawach jestem równie uparta, jak ona, jestem pewna, że nie próbowałaby przywiązać mnie do łóżka. – Prawie się roześmiała na tę wizję szarpaniny ze swoją szkolną przyjaciółką. – Poza tym mam zamiar grzecznie się położyć, jak tylko wrócę… - …a potem porozmawiać z Dorą i zająć się Mabel… - …i ty też jesteś tutaj skoro świt, hm? Może to ciebie Victoria powinna wysłać spać? Brenna początkowo nie zamierzała mieszać się w gorącą dyskusję, toczącą się tuż obok. Dopiero kiedy goblin zaczął krzyczeć coś o kradzieży i kopać, Brenna z westchnieniem ruszyła w tamtą stronę. Takie kłótnie lubiły ewoluować w wielkie bójki, a ona naprawdę nie chciała mieć tutaj zamieszek skoro świt… – Panowie, spokojnie, proszę, jeśli ktoś tutaj chce złożyć zawiadomienie o kradzieży, bardzo chętnie je przyjmę… – Te małe konusy twierdzą, że czarodzieje okradają je z ich wyrobów – oświadczył oburzony czarodziej. Rękę miał już przy kieszeni z różdżką, ale opuścił ją, gdy zdał sobie sprawę z tego, że wzbudzili zainteresowanie. – Odziedziczyłem ten pierścień po ojcu, który za niego uczciwie zapłacił, a one mówią, że kradnę! I wyobraźcie sobie, że Gryffindor ukradł im miecz! Uważasz, że Godryk Gryffindor był złodziejem? – wyrzucił z siebie, palcem celując w Rodolphusa. – Ukradł miecz goblinowi – wycedził goblin, który wymierzył kopniak. – A teraz chcą nam ukraść nasz bank! Czarodzieje mieszają się w interes goblinów! Takie zawiadomienie też przyjmiesz? – warknął, zwracając się do Brenny. RE: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Rodolphus Lestrange - 18.07.2024 Tylko się uśmiechnął na te słowa. Czy Victoria na pewno nie próbowałaby przywiązać jej do łóżka, żeby tylko Longbottom zaznała odrobiny snu? Być może. Być może po prostu palnęłaby ją w łeb, żeby była spokojna - nigdy nie wiesz. Jednak gdy Brenna odbiła piłeczkę, po prostu uniósł ręce w geście poddania. Nawet zrobił krok w tył, żeby pokazać, że nie zamierza się z nią o to kłócić, bo... Prawda była taka, że jeżeli kobieta tylko by szepnęła Viki o tym, że spotkali się o świcie w jakimś zaułku, to dostałby po głowie nie mniej niż ona. - Jakby mógł... Brenna - zmarszczył brwi, gdy kobieta ruszyła w stronę szarpaniny. Westchnął głośno, ale wątpił, żeby to usłyszała - a jeśli nawet, to Longbottom była na tyle uparta, że przecież i tak by sobie nic z tego nie zrobiła. Najgorsze było to, że nie mógł teraz odejść, bo przecież jej nie zostawi. Z kilku powodów, ale przecież najważniejsze było to, żeby dbał o swoją reputację. A kim by był, gdyby zostawił ją tak po prostu, gdy pchała się w paszczę niebezpieczeństwa? Nawet tak... pozornego. Ruszył więc za nią, odruchowo sięgając do wewnętrznej klapy marynarki, żeby zacisnąć palce na różdżce. Pewnie starałby się pozostać gdzieś z boku jeśli chodzi o tę dyskusję, ale mężczyzna bezczelnie wycelował w niego palec. Zmarszczył brwi w odpowiedzi, a potem zerknął na Brennę. A potem na goblina, który wciąż się pieklił. Kąciki ust mu drgnęły, jednak nie uśmiechnął się. Wyglądało to tak, jakby bardzo próbował powstrzymać swoją mimikę. - Czarodziej nie może ukraść niczego, co należało do niego - odpowiedział spokojnie, wyjmując powoli różdżkę. Nie robił tego w żaden ostentacyjny sposób, żeby przypadkiem nie sprowokować goblinów, chociaż... czyż jego słowa nie były w tej chwili prowokujące? RE: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Brenna Longbottom - 18.07.2024 Rodolphus był krewnym Victorii, a ona troszczyła się o rodzinę, Brenna jednak miała nad nim tę przewagę, że była w podobnym do Victorii wieku. I że zdarzało się, że te nocne wycieczki do Zakazanego Lasu, nie tylko w czasach szkolnych, odbywała w towarzystwie panny Lestrange właśnie. Może coś by o tym powiedziała, gdyby nie całe to zamieszanie, tuż obok nich. Nie oczekiwała, że młodzieniec ruszy za nią, chociaż nie była i szczególnie zdumiona, że to zrobił. Nad powodami nawet się nie zastanawiała, chociaż ten, że pracownicy Ministerstwa zwykle starali się dbać o swoją opinię, zawsze był całkiem prawdopodobny. – To nie był jego miecz! Wykuł go gobliński król, a Godryk go ukradł! – oburzył się goblin, a Brenna poczuła, że głowa to zaraz jej pęknie. Nie sięgnęła wciąż po różdżkę: w tej chwili była zresztą na tyle blisko, że jej pięść prawdopodobnie byłaby dużo szybsza niż zaklęcie. – Temu małemu draniowi po prostu nie spodobało się, że czarodziej ma mieć tak wspaniały miecz! Ale Godryk za niego zapłacił! – Nigdy nie był wykuty dla niego! Miał go używać nasz król! – Przepraszam? – wtrąciła się Brenna, unosząc rękę, jak w szkole. Raczej zmęczona niż zdenerwowana, bo przynajmniej na razie, chociaż czarodziejów wyraźnie świerzbiły ręce, by złapać za różdżki, a jeden goblin obserwował Lestrange’a, który wyjął swoją, bardzo podejrzliwie, sytuacja nie zamieniła się w bójkę. – Ten miecz ma wytłoczone jego imię, ozdoby w jego kolorach, i raczej jest za duży dla goblina… – Nie szanujecie naszej kultury – wycedził drugi z goblinów. – Kradniecie wytwory goblińskiego rzemiosła, a teraz chcecie ukraść nasz bank, mieszacie się w sprawy Gringotta… Mieszamy? – zastanowiła się Brenna, trochę oszołomiona, bo sobie nie przypominała, żeby się w nie mieszała, ani w ogóle, żeby cokolwiek o czymś takim czytała, i sądziła, że czarodzieje to tyle mają wspólnego z Gringottem, ile trzeba wypłacając z niego pieniądze. – Przepraszam, ale nie znam się na bankach… proszę pana, bardzo proszę, spokojnie – stwierdziła, zwracając wzrok na jednego czarodzieja, którego ręka zanurzyła się w kieszeni. – Czy naprawdę warto trafiać do aresztu z powodu miecza, który wykuto tysiąc lat temu? – Czarodzieje wciąż go przetrzymują! No pewnie, że go „przetrzymywali”, wisiał nawet nad kominkiem Brenny, ale zdecydowanie nie miała zamiaru nagle zwracać go goblinom, skoro za niego zapłacono. – A w sprawy banku mieszacie się teraz! – dodał drugi. – A oni… – zaczął czarodziej, i Brenna przez moment czuła się trochę jak przedszkolanka, otoczona dziećmi, które próbują na siebie nawzajem naskarżyć. RE: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Rodolphus Lestrange - 11.08.2024 Rodolphusem targało w tym momencie wiele emocji. Wiele różnych emocji. Towarzystwo Brenny sprawiało, że niemal zawsze miał się na baczności. Z bardzo prostych powodów: była zbyt bystra, zbyt wyszczekana i ogólnie zbyt, żeby tak długo być Brygadzistką. Dodatkowo znała się i to niestety bardzo dobrze z Victorią. Na kolejny dodatek była z Longbottomów. I wciąż zachowywała się tak, jakby nie była bogata, jakby była po prostu... Zwykła. A przy tym robiła to w tak niewymuszony sposób, że Lestrange czasem zastanawiał się, czy przypadkiem być może on w tej chwili nie był zbyt: zbyt podejrzliwy w stosunku do tej kobiety. Bo kto normalny podniósłby w trakcie tej słownej przepychanki rękę, jakby był na 1 roku Hogwartu? Być może powinien zacząć po prostu traktować Brennę tak, na jaką się kierowała: zmęczoną, nieogarniętą ale ambitną. Której z jakichś własnych powodów było dobrze właśnie tu i teraz, w tym miejscu? Parsknąłby, gdyby nie kolejne słowa goblina. Ukraść bank? Na te kalumnie nie mógł zareagować inaczej niż po prostu uniesieniem brwi. Spojrzał na Brennę pytająco - czy coś wiedziała? W końcu pracowała w Brygadzie Uderzeniowej. - Jesteś zdecydowanie zbyt miła, Longbottom - powiedział łagodnie Rodolphus, przekrzywiając głowę. Być może nie powinien tego robić... ale chuj. Machnął dwa razy różdżką, chcąc rzucić zaklęcie maksymalnie ściszające głos na gobliny. Rzut na transmutację x2 [roll=Z] [roll=Z] Nie było to być może perfekcyjnie rzucone zaklęcie, ale przynajmniej ten goblin, który kłapał jadaczką, zaczął teraz wydawać z siebie piski bardziej przypominające mysie niż ludzką mowę. Lestrange uniósł nieco kącik ust. - A panów proszę o ciszę - powiedział w kierunku czarodziejów, posyłając im niemalże leniwe spojrzenie. - Macie przed sobą pannę Brennę Longbottom, Detektyw z Brygady Uderzeniowej, która pracuje z ramienia Ministerstwa Magii. Trochę szacunku, bo inaczej pomyślę, że nie mamy do czynienia z kulturalnymi ludźmi. Powiedział z pozoru uprzejmie, choć w jego oczach czaiło się zniecierpliwienie. W przeciwieństwie do Brenny on nie był zmęczony - był pełen energii. I był cierpliwy, chociaż w środku (czego na razie nie było widać) gotował się na te kłamstwa, które wylewały się z ust istot niższych. - Ależ... - COŚ ZROBIŁ MOJEMU PRZYJACIELOWI! - czy można było tego się spodziewać? W sumie tak. Czy Lestrange zrobił to umyślnie? Cóż, być może. Ale efekt był taki, że goblin który nie mógł normalnie mówić, złapał się za gardło, a drugi rzucił na Rodolphusa z łapami. RE: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Brenna Longbottom - 12.08.2024 Bardzo nie chciała uchodzić za zmęczoną, bo potem bliscy się o nią martwili, a przecież tak naprawdę, energii miała całkiem sporo, a tego ranka po prostu… trochę jej zabrakło przez ostatnie dwie doby czasu na sen, ale też próbowała tego nie pokazywać. Gdyby Lestrange wspomniał coś o tym, że kreuje się na nieogarniętą, to by się roześmiała, ale jakby powiedział, że na zmęczoną, już trochę by się przejęła, że trzeba bardziej się postarać. by na taką nie wyglądać. Było jednak pewnie w tym coś zabawnego, że chociaż każde z nich było podejrzliwe wobec drugiego, to chyba on był bardziej podejrzliwy od niej. Nie, żeby nie było tak, że oboje mają rację. Choć akurat to, że nigdy nie została aurorem nie było efektem żadnych kalkulacji, a podejścia do życia, pracy i charakteru. Wzruszyła lekko, ledwo dostrzegalnie, ramionami, na pytające spojrzenie Rodolphusa. Jako żywo, nikt do tej pory nie wspominał jej o żadnych kradzieżach banków – Brenna w ogóle nie była pewna, jak miałoby do takiej kradzieży dojść. Oczyma wyobraźni już widziała wpychanie budynku do wielkiego wora, chociaż zakładała, że jednak takie kradzieże przebiegały inaczej, na przykład przez wymianę zarządu. Tylko jak tu wymienić gobliński zarząd, skoro tylko gobliny potrafiły bezpiecznie poruszać się w podziemiach? Nie zdążyła mu odpowiedzieć na zarzut o bycie zbyt miłym – Brenna zresztą uważała, że być zbyt miłym jest trudno, i głównie dotyczy to sytuacji, w których ktoś cię paskudnie traktuje i wykorzystuje, a jednak czasem udawało się takie sytuacje uspokoić bez eskalacji. Niestety, tym razem Lestrange sięgnął po różdżkę, a goblin runął, chyba z zamiarem uduszenia go: chociaż jak chciał to zrobić, to Brenna nie miała pojęcia, musiałby chyba przystawić sobie jakiś stołek. Syknęła cicho, gwałtownie sięgając również po różdżkę, w próbie spętania mu rąk. (kształtowanie) [roll=W] [roll=W] Szybko rzucone zaklęcie zadziałało niezbyt mocno, zamiast kajdanek na dłoniach goblina pojawił się sznur, wystarczył jednak, by na krótką chwilę utrudnić manewrowanie rękami. A gobliny może i były małe, za to bywały cholernie silne - wystarczyło popatrzeć na te wszystkie ich posągi w Hogwarcie, z toporami i młotami, a Brenna aż za dobrze wiedziała, ile takie ważą. Doskoczyła do goblina, chcąc odciągnąć go od Rodolphusa. - Państwa proszę o rozejście się! - zawołała do czarodziejów, próbując schwycić napastnika, w cichej nadziei, że chociaż oni skorzystają z okazji i uznają, że nie warto brać udziału w bójce i sprowadzać na siebie kłopotów. Bo jakby się przyłączyli, to ona totalnie nie miała przy sobie wystarczająco dużo kajdanek, nie wspominając już o tym, że było wokół trochę za dużo ludzi na walkę ze wszystkimi. (af) [roll=PO] RE: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Rodolphus Lestrange - 18.08.2024 Czy spodziewał się takiego obrotu wydarzeń? Cóż, może odrobinę. Widać to było po jego minie, bo na moment jego usta wygięły się w uśmiechu. Nie musiał udawać, że nie sprawiało mu to satysfakcji, bo goblinami gardził i chyba było jasne, jaki stosunek mają do tych stworzeń osoby jego pokroju, szczególnie te z jego rodziny. Fakt faktem jednak nie próbował goblinowi zrobić większej krzywdy - nie był skończonym debilem, przecież jak sam zauważył, obok siebie miał Brennę. Pracownicę BUM, która prędzej jemu dałaby w zęby, niż goblinowi, tego akurat był pewny. Nie do końca wiedział, co goblin chciał osiągnąć rzucając się na niego. Gobliny były w jego oczach karłami, a on sam był cholernie wysoki. Mógł jednak tylko się domyślać, za którą część ciała planowało złapać to brudne stworzenie i był gotowy do obrony, bo co jak co ale cenił to, co miał poniżej pasa niemal tak samo jak to, co miał powyżej, lecz Brenna okazała się szybsza. Gdyby był chociaż trochę bardziej podobny do kuzyna, pewnie gwizdnąłby z podziwem na tak błyskawiczną reakcję. Mimo iż widział Longbottom w akcji, to wciąż był pod wrażeniem jej umiejętności, zdolności oraz refleksu. - Puszczaj mnie, kurwa - syknął goblin, wykrzywiając twarz w grymasie wściekłości. Czarodzieje z kolei posłusznie zamilkli, lecz nie rozeszli się tak szybko, jak pewnie życzyłaby sobie dwójka pracowników Ministerstwa. Owszem, zrobili dwa czy trzy kroki w tył, ale ewidentnie chcieli wiedzieć, co będzie dalej. - Co ja mówiłem o szacunku? - Lestrange cmoknął z niezadowoleniem, a potem machnął różdżką, chcąc wyczarować wokół ust goblina najzwyklejszy w świecie knebel. rzut na kształtowanie [roll=N] [roll=N] Być może nie poszło wszystko po jego myśli, ale jakaś brudna szmata znalazła się w ustach stworzenia. Nie została jednak dobrze wyczarowana, więc goblin raz-dwa będzie mógł się jej pozbyć. W zasadzie to wystarczą sekundy, ale na to już niestety nie zwrócił uwagi. - To są dość... Niecodzienne metody pracy - bąknął jeden z mężczyzn, chociaż minę miał jak zadowolony kot srający na pustyni. Taka duża kuweta! - Pani prosiła, żeby się rozejść - warknął w kierunku mężczyzn, tym razem posyłając w ich stronę wściekłe spojrzenie. Co oni tu jeszcze robili? rzut na charyzmę, czy się posłuchają [roll=Z] [roll=Z] RE: [2.08.1972, świt] Komu należy się miecz? - Brenna Longbottom - 19.08.2024 Brenna bywała głupia, ale nie była aż tak naiwna, by nie odgadnąć, że Rodolphus spodziewał się, jaki efekt wywoła. Gdyby tego nie oczekiwał, musiałby być idiotą, a nie wydawało się jej, aby idiotów w ogóle przyjmowano do Departamentu Tajemnic, nie mówiąc już o dostaniu się do niego w tak młodym wieku. Chłopak musiał być najmniej inteligentny, a może nawet był cholernym geniuszem, przynajmniej jeśli szło o specjalizację, jaką wybrał. Tą były ludzkie mózgi i umysły, nie było więc mowy, aby nie potrafił przewidywać ludzkich zachowań. A to zostawiało trzy opcje – pierwsza, lubił chaos, druga, nie lubił goblinów, trzecia, był ciekaw, w jaki sposób ona zareaguje. Ewentualnie wszystkie trzy odpowiedzi były poprawne. Tyle że tak naprawdę dla Brenny nie miało to większego znaczenia, bo goblin właśnie usiłował mu przywalić. A ona wcale nie miała powodów, aby Rodolphusa nie lubić czy szczególnie pragnąć dać mu w gębę – nie wiedziała przecież, co siedzi mu w głowie, miała go trochę za prowokatora, który chciał sprowokować ją (do czego – to już nie wiedziała), ale to wszystko – więc zdecydowanie teraz większą szansę na wybicie zębów miał agresywny goblin. – Teraz możemy się grzecznie rozejść albo zabiorę obu panów do Biura Brygady, wrzucę za kratki na otrzeźwienie i wypiszemy mandacik za zakłócanie porządku publicznego i atak na pana Lestrange’a – powiedziała, z pewną ulgą przyjmując fakt, że Lestrange najwyraźniej zdołał przekonać resztę czarodziejów, aby się rozeszli. Ręce mocno zacisnęła na goblinie, chociaż gdy ten został zakneblowany, czujne spojrzenie zwróciła na drugiego delikwenta. Przynajmniej dzięki tym zaklęciom uciszającym mogła cokolwiek powiedzieć, zanim zaczną wrzeszczeć… – Ewentualnie mogę też przyjąć zgłoszenie w sprawie prób kradzieży banku, ale tak całkiem na serio, to nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek był w stanie go ukraść. Ani żebyście mieli jakieś dokumenty na to, że należy się wam miecz sprzed tysiąca lat. To jak będzie, panowie? Bardzo, bardzo nie chciała ich aresztować. Nie dlatego, że lubiła gobliny. Nie pałała do nich ani szczególną sympatią, ani niechęcią. Nie rozumiała ich, nie sądziła, że kiedykolwiek zrozumie, próbowała z nimi rozmawiać dokładnie tak, jak rozmawiała z każdym innym, ale że właśnie nie rozumieli się nawzajem, wydawali się jej zachowaniami stale obrażeni. Po prostu przeczuwała, że potem może się z tego rozpętać burza, jeśli gobliny trafią do aresztu, a czarodzieje nie, chociaż de facto tylko goblin faktycznie wybrał przemoc, nawet jeśli trochę sprowokowany. A poza tym bardzo chciała wracać do domu. |