![]() |
|
[22.07.1972] A to ci randka stulecia... i to z własną rodziną | Stanley & Sophie - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21) +--- Wątek: [22.07.1972] A to ci randka stulecia... i to z własną rodziną | Stanley & Sophie (/showthread.php?tid=3507) |
[22.07.1972] A to ci randka stulecia... i to z własną rodziną | Stanley & Sophie - Stanley Andrew Borgin - 29.06.2024 22 lipca 1972, pub nieopodal mieszkania Francisa
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=PZzilMP.png[/inny avek]Stanley Andrew Borgin & Sophie Mulciber Chyba nikt nie spodziewał się takiego obrotu spraw na widowisku randkowym. No dobra, niektórzy mogli się spodziewać - jak na przykład Rosie i te jej jakieś wróżenie z fusów, kart czy innych kafelek w kuchni. Nie mniej jednak, była to jedyna osoba, która mogła przeczuwać, że "coś jest nie tak". I może gdyby Stanley nie patrzył z politowaniem na te jej działania to mógłby sam to wywróżyć? Cóż, pewnie tak, ale niestety preferował podchodzenie z pewnego rodzaju dozą nieufności do tych wszystkich cygańskich fanaberii. Teraz miał jednak ważniejsze sprawy, niż rozważanie odnośnie tego czy uczyć się wróżbiarstwa czy też nie, o to jest pytanie... Udało się uciec, dać nogi z tego całego wydarzenia. Jedną rzecz mógł odhaczyć z listy. Gdyby to był jego jedyny problem w tej chwili, to zapewne wróciłby jak nigdy nic do Głębiny i oczekiwał listu od Roberta, który nie mógł sobie odmówić takiej okazji na to, aby zadbać o poprawne relacje na linii ojciec-syn. I chwała mu za to! Lista niestety była dużo dłuższa. Chcąc, a może nie chcąc - został opiekunką swojej siostry. Ona o tym nie wiedziała, ale wiedział o tym on. Nie mógł jej od tak zostawić na środku Nokturnu, ponieważ było za dużo do postawienia na szali. Po pierwsze - byli rodziną. Po drugie - jako starszy brat powinien dawać jej jakiś przykład. Broń Merlinie, aby i ona nie zaczęła podrzucać głów do Ministerstwa - lepiej, aby całkowicie popłynęła nurtem alkoholizmu, a raczej jego tworzenia. Po trzecie - miała i tak już wystarczająco zrujnowany dzień, więc może udałoby się to jakoś zrekompensować? No i po czwarte - była zbyt łakomym kąskiem wśród tych wszystkich pojebów, którzy checklisty Genewskie to mieli skompletowane od kilku lat. Sophie niestety nie była kimś, kto mógłby dać sobie tutaj radę w pojedynkę. Młoda Mulciberówna miała przecież problemy o zwykłe rozlanie herbaty, a jej największy pojedynek w życiu to był ten przy stole wraz z synami Richarda czy pewnie pogadanka z Robertem. Gdyby zaś rozchodziło się o kogoś innego - na przykład Maeve czy Lorraine - bez problemu mógłby je zostawić, wszak to one tutaj nosiły jeansy i drapały pazurami na lewo i prawo. Trochę takie damskie wersje Sauriela, które jednak zamiast pięści wybierały podstęp. - Kurwa, udało się... - odetchnął z ulgą, rozglądając się po okolicy. Liczył, że żaden Auror nie podłączył się pod ich teleportację, a więc nie będzie, aż tak źle. Na całe szczęście tak się nie stało i byli tutaj we dwójkę, a przynajmniej było tak na pierwszy rzut oka. W końcu nie było wiadomo kto i co się czaiło w którymś z zaułków. - Jesteś cała? - zapytał, skupiając swoją uwagę na młodej Mulciberównie, której zaraz narzucił na plecy swoją marynarkę. Trzeba było ograniczyć wszelkie ryzyko, które właśnie wzrosło do podwyższonego poziomu, ponieważ o ile samego Stanleya mieliby pewnie w poważaniu, tak młodziutka dziewczyna była prawdziwym kąskiem i smaczkiem, a jej nieskażone lico nie było im pisane. - Przeczekamy trochę sytuację... Emm... - wskazał gestem otwartej dłoni drzwi do jakiegoś przybytku o dźwięcznej nazwie "Pub". Nazwa ambitna jak i ludzie, którzy pewnie tam przebywali - Tutaj. Nie musisz się bać. Nie zostawię Cię tutaj na pastwę losu, a później wykombinujemy coś, aby bezpiecznie odstawić Cię do domu - zakomunikował, ale już dawno miał pomysł jak to zrobić. Ten ktoś, kto miałby odstawić Sophie do domu, był nie kto inny jak Francis we własnej osobie. Borgin dobrze wiedział gdzie jego serdeczny współpracownik spędzał wolny czas, kiedy miał już dość swojego szefa. Dobrze, że Frantisek wiedział już o tym jak działa jego umowa - w sumie nie działa, bo Stanley czasami wzywał go o najbardziej losowych porach dnia czy nocy. Czasem nawet musiał pisać do przyjaciół Borgina, aby przybyli do Głębiny, bo tamten nie chciał z nikim innym rozmawiać... ale to historia na kiedy indziej. - Zapraszam - otworzył drzwi, puszczając siostrę przodem. Kiedy tylko weszła do środka, rozejrzał się jeszcze wokół, a następnie sam zniknął w długim korytarzu, który był zwieńczony salą biesiadną, chociaż ciężko było ją taką nazwać. Remont tutaj był obowiązkiem, a sam wystrój tutaj nie istniał - jakieś losowe świeczki, obrazy czy falbany, które tworzyły niespójny nieład. Wyglądało to jak dosłownie losowe rzeczy, które zostały powieszone czy postawione, a najpewniej były nawet kradzione. Nie mniej nie barwa była gawiedź, która się tam znalazła. Kilku czy kilkunastu typów spod ciemnej alejki, którzy siedzieli przy pojedynczych stolikach, a nad nimi górował szynkwas będąc najlepiej oświetlonym miejscem w pomieszczeniu. Nie był to może najlepszy lokal do którego mógłby ją zabrać, wszak wszyscy wiedzieli, że była to Głębina. Nie mniej jednak, nie mogli tak stać jak dwa pachołki na Nokturnie i musieli się gdzieś podziać, a prędzej czy później, musiał się tutaj zjawić Francis. - Napijesz się czegoś? Tam jest menu. Wybierz coś sobie, a ja za sekundę przyjdę i też coś wezmę - wskazał dłonią na kartę, która była przykuta metalowym łańcuchem do ściany. Trzeba było przyznać, że był to bardzo ciekawy zabieg. Stanley, nie czekając ani chwili dłużej odszedł na bok, aby rozmówić się z jednym z dwóch barmanów. Po chwili zaczął pisać krótki liścik, który miał zamiar zapewne zaraz wysłać. Drugi z mężczyzn zaś przyglądał się całej okolicy. Raz rzucał okiem na młodą Mulciberównę, a raz na całą salę. Czekał na to, aż dostanie jakiś prosty komunikat i będzie mógł wydać trunek. Nie trzeba było długo czekać na to, aby i rudowłosa dziewczyna znalazła sobie towarzystwo, ponieważ podszedł zaraz do niej nieciekawy typ i zaczął się ślinić niczym jakiś najgorszy zwyrodnialec. Sam Merlin wie o czym sobie teraz myślał, ale na pewno nie było to nic wspaniałomyślnego, a i mierny był z niego kandydat do ewentualnej ożenku. Po prostu miał wobec niej pewne daleko idące plany i wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie to, że nie była tutaj sama. - Nie radzę nic robić, bo zaraz wylecisz z hukiem z tego lokalu, a później przyjdzie tutaj Czarny Kot i skończy się cwaniakowanie - mogła usłyszeć znajomy głos zza swoich pleców oraz różdżkę, która była wykierowana w przybysza - Liczę do trzech i nie chcę Cię tam widzieć - ostrzegł, wychodząc przed Sophie, zasłaniając ją swoją lewą dłonią tak, aby znalazła się za jego plecami - Raz... Dwa... - przekręcił odrobinę głowę, a na twarzy zagościł mu uśmiech, który zwiastował jedno - nadciągającego cruciatusa. - Już, już. Przechodziłem tylko - wymamrotał przepitym głosem, a następne odsunął się gdzieś w ciemną dal, pozostawiając rodzeństwo w spokoju. - Przepraszam, że Cię zostawiłem na chwilę. Mam nadzieję, że się nie przestraszyłaś, ani nic. Obiecuję, że więcej tego nie zrobię - wyjaśnił, chowając różdżkę. Borgin mówił szczerze, ponieważ zdawał sobie sprawę, że nie powinien jej zostawiać, ale musiał napisać szybki list do Francisa. W końcu nie było go może ułamek sekundy, a to, że do Sophie ciągnęli mężczyźni jak ćmy do światła, cóż - powinien pogratulować Robertowi? Szkoda tylko, że byli to ćpuny i bandyci z Nokturnu. - Weźmy coś do picia i usiądziemy tam - wskazał dłonią stolik, który znajdował się rogu sali i był przysłonięty jakimiś kotarami czy czymś w rodzaju zasiek. Na pewno zapewniał więcej prywatności, niż otwarta sala z jej całym towarzystwem - Dla mnie będzie odrobina rudej z lodem. A dla panienki? - zwrócił się siostry, czekając na jej zamówienie. RE: [22.07.1972] A to ci randka stulecia... i to z własną rodziną | Stanley & Sophie - Sophie Mulciber - 08.07.2024 Jak zwykle w życiu Sophie, z małego wydarzenia zrobił się wielki problem. Mulciberówna chciała po prostu zarobić szybkie pieniądze, żeby pokryć dług w który się wpakowała. A raczej dług, w który wpakował ją ojciec, o czym kilka osób znających całą historię próbowało uświadomić. Podpisała z panem Prewett’em umowę na zakup cytrynówki tuż przed zarejestrowaniem swojej firmy. Robert się o tym dowiedział, i kazał córce rozwiązać ten problem. W jaki sposób? A w taki, że dziewczyna miała zgłosić się do Ministerstwa, żeby przyznać do “przekrętu” i zapłacić karę. Oczywiście zmartwiony rodzic poszedł razem z nią, żeby upewnić się, że zapłaci. Jeśli ktoś pomyślał, że wystarczyło zmienić datę na umowie i nie informować o niczym władz, to… no cóż - źle pomyślał. Sophie miała zapłacić karę i do końca życia zapamiętać, że takich błędów się nie popełniało. Albo lepiej! Sophie miała zapłacić karę i porzucić pomysł produkowania własnego alkoholu. To nie tak, że nie miała o to do ojca żalu. Mimo że nie była najjaśniejszą świeczką w świeczniku, najostrzejszą różdżka Olivandera, najgłębszą wodą w basenie czy najsłodszym puffkiem wśród puffków, to zdawała sobie sprawę, że rodzic specjalnie utrudnił jej dalsze rozwijanie biznesu. Zawsze mogła zrezygnować i zająć się robieniem świec lub szyciem sukienek. Ale nie chciała! Chciała produkować swoją cytrynówkę i za wszelką cenę próbowała zdobyć na to pieniądze. Teraz jednak, kiedy tak stała przyciskając się do pana Borgina, żałowała swojej głupiej decyzji. Chciała cofnąć czas, zniszczyć swój sprzęt do pędzenia alkoholu i nie brać udziału w wydarzeniu randkowym. Po sposobie w jaki "przywitał" ją ojciec, była przekonana, że cała rodzina z niej drwiła. Widziała w myślach jak robią te swoje karcące miny, kręcą głowami i spoglądają na siebie porozumiewawczo. Cieszyła się, kiedy ojciec napisał w liście, że była jego słońcem. Tyle że nie miała pojęcia, czy aby nie była to kolejna drwina. Biedna Sophie! Kiedy poczuła grunt pod nogami i odetchnęła świeżym powietrzem, odsunęła się od pana Borgina. - Tak, dziękuję panie Borgin.- Odpowiedziała, rozglądając się po ulicy na której się znaleźli. Nie miała pojęcia gdzie się znajdowali, ale intuicja podpowiadała jej, że mogła zaufać Stanley'owi. - Panie Borgin, a nie obiecał pan, że będę mogła przespać się u pana na kanapie?- Zapytała szybko, z wdzięcznością przyjmując jego marynarkę. Spięła się wyraźnie, kiedy wspomniał o "odstawieniu do domu". I dlaczego miało się to odbyć bezpiecznie? Przecież byli bezpieczni i deportowali się stamtąd na prośbę Mulciberówny, prawda? Ruszyła za panem Borginem, a kiedy zobaczyła wnętrze pubu do którego weszli, miała przeczucie, że mogli znajdować się na Nokturnie. Ruszyła więc szybko za mężczyzną, nie chcąc żeby zostawił ją w tyle. - Może... sok dyniowy?- Mimo że produkowała cytrynówkę, to nie lubiła pić alkoholu. Po połowie kieliszka wina robiła się czerwona na twarzy, przez co wyglądała na jeszcze bardziej rudą. Skinęła głową i zajęła się czytaniem karty. Nie rozglądała się za bardzo, bardziej zainteresowana tym, co akurat mieli w "menu". Czując "oddech na karku", odwróciła się i spojrzała na mężczyznę, który nie wyglądał ani nie pachniał zbyt zachęcająco. - D-dobry wieczór...- Zająknęła się, automatycznie odsuwając od "jegomościa". Zanim zdążyła zajaknąć się po raz kolejny, pan Borgin osłonił ją własnym ciałem. Sophie wyjrzała zaciekawiona z nad jego ramienia, żeby spojrzeć na reakcję obdartusa. Stanley był niesamowity! - Nie, nic nie nie jest! Dziękuję, panie Borgin.- Uśmiechnęła się, patrząc na niego z uwielbieniem w oczach. Po raz kolejny jej pomógł, a do tego był bardzo miły! Sophie nie myślała o nim jak o potencjalnym kandydacie na męża, a bardziej jak o superbohaterze, który zjawi się jak tylko będzie w potrzebie! - Sok dyniowy.- Zdecydowała ostatecznie, poprawiając marynarkę która miała zarzuconą na ramiona. Kiedy usiedli, widać było, że nie była już tak załamana jak przed paroma minutami. Ktoś, kto urządzał to miejsce, nie miał za grosz gustu. Z jakiegoś jednak powodu podobał jej się ten pub, oraz jego wystrój. Wcale nie czuła się źle, siedząc w takiej melinie. -Panie Borgin, czy mogę przespać się u pana na kanapie? Mój... ojciec nie jest zbytnio zadowolony, że wzięłam udział w widowisku.- Powiedziała, mimo że Stanley doskonale wiedział dlaczego chciała stamtąd uciec.- Te kilka godzin powinno pozwolić mu ochłonąć. Powinien przespać się z tym wszystkim.- Uśmiechała się, starając brzmieć przekonująco.- Jeszcze nie wie, że chciałam po prostu no... wie pan, potrzebuję pieniędzy, bo mam dług do spłacenia. N-nie chodziło mi o randki...- Zaśmiała się nieco nerwowo. Nigdy nie była na żadnej randce, a i tak naprawdę nie ciągnęło jej do żadnych związków. Wiadomo, że najlepiej będzie jeśli to ojciec wybierze jej odpowiedniego kandydata na męża.- Bo wie pan, za wzięcie udziału proponowali kandydatkom pieniądze, nawet jesli nie zostaną wybrane.- Zrobiła się lekko czerwona, przez co jeszcze bardziej ruda. Biedna Sophie! [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=c06sFDZ.png[/inny avek] RE: [22.07.1972] A to ci randka stulecia... i to z własną rodziną | Stanley & Sophie - Stanley Andrew Borgin - 23.07.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=PZzilMP.png[/inny avek] Stanley niestety nie przypominał sobie niczego takiego, aby obiecał młodej Mulciberównie, że będzie mogła się przespać na jego kanapie. Było to niestety zbyt niebezpieczne dla wszystkich stron - zarówno Borgina jak i jego siostry. Głębina nie była miejscem w którym młoda Sophie powinna była się znaleźć. Nokturn nawet nie był miejscem gdzie kiedykolwiek powinna stąpać swoimi stopami. Powinna była się trzymać z dala od problemów, a Stanley, niestety, je przyciągał. W zasadzie to był on chodzącym problemem, więc nie powinno było to nikogo dziwić. Jako, że Stanley był dobrym bratem. Chciał być dobrym bratem, więc w życiu by nie zostawił młodej Mulciberówny w tym miejscu. Prędzej oddałby się w dłonie swoich kolegów, de facto funkcjonariuszy prawa, a kiedyś nawet przyjaciół, niż puścił ją w samopas po Nokturnie. - Mhm - potwierdził pod nosem, rozumiejąc jej wybór. Znaczy samego wyboru nie rozumiał, bo skąd miałby się tutaj znaleźć sok dyniowy pośród jednej, wielkiej wylęgarni przestępców i złodziei. Z drugiej zaś strony to nadzieja umiera ostatnia i może akurat tutaj serwowana takie wyspecjalizowane trunki? Stanley był niemalże pewny, że prościej było tutaj dostać czterdziestoletnią whisky, niż ów sok dyniowy. Niestety musiał na chwilę opuścić Sophie. To było oczywistym błędem, ponieważ taka samotna sikoreczka, przykuwała uwagę tych, którzy nie powinny byli się nią interesować. Kto był taką osobą? Ktokolwiek z tego pomieszczenia - te wszystkie kaprawe typy, którym źle patrzyło z oczy i ci sami, którzy nie chcieli odprowadzić jej do domu. Na całe jednak szczęście nie trwało to długo i w wystarczająco szybko mógł zareagować, aby ugasić zapał ich chwilowego towarzysza. - Nie ma za co dziękować. R... - odchrząknął, poprawiając zaraz swoją narrację - Pan Robert byłby niezadowolony z tego, że postąpiłem w ten sposób. Postarałem się jednak szybko zareagować. Nikt więcej Cię nie zaczepi - zapewnił - Masz moje słowo, a gdybym skłamał, sam się oddam w ręce pańskiego ojca i wuja - powtórzył swoją deklarację, chcąc mieć pewność, że wszystko było jasne. Sophie była teraz trochę jak VIP, którego należało chronić. W końcu ich wspólny ojciec to by pewnie wydziedziczył Stanleya gdyby coś się stało jego "wiewióreczce". Sam Borgin nie wymagał jakiegoś szczególnego docenienia. Sam de facto wziął to na swoje bajki kiedy pojawił się na tej scenie i zdecydował się postawić va banque na jedną z kandydatek, modląc się niejako, aby to rzeczywiście była młoda Mulciberówna. Okazało się przecież, że to prawda i trochę z jego winy musiała teraz tutaj siedzieć. Cóż, ciężko żywot tych Mulciberów. - I sok dyniowy - uśmiechnął się pogodnie, chociaż był to jedyny uśmiech, który teraz jawił się w tym pomieszczeniu. Wszystkie inne typy miały miny co najmniej średnie albo niewyjściowe. Barman coś pomruczał pod nosem, ale wydał zarówno drinka jak i sok dyniowy, który wymagał od niego większego zastanowienia w poszukiwaniu ów produktu. Dobrze jednak, że miał go na stanie i czym prędzej mogli udać się w bardziej odosobnione miejsce, chociaż o takie było tutaj równie trudno. Zajęli miejsce, Stanley wziął łyka i wyciągnął paczkę papierosów. Odpalił jednego i nie poczęstował Sophie. Nie miał zamiaru truć własnej siostry. - Sophie, obawiam się, że jest to niemożliwe. Nie mogę niestety nic na to poradzić, ale zapewniam Cię, że włos Ci z głowy nie spadnie kiedy to Francis będzie Cię odprowadzał - przyznał, zaciągając się papierosem. Paskudztwo, ale wspaniałe w smaku. Pozwalało nawrócić zmysły na dobre tory - Dodatkowo Twój ojciec zacznie się martwić. Twój wuj pewnie też, a jako, że jest doświadczonym aurorem, nie chciałbym mieć u niego problemów. Bycie poszukiwanym prze kogoś z takim stażem to ostatnie co chce mieć w życiu - dodał ciszej, aby towarzystwo wokół nie usłyszało wzmianki o Richardzie. Nie chciał ściągać na niego problemów - Wszystko rozumiem. Wszystko jest też dla ludzi i nie ma co się wstydzić czy stresować. Każdy ma swoje powody, aby się pojawić na takich wydarzeniach jak tamto - zapewnił - Ja dla przykładu zostałem wrobiony przez swojego... Hmmm... Dobrego kolegę? Przyjaciela? Nie wiem jak to ująć - ponownie zabrał się za palenie papierosa - Nie mniej jednak, sam chciałem stamtąd się zawinąć czym prędzej, ale nie chciałem, aby zostawiać Was, kandydatki, na lodzie. Czym prędzej chciałem którąś wybrać i wrócić do domu. Nie miałem w planach żadnych większych interakcji z żadną z kandydatek - wyjaśnił, strzepując popiół z papierosa do prowizorycznej popielniczki. - No proszę. Nawet nie wiedziałem. Myślisz, że jak się stamtąd... - przejechał kilkukrotnie po brodzie w zastanowieniu - Zawinęłaś, to dalej wypłacą Ci należytą nagrodę? - zapytał, łapiąc ją za dłoń. Oczywiście zrobił to po to, aby dodać jej odrobinę otuchy. Nie chciał, aby czuła się jakoś źle - Sophie. Nie przejmuj się. Ja sam byłem pewnie trzykrotnie bardziej zestresowany od Ciebie. Najważniejsze to jednak stawić czoło wszystkim niedogodnościom losu, podnieść czoło i iść dalej przed życie, a z dzisiejszego dnia trzeba wyciągnąć po prostu pewne nauczki i jakoś to dalej będzie. Ojciec na pewno Ci wybaczy, bo rodzice kochają swoje dzieci. Nawet jeżeli nie chcą o tym zbyt często mówić - zacisnął jeszcze jej dłoń na chwilę i puścił. Zrobił to z niezbyt wielką siłą, aby przypadkiem nie zrobić jej krzywdy - Może zmieńmy temat, abyś poczuła się lepiej? Powiedz mi może jak tam po Hogwarcie? Jak Ci szło? Jak będziesz wspominać? - pociągnął łyk trunku - Później będziesz mogła mi też zadać jakieś pytania. W ten sposób może uda Ci się trochę odstresować i spędzić milej czas w oczekiwaniu na Francisa - wytłumaczył, powracając do palenia papierosa. RE: [22.07.1972] A to ci randka stulecia... i to z własną rodziną | Stanley & Sophie - Sophie Mulciber - 25.07.2024 Jeśli Stanley uważał, że był chodzącym problemem, to na pewno byli z Sophie rodzeństwem. Odkąd Mulciberówna skończyła Hogwart, swoimi pomysłami sprawiała same problemy. Były to problemy nieco innego sortu niż te, które produkował Borgin, ale nadal były to problemy. Dziewczyna była bowiem chodzącym pechowcem. Jeśli w promieniu mili istniała kałuża pełna wody oraz psiego gówna, to od razu było wiadomo, że Sophie obierze taką drogę, żeby przypadek w nią wdepnąć. Nieszczęście trzymało jej się bardzo kurczowo i czasami miała wrażenie, że nieważne jaką decyzję podejmie, to i tak będzie miała pecha. -Już lepiej iść do Azkabanu, niż oddać się w ręce mojego taty oraz wuja, kiedy są niezadowoleni.- Zażartowała i uśmiechnęła się lekko. Z minuty na minutę czuła się coraz mniej spięta i nieszczęśliwa. Pan Borgin był wesoły i miły, więc i jej udzielał się podobny nastrój. Kiedyś Lorien powiedziała, że nie powinna w ten sposób żartować o Azkabanie, ale ona lubiła to porównanie. Kochała ich obu, ale stresowała się, kiedy patrzyli na nią "tym" spojrzeniem. Kiedy dostała swój sok dyniowy, napiła się i odstawiła szklankę na stolik. Spojrzała na papierosa, ale nic nie powiedziała. Nie paliła. Bała się, że ojciec by ją za to skrytykował. Kiedy Stanley zaczął mówić, że nie będzie mogła u niego nocować, mina Sophie diametralnie się zmieniła. Patrzyła na mężczyznę z nieukrywanym zawodem. -Nie, panie Borgin. Proszę... on musi ochłonąć, na pewno nie będzie mnie szukał.- Kręciła głową i przygryzła dolną wargę.-Przecież pana zna, wie że nic mi się nie stanie! Panie Borgin, proszę...wuj też na pewno nie będzie mnie szukał, naprawdę! Oni się mnie teraz wstydzą i ja nie wrócę do domu! Nie wrócę! Nie chcę iść z żadnym Francisem! T-to już wolę spać tutaj!- Z oczu Sophie ponownie pociekły łzy. Stanley nie rozumiał, że potrzebowała czasu. Nie mogła wrócić do domu kiedy emocje po widowisku były w niej tak silne! -T-to ja już wole umrzeć niż tam teraz wrócić!- Mówiła szlochając. Stanięcie twarzą w twarz z ojcem będzie dla niej prawdziwą karą. Wiedziała, że rodzic jej nie uderzy ani jej nie okrzyczy. Wystarczyło, że pokręci głową i na nią spojrzy. Sophie zaczęła płakać i zarzekać się, że nie chce wrócić do domu. Patrzyła na Stanleya żałośnie, a kiedy opowiedział swoją historię, pokiwała głową. A innych okolicznościach uznałaby, że to całkiem zabawne. Pan Borgin musiał mieć śmiesznych przyjaciół. -Czy to ten Francis tam pana zapisał?- Zapytała pociągając nosem.-Czyli chciał się pan podzielić z wybranką pieniędzmi i iść w swoją stronę? A ja wszystko zepsułam, bo poprosiłam żebyśmy stamtąd uciekli? I teraz n-nie dadzą nam pieniędzy?- Ramiona Sophie zadrżały i dziewczyna znów zaczęła płakać. Położyła rękę na stoliku, schyliła się i schowała twarz w ramieniu. Zdławiony szloch wydobył się z jej piersi.-A-ale ja jestem głupia! Teraz nie dadzą nam p-pieniędzy! Wszystko na nic!- Dukała zrozpaczona. Pytania o Hogwart utonęły w salwie płaczu młodej Mulciberówny. Kilku oprychów zerknęło w stronę Stanley'a oraz Sophie. Jeden z nich pokręciła głową, jakby było mu szkoda dziewczyny. Pewnie ją zmusza do prostytucji, szkoda jej... opryszek był gnojem, ale sam miał córkę. Co prawda był ścigany przez prawo, ponieważ nie płacił na nią alimentów, ale jakoś tak zrobiło mu się smutno. Biedny opryszek! Właścicielka lokalu również pomyślała, że coś było nie tak. Może i wpuszczała tu menty różnego pokroju, ale nie mogła pozwolić na to, żeby ktoś dosłownie znęcał się psychicznie nad płacząca dziewczyną, która pasowała tutaj niczym pięść do nosa. To mogło narobić jej sporo problemów, bo Mulciberówna nie wyglądała na mieszkankę Nokturnu. Otyła i niezbyt ładnie pachnąca "szefowa", podeszła do stolika przy którym siedziało rodzeństwo i rzuciła na ich stolik brudną szmatę do wycierania szklanek. Sophie drgnęła i wyprostowała się. Spojrzała na kobietę z przestrachem. -No? Co się tutaj dzieje? Nie chcę mieć problemów na karku...- Burknęła do Stanley'a. Na nosie miała duża brodawkę z której sterczały włosy. RE: [22.07.1972] A to ci randka stulecia... i to z własną rodziną | Stanley & Sophie - Stanley Andrew Borgin - 02.08.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=PZzilMP.png[/inny avek] Sophie nie wiedziała co mówi. W zasadzie to głosiła głupoty, które nie miały pokrycia z rzeczywistością, ponieważ Robert i Richard, wcale nie byli taci źli jak jej się mogło wydawać. Byli specyficzni - to fakt. Kto jednak nie było? Dwójka bliźniaków miała jednak to do siebie, że lubiła konkretne działanie. Nie tolerowali przysłowiowych "ciepłych kluch". Każdy musiał chodzić jak w szwajcarskim zegarku. Trochę taka stara szkoła wojskowości, gdzie nie było przebacz. Nie słuchałeś się - wylot na zbity pysk i tyle. Dla Stanleya było to jak najbardziej w porządku. W końcu całą swoją dotychczasową karierę spędził na wykonywaniu rozkazów swoich przełożonych. Ot, taki żywot funkcjonariuszy. Z drugiej zaś strony, Azkaban, to nie były przelewki, a Borgin nie życzył tego nikomu. Nie życzył tego sobie, swoim wrogiem i nawet Brenna Longbottom mogła poczuć łaskę w tym momencie, wszak i jej by nie skazał na taką katorgę mimo całej kanonady przemiłych słów, które był gotów skierować w jej stronę. Oczywiście w sytuacji w której nie mogłaby zaprotestować, oddać mu albo - co gorsza - usiąść na przeciwko. To była najgorsza z możliwych kar. Bo o ile te "przemiłe" uśmieszki na korytarzu Ministerstwa, sprawiały, że musiał zapalić, tak wystawienie na promienie Brenny w dłuższym okresie, mogło mieć dramatyczny w skutkach wpływ na zdrowie Stanleya. Ten wieczór nie był jednak przeznaczony na marudzenie na Longbottom. Było to oczywiście wielką szkodą. Nie samą Brenną jednak człowiek żył. Czasem musiał się też odchamić. Albo zostać zmuszonym do odchamienia. Albo po prostu trafić do szemranej knajpy po randce w ciemno z własną siostrą. Papieros się tlił, czas mijał powoli, a młoda Mulciberówna postanowiła wygłosić swój manifest. Kim jednak był Borgin vel Mulciber, aby własnej siostrze odmówić? Zaciągnął się swoim nikotynowym przyjacielem i zamienił się w słuch. Miał już swoją wersję wydarzeń, ale może mogła go jakoś przekonać? Oczywiście w kwestii dobrze dobranych słów, które miałyby zmiękczyć jego serce. - Sophie. Nie rób scen. Proszę. Jesteś dorosłą kobietą i takie rzeczy się zdarzają w życiu - starał się jej to jakoś wytłumaczyć - Człowiek się przewróci raz, drugi, ale musi wstać. Robert i Richard na pewno będą się martwić. Czy dadzą Ci jakąś reprymendę? - zapytał retorycznie, stukając papierosem o popielniczkę - Pewnie tak, ale tylko po to, abyś wyciągnęła z tego jakieś wnioski czy lekcję. Abyś mogła zaczerpnąć jakiegoś życiowego doświadczenia. Każdy się w końcu myli - dodał. Starał się mówić powoli i spokojnie, bo i tak już miała zszarganą psychikę. Gdyby jednak tyczyło się to kogoś innego, na przykład Anthony'ego, dostałby zjebę stulecia, że przejmuje się takimi głupotami, które nie mają najmniejsze sensu. Sophie miała chyba inne plany. Ot, chociażby takie, które miały sprawić, że sobie popłacze. Yhh... Te baby. Robert ma czasami rację. Zgadzał się w myślach ze swoim ojcem. Z ich ojcem. Nie czekając jednak na to, aż dojdzie do powodzi, wyciągnął bawełnianą chustkę, którą następnie jej podał, kładąc z boku stolika. - Sophie. Musisz zrozumieć. Nie wstydzą się Ciebie. Jesteś ich oczkiem w głowie i dlatego się martwią. Gdyby im nie zależało na Tobie, to by się pewnie tam nie pojawili - kontynuował - Weź tę chustkę i przetrzyj sobie oczy. Im dłużej będziesz płakać, tym większa szansa, że będzie Cię bolała głowa - westchnął, bo nie to chciał osiągnąć - Wdech, wydech. Jeden, drugi, trzeci. Spróbuj. To naprawdę pomaga - zachęcał, bo czy zostało mu coś innego? Czy Francis go zapisał? Nie. Francis akurat był bardzo w porządku. To jego inni znajomi - przyjaciele? - byli takimi śmieszkami. Na przykład taki Atreusek, którego już nie raz miał chęci udusic. - Nie, Francis, nie. On jest akurat w porządku - zaciągnął się papierosem - Nie miałem tak naprawdę zamiaru niczego wygrywać. Całą nagrodę chciałem jej oddać. W tym wypadku, Tobie - wyjaśnił, odpowiadając na pytanie. Niestety mówił chyba trochę do siebie, bo młoda Mulciberówa była zajęta swoim dramatem. Odgrywała w nim wszystkie rolę pierwszo i drugoplanowe. Stanley był gdzieś tam tłem, które coś gadało, ale nie było najwidoczniej ważne. Cóż, tak też bywało. - Sophie, naprawdę. Nic nie zepsułaś. Nie jesteś głupia - zapewniał - Jesteś młodą i czarującą dziewczyną. W końcu zaprezentowałaś się najlepiej i wygrałaś. To o czymś świadczy - przypomniał, gasząc papierosa. Cholernie szybko się spalił. Masakra Niedługo było mu jednak dane na rozważanie nad papierosem czy dalszą próbą uspokojenia swojej siostry, ponieważ mieli towarzystwo. Słysząc kroki, a następnie nieznany sobie głos, podniósł wzrok, aby móc się przyjrzeć. A ty tu czego raszplo... Pytał w myślach, patrząc na nią spod byka. Trwało to może z sekundę lub dwie. Stanley następnie się podniósł z siedzenia, prostując plecy, które strzeliły. Kobieta mogła dojrzeć, że ręką powędrowała na różdżkę w razie czego. Borgin złapał za jej trzonek, dalej wpatrując się w kobietę, a może wręcz jej duszę. - Nie dzieje się nic nadzwyczajnego. A już ma pewno nic, co mogłoby panią jakoś bardziej zainteresować - uśmiechnął się pod nosem - W innej części Nokturnu mówimy, aby nie wpierdalać się w nie swoje sprawy, bo wpadnie tutaj Czarny Kot czy wydarzą się inne kłopoty. Obiecuję, że nie będzie miło, a mogłoby być, gdyby tylko pani teraz odeszła - zakomunikował - Każdy kolejny krok w swoją stronę uznam za chęć zrobienia krzywdy mojej osobie czy co gorsza, mojej towarzysce - złapał za różdżkę, unosząc ją do góry, mrużąc przy tym oczy - Proponuję zatem się rozejść. Pani pójdzie w swoją stronę, a my w swoją. Dziewczynie nie dzieje się krzywda, ale wam się może stać, jeżeli nie zaakceptujecie mojej oferty - tłumaczył - I to nie tak, że to groźba, a ostrzeżenie i chwila czasu na namyślunek - dokończył, czekając na reakcje ze strony tamtej kobiety. Stanley nie żartował, a na usta już cisnęła mu się avada czy inny cruciatus, którego był takim fanem. Jeden fałszywy ruch ze strony klientów tego przybytku, a na pewno ten budynek pójdzie z dymem. |