![]() |
|
[7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Dolina Godryka (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=23) +--- Wątek: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał (/showthread.php?tid=3508) Strony:
1
2
|
[7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Isaac Bagshot - 30.06.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic V Dzień był pełen wrażeń, a Isaac (jak zwykle) bawił się bardzo dobrze. Cieszył się, że udało mu się spotkać prawie wszystkich przyjaciół z czasów szkolnych. Dodatkowo, był tak zaaferowany tym, co działo się wokół, że zapomniał o wypiciu chociażby grama alkoholu. Czyżby pierwsza trzeźwa noc od… wielu, wielu lat? Kiedy goście zaczęli się zbierać, i na niego przyszedł czas. Najpierw jednak musiał coś sprawdzić. Coś, co nie dawało mu spokoju. Była to pieczątka, którą podarował Mildred. Zaprojektował ją w taki sposób, żeby “rozdawała” losowe obelgi. Dlaczego… cymbał… więc… cymbał… za każdym… cymbał… razem…. cymbał… był cymbałem? Isaac patrzył na swoje przedramię, na którym widniały świeżo zrobione, brokatowe cymbały. Miał wrażenie, że bezczelnie się z niego śmiały, jakby zadowolone z żartu, który mu wyrządziły. - No niby o to w tym chodziło...- Mruknął sam do siebie, marszcząc w zamyśleniu brwi.- No cóż...- Wzruszył ramionami, ostatecznie nie przejmując się swoim nowym tytułem. Było jak było, kula ziemska nadal się kręciła (chociaż tu znaleźliby się tacy, którzy na pewno by oponowali) i skoro był cymbałem, to niech po prostu sobie nim będzie. Ani mu to nie pogorszyło samopoczucia, ani komfortu życia. Postanowił nawet wyciągnąć z tego lekcję - człowiek przez całe życie dowiaduje się o sobie czegoś nowego! Odwrócił się, kiedy usłyszał są sobą kroki. O! Ziemniaczek! Wspaniale! - Brenna, masz chwilę? Możesz mi pomóc?- Poprosił, uśmiechając się do koleżanki najbardziej niewinnym uśmiechem, na jaki było go stać. Zbliżył się i spojrzał na "łajzę", którą sprezentował jej podczas prezentacji prezentu.- To ważne.- Dodał, a cymbały na jego przedramieniu lśniły dumnie, ukazując wszystkie kolory tęczy. RE: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Brenna Longbottom - 30.06.2024 Gdy goście zaczęli zbierać się do wyjścia (albo rozchodzić po posiadłości, jeżeli akurat tu mieszkali albo chwilowo nocowali), Brenna zabrała się za zgarnianie rzeczy z ogrodu do kuchni. O pieczątkach już nawet nie myślała, a radość z tego, że przez chwilę wszyscy byli weseli i bezpieczni odpływała, gdy jej myśli odrywały się od tego, co działo się przed chwilą i uciekały do tego, co stanie się wkrótce. Do wyspy na morzu, która znikała i pojawiała się, a w swoich czeluściach kryła bezimienną grozą. Przemknęła do Warowni, z całymi stosami talerzy, unoszącymi się za nią, wprawionymi w ruch za pomocą lewitującego zaklęcia. Zostawiła je skrzatce domowej, która teraz stała na zydlu i szorowała naczynia, za sprawą swojej przedziwnej magii wprawiając w ruch także ścierki i gąbki, dzięki czemu sama z powodzeniem pracowała za pięciu, i wydawała się całkiem nieźle przy tym bawić. Brenna lubiła czasem coś ugotować, zwłaszcza kiedy szykowała coś dla przyjaciół, ale radość, jaką to całe sprzątanie i gotowanie sprawiało Malwie, zawsze wprawiała ją w odrobinę konsternacji. Wracała właśnie do ogrodu, aby zabrać także koce i przelewitować stół z powrotem do jednego z nieużywanych pomieszczeń, kiedy dostrzegła Isaacka. Niezbyt ją zdziwiło, że się tu jeszcze kręcił – mógł w końcu zostać chwilę dłużej, żeby porozmawiać z Thomasem albo Erikiem, nigdzie się nie wybierającym ze względów oczywistych. – Hm? – spytała, przystając, wyrwana z zamyślenia. – A, tak, jasne. Czegoś się potrzebujesz? Ominęłam cię, jak rozdawałam ciastka? – dopytała, odruchowo zerkając na jego ręce, czy trzyma paczuszkę, bo przecież zostało mnóstwo jedzenia, więc wpychała wychodzącym w ręce kawałki tortu, albo ciasteczka, albo jeszcze co innego, co akurat się nawinęło i dało upchnąć w jednym z kolorowych pudełeczek. Zmarszczyła jednak lekko brwi, kiedy wspomniał, że to ważne: nie że jedzenie nie było ważne, ale czy mówiłby takim tonem, gdyby po prostu zapomniała dać mu ciasteczka... - Coś się stało? RE: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Isaac Bagshot - 01.07.2024 Paczka z jedzeniem, którą Isaac dostał Brenny, stała sobie spokojnie na jednym ze stołów. Przez następne kilka dni na pewno nie umrze z głodu. Umrze za to z niewiedzy, jeśli zaraz nie dowie się o co chodziło z pieczątką. - Podasz mi rękę?- Poprosił podchodząc bliżej i złapał lekko Ziemniaczka za nadgarstek. Przybił jej pieczątkę na wierzchu dłoni - Łajza głosił kolorowy napis. Ściągnął brwi w zamyśleniu. Spróbował jeszcze raz i tuż nad pierwszą Łajzą, pojawiła się druga Łajza. Jeszcze raz - Łajza. I znowu - Łajza. - Co jest, do cholery? To nie tak miało działać...- Puścił nadgarstek dziewczyny i ponownie zrobił pieczątkę na swojej skórze Cymbał. I jeszcze raz - Cymbał. I znowu Brenna, na przedramieniu - Łajza. - Dlaczego...- Zawiesił głos, patrząc na Longbottomównę z lekkim szokiem.- Dlaczego ja jestem cymbałem, a ty łajzą? To nie powinno tak działać, przekleństwa miały być losowe! Wszyscy byli nazywani losowymi wyzwiskami, a my zawsze mamy łajzę albo cymbała...- Powiedział przejęty, przybliżając pieczątkę bliżej swojej twarzy, jakby patrzenie na nią sprawiło, że zaraz na pewno uzyska odpowiedź na swoje pytanie. Westchnął. - Ja mogę być cymbałem, ale ty na pewno nie jesteś łajza.- Stwierdził z pewnością w głosie i nagle przypomniał sobie o wszystkich stu trzydziestu sześciu wypadkach Brenny, jakich był świadkiem podczas ich wspólnej nauki w Hogwarcie. A może było ich dwieście trzydzieści sześć? Ah, no i korzeń. Jeszcze chwilę temu, potknęła się o korzeń. - A może ta pieczątka mówi prawdę?- Mruknął i wzruszył ramionami. Uśmiechnął się pogodnie i spojrzał na Ziemniaczka.- Chociaż tak naprawdę, to niczego to nie zmienia. RE: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Brenna Longbottom - 02.07.2024 Brenna nie za bardzo rozumiała, o co chodzi, ale posłusznie podała rękę Isaacowi, a potem obserwowała, jak na jej dłoni pojawia się coraz więcej Łajz. Miała nadzieję, że da się to zmyć, bo jednak chodzenie z takim napisem na ręku w Londynie mogło przyciągnąć uwagę, a ona nadmiaru uwagi absolutnie sobie nie życzyła. – Nie mam zielonego pojęcia – przyznała, kiedy wyraził zdumienie, że ona jest zawsze łajzą, a on zawsze cymbałem, a kąciki ust drgnęły jej lekko, gdy wreszcie zrozumiała, o co mu chodziło. Cóż, bywała niekiedy trochę oberwana, więc… w tym kontekście może i tak? Niedołęgą chyba niekoniecznie, spora część jej wypadków była po prostu… no dziełem okoliczności. – Łajza to chyba też określenie na włóczęgę, więc może nawet by pasowało, bo trochę się czasem włóczę, ale może po prostu jak już użyjesz na kimś pieczątki raz, to zaklęcie na nich jakoś się powiewa? – zasugerowała, chociaż była to ot teoria, jaka przyszła jej do głowy na widok tych powtarzających się napisów, bo na tego typu pieczątkach Brenna zupełnie się nie znała. Rzemiosło nigdy nie było jej mocną stroną. – Od razu cymbał? Skąd tyle samokrytyki? – zapytała, wychodząc na zewnątrz. Gdzieś z głębi domu dobiegały jeszcze rozmowy, ale ogród zdążył opustoszeń. Koce i naczynia znikły, przetransportowane do wnętrza, wciąż jednak pozostało do usunięcia trochę ozdób. Brenna wyciągnęła różdżkę, wycelowała i za pomocą zaklęcia rozpraszającego - ćwiczyła ostatnio tę dziedzinę magii dość pilnie - pozbyła się tych elementów dekoracji, które były rezultatami magii. Przy okazji przesunęła wzrokiem po ogrodzie, westchnęła i znowu machnęła różdżką, tym razem za pomocą kształtowania wycinając wielką kępę trawy, której – mogłaby przysiąc – jeszcze wczoraj tutaj nie było. - Słowo honoru, natura tutaj zupełnie oszalała. RE: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Isaac Bagshot - 08.07.2024 - Nie, Brenna.- Isaac pokręcił głową, wpatrzony w pieczątkę.- Reszta za każdym razem miała na sobie inne wyzwiska. Twój wuj - pan Longbottom, za pierwszym razem dostał "do utylizacji", a kiedy Milly użyła na nim pieczątki po raz kolejny, to został nazwany dupą a później cymbałem.- Westchnął i postanowił się poddać. Schował pieczątkę do kieszeni i spojrzał pogodnie na dziewczynę. - A tam, moge być cymbałem. I nawet trochę jestem, ale ważne, że Milly podobał się prezent. Wiesz... byliśmy razem na randce, ale.. chyba mnie nie chcę. A tak właściwie, to nie wiem co sobie myśli. Do tej pory nic nie powiedziała.- Mruknął, marszcząc delikatnie brwi. Nie wiedział czy robił dobrze, ale postanowił dać Moody przestrzeń i poczekać. Jak zwykle. Pewnie będzie czekał do usranej śmierci, ale wydawało mu się, że warto. Musiał to przemyśleć. Wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów. - A tak swoją drogą, pan Longbottom to bardzo przyjemny człowiek. Byliśmy po pracy w pubie, dostaliśmy wspólne zlecenie od Ministerstwa przy Stonehenge i pojechałem z nim, żeby pomóc przy sprawdzaniu nowej posiadłości.- Powiedział zapalając papierosa. Nie poczęstował Brenny. Pamiętał, że nie paliła. Stanął pod wiatr, żeby nie leciał na nią dym papierosowy. - Brenna, spotykasz się z kimś?- Zapytał z czystej ciekawości. Patrzył, jak szybko poradziła sobie z trawą. Ostatnio sporo ćwiczył, żeby podszkolić się w magii kształtowania. Lepiej jednak było, jeśli ktoś kto był w tym dobry, mógł udzielić kilka rad. Czasy były niepewne. Isaac był doskonale przygotowany żeby bronić siebie oraz innych. Może jednak przyjść w końcu moment, kiedy będzie musiał nie tylko się bronić, ale i atakować. - Ziemniaczku, ty jesteś bardzo zdolna.- Stwierdził nagle.- Podszkolisz mnie trochę w magii kształtowania? RE: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Brenna Longbottom - 09.07.2024 - To... może się zacięła? - zastanowiła się, zerkając na swoją rękę, pokrytą tymi łajzami z pewnym zdziwieniem. A potem zakłopotała się trochę, gdy Isaac wspomniał o tym, że był na randce z Millie, ale ona chyba nie jest zainteresowana, gdy ledwo co pisał o zapraszaniu na randki Geraldine, a ona kazała mu sto razy pisać, że da spokój Olivii Quirke, bo Olivia jest zakochana, a on kręci się wokół innych dziewczyn. - Em... wiesz, Millie ma dość luźne pojęcie, ale mam wrażenie, że... ostatecznie... chciałby być dla kogoś najważniejsza. Może uważa, że ty nie jesteś tak naprawdę zainteresowany - powiedziała, bardzo starając się dobierać słowa dyplomatycznie, by nie doprowadzić przypadkiem do jakiejś katastrofy. Millie lubiła mężczyzn, Isaac lubił kobiety, i Brenna po prostu nie chciała się tutaj wtrącać ani udzielać żadnych porad, które w ostatecznym rozrachunku mogłyby doprowadzić do tego, że ktoś zostałby zraniony, bo źle zinterpretowała czyjeś oczekiwania, zamiary albo nadzieje. Różdżka aż jej lekko drgnęła, gdy zadał kolejne pytanie, na szczęście nie ścięła żadnego drzewa, a tylko jeszcze więcej chwastów. Szczera odpowiedź brzmiałaby prawdopodobnie „chyba nie, ale tak naprawdę to nie mam kurwa pojęcia”, nieważne, jak absurdalnie to nie brzmiało. Brenna wybrała jednak po swojemu odpowiedź nie będącą kłamstwem, ale też o prawdę nawet nie zahaczającą. – O, nieustannie, z całym mnóstwem ludzi, ledwo co spotkałam się wczoraj z koleżanką, a potem z przyjaciółką… Przekopywałyśmy grządki w poszukiwaniu przeklętego naszyjnika, a później włamywałyśmy się do mieszkania gościa, którego podejrzewałam o to, że jest opętany. Opuściła na moment różdżkę, spoglądając na Bagshota, trochę zaskoczona, bo nie spodziewałaby się, że będzie zainteresowany ćwiczeniem magii. Ze szkoły pamiętała go jako zainteresowanego przede wszystkim historią i uwielbiającego teorię, a mniej chętnego do ćwiczeń praktycznych aspektów. – Skąd pomysł? – zapytała zaciekawiona. – Nie powiedziałabym, że jestem jakaś niesamowicie utalentowana, ale w Brygadzie przechodziłam szkolenie. Co dokładnie chciałbyś poćwiczyć? Wyczarowanie ozdób na imprezę w końcu mieściło się w trochę innym polu niż morderczej kuli ognia. Nie odmawiała, oczywiście, ale nie była pewna, od czego właściwie chciał zacząć i po co dokładnie było mu to potrzebne. RE: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Isaac Bagshot - 12.07.2024 -Mhm, może.- Odparł, chociaż ciężko było stwierdzić, czy mówił o pieczątce, czy o Milly. Może faktycznie łapał za dużo srok za ogon i chciał, żeby rzeczy działy się zbyt szybko. Uśmiechnął się, kiedy wspominała o spotkaniach z przyjaciółmi. Nie drążył tematu. Jeśli by chciała, to powiedziałaby coś więcej. Nie każdy lubił dzielić się swoim życiem miłosnym i nie każde również takie posiadał. -Właśnie! Przeszłaś szkolenie, więc dobrze wiesz co robić.- Powiedział, wskazując na Brenne papierosem, którego trzymał w dłoni.- Jesteś do tego idealną osobą. Wiesz jakie nastały czasy, prawda? Zawsze myślałem, że obrona jest priorytetem, ale co jeśli to nie wystarczy? Dajmy na przykład Beltane - jeśli nie planowałaś uciekać, to zwykła tarcza owszem, na pewno uratowała ci życie, ale nie mogłaś się ciągle bronić. Musiałaś napierać i atakować. To jak z podrywaniem kobiet, Ziemniaczku.- Wyjaśniał, zaciągając się papierosem.- Jeśli nie przejmiesz inicjatywy, to nie ruszysz do przodu. Ale ty nie musisz o tym wiedzieć, to tylko taki przykład na szybko z głowy. W każdym razie - też chciałbym umieć nie tylko się bronić. Potrafię kogoś zmusić, żeby złamał lub wyrzucił swoją różdżkę, uderzył głową w ścianę żeby zemdleć, czy zapomniał co właśnie zamierzał zrobić, ale inne dziedziny magii też są ważne.-Mówił.- Oczywiście nie robię tego na co dzień, pani władzo! Po prostu pomyślałem, że kształtowaniem można narobić nieco zamieszania w trochę inny sposób. I może mogłabyś mi podpowiedzieć, jak dokładnie ćwiczyć. Nie chcę robić niczego nielegalnego, Brenna. Przysięgam!-Uśmiechnął się ładnie. RE: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Brenna Longbottom - 13.07.2024 Podejście Isaaca, a nawet samej Millie, było dla Brenny trochę trudne do pojęcia – mimo wszystko wychowała się w czystokrwistej, „porządnej” rodzinie, i okres jej dorastania przypadał na lata pięćdziesiąte i sześćdziesiąte, a społeczeństwo czarodziejów było bardziej konserwatywne niż to mugolskie. Ale i zdążyła w ostatnich latach na dostatecznie wiele rzeczy napatrzeć się w pracy, i zorientować się, jakie rzeczy wyprawiały się za tą tradycyjną fasadą rodów czystej krwi (byli bandą hipokrytów, nie ma co), aby nie komentować. Omal nie westchnęła na wspomnienie Beltane. A więc o to chodziło. Isaac pochodził z rodziny dość starej, nie powinien być więc pierwszym celem, ale wciąż jako półkrwi był bardziej narażony niż czystokrwiści. A i po sabacie jasne było, że nikt nie może czuć się bezpieczny: za łatwo było oberwać choćby przypadkiem. Ale… – Co ty kombinujesz, Isaac? – spytała, zwracając na niego zamyślone spojrzenie. Nie brzmiał tak, jakby bał się, że wpadnie właśnie czystym zbiegiem okolicznościowym do miejsca, w którym dojdzie do ataku, a raczej jakby spodziewał się, że będzie musiał się bronić. W podobnym tonie zresztą utrzymany był i jego list. – Owszem, najlepsza obrona to zawsze atak… to znaczy przynajmniej w pojedynkach, bo obawiam się, że nie znam się za bardzo na podrywaniu kobiet. Zauroczenie właściwie to najlepsza dziedzina magii do takiej walki, przynajmniej póki masz element zaskoczenia. Sama nie była szczególnie uzdolniona akurat w tym kierunku i trochę tego żałowała. Ale i zawsze miała pewne opory wobec wpływania na cudze umysły, i jakoś odruchowo sięgała ku kształtowaniu. – Pojedynki nie są zakazane. Walka z kimś, kto atakuje ciebie albo kogoś innego też nie. A nawet gdyby była, na pewno nie próbowałabym jej nikomu zabraniać – uspokoiła go, bo nie przyszło jej nawet do głowy, że miałby prosić o takie porady po to, aby chodzić i atakować kogoś na ulicach. – Icarcerous – powiedziała, celowo wypowiadając inkantację na głos, by mógł ją usłyszeć i wykonała gest różdżką, w jednym ze swoich ulubionych zaklęć, dość skutecznym, i jednocześnie nie zbliżającym się choćby do czarnej magii. W powietrzu zwinęły się grube, magiczne liny, które opętały wyimaginowanego przeciwnika, a potem opadły na ziemię. Kolejne zaklęcie, tym razem rozpraszające, sprawiło, że lina znikła. – Proste i dość skuteczne, gdy nie planujesz zabijać. Taki ruch nadgarstka - dodała, powtarzając gest, tym razem bardzo powoli. RE: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Isaac Bagshot - 15.07.2024 -Co kombinuję? Uznałem, że będę robił to, w czym jestem dobry - będę pisał prawdę i siał propagandę.- Powiedział. Rzucił papierosa pod nogi i zgasił go butem. Schylił się podnosząc niedopałek, bo za każdym razem kiedy rzucał pety na ziemię, przypominał sobie o Olivce, która go za to zbeształa. -Będę pisał o Śmierciożercach, Czarnym Panu i przeprowadzał wywiady z ludźmi, którzy nie boją się mówić o tym jak szkodliwe są ich działania. Jeśli nikt nie będzie chciał tego publikować, to znajdę sposób, żeby wydawać to samemu.- Wyjaśnił. Musiał spotkać się ze swoimi “sponsorami”, żeby omówić szczegóły zakupu drukarni. Najpierw jednak będzie próbował z Prorokiem Codziennym. -Mam już dwie chętne osoby do udzielenia wywiadu - Laurent Prewett i Reece Hayes. I nie chce robić tego anonimowo.- Wiedział, że to ryzykowne, ale w tym przypadku ukrywanie się nie wchodziło w grę. -Jeśli chcę przekonać do czegoś ludzi, to nie mogę się ukrywać, Ziemniaczku. Ryzyko jest częścią życia.- Stwierdził i wyciągnął różdżkę, kiedy zgodziła się mu pomóc. -Jednak wolę włączyć się w ten konflikt, niż pozostać neutralnym, tak jak zamierzałem. Chyba miałbym do siebie żal, gdybym tak po prostu stał z boku.- Wyjaśnił, uśmiechając się lekko. Byłby głupcem, gdyby nie bał się konsekwencji swoich działań. Bał się, i właśnie dlatego poprosił Brenne o pomoc. -Nie zawsze czuje się na tyle dobrze, żeby używać magii zauroczenia.- Wyznał. Nadal pamiętał, jak ciężko przeżył sytuację, która miała miejsce miesiąc temu w sadzie Abbotów. Ten rodzaj magii wymagał od niego zupełnie innego skupienia. Isaac obserwował ruchy dłoni Brenny i powtórzył inkarnację. -Jeśli masz doczynienia z kimś, kto korzysta z magii bezróżdżkowej, to jak najlepiej poradzić sobie z taką osobą? Strata przytomności?- Pytał, bo kto jak nie Brenna, mógł nauczyć go kilku sztuczek. -Icarcerous.- Spróbował. [roll=O] [roll=O] RE: [7.08.1972] - Warownia Longbottomów (późny wieczór) - Łajza i Cymbał - Brenna Longbottom - 15.07.2024 – Zdajesz sobie sprawę z tego, że prawdopodobnie wtedy spróbują cię zabić? – spytała Brenna. Bardzo spokojnie. Gdzieś w środku rozkwitały kwiaty ze szronu, wypełniając ciało chłodem, bo ona aż za dobrze zdawała sobie sprawę z tego, co śmierciożercy mogą zrobić z tym roześmianym mężczyzną: co zrobili z wielu mu podobnymi, którym wydawało się, że znają ryzyko. Widywała ich twarze na nagłówkach gazet. Patrzyła czasem na ich ciała, wynoszone do kostnicy. W kręgu świec oglądała ich śmierć. Nie, nie zamierzała odwodzić od tego pomysłu Isaaca, bo nigdzie nie zaszliby przekonując każdego, że nie warto, nie ryzykuj, to zbyt niebezpieczne, lepiej milczeć, lepiej schylić głowę, schylić kark. Ale jego nie było tu przez ostatnie dwa lata. Nie widział mrocznego znaku nad niczyim domem, nie uciekał przed nawałnicą i zaklęciami w Beltane, nie przemierzał zniszczonej Kniei. Co innego przeczuwać, jakie może być zagrożenie, co innego wiedzieć – a on był typowym Gryfonem, i miał pewnie skłonności do bagatelizowana niebezpieczeństwa. Nawet Brennie się to zdarzało, zanim kolejne wydarzenia nauczyły ją, że już nic nie będzie w życiu proste. Drgnęła na imię i nazwisko, Laurent Prewett, palce mocniej zacisnęła na różdżce. Czy nie wystarczyło mu problemów po ostatnim razie? Ale znów. Nie mogła kazać mu milczeć: mogła jedynie postarać się, aby był bezpieczny, gdy już powie wszystko, co miał do powiedzenia. – Lekcja pierwsza. Jeśli chcesz pisać o Voldemorcie, nie nazywaj go Czarnym Panem. Chce, żeby właśnie tak o nim mówić i tak nazywają go jego zwolennicy. – I było to jedyne określenie, które przechodziło przez usta obłożonej klątwą Mavelle Bones. Już Sam Wiesz Kto był lepszy. „Voldemorta” pewnie żadna gazeta by nie opublikowała, ale przynajmniej określenie Sam Wiesz Kto nie brzmiało tak… pochlebczo. Żaden z niego cholerny pan czy lord. Odetchnęła zapatrzona w dmuchawce, rosnące im pod nogami. Jak to było? Zdmuchnij je. Pomyśl życie. Jaka szkoda, że żaden kwiatek, nawet najbardziej magiczny, nie mógł spełnić jej życzenia, prostego i niemożliwego zarazem: niech będą bezpieczni. Ile powiedzieć Isaacowi Bagshotowi, który najwyraźniej chciał walczyć, ale też chciał wystawić się na celownik? – Pozbawienie przeciwnika przytomności to zawsze dobry pomysł. Nawet jeżeli pozbawisz kogoś różdżki, kto bezróżdkowej nie zna, nie znaczy to, że nie będzie niebezpieczny. Ale skoro szukasz innych metod, nawet jeśli ktoś włada magią bezróżdżkową, i tak musi wykonać gest… – powiedziała Brenna, i poruszyła różdżką, i tym razem w powietrzu pojawiły się nie sznury, a kajdany, z gatunku tych więziennych, spowijających całą dłoń. – Mocniejszy ruch nadgarstka – stwierdziła, pokazując ponownie właściwe ułożenie ręki. |