![]() |
|
[1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille (/showthread.php?tid=3512) Strony:
1
2
|
[1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Bard Beedle - 30.06.2024 Scenariusz z Miesiąca Miłości Nić Widmo 1 sierpnia 1972
Dom Mody Dlaczego nie wybrali się do Domu Mody Rosier w Magicznym Londynie? Przecież większość czystokrwistych czarodziejów, która miała pieniądze, ubierała się właśnie tam. Rosier był renomowaną marką, którą szło rozpoznać już na pierwszy rzut oka. I... Może to dlatego Camille nie chciała kreacji właśnie stamtąd? W końcu Delacour lubiła się wyróżniać. Być unikatowa, jedyna w swoim rodzaju, chociaż złośliwi mogliby powiedzieć, że była typową przedstawicielką swojej rodziny. Niska, szczupła blondynka o typowo francuskiej urodzie, z charakterystycznym akcentem, gdy mówiła po angielsku. Z wyszukanymi manierami, z nieodłącznym kieliszkiem wina w dłoni. Wypisz-wymaluj Delacour. Swoich motywów nie wyjaśniła listownie. Po prostu poprosiła Laurenca, żeby jej towarzyszył tego dnia. Nie chciała kupować sukienki w ciemno, skoro oboje dostali zaproszenie i zdecydowali się iść na wesele Blacków razem. Zresztą to była jedna z niewielu okazji, gdy mogli się spotkać. Dlatego też nie tylko wysłała mu pachnący jej perfumami list, ale i adres w mugolskim Londynie, chociaż zaręczała, że projektant, z którym rozmawiała, był czarodziejem. Zdecydował się jednak na taką a nie inną lokalizację ze względów biznesowych, chociaż o tym już nie wspomniała. Była tutaj wcześniej, rozmawiała z mężczyzną: wiedziała więc, że chodziło o pieniądze i brak konkurencji w postaci Rosiera. A jego kreacje przemawiały do jej duszy, przykuwały wzrok i były tym, czego oczekiwała od sukien, nie mogła więc tak po prostu zignorować przeczucia, które ją nawiedziło, gdy tylko przekroczyła próg domu modowego. Wyjątkowo nie stawili się tutaj razem. Camille musiała jeszcze przejść się do wspólnej przestrzeni, wynajmowanej z koleżanką, by porozmawiać z jednym z pacjentów. Uznała więc, że najlepiej będzie, gdy spotkają się na miejscu, przed wejściem. I tam właśnie zmierzała teraz. Ubrana w długą spódnicę w ciemnobeżowym odcieniu oraz zwiewną bluzkę wciśniętą za pasek, w podobnym odcieniu, chociaż jaśniejszym. Beże przełamywała czarna torebka i buty na niewysokim obcasie, które jednak przy każdym kroku wydawały charakterystyczny stukot. Blond włosy związała w niedbały kok, chociaż każda "niedbałość" była wynikiem starannego ułożenia pasm. Jak zwykle postawiła na naturalny makijaż, mający podkreślać jej urodę, a nie ją przeciążać czy - broń Merlinie - postarzać. RE: [1.06.1972] Take it off | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 07.07.2024 Oczywistym było, żeby zakupić stroje wyjściowe na wesele Blacków, wypadałoby te zakupy zrobić u Rosiera. Jednakże Camille, na jednym z wiadomości listownych, zaproponowała innego projektanta. O ile nie do końca Laurence był do tej zmiany przekonany, postanowił tym razem zgodzić się na pewną odmianę i zaufać pannie Delacour. Nie ukrywał zaskoczenia, że zaplanowane miejsce spotkania miało odbyć się w Domu Mody, znajdującego w Niemagicznej części Londynu. Sam siebie musiał mocno przekonywać, że to tylko jeden raz, jak się na to zgadza. Oby nie zawiódł się tym, co tam zobaczy. Termin spotkania został wybrany z odbywającym się wydarzeniem Lammas. I najpewniej mogli spotkać się w Domu Mody dopiero w godzinach popołudniowych. Laurence postarał się tego dnia zakończyć pracę zgodnie z grafikiem, nie mając pojęcia, że tego dnia, na kiermaszu dojdzie do sytuacji wymagających interwencji uzdrowicieli. Nie otrzymał pisma, w którym zawarta byłaby prośba o obstawienie wydarzenia uzdrowicielami. Być może inny zastępca takowy otrzymał, albo poszło bezpośrednio na biurko Szefa Departamentu. Ewentualnie, uzgodnienia poszły ze Szpitalem Św. Munga. A skoro nie przypadło mu na ten dzień więcej obowiązków, mógł spokojnie umówić się z Camille w wyznaczonym miejscu i godzinie. Umówili się, że spotkają na miejscu. A on, jeżeli będzie przed czasem, poczeka przy wejściu. Tak więc zjawił się ubrany w beżowe spodnie i białą koszulę z krótkim rękawem, rozpiętą pod szyją. Stać go było na posiadanie odzieży prosto od Rosiera i jako Lestrange, odpowiednio się prezentował. Cierpliwie spoglądał na zegarek, wypatrując z każdej strony, w której mogłaby dołączyć do niego Camille. I wtedy ją dostrzegł. Zbliżała się. Posłał jej uprzejmy uśmiech i jeżeli pozwoliła, przywitał ją ucałowaniem w policzek. - Pięknie wyglądasz.Pochwalił, zarzucił komplementem, gdyż większość kobiet to uwielbiała. Podnosiło to im prestiż. RE: [1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Bard Beedle - 09.07.2024 Czy Camille podejrzewała, że Laurence mógłby mieć jakiekolwiek obiekcje? Cóż, w zasadzie to nie, bo była przyzwyczajona do tego, że dostawała to, co chciała. To, że jeszcze nie dostała Lestrange'a mężczyzna zawdzięczał tylko serii przypadków. I być może temu, że Camille sama nie wiedziała, czy go chce tak na własność, na wyłączność. Ale oczywistym było, że to tylko kwestia czasu, gdy się dowie. Być może dni, być może miesięcy: lecz w końcu podejmie decyzję, chociaż zdawało się, że teraz była wyjątkowo ostrożna w swoich kolejnych krokach. Najpewniej dlatego, że Laurence był dla niej po prostu wyjątkowy. I to nie tylko dlatego, że był inny od mężczyzn, których spotykała na swojej drodze - mu jako jedynemu udało się złamać jej serce. Gdy zbliżyła się do niego, na jej ustach pojawił się automatyczny uśmiech, którego nie potrafiłaby zamaskować, nawet gdyby chciała. Przy nim część jej barier opadała, kruszyły się bezpowrotnie, mimo że ona sama uparcie twierdziła, że ma nad wszystkim kontrolę. - Dziękuję - powiedziała cicho, pozwalając na muśnięcie swojego policzka. Drgnęła, gdy zorientowała się, że mimo upływu lat wciąż działa na nią zbyt mocno. - Ty również. Gdybyśmy byli przed Rosierem, zapewne wokół ciebie już ustawiałby się krąg spragnionych wdowca kobiet. Było w tym stwierdzeniu trochę goryczy, ale i prawdy oraz być może kwaśnej nuty. Wszystko to jednak, co powiedziała, było prawdziwe. Lestrange miał nazwisko, miał pozycję, miał wygląd, miał pieniądze, nie miał żony. Ród już przedłużył, był idealnym kandydatem dla o wiele młodszych niż Camille. - Wchodzimy? - zapytała, owijając swoją dłoń wokół jego przedramienia. To było w zasadzie pytanie retoryczne, bo nie było powodu, dla którego mieliby tu stać i czekać na nie wiadomo co. Sięgnęła więc do klamki i nacisnęła ją. Drzwi otworzyły się, ukazując im schludne, przyciemnione wnętrze. Nie było tu drobinek kurzu, za to czekały na nich przepiękne stroje. Wnętrze domu mody było dużo bardziej obszerne, niż można było wnioskować z zewnątrz. - Nie myślałeś chyba, że pozwolę ci ubrać garnitur od mugola? Zapytała rozbawiona, wchodząc do środka. Zadbała jednak o to, by jej głos był ściszony, tak by nikt poza Laurencem nie słyszał jej wypowiedzi. Gdy drzwi się za nimi zamknęły, Camille rozejrzała się. W środku nie było nikogo. Blondynka zmarszczyła brwi, ale nie wzbudziło w niej to podejrzeń. Podeszła lekkim krokiem do lady i nacisnęła dzwonek. - Mam nadzieję, że brak powitania oznacza, że właśnie kończy ostatnie poprawki mojej sukni - powiedziała cicho, przebierając palcami po solidnym drewnie. RE: [1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 11.07.2024 Ten jeden raz, pozwolił sobie na zmianę miejsca zakupu odzieży wyjściowej na uroczystość weselną. Zrobił to tylko i wyłącznie dla Camille. Jako gest kompromisu, jeżeli chciał odbudować relację między nimi. Pocieszył ją tymi o to słowami. Byłoby to jedyne wyjście z tej trudnej sytuacji, jeżeli faktycznie by do takiego zdarzenia doszło. Miał wszystko, kobietę próbował odzyskać tę, którą kochał. - Oczywiście. Zgodził się, pozwalając jej objąć swoje przedramię. Nie wyprzedzał, a pozwolił Camille samodzielnie otworzyć drzwi i przejść przez nie jako pierwszej. Sam wszedł za nią i zamknął drzwi. Rozejrzał się orientacyjnie, stojąc u jej boku. Słyszał jej słowa szeptu, co od razu przykuła jego uwagę. - Mam nadzieję, że nie… Zaufałem Ci. Gdyby dowiedział się, że ma mieć mugolski garnitur, musiałby niestety odmówić usługi i wrócić do Rosiera. Innej możliwości nie było. Wspomniał o zaufaniu, mając nadzieję, ze sama wiedziała doskonale co robi. Nie był zły, ale do tego tematu wolałby jednak podejść nieco poważniej. Zarejestrowana cisza była czymś zaskakującym. Żeby żadnego pracownika nie było na tak obszernej sali? Może faktycznie ktoś był na zapleczu kończąc projekt, tak jak pomyślała Camille. Również podszedł do lady i stanął obok, szukając ewentualnego wejścia na zaplecze.- Dzień dobry?! Odezwał się, chcąc może na nich zwrócić uwagę głosem, jeżeli wejście i dzwonek przy ladzie nie poskutkuje. Zmarszczył brwi, spojrzawszy na Camille. RE: [1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Bard Beedle - 17.07.2024 Czy zdążyłby się ewakuować? Czy chciałby tego, bo przecież wśród niego na pewno musiało krążyć wiele lepszych partii niż Camille Delacour, która być może i była czystej krwi, być może i była piękna, ale wciąż była wyłącznie uzdrowicielem. Czyżby to zazdrość przemawiała przez kobietę? A może gdzieś w głębi duszy Camille wcale nie była tak pewna siebie, jak pokazywała światu? Chociaż równie dobrze jej słowa o wianuszku wielbicielek nie musiały mieć żadnego podtekstu. - Ranisz mnie, Laurence. Uważasz, że byłabym do tego zdolna? - jedna z jej jasnych brwi uniosła się nieco, a w oczach odbiło się niezadowolenie. Zaufałem ci. A czyż ona nie zaufała mu, gdy oddała mu ciało i duszę, którą strzaskał wybierając aranżowane małżeństwo i płodząc potomka z kimś innym? Blondynka potrząsnęła głową, odpędzając te natrętne myśli. Wybaczyła mu, lecz czy zapomni? I jak ona by postąpiła, będąc na jego miejscu? Czyż nie tak samo, mimo że tak wciąż powtarzała, że płynie pod prąd? Nie zamierzała jednak ciągnąć tego tematu, chociaż kusiło. Cisza, która panowała w pomieszczeniu, była dojmująca i niosła ze sobą coś grobowego, nieprzyjemnego. Nie panował tu jednak nieprzyjemny fetor, nie było zaduchu. Było po prostu... Grobowo. Chłodno mimo pory roku. Gdy nacisnęła dzwonek, dźwięczny ton poniósł się i zgubił wśród materiałów, a zaraz tak samo zgubił się głos Lestrange'a. Odpowiedziała im, a jakże, cisza. - Być może mugol miałby więcej respektu - mruknęła ni to do mężczyzny, ni to do siebie, wyraźnie niezadowolona z faktu, że przyszło im czekać. Nie czekając więc dłużej, bo to uwłaczało jej godności, zrobiła kilka kroków w stronę jednej z kilku par drzwi, które były w sali. Jej obcasy stukały - niby spokojnie, lecz przypominało to ciszę przed burzą. Gdy miała naciskać klamkę, zza innych drzwi coś stuknęło. Wbrew oczekiwaniom jednak nikt zza nich nie wyszedł. Delacour spojrzała na swojego towarzysza, unosząc brwi. Dziwne to wszystko było, ale... Może ktoś potrzebował pomocy? RE: [1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 21.07.2024 - Oczywiście że nie.
Naprostował swoje słowa, zapewnił, że przecież nie miał w zamiarze dotykać i naruszać jej kobiecą dumę i inteligencję. Zaufał jej jak osoba, która drugą darzyła czystym uczuciem. Czy przyszedłby tutaj, gdyby uważał inaczej? Cisza panująca w tym lokalu była niepokojąca. Laurence zaczynał uważniej, ostrożniej i poważniej podchodzić do sytuacji. Na dźwięk dzwonka nie było żadnej reakcji. Na jego zawołanie, także. Ta cisza była niepokojąca. Wymienił spojrzenia z Camille i nie miał nic przeciwko temu, aby zajrzeli na zaplecze. Oboje są uzdrowicielami. Może pracownik tego miejsca zasnął, zasłabł? Warto sprawdzić. Kiedy Delacour postanowiła podejść do drzwi, Lestrange wyjął różdżkę, zapobiegawczo, zabezpieczająco. Zbliżywszy się do drzwi, nim Camille zdecydowała się dotknąć klamki, coś usłyszeli. Spojrzał na nią, również tym zdziwiony. Nie zastanawiając się dłużej, nacisnął klamkę i otworzył drzwi. Wszedł do środka pierwszy. Gdyby miał coś na niego wskoczyć czy zaatakować, by może zdążył się obronić mając różdżkę przed sobą. Z drugiej strony Camille będzie miała więcej czasu na zorientowanie się w sytuacji. Zaplecze stanowiło pracownię. Być może dużą. Znajdowało się sporo różnej wielkości manekinów, przystosowanych do ułatwienia szycia ubrań. Na najbliższym stole stała maszyna do szycia. Zatrzymana podczas swojej pracy, z utkwionym w niej materiale. Ktoś coś szył, ale nie dokończył swojej pracy. Jakby coś zmusiło go do przerwania jej. Krzesło było odsunięte. Po śladach na podłodze można byłoby stwierdzić, że wiele razy zmieniało swoje miejsce. Przesuwane. Zwyczajnie jak przy każdej pracy siedzącej. - Nikogo nie ma?Przeszedł większość pomieszczenia pracowni, ale żadnej żywej duszy. Ani martwej. To aż było zastanawiające, dlaczego drzwi do tego domu mody były otwarte? Swoje pytające spojrzenie utkwił w Camille. Umawiała się z projektantem. Czy to znaczy, że wyszedł w pośpiechu? Tylko skąd też ten zastanawiający dźwięk? RE: [1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Bard Beedle - 29.07.2024 Camille skinęła głową i również sięgnęła po swoją różdżkę. To, że była uzdrowicielką i to dość niską nawet w obcasach nie oznaczało, że nie potrafiła się bronić. Nie oznaczało to też, że nie pakowała się w kłopoty, lecz tym razem wspaniałomyślnie postanowiła zaufać Laurencowi i puścić go przodem. Pozwoliła mu otworzyć drzwi i wejść do pracowni, samej trzymając różdżkę w pogotowiu, na wypadek gdyby trzeba było mężczyźnie pomóc. Wślizgnęła się tuż za nim i nie zamykała drzwi. Rozglądała się czujnie, lecz... Była pusta. Blondynka zmarszczyła brwi. - Na to wygląda - powiedziała, opuszczając ostrożnie rękę z różdżką. Zrobiła kilka kroków w stronę maszyny, w której wciąż tkwił kawałek materiału. Był czarny, a obok na stole leżała bela z krwistoczerwoną tkaniną. Jej dłoń mimowolnie przesunęła się po materiale. Opuszki palców musnęły go niemal pieszczotliwie, a na twarzy Delacour wymalowało się zastanowienie. - Dziwne... Podobne kolory zażyczyłam sobie w swojej sukni. Czarna jak noc z zewnątrz, a od środka czerwona jak krew. Powiedziała cicho, unosząc głowę. Nic nie tłumaczyło jednak dźwięku, który usłyszeli. Czyżby ktoś się tutaj mimo wszystko krył? Ale... Nie miał gdzie. Nie było tu szaf, nie było schowków ani innych drzwi. Nagle poczuli przeraźliwe zimno, przeszywające ich chciała jak setki lodowatych szpilek. - Też to czujesz? - zapytała i gdyby nie fakt, że nie widziała tego, to dałaby sobie rękę uciąć, że jej oddech zaraz zamieniłby się w parę. - Nie podoba mi się tu, wyjdźmy. Zarządziła, lecz nim zdążyła się odwrócić, drzwi zatrzasnęły się z hukiem. RE: [1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 31.07.2024 Lestrange wiedział, że Delacour umiała się sama bronić. Była jedną z nielicznych czarownic z tak silną osobowością, jeżeli chodziło o sytuacje takiego pokroju. W końcu, kiedy pracowali razem w Szpitalu św. Munga, wielokrotnie musieli radzić sobie z trudnymi pacjentami. Szczególnie ona, ze względu na swoją specjalizację. Nie obawiał się o jej bezpieczeństwo, wiedząc, że gdyby jemu coś miało się stać, ona jego plecy ochroni. Gorzej, gdyby coś miało ją zaatakować od tyłu. Pomieszczenie wydawało się puste, pod względem braku innej żywej duszy poza nimi. Brak szaf, lecz sporo regałów z materiałami. Camille potwierdziła jego pytanie, również nie dostrzegając żywej osoby. - Skoro nikogo nie ma, dlaczego sklep jest otwarty?Zastanawiające pytanie, skierował do Camille, przenosząc w jej kierunku wzrok, widząc jak badała materiał. Ten, który utkwił w maszynie do szycia. To była jej suknia? - To chyba nie jest Twoja suknia. Trochę się zaniepokoił. Czas do wesela naglił, a ona nie miała swojej sukni. - Może Twoja jest skończona. I jest ... gdzieś tutaj? Rozejrzał się ponownie, ale na manekinach nie było sukni w kolorach, o jakich wspomniała Camille. Czy istniało tutaj jeszcze trzecie pomieszczenie? W nagłej chwili poczuł że temperatura tego pomieszczenia spada. Wrócił spojrzeniem na Delacour, kiwnięciem głowy potwierdzając. Robiło się dziwnie chłodno. A może nawet i zimno. Był tego samego zdania co towarzyszka. Wycofał się do niej, z zamiarem opuszczenia pomieszczenia, ale stanął za nią, kiedy dostrzegli, że drzwi się zamknęły. Wycelował różdżką w stronę drzwi, aby użyć najprostszego zaklęcia Alohomora. Szarpnął tym samym, ale nie puszczały. - Chyba utknęliśmy.Powiedział dość poważnie. A jego oddech był widoczny, para. - Czy ten sklep jest nawiedzony? Rzucił pytanie, podchodząc do Camille aby objąć ją ramieniem do siebie. Co się tutaj do diabła wyprawiało? Różdżkę wciąż trzymał w pogotowiu. Chwilę później, coś gdzieś przeleciało. Mogło im się wydawać, albo i nie. Jakby mignęło z prędkością światła. Przemknęło przez pomieszczenie od jednej ściany do drugiej. A następnie, obrało drogę prostopadłą, do poprzedniej. I zniknęło. RE: [1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Bard Beedle - 03.09.2024 - Nie mam pojęcia - odpowiedziała dość zdawkowo, bo przecież teraz zaczęło to do niej docierać. To wszystko nie miało sensu, nic nie trzymało się kupy. To, że Dom Mody był otwarty, a suknia - chyba jej - była niedokończona. Że teraz czuli to paskudne zimno, że nagle drzwi zamknęły się z łoskotem, a Laurence próbował je otworzyć i... NIC. - Było tu całkowicie normalnie jeszcze kilka dni temu. Owszem, projektant nie należał do najmłodszych, ale przecież nic nie wskazywało na to, że umrze. No i miał chyba wiele lat przed sobą... Powiedziała cicho, podchodząc do drzwi. Ostrożnie położyła dłoń na ramieniu Lestange'a. Gdy się odwrócił i ją objął ramieniem, instynktownie wcisnęła się w jego bok, jakby miała wrażenie, że tylko on jest w stanie ją ochronić. Bo owszem, była silna, była zaradna, była nieustępliwa ale nie oznaczało to, że nie odczuwała strachu. A patrząc na to, jak szybko temperatura w pomieszczeniu spadała i co tu się działo... To albo faktycznie ten sklep był nawiedzony, albo wpadli w jakąś wyjątkowo paskudną pułapkę. - Trzeba było wybrać Rosiera - powiedziała cicho, zaciskając szczupłe palce na rękojeści różdżki. Wypukłości w drewnie wbijały się w jej skórę przyjemnie, jakby przedmiot chciał ją zapewnić, że nie zawiedzie. Aż sapnęła, gdy zobaczyła światło, które przemknęło przez pomieszczenie. Jej oddech, podobnie jak oddech mężczyzny, zmieniał się w parę. Włoski na ciele podniosły się i Delacour nie była pewna, czy był to efekt zimna, czy też być może strachu. Bo bała się - widać to było po niej. Zbladła nawet, a że i tak była blada... - Pokaż się! - ludzie różnie reagują, gdy grozi im niebezpieczeństwo. Niektórzy panikują, niektórzy próbują uciekać a niektórzy stają do walki. Najwyraźniej Camille należała do tego ostatniego gatunku, bo wyciągnęła różdżkę i machnęła nią, chcąc ujawnić wszelkie istoty magiczne i nie, które mogłyby tu być. Rzut na rozproszenie [roll=Z] [roll=Z] RE: [1.08.1972] Take it off | Laurence, Camille - Laurence Lestrange - 07.09.2024 Po tej przygodzie, najpewniej już więcej nie będzie zmieniał sklepów odzieżowych na dziwne mugolskie domy mody. Gdyby miał te cudne zdolności przewidywania przyszłości, najpewniej odradziłby Camille wybierania tego miejsca. U Rosiera by szybko dokonali zakupu strojów na wesele. A tutaj? Ktoś nie pozwala im stąd wyjść. Było normalnie, ale już nie jest. Przynajmniej wiedział już, że wspomniany przez Delacour projektant, był już w swoim odpowiednim wieku. Ale czy na tyle , żeby nagle zniknąć? Czy co się tutaj dzieje? - Zdecydowanie.Potwierdził jej słowa. Obejmując ją ramieniem do siebie, aby choć odrobinę dać ciepło. Niewiele to im pomoże, ale może znajdą jakieś rozwiązanie problemu? Jak się wydostać? Wtedy towarzyszka postanowiła rzucić zaklęcie na ujawnienie się istoty, która robiła małe zamieszanie, przemieszczając się z prędkością światła. Nie przeszkadzał uzdrowicielce, ale sam był czujny. Jako że zaklęcie Camille podziałało, zrobiło się niespodziewanie cicho. Jakby zatrzymał się czas. W pewnej chwili, z końca sali coś się do nich zbliżało. Unosiło w powietrzu. Odpowiedź na ich pytania powinna rozwiać wszelkie wątpliwości. Laurence nie znał tej osoby, ale Camille, już tak. Postać była duchem, niedawno zmarłym. Nie opuściła tego świata. To projektant, który nie dokończył jej sukni, tkwiącej w maszynie do szycia. - Pani Delacour! Uniósł głowę i rozpoznał swoją klientkę. - Pani wybaczy! Suknia… Zaciął się. Kierując wzrok w stronę maszyny do szycia. Lewitując nad ziemią. Przecierając nerwowo swoje dłonie. Nie zdążył. Nie wyrobił się. Byli umówieni na przymiarkę. Na zakup. Ale ta suknia nie była zakończona. |