Secrets of London
[5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal (/showthread.php?tid=3516)

Strony: 1 2


[5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Anthony Shafiq - 01.07.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Anthony Shafiq - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty

—05/08/1972—
Anglia
Charlotte Kelly, Jonathan Selwyn, Morpheus Longbottom & Anthony Shafiq
[Obrazek: IPx7pNf.jpeg]

Je suis belle, ô mortels! comme un rêve de pierre,
Et mon sein, où chacun s'est meurtri tour à tour,
Est fait pour inspirer au poète un amour
Eternel et muet ainsi que la matière.

Je trône dans l'azur comme un sphinx incompris;
J'unis un coeur de neige à la blancheur des cygnes;
Je hais le mouvement qui déplace les lignes,
Et jamais je ne pleure et jamais je ne ris.



Zwykle nie pojawiali się na imprezach tego typu razem, ale ogród był przestronnym miejscem, gdzie spokojnie można było odnaleźć odrobinę prywatności dla siebie i swoich przyjaciół. Anthony już w burgundzie, przechadzał się niespiesznie żwirową alejką, paląc egipską cygaretkę.

– Aż dziw, że nie kazali nam się przebrać w te owłosione świnie zza morza. – Oczywiście, rozumiał miłość i uwielbienie do jakiś stworzeń, przecież sam był najlepszym tego przykładem. Tylko... jak można było kochać te chomiki, skoro można było kochać smoki? Tego nie mógł pojąć, w swoim życiu znalazłby tylko jeden, jedyny przypadek w którym preferował futro nad łuskę i też finalnie nie dotyczyło to zwierząt, a szeregu klątw, które mogły obejmować swoim działaniem najbliższe mu osoby.

– Czuję nasze nadchodzące urodziny na barkach. Chyba nie będę zostawał do końca – rzucił krótkie spojrzenie na Morpheusa, który taki lekko zmiękczony alkoholem i emocjami wydawał się być najodpowiedniejszym Morpheusem do prowadzenia poważnych rozmów. Nadszedł czas, powinien to zrobić i dziś był chyba dobry dzień. Jak tylko zdejmie z siebie ten piekielny czerwony.

– A jak Wam minął czas? Słyszałem te jęki na sali gdy weszliście razem. Twoja matka przestała oddychać na tak długo, że przez moment sądziłem, że nie dotrwa do tortu – podjął lekko, bardzo żałował, że nie mógł być gdzieś w okolicy. Oczywiście, mógł poprosić o wspomnienie któreś z nich, ale o ileż śmieszniej było słuchać jak para przynosi tą opowieść sama z siebie, okraszając ją odautorskim komentarzem.

Nagle zatrzymał się w miejscu i rozejrzał czujnie, zastygając w bezruchu z cygaretką dopiero w połowie wypaloną.
– Słyszeliście to? Coś jak walka...? Chłosta? – Weszli bardzo w głąb ogrodu, docierały do nich ledwie dźwięki muzyki przyjęcia, zza drzew widać było piętro i dach rezydencji, cóż w dobrym towarzystwie nogi same prowadziły, bardzo bezmyślnie, lecz cóż mogło im zagrozić, gdy byli we czwórkę, znowu razem? Anthony wskazał na gęste krzewy przesłaniające jakiś przeszklony budynek i westchnął.

– To raczej nie brzmi jak treningi cyrkowców. Sprawdzimy to czy wracamy? – zapytał nominalnie, wiedział bowiem jak cała czwórka lubi wsadzać swoje czterdziestoletnie nosy tak jakby mieli lat dopiero czternaście. W takim towarzystwie zbyt łatwo przychodziła druga, trzecia młodość.

Odkryj wiadomość pozafabularną
minimoodboard credits for Jonathan Selwyn
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=UIbRKL9.jpeg[/inny avek]


RE: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Morpheus Longbottom - 02.07.2024

Bierz przykład ze swojego wina, nie ze swoich rodziców. Im starsze, tym lepsze. — Płynnie przeniósł ciężar ciała z podpierania wyjścia do grodu do pionu. W jego ręce pusty kieliszek po winie, z którego chciał się ponownie napić, ale zrezygnowany stwierdził, że nic już w nim nie ma. Rozejrzał się za kelnerem, aby wymienić go na nowy, ale ku jego rozpaczy nie było również takowego, więc szybko przeskanował otoczenie, jakby na coś się czaił i wyrzucił szkło w krzaki, słysząc, jak to rozbija się o jakąś kamienną aranżację czy coś innego. Cóż. Szklane było, to się zbiło. Skąd miał wiedzieć, że nie są zaklęte na bycie nietłuczącą się zastawą. Zaśmiał się gorzko z tego dźwięku. Był żałosny.

Chłosta? Głodnemu chleb na myśli? — Morpheus sugestywnie poruszył brwiami. — Pewnie któryś z gości zaplątał się w róże jako ten... To chyba jakiś rodzaj świnki morskiej? Chętnie popatrzę na tę żenadę. Może to ktoś, kogo nie lubię.

Morpheus może i wyglądał nadal pięknie, z tiarą na swoim miejscu, lśniącą w zapadającym mroku i elegancką szatą, krwistą raną na sercu, ale był też pijany. Miał wytrzeźwieć za jakąś godzinę, może mniej, zawsze miał szybki metabolizm, ale definitywnie nie żałował sobie alkoholu. Ciekawe dlaczego.

Albo przyłapiemy kogoś na mizianiu się w krzakach. Będziemy sprzedawać myślodsiewnię do magazynów plotkarskich. — Nieszczególnie prosto podjął kroki w stronę domniemanych odgłosów, których on nawet nie zauważył. Potknął się jednak o jakieś dziwne pnącza na dróżce. Co to było? A kogo to obchodzi, Morpheus miał już doświadczenia z dziwnymi, przerośniętymi roślinami, więc przestawały robić na nim wrażenie. Korzenie, jak korzenie, byli w ogrodzie.

Zwykle to Jonathan pędził na łeb na szyję, ale Morpheus miał po prostu ochotę umrzeć, więc jeśli nadarzy się jakaś magiczna okazja, aby ukrócić jego cierpienie, niechaj będą to różane macki. Może Vakelowi się spodoba na tyle, że nastąpi... Nie dokończył myśli. Miłość głupia, miłość zła, nie miała władzy nad nim, przecież, że nie. Jaki kamień, taki cios, a to był naostrzony diament na złotej strzale Apollina. Prosto w serce Hiacynta, tym razem bez spisków Zefira.




RE: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Charlotte Kelly - 04.07.2024

- Planowałam doprowadzić ją do zawału, niestety, poniosłam sromotną porażkę. I przegapiłam świnie zza morza, chyba że mówisz o swojej uroczej partnerce? - spytała Charlotte, idącą ścieżką ze swoją zdobyczą w rękach: bajecznie drogim, francuskim olejkiem do kąpieli o zapachu konwalii. - Drinki za to smakowały całkiem dobrze, chociaż po jednym mówiłam od tyłu. Można by podać go naszemu szefowi, myślę, że mówi tak niezrozumiale, że i tak nikt nie zauważyłby różnicy.
Wpadła na swoich przyjaciół już w ogrodzie, gdzie rzuciła ją magiczną czkawka. Po odwiedzinach w łazience, sowiarni i koło tortu wylądowała tutaj I postanowiła usiąść oraz pokontemplować okolicę, bo nie zamierzała wysilać się na powrót do sali, gdyby kolejne czknięcie miało wrzucić ją na jakiś dach.
Przyjęła ten fenomen ze spokojem kogoś, kto w ciemnościach Komnaty Śmierci oglądał znacznie dziwniejsze rzeczy. I uznała, że warto było, ten olejek przecież jak nic wart był jakieś dziesięć galeonów za butelkę, prawdziwy majątek, a przecież nie będzie zakradała się do prywatnej łazienki, by go oddać. Nie jej wina, że wpadł jej w ręce.

Zmarszczyła lekko nosek, kiedy ich uszu dobiegły jakieś dźwięki, a chłopcy oczywiście postanowili to sprawdzić.
Charlotte westchnęła cierpiętniczo.
Krukońska ciekawość i gryfońska porywczość, oczywiście, że chcieli to sprawdzić. Gdyby Kelly spodziewała się tam jakiegoś ducha, ciekawego fenomenu magicznego, też by poszła, ale wątpiła, by w ogrodzie Blacków znajdowało się coś, co może ją zainteresować. Prędzej ktoś kogoś bić, co absolutnie jej nie interesowało, niech się biją, bójki dziś wyrastały jak na drożdżach, sama miała ochotę iść oblać Vakela winem (I całą siłę woli wkładała w trzymanie języka za zębami, bo nie wypytywanie Longbottoma). Albo zabawiał w krzakach, to też nic jej nie... Ach zaraz, może ktoś zabawiał się z kimś, z kim nie powinien i będzie go można tym szantażować?
Trochę chętniej ruszyła między krzewy róż za Anthonym i Morpheusem, a potem jej brwi powędrowały do góry.
- Za dużo wypiłam, czy ten krzew biega?


RE: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Jonathan Selwyn - 05.07.2024

Wiecie, jestem trochę rozczarowany, że te drinki jakoś nieszczegolnie na mnie działały. Naprawdę czułem się tak, jak zazwyczaj– powiedział, idąc nieśpiesznym krokiem wraz z resztą. Kiedy jeszcze się nie spotkali ponownie, myślał że od razu wypyta ich wszystkich o to czemu niektórzy postanowili nagle znikać, wkurzać amerykańską ambasadorki, czy też rozmawiać pewnymi osobami, ale teraz gdy nadarzyła się okazja... Jakoś nie czuł, że to dobry pomysł, zwłaszcza widząc nieco nierówny krok Morpheusa i ogólne zachowanie wieszcza, którego, gdy zbił kieliszek, po prostu poklepał po plecach.
Chłosta? – spytał z zaciekawieniem, unosząc jedną brew do góry, a potem lekko parsknął na słowa Longbottoma. – Sugerujesz, że powinienem mu załatwić wyjazd służbowy z wiązaniem?
Tak, żarty o chłostach i wiązaniu. Idealne dla, jeszcze nie, czterdziestotrzyletnich czarodziejów, z których jeden z nich bardzo próbował ignorować wszechobecność róż w ogrodzie. Paskudne, przereklamowane chwasty o duszącym zapachu, które najpierw wabiły swoim pięknem, by potem kłuć i strzelać fochy, nieświadome tego, jak bardzo raniły tych, którzy ich dotkneli. Aż mu się zrobiło od tej przytłaczającej woni niedobrze, ale dzielnie udawał, że wcale nie miał toksycznej relacji z kwiatkami. Kwiatkami i tym kogo dla niego symbolizowały.
Oczywiście ruszył za nimi, nie zamierzając dać się pchać im samym w głupoty. I wtedy krzak róż postanowił się poruszyć. Zareagował odruchowo, insynktownie chwytając za rękę Charlotte, obok której akurat stanął. Selwyn w obronnym geście pociągnął czarownicę nieco do tyłu, samemu występując przed nią z różdżką w pogotowiu. A gdy zorientował się, jak głupio to pewnie wyglądało, szybko puścił jej dłoń.
– [b]Sprawdzę to. Poczekajcie tutaj/b] – rzucił do nich I ruszył w stronę szklarni, tak by wyminąć nawet Morpheusa.


RE: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Anthony Shafiq - 08.07.2024

– To są jakiekolwiek inne wyjazdy służbowe? Widać Jonathan, że za rzadko na nie jeździsz – rzucił lekko, choć niepokój udzielił się i niemu. Wiedział jednak, że nie powinien okazywać strachu, nawet jeśli zdecydowanie w przymiotach swojego charakteru nie był ani wojownikiem ani przywódcą. On tylko i aż znał się na ludziach, na ich pragnieniach i bolączkach. Jonathan zaś zachowywał się... dziwnie. Anthony wyciągnął różdżkę i - o zgrozo, czy rzeczywiście to widzieli, czy im się tylko przewidziało? - podbiegł ku Selwynowi, by stanąć u jego boku.

Z rosnącym niepokojem zauważyli obaj wypełzające ze szklarni krzaczki kwiatów.
– Charlie masz racje! One... one chodzą... – Dźwięk chłostania był coraz intensywniejszy, zwielokrotniony, jakby już nie jeden czy dwa baty smagały powietrze, a kilkanaście co najmniej! Przełknął ślinę, gdy Selwyn uchylił drzwi.

W środku był roślinny demon.

– Morpheus, to znowu jakiś chwast! – krzyknął do przyjaciół, którzy pewnie już zrównali się z nimi i tłoczyli przy drzwiach. Roślina była monstrualna. Gigantyczny pyszniący się czernią czerwienią kwiat był centrum wijących się pnączy, które skrobotały wściekle o szklane ściany. Nawet z odległości widzieli śmiercionośne kolce, lśniące ostrymi czubkami gotowymi by zagłębić się w ich gardłach.

Nagle... kwiat zwrócił ku nim swoje przerażające oblicze, zapach strachu mieszał się z wszechobecnym dusznym i wilgotnym zapachem róż.

– To może... to może chodźmy stąd. Ta róża raczej stąd nie... nie wyjdzie. – Zaproponował Anthony łapiąc za bark Jonathana i próbując go nakłonić do zawrócenia. Czy było to możliwe? Gryfoni bardzo serio podchodzili do odwagi, którą wmawiała im zawszona tiara przydziału, gdy mieli jedenaście lat. Dobre do warunkowania protektorów społeczności. Złe dla zastępców szefów jednego z biur departamentu zajmującego się głównie dokumentacją. Bardzo złe.
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=UIbRKL9.jpeg[/inny avek]


RE: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Morpheus Longbottom - 17.07.2024

Rozmowy przepływały przez niego, jak woda pomiędzy kamieniami w potoku, płynnie, ochlapując go swoimi cząsteczkami, złączając w rytm strumienia, ale ostatecznie pozostając inną materią, anwet jeżeli na początku wybił się do przodu, swoją dwojaką naturą Gryfona o kruczych skrzydłach. Zabawne, że miał lęk wysokości, gdy w jego życiu było tyle ptasich symboli. Orły, kruki, kukułki. Nawet jeżeli parł do przodu, z łatwością dwójka przyjaciół wyminęła go, nie spieszył się, rażony nagłą myślą, której mieć nie chciał. A wystarczy przejść przez lustro i wszystko zniknie. Co?

Co oni mówili o lustrze? Nie, nie mało to znaczenia przecież. Tak samo jak drugie małżeństwo Dolohova, jego blond Anneleigh, tak samo jak ciemnowłosy asystent. Mogli pieprzyć się w trójkącie i brać ją na dwa baty jeśli mieli taką ochotę, przecież nic mu do tego. Alkohol jednak nie znieczulił go, wręcz przeciwnie, zgnieciony żołądek doskwierał mu bardzo mocno. Na szczęście jednak to nie była żadna para, która uznała, że potrzebuje chwili wytchnienia dla spragnionych lędźwi, ani nikt, kogo imię zaczynało się na V, a kończyło na akel, razem z asystentem. Zwłaszcza w ostatnim przypadku procenty i złość mógłby zaskutkować pytaniem czy może się przyłączyć.

Blady, chociaż przez wieczorne powietrze i informacje od przyjaciół, przetrzeźwiały, przyjrzał się roślinie. Znów te chwasty.... Ciekawość nie była w nim już tak silna, ale połączył kropki, zaś grube gałęzie prowadzące od matki do sali balowej potwierdziły jego przepuszczenia. Cały czas było w towarzystwie rośliny, tylko obecnie dojrzeli jej centrum.

Trochę groteskowa ta dekoracja — stwierdził, patrząc na roślinę, która zdecydowanie nie miałam pokojowych zamiarów wobec czwórki weselnych gości. — Kiedy mówiłem, że macie mnie pochować na łożu z róży nie to miałem na myśli i to było bardzo dawno temu. Teraz bym wybrał inny ryt funeralny, związany z całopaleniem. Chodźcie, roślinka chyba...

Wtedy roślina chłosnęła Jonathana jednym ze swoich kolczastych pnączy, zakończonych girlandami czerwonych róż.


Atak róży na Jonathana.
[roll=1d100]



RE: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Charlotte Kelly - 17.07.2024

– To miłe, że tak się troszczysz o kwiatki, ale nie zepsuję Blackom ogrodu – zapewniła Charlotte, gdy została przez Jonathana rycersko pociągnięta w tył i osłonięta, jakby była bezbronną niewiastą. W istocie Kelly nie była może najpotężniejszą czarodziejką nie tylko w Anglii, ale nawet w tym ogrodzie – i nie była na pewno jakoś szczególnie wprawiona w sztukach walki. Ale wrodzony brak skrupułów i nabyty brak zahamowań sprawiały, że stawała się dość trudną przeciwniczką. Większość ludzi – może poza zagorzałymi zwolennikami Voldemorta – starała się w walce jednak nie wyrządzić za dużej krzywdy.
Inna sprawa, że ona nie zamierzała walczyć w tym ogrodzie. Nie widziała powodu do zawracania sobie głowy, nawet jeżeli ktoś inny miałby ucierpieć, jak długo nie ucierpiała ona i jej przyjaciele. Może powiadomiłaby obsługę, tak w ramach bycia dobrze funkcjonującym członkiem społeczeństwa, ale to wszystko.
Oczywiście – tak by było, gdyby nie to, że Jonathan wypór do przodu.
– A wy gdzie? Nie nasza chłosta, nie nasze biegające kwiaty, nie nasz i… och, na litość bogów podziemi, co za cholerny Gryfon – stwierdziła z irytacją, ruszając za nimi, bo przecież nie mogła zostawić tej trójki samych. Jonathan był zbyt porywczy, Morpheus nazbyt skłonny do szukania ucieczki przed samym sobą, a Anthony za delikatny, żeby spuszczać ich z oczu w takiej chwili.
Na całe szczęście, na obcasach była dość wysoka, aby zauważyć, co takiego kryło się w szklarni.
I że to coś na dzień dobry zaatakowało Jonathana.
– Johny, nie – syknęła Charlotte, wcale nie chodziło jej w tej chwili o „nie daj się walnąć tej paskudnej roślinie”, a „nie, nie atakuj jej, wyjdźmy stąd po prostu, jeśli Blackowie z jakichś powodów chcą trzymać roślinnego demona w starej szklarni, to nie powinniśmy się w to wtrącać, rody czystej krwi już tak mają, jestem pewna, że Rookwoodowie trzymają w piwnicy jakiegoś wielkiego ogórka, i nawet nie chcę się zastanawiać, co za miłymi uśmiechami ukrywają Longbottomowie”. Jednocześnie chwyciła różdżkę (wcześniej szybko przekładając olejek do kąpieli do lewej ręki) i uniosła ją, chcąc otoczyć ich tarczą.
[roll=PO]


RE: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Jonathan Selwyn - 17.07.2024

Jakże milej byłoby sobie teraz rozmawiać o dziwnych wyjazdach służbowych, chłostać i odpowiedzieć w jakiś żartobliwy sposób na komentarz Anthony'ego.
Oczywiście nie wyobrażał sobie innego scenariusza, niż taki w którym idzie i sprawdza co tam się właściwie działo niepomny na komentarze Charlotte o cholernych Gryfonach, czy, gdy już otworzyli drzwi, prośby Shafiqa, aby jak najszybciej stąd wyszli.
A pomimo tej odwagi, czuł jak nogi się niemal pod nim ugieły.
To było wielkie różane minstrum. Wielkie cholerne różane monstrum, które śmiała chłostać wszystko co stanęło mu na drodze. Nie, inaczej, które śmiało stanąć jemu na drodze. Wziął głęboki oddech i spróbował zebrać w sobie całą odwagę, aby rzeczywiście nie dać się pociągnąć dłoniom Anthony'ego do tyłu.
Morphy – powiedział ciszej, niż planował, wciąż jednak starając się zachować pozory lekkości ducha. Morpheus chyba tego wieczoru lekko im się zepsuł i zdecydowanie powinni go ogarnąć, ale może nie tutaj i nie teraz, bo wątpił, czy taka chłosta pomoże przyjacielowi. Zaraz... Przecież on powiedział, aby za nim nie szli! Czemu za nim poszli?! – Może nie planujmy dzisiaj żadnych pogrze–
Chłost.
Ten chwast próbował go uderzyć!
AF na unik
[roll=O]

Uskoczył, oczywiście, że uskoczył, był przecież pełny gracji. Szkoda tylko, że o ile był w stanie uniknąć ataku fizycznego, tego psychicznego już nie za bardzo.
Coś w agresji kwiatowej bestii na jego osobę, przywołało wspomnienia, o których strasznie nie chciał myśleć. Skąpana czerwienią róża biła wściekle o szyby. Ten potwór próbował go zaatakować. Ten potwór spróbuje zaatakować jego bliskich. Czuł, jak z nerwów kręci mu się w głowie, a oczy przestały zwracać uwagę na cokolwiek więcej, poza znajdującą się w centrum szklarni roślinką. I jeszcze ten zapach. Ten słodko-zgniły zapach, od którego go mdliło. Jak on nienawidził róż. I niech róże to wiedzą.
Incendio! – krzyknął próbując trafić w samą głowę potwora ogniem. A niech to wszystko płonie w cholerę!

Kształtowanie
[roll=N]


RE: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Anthony Shafiq - 19.07.2024

Bunt żywiołów trwał w najlepsze.

Wielkie przerośnięte gówno, które próbowało ich zgnieść u Abbotów, a teraz to dziwaczne różane monstrum, które zdawało się być rozumną istotą. Rozumną istotą pragnącą ich krzywdy w dodatku, wszak nic nie zrobili chwastowi, a ten zaatakował pierwszy.

Mieli się wycofać. Powinni na siebie uważać. Powinni uważać na swoją reputację, oni – stateczni i szanowani polityce wespół z dwójką wybitnych naukowców Komnaty Tajemnic. Powinni.

Anthony przeżywał jednak teraz swoją drugą młodość, czy może nawet pierwszą, bo w Hogwarcie nie da się ukryć, że pozjadał wszelkie rozumy i zachowywał się nad wyraz dojrzale jak na swój wiek. Teraz jednak jego ciało wypełniała magia koktajlu hormonalnego złożonego z fenyloetyloaminy, noroadrenaliny, dopaminy i serotoniny. Więc teraz zamiast się przejmować i zachowywać jak dorosła i ostrożna osoba, gwizdnął z aprobatą na widok uskakującego Jonathana, niepomny na jego zacięty wyraz twarzy. A potem Selwyn przyjął postawę bojową i chlasnął w potwora płomieniem, co wywołało u Anthony'ego niekontrolowaną absolutnie salwę śmiechu - mieszaniny ulgi i ekscytacji, reakcją na zagrożenie, które finalnie okazało się wyborną zabawą. Jeźdźcy apokalipsy. Wypadałoby sprowadzić na ziemię chociaż trochę chaosu, jeśli tak zamierzali nadal się tytułować.

Dodajmy, że nie martwił się o to, że spalą kogoś postronnego. W tej szklarni z pewnością nikt nie przeżyłby spotkania z różą.

– Incendio! – dołączył do szerzenia pożogi, choć wciąż chichotał, możliwym więc było całkiem, że zaklęcie nie pójdzie po jego myśli, nawet jeśli smocze serce znajdujące się w trzonie jego różdżki aż śpiewało z możliwości uwolnienia swojego potencjału, swojej destrukcyjnej natury.

Kształtowanie II na magiczny ogień

[roll=N]
[roll=N]
[inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=UIbRKL9.jpeg[/inny avek]


RE: [5.08 | The Four Horseman] Black Wedding: Les Fleurs du mal - Morpheus Longbottom - 21.07.2024

Jonathan, nie! — unisono z Charlotte zabrzmiało drugie, słabsze i pijane zaprzeczenie sytuacji przez Longbottoma. Brzmiało jednak bez przekonania, bo był tylko jeden scenariusz w przyszłości, w którym całość nie kończy się walką z rośliną i to scenariusz w którym któreś z nich uderza go zaklęciem otumaniającym. Coś mu podpowiadało, a on słuchał przeczucia, że to mogłoby skończyć się tylko rzucanymi zaklęciami na oślep, co było jeszcze gorsze.

Biorąc pod uwagę to, jak bardzo Antoniusz kochał smoki, nic dziwnego, że jego przyjaciele mieli w sobie tyle ognia, dominium tego żywiołu. Nic dziwnego, że ognisty oddech Jonathana już w szkole przyprawiał go o przyjemne ciarki. To był moment, gdy ogień świecy zmieniał się w pożar. Zaklęcie Slewyna zajęło trzon rośliny, ale wilgoć nie pozwalała mu się aż tak mocno rozprzestrzenić, aby kolekcjoner smoków rozwinął skrzydła swojej metaforycznej postaci i rozpalił jeszcze bardziej żar w szklarni.

Roślina zaczęła wić się w agonii, dookoła smagały różane bicze, trzaskające na oślep. Doniczki i podwyższone stanowiska z roszadami szły w puch, hałas mógł w każdej chwili kogoś zawezwać. Był też ten dźwięk, jakby krzyczały słabe mandragory, piskliwie, chórem obumierania i rzeczywiście, róże dookoła nich, tak jak płonęła Matka, tak i one umierały. Chociaż nie mogli tego widzieć, umierały i dalej, w ogrodzie i w sali balowej.

Morpheus stał z tyłu, wyprzedzony przez Charlotte i chłopców (bo widział ich troje znów jako nastolatków w hogwarckiej czerni, nie w eleganckich ubraniach wyjściowych), alkohol bardzo szybko parował z niego, serce wyjątkowo biło szybciej z ekscytacji, od adrenaliny, kortyzolu, a nie od wewnętrznego dramatu.


Percepcja (PO): Jasnowidzenie
[roll=PO]

Atak rośliny na Charlotte
[roll=1d100]
Systemy przeciwpożarowe
[roll=1d100]

Macka atakująca Charlotte odbiła się tylko od stworzonej przez nią bariery, osunęła się na ziemię i tam próbowała dalej wić. Róża płonęła, a magiczne systemy ochrony roślin nie dawały sobie rady z ilością ognia, która została stworzona przez obu czarodziejów. Wilgotna spalenizna, biały dym z pary i roślin, buchał im w twarze, a róża słabła. Ostatnie tango, ostatnie kuszenie dla Jonathana. A przecież róże powinny kojarzyć mu się z zimnem, a nie ciepłem. Wszystko inne jednak się zgadzało. Biały tuman, mglisty, zasnuwający świat i zapach płonących róż.

Musicie robić taki rejwach? — wysyczał Morpheus.