![]() |
|
[10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +---- Dział: Lake District (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=150) +---- Wątek: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty (/showthread.php?tid=3527) Strony:
1
2
|
[10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Brenna Longbottom - 03.07.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic V Rozliczono - Basilius Prewett - osiągnięcie Piszę, więc jestem Las znów był zwykłym lasem. Spowijająca go czerń, niewidoczna gołym okiem, ulotniła się w chwili, w której czaszka została wydobyta z ruin kapliczki. Pozostał tylko fiolet, niewidoczny dla oczu Brenny, echa pradawnego zaklęcia, ofiary, miłości i bezlitosności. Roberts był martwy, podobnie jak kilku mugoli, których szczątki znaleziono w podziemiach, i którzy powrócili pod postacią nieumarłych. Brenna więc w ciągu tej pierwszej godziny po wyjściu z lasu najpierw dorwała pierwszą lepszą osobę, by spytać, jaki jest bilans strat – i dowiedziawszy się, że zginął tylko nieszczęsny mąż Tary Roberts, aż musiała sobie usiąść, bo jakoś z tej ulgi nie mogła ustać. Wiedziała, że popełniła błąd wchodząc w las, ale przynajmniej tym razem ten błąd nie miał tak katastrofalnych efektów. Żałowała Roberta, ale jemu nie zdążyłaby pomóc, a gdyby zginął ktoś jeszcze, zwłaszcza gdyby Basilius, Isaac, Millie, Morpheus albo Erik nie wyszli z tego cało, nie wybaczyłaby sobie do końca życia. Potem była już zajęta robieniem tych wszystkich rzeczy, którymi zwykle zajmują się funkcjonariusze, kiedy okazuje się, że doszło do czarnomagicznej aktywności, odkryto wiele ciał i spisek mający na celu wywołanie wojny międzygatunkowej. Kiedy wpadła na Basiliusa była cholernie wykończona, chyba nawet bardziej psychicznie niż fizycznie. Tej nocy nie spała, poprzedniej wprawdzie owszem, i to bardzo długo, ale przed tamtą nocą miała za sobą wizytę na przeklętej wyspie, a jeszcze wcześniej urodziny Millie. Wbrew rozumowi wciąż też martwiła się o Patricka i Atreusa, którzy teleportowali się do Ministerstwa: czy wpływ tamtego miejsca na pewno nie odcisnął na nich głębszego piętna niż mogłoby się wydawać? Ale nie tylko ona była w Windermere zmęczona, naprawdę więc nie mogła narzekać. Dlatego uśmiechnęła się do Prewetta pogodnie, jakby nigdy nic, kiedy go dostrzegła w pobliżu jeziora – nie tak dawno zatrutego i pełnego wściekłych trytonów… – Dałeś się wciągnąć pod ziemię, i to ja jestem przeklęta, co? – spytała. Nie wyglądała specjalnie tragicznie: ubranie miała brudne, spodnie na kolanach rozerwane, a dłonie poobcierane, ale Sebastian i Pereginus w wybuchu energii oberwali znacznie mocniej od niej. Zmierzyła Basiliusa uważnym spojrzeniem, ale wyglądało na to, że chociaż on też został trochę sponiewierany, to nie był ranny. – Chyba nie powiesz mi, że dziesiąty też liczy się jako dziwna data? RE: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Basilius Prewett - 03.07.2024 To był naprawdę bardzo męczący urlop. Zwłaszcza ta jego część, w której korzenie zawlokły go pod ziemię. I pomyśleć, że jego magimedyk śmiał twierdzić, że to Londyn przyprawia więcej nerwów, niż spokojny las z malowniczym jeziorem. Gdy już wygrzebali się z tej przeklętej dziury, poczuł jak naprawdę ogarnia go zmęczenie i chociaż bardzo chciał pomóc w opatrywaniu rannych to ktoś, widząc jak pobladł po prostu kazał mu iść odpocząć, a on uznał, że w sumie i on czasem może się posłuchać uzdrowicieli. Tylko, że paradoksalnie ciężko było mu odpocząć, gdy tyle się działo w okół niego, a on nie miał jeszcze pewności, czy wszyscy byli w dobrym stanie zarówno fizycznym, jak i psychicznym. Przebrał się więc tylko, tak by nie wyglądać, jak ktoś kto świeżo co tarzał się w ziemi, wypił eliksiru na wzmocnienie, a jeden znajomy uzdrowiciel (kuzyn pani Poppy) był na tyle miły, że wreczył mu brzydki kubek pełen czarnej kawy na rozbudzenie i tak teraz chodził nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić, nie czując się ani fizycznie na tyle dobrze, by wykonywać swoją pracę, ani na tyle dobrze psychicznie, by po prostu zasnąć i nie wstawać do rana. Wreszcie zawędrował nad jezioro i ubrany wakacyjnie w jeansy i koszulę w kratę z głupim naczyniem w dłoni i jako tako ogarniętymi falami na włosach po prostu patrzył się w wodę z taktycznej odległości. Nawet jeśli nie wychodziły z nich trytony (Trytony! Zniknęli na chwilę pod ziemią, a tu pojawiły się trytony!), to i tak nie przepadał za większymi zbiornikami wodnymi, niż wanna. – Wiesz, korzenie nie za bardzo postawiły mnie w pozycji do negocjacji – powiedział, odwracając się w stronę Brenny z wyjątkowo szerokim uśmiechem, jak na jej widok. Już wiedział wcześniej, że Longbottom nic nie było, ale jednak dobrze było zobaczyć ją żywą na własne oczy. Oczywiście nie przeszkadzało mu to w obrzuceniu jej badawczym spojrzeniem. Rzeczywiście nie wyglądała na umierającą. Sam Basilius również nie prezentował się tragicznie, zwłaszcza że miał czas jako tako doprowadzić się do porządku, może jedynie był niećo bardziej blady i zmęczony, niż zazwyczaj. Westchnął ciężko na jej kolejne słowa. – Nie, nie powiem. Jesteś cała? Ktoś już zajął się twoimi dłońmi? Powinnaś iść odpocząć. RE: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Brenna Longbottom - 04.07.2024 Przez ułamek sekundy miała ochotę wyjaśnić, że las odciął ich ścianą z roślin – że gdyby zaatakowali, mogłyby się bardziej wściec, a Sebastian twierdził, że źródło tego wszystkiego leży w głębi kniei, i wiele wskazywało na to, że albo tam szybko dotrą, albo sytuacja tylko eskaluje. Nie zrobiła tego jednak. Czego nie miałaby na swoje usprawiedliwienie, prawda była taka, że nie próbowała ich spod tej ziemi wyciągnąć, pobiegniecie w las okazało się głupim błędem, bo owszem, źródło czarnej magii kryło się w ruinach, ale żadne z nich nie było tam potrzebne, a on oczywiście powiedziałaby, że wszystko w porządku, bo był Basilusem Prewettem. Przeprosiny czy wyjaśnienia byłyby tylko na jej użytek i niczego by nie zmieniły. – Jestem pewna, że udałoby ci się z nimi dogadać, gdybyś się postarał – oświadczyła, mając przez moment ochotę schować ręce za siebie, gestem małej dziewczynki, przyłapanej na tym, że na pewno ukradła ciasteczka, bo palce ma całe w czekoladzie. Przed tym jednak też zdołała się powstrzymać, bo w końcu była dorosła. – To tylko trochę skaleczeń, poza tym nie mam po czym, ja nie włóczyłam się pod ziemią, walcząc z roślinami i ratując zagubionych historyków magii – powiedziała bez mrugnięcia okiem, ale potem usiadła wprost na wilgotnej trawie. To liczyło się przecież jako odpoczywanie i to takie na łonie natury, słońce przyświeca, ale tak nie za mocno, żadnych szans na udar czy odwodnienie, jezioro tuż obok, świeże powietrze, w oddali szumiący las, co nie tak dawno temu próbował ich pozabijać. – To miło, że wyszliście stamtąd żywi i to jeszcze z Bagshotem. – Szkoda, że Roberts nie miał takiego szczęścia. Ale teraz, przynajmniej, Windermere znów stanie się bezpieczne: nie będzie więcej nieumarłych, włóczących się po lesie, ludzi znikających, ponieważ zapragnęli zwiedzić ruiny miejscowej kaplicy. – A tak w ogóle, to fajny kubek, kiedy go kupiłeś? W Carlise? Zupełnie przegapiłam, że takie mieli. Ja mam tylko tę figurkę pani jeziora, o i to. Wysunęła z kieszeni podniszczoną bransoletkę, wygrzebaną z popiołów i przesunęła ją między palcami. Wiedziała, że nie może należeć do Triony: byłaby zbyt stara, aby mogła trafić na stos. Nie rozumiała zbytnio, dlaczego uruchomiła widmowidzenie, ale magia w Windermere działała w nieprzewidywany sposób. RE: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Basilius Prewett - 05.07.2024 Basilius naprawdę pod żadnym pozorem nie oczekiwał od niej jakichkolwiek przeprosin. Bo za co? Że las ich rozdzielił od siebie, a ostatecznie i tak wszystko skończyło się dobrze? Zaśmiał się cicho. – Wiesz, udało mi się odwieźć Isaaca od dźgania ich różdżką i zapalenia papierosa pod ziemię, a to chyba było trudniejsze, niż rozmowa z korzeniami, więc może masz racje. – Na Matkę. To wszystko brzmiało tak abstrakcyjnie, aż dziwnie było pomyśleć, że wydarzyło się dzisiejszego dnia. Popatrzył na nią. Popatrzył na jej dłonie, a potem znowu na nią. – Czyli nikt się nimi nie zajął – podsumował, siadając na trawie za jej przykładem i Longbottom już mogła być pewna, że nie odpuści, zanim się im nie przyjrzy.– Brenno z całym szacunkiem, ale to nie była luźna sugestia. Jesteś zmęczona. Musisz odpocząć. Basilius też naprawdę się cieszył, że wyszli stamtąd cali i to jeszcze z Bagshotem. – To Millie i Penny go znalazły. My tylko pomagaliśmy. W sumie wyglądał zaskakująco dobrze, jak na to co przeszedł. Powinien dojść do siebie. I nie mów tego Millie, ale naprawdę dobrze, że tam była. – Zerknął ma kubek i skrzywił się nieznacznie. Paskudny był. Prewett zdecydowanie nie żywił żadnych pozytywnych uczuć wobec tego miasteczka, a w tym ośrodku jego noga już pewnie nigdy nie powstanie. – Nie to... Dostałem od jednego z uzdrowicieli wraz z kawą. Jego spojrzenie powędrowało ku bransoletce, którą wygrzebali ze stosu, kiedy Brenna postanowiła klęczeć w popiole. Westchnął cicho i odłożył kubek w bezpiecznym miejscu, zabezpieczając go jeszcze zaklęciem, tak by się nie wywrócił, a następnie sięgnął do swojej torby. Nawet jeśli nie pomagał innym uzdrowicielom i tak miał przy sobie medykamenty pierwszej pomocy w razie, jakby co. – No dobrze. Pokaż dłonie – powiedział, wyciągając niewielki flakonik z fioletowo-przezroczystym specyfikiem do oczyszczania. – Wiesz, myliłem się. Jednak palenie samej kukły wystarczyło, by wzmacniać rytuał. Co się w ogóle działo z wami, gdy Roberts zaatakował las? Słyszałem, że on... Hm. RE: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Brenna Longbottom - 06.07.2024 Brenna przypatrywała się Basiliusowi z pewnym niedowierzaniem. Nie dlatego, że mu nie wierzyła, a że ciężko jej było sobie wyobrazić dżganie tych korzeni i próbę palenia przy nich papierosów po tym jak zareagowały na ogień. Isaac Bagshot najwyraźniej niewiele się zmienił od czasów szkoły i Brenna pomyślała mimowolnie, że może to dlatego tak mocno zdziwiło go, że inni, podobnie jak relacje między nimi, ulegli zmianom. Nawet jeśli niektóre z nich ciężko było dostrzec na pierwszy rzut oka. - Bardzo się cieszę, że korzenie was nie zamordowały, mimo prób odpalania papierosów. I słyszałam coś o walce z tymi korzeniami, więc chyba jednak pomogliście - powiedziała. - Przecież siedzę, tak? To się liczy jako odpoczynek. Gdyby była trochę bardziej przekorna, możne wstałabym i zaczęła kręcić się po okolicy tylko po to, by pokazać, że wcale nie musi odpoczywać. Ale choć Brenna bywała uparta i narwana, to przynajmniej starała się nie zachowywać bezsensownie. - Zginął - przytaknęła. Sama myśl o końcu Robertsa była przerażajaca: okropna, bezsensowna śmierć. - Był mężem kobiety, która się tutaj utopiła. Teraz myślę, że do wody ściągnęły ją trytony... opętane tą calą czernią. Niezbyt to rozumiem - przyznała. Fiolet, który chroni. Czerń, która niszczy. Czaszka i moc czarnoksiężnika zmieniające zaklęcie. Biorąc pod uwagę, że od początku było powiązane z nekromancją pewnie nic dziwnego, że udało się je tak odmienić. Zaklęcie utkane z życia Triony, z bezlitosność biskupa i z miłości ich obojga do tej ziemi. - Musimy sprawdzić zaginięcia, bo teraz jestem już pewna, że umarł tu ktoś jeszcze. Nie dalej niż dwa dni temu. Ciało które znalazła nie było żadną halucynacją i nie należało do Owena, a więc jeszcze jakaś rodzina czekała aż ich krewny powróci z wyjazdu. Nigdy nie dowiedzą się, co naprawdę go spotkało. - To naprawdę nic specjalnego - powiedziała, ale posłusznie pokazała mu dłonie. Nie kłamała nawet, były obtarte po upadku, i wciąż nosiły drobne pozostałości starszego oparzenia, ale były to tylko skaleczenia i przemyła je już wodą, pozbywając się ziemi. - Bagshot mówił coś więcej? Musiał odkryć to zaklęcie, przynajmniej tak wnioskuję po tym co mówiła Peppa o bibliotece. I że chciał włamywać się do krypty. RE: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Basilius Prewett - 07.07.2024 – Prawda? Szalenie miło z ich strony – powiedział złośliwie, oczywiście nie kierując tej złośliwości w stronę Brenny, a korzeni. Bo najwyraźniej to było normalne, by wrócić z urlopu z negatywnym nastawieniem wobec korzeni. – My akurat z nimi znowu tak nie walczyliśmy. Infernusy też już się dopalały, gdy przyszliśmy. Na jej kolejne słowa nie odpowiedział, rzucając jej jedynie spojrzenie surowego uzdrowiciela numer dwa. Naprawdę, jeśli następnym razem to on zasłabnie przy niej, a w sumie to nawet miał na to dzisiaj jakieś szanse, to będzie gadać, że nie potrzebuje odpoczynku, tylko na przekór Longbottom. O ile, najpierw nie zemdleje oczywiście. Zacisnął usta i popatrzył na chwilę w taflę wody. Z tego co rozumiał z plotek, Roberts zawsze twierdził, że za śmiercią jego żony stało coś więcej i... No cóż. Miał rację. Cholera, że też nikt nie zorientował się wcześniej, co się tutaj działo. Tyle śmierci można byłoby uniknąć. Widział przecież pozostałości po zabitych mugolach, którzy chcieli się tylko udać na krótki odpoczynek. – Jakkolwiek to głupio nie zabrzmi, gdyby Roberts nie próbował podpalić lasu pewnie nie znaleźlibyśmy Bagshota – stwierdził jedynie krótko. Wątpił, czy bez "pomocy" korzeni, natrafiliby na Owena. Gdyby nie to, że musiał przyjrzeć się jej dłonią, najchętniej bardzo dramatycznie położyłby się teraz na trawie. No tak. Było jeszcze przecież ciało, które znalazła Brenna. – Potrzebujesz pomocy? – spytał, chociaż wiedział jaka będzie jej odpowiedź i że to musimy oznaczało odpowiedni Departament, a nie ich dwójkę. Przyjrzał się jej dłoniom i zamrugał. – Hm... – mruknął, marszcząc brwi. Spodziewał się... Nie tego. Dłonie rzeczywiście wyglądały dobrze. I tak na wszelki wypadek oczyścił je specyfikiem, ale nie miały zaraz odpaść i zagoiłyby się szybko bez jakiekolwiek ingerencji uzdrowicieli. – No dobrze. Wyjątkowo miałaś rację. – Ustąpił, chowając wszystko to torby i ponownie biorąc kubek. – Ale wiedz, że byłem podejrzliwy, bo to niecodzienna sytuacja. Brenna : Basilius 1:1000, aż chciałoby się pomyśleć, ale sam nie wiedział ile razy tak naprawdę to on mial racje, no i chyba jednak musiałby niestety uwzględnić te nieliczne razy, kiedy to on się upierał, że wszystko było dobrze, jednocześnie niemal mdlejąc. Pokiwał głową. – Nie wiem czego tobie udało się dowiedzieć, ale tak to biskup Athlewold był magiem, a Triona mugolką. Spalił ją na stosie jako ofiarę do zaklęcia ochronnego tych ziem, a mugole z Carlise wzmacniali rytuał co roku jedynie paleniem kukły. Brenno, to musiało być naprawdę potężne zaklęcie ochronne. Sam nie wiem do końca jak ono działało. – A bardzo chciałby wiedzieć. Nawet nie po to, by je wykorzystać, bo przecież wymagałoby ofiary, a ze zwykłej krukońskiej ciekawości. Lub by zobaczyć, czy nie dałoby się przerobić go na nieco mniej brutalną wersję. – W każdym razie rytuał rzeczywiście z czasem słabł i obejmowała mniejszy teren. Szkoci najechali te tereny pod koniec sierpnia i dlatego niemal im się udało. Po dziesiątym pewnie nie mieliby szans. Ah no i ośrodek, wyspa i katedra zawsze były pod jego działaniem. Tylko, że jakiś czarnoksiężnik zaczął żerować na tej magii, więc skończyło się jak skończyło. RE: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Brenna Longbottom - 07.07.2024 Basilius trochę minimalizował ich zasługi, zważywszy na to, że gdy wydostawali się z tunelu, to dzięki niemu i Millie nie zginęli – ale Brenna znała opowieść zaledwie w bardzo ogólnych zarysach, nie za bardzo więc miała szansę się wykłócać w kwestii tego, że sobie umniejszał. – Może. A może po usunięciu czarnej magii sam by się wydostał – mruknęła, też odwracając wzrok. Życie za życie. Była zła na siebie. Zła, że gdy sprawa czaszki trafiła od nich do Departamentu Tajemnic, nie próbowała grzebać w niej głębiej: zrobiłaby to normalnie, ale to było tuż przed Beltane i po uderzeniu Voldemorta nawet czarnoksiężnik z mokradeł stracił znaczenie, zwłaszcza że i tak był martwy. Zła, że nocą nie upierała się bardziej, że nie wyrwała tej czaszki z trawy. Zła, że gdy rośliny nie została na kempingu – aurorzy nie potrzebowali wsparcia, a może jednak była szansa na uratowanie Robertsa? – Dzięki, ale to żmudna, brygadowa robota – powiedziała, zmuszając się do uśmiechu i zwracając spojrzenie z powrotem ku niemu. – Sprawdzenie rejestrów wynająć domków, kto się odmeldował, kogo stąd wyrzuciliśmy… Przyjrzenie się tym wszystkim szczątkom, bo może miały przy sobie jakieś rzeczy, zabranie ich do patologa, próba obejrzenia ich śmierci za pomocą widmowidzenia. Siedziała bardzo grzecznie, gdy oczyszczał zranienia na dłoniach, powstrzymała nawet to słynne „a nie mówiłam?” i zdołała nawet nie uśmiechnąć się triumfująco. Oczywiście, w istocie Basilius miał trochę racji, bo jej kolana były w gorszym stanie niż ręce, ale nie zamierzała o tym uzdrowicielowi wspominać, bo te opatrunki mogła wymienić sama i wciąż miała odpowiednią maść na obrażenia od Cedrica. A on zdecydowanie powinien odpocząć. – Jesteś uzdrowicielem. Policjant zawsze musi dopatrywać się zbrodni, uzdrowiciel zranień – zażartowała, cofając dłonie. Spoważniała jednak dość szybko, ledwo zaczął mówić o biskupie Athlewoldzie i Trionie. Nie tylko wysłuchała go w milczeniu, ale też milczała chwilę po tym, jak skończył: zastanawiając się, ile mogła mu powiedzieć, i jak ubrać to wszystko w słowa. Przypadkowej osobie pewnie nie powiedziałaby niczego: ale Basilius zasługiwał na wyjaśnienia. O czaszce jednak wspomnieć nie mogła – to był sekret, który miał pochłonąć mrok Departamentu Tajemnic. Kocham te ziemie bardziej niż własne życie, szepnęła do niej Triona gdzieś z przeszłości, echo wpisane w prawidła tutejszej magii. – Myślę, że wykorzystał nie tylko własną magię i jej życie… to zaklęcie… wydaje mi się, że to była… jakby bardzo potężna wersja protego amare – westchnęła w końcu, powstrzymując w ostatniej chwili odruch szarpnięcia za kosmyk włosów, przypominając sobie, że ma przecież pokaleczone dłonie. – Czarnoksiężnik zepsuł zaklęcie. W lesie było źródło jego własnego czaru, a aurorzy je usunęli. Czaszka, wypełniona duszami. Ale Brenna nie bez powodów denerwowała się, że Sebastian o niej wspomniał: milczała więc, nieświadoma, że Basilius już zna tę część od Isaaca. – Sam winny przynajmniej nie powinien stanowić już zagrożenia. Jeśli się nie mylę, Departament dopadł go jakiś czas temu. Rozerwane szczątki na stopniach mauzoleum: przynajmniej dostał to, co zasłużył, a oni nie przyłożyli do tego ręki. RE: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Basilius Prewett - 09.07.2024 Basilius powoli przeniósł spojrzenie z jeziora na Brenne, która akurat sama odwróciła wzrok. Zawahał się. Śmierć towarzyszyła im obojgu w ich zawodach i niby powinni do niej przywyknąć, a jednak i tak często pojawiał się ten żal, że można było tego uniknąć. Lub zrobić więcej. Nie chciał jednak, by ten żal ją teraz dręczył. – Brenno to już się stało – powiedział zmieniając ton swojego głosu na nieco cichszy i łagodniejszy. – Nie zrobisz nic więcej, nic więcej też nie mogłaś zrobić, a zamęczanie się tym ci nie pomoże. Przynajmniej nie będzie już więcej żadnych ofiar. To też ważne – Paradoksalnie była to jedna z najbardziej optymistycznych rzeczy, które wypowiedział w ciągu ostatnich kilku dni. Nie świadczyło to pewnie za dobrze o jego optymizmie. – Jasne. Po prostu. – Zawahał się i pokrecił głową. – Po prostu gdybyś mnie potrzebowała, to jeszcze chwilę tutaj będę. Pewnie wrócę do siebie dopiero jutro rano. – Wbrew temu, co przed chwilą jej powiedział, to sam chciałby w czymś pomóc. Zrobić coś więcej, a do opatrywania rannych, zresztą słusznie, nie chcieli go dopuścić. Jak mógł jednak iść spać, gdy wokół działo się jeszcze tyle rzeczy? Uśmiechnął się słabo. – Tak, coś w tym jest – prychnął niby to rozbawiony, ale jednak nie do końca. – Zwłaszcza, jeśli zna się waszą rodzinę. Wiesz, że twój wuj wyglądał gorzej, gdy go spotkałem od samego Owena? Coś mu chyba rozwaliło nos i kuśtykał. Wszystko z nim dobrze? – W sumie... Czy to nie było dziwne, że nagle wspomniał o Morpheusie Longbottomie i pytał się jak się czuł? Nie, raczej nie. Czemu miałoby być dziwne. Nie miał pojęcia. I czemu teraz się w ogóle zastanawiał, czy to było dziwne, czy nie? O co mu chodziło? Chyba zmęczenie zaczynało męcić mu w głowie. Wziął łyka kawy i szybko zmienił temat. – Rozumiesz, że to miejsce polecił mi mój uzdrowiciel? Abym odpoczął? – Najprawdopodobniej magimedyk prowadzący jego chorobę, nie był tutaj od wielu wielu lat i stąd ta sytuacja, ale jednak nie mógł tu nie dostrzec pewnej ironii. Wszyscy w sierpniu kazali mu odpoczywać, w tym on sam, a jednak, jak na razie wszystko mu w tym przeszkadzało i to nie z jego winy. Zmarszczył brwi, próbując nie okazać zbyt dużej fascynacji tym temat, ale jednak... Jednak było to ciekawe. – Mówisz o miłości do tego miejsca?– spytał, rozważając jej słowa, bo w końcu zaklęcie działało obszarowo. Na Matkę to musiałaby być naprawdę silna miłość i niestety zaczynał wątpić, czy udałoby się przerobić rytuał na mniej krwawy, ale wciąż chroniący pewne ważne budynki. Na przykład Świętego Munga. Zresztą i tak przecież nie mieli dostępu do żadnych zapisków. A szkoda. – Czemu te najmocniejsze zaklęcia ochronne też muszą być czarnomagiczne? Nam by sie przydały bardziej. Jakoś ulżyło mu na myśl, że kimkolwiek był ten czarnoksiężnik, nie będzie już sprawiał kłopotów. – Dobrze – rzucił krótko, ponownie upijając trochę kawy. – Isaac wspominał, że na mokradłach znaleziono pozostałości po rytuałach. W tym czaszkę z zaklętymi w niej duszami. Brenno, co się w ogóle działo, gdy las nas rozdzielił? RE: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Brenna Longbottom - 10.07.2024 – Wiem – odparła krótko. Przeszłości nie można było cofnąć i nawet zmieniacz czasu by tu nie pomógł. Zdawała sobie z tego doskonale: wiele razy już odebrała tę lekcję. Nie mogła przywrócić do życia chłopca, który upadł na oblodzony chodnik w pewną zimną, grudniową noc. Nie mogła zmienić przeznaczenia Derwina Longbottoma, który zamienił się w proch w świetle ogni Beltane. Nie mogła ocalić ludzi z Perły Morza, chłopca, który jako duch płakał w Kniei i nie mogła cofnąć się w czasie, by Jasona nie pochłonęło zielone światło. Roberts był po prostu kolejnym na długiej liście strat. – Dzięki, doceniam, ale tak naprawdę sama jestem tu raczej bezużyteczna – przyznała bez większych oporów. Nie chodziło nawet o to, że Basilius był cywilem, ale że po tej pierwszej godzinie czy dwóch gorączkowego ogarniania sytuacji nie było aż tak wiele pracy i dla niej. – Chętnie sprawdziłabym tę kryptę, ale pewnie zrobią to aurorzy. Potem większość pracy to będzie raczej… grzebanie w różnych archiwach, księgach i tak dalej. Praca Brygady w sumie bywa bardzo mało ekscytująca. Jasne, zdarzało się jej przełazić z balkonu na balkon, obrywać klątwami albo uciekać przed smokami. Ale równie często grzebała w archiwach za dokumentami starych spraw, chodziła po aptekach, wypytując o dostawcę, który zapewne pozyskiwał składniki z nielegalnych źródeł czy siedziała godzinami obserwując jakąś lokację. – Nic mu nie jest. Nie uznała pytania za dziwne, nie pomyślałaby nawet, że może tkwić za nim jakieś drugie dno. Sama po powrocie do obozu biegała po nim gorączkowo, wypytując o ofiary i upewniając się, że ludzie, których znała, są sami i zdrowi. – Och. To się nazywa… ironia losu. Ja przynajmniej trafiłam tutaj już z wezwania, nie mogę powiedzieć, że nie wiedziałam, na co się piszę – powiedziała Brenna, prostując nogi, wyciągając je na trawie. Miłość do tego miejsca. Miłość do tych ludzi. Wkurwiało ją to. Wiedziała, że na logikę to była rozsądna cena: jedno życie za setki, tysiące innych. Za bezpieczeństwo tego miejsca. Gdyby usłyszała, hej, zginiesz za Zakon, to wszyscy będą bezpieczni, nie wahałaby się długo. Ale wkurwiało ją, w jaki sposób biskup wykorzystał tę dziewczynę: jak sprawił, że mu zaufała, jak się do niego przywiązała, i jak skazał ją na śmierć w męczarniach. Na stosie była pobita, a śmierć w płomieniach należała do jednej z najgorszych. – Bo za naprawdę potężną magię trzeba zapłacić wysoką cenę, a to zawsze jest czarna magia – westchnęła. Wymagająca ofiary. Zaraz jednak te myśli pierzchły i Brenna zwróciła na Basiliusa spojrzenie. – Isaac? Wiedział pewnie od Sebastiana? – zapytała, bardzo lekko. – Wspomniał wam o tym pod ziemią? Jeśli tak, było za późno na zadbanie o to, aby nikt nie dowiedział się, że w tych czaszkach da się uwięzić dusze, a umieszczając je w odpowiednich miejscach zdobyć więcej mocy. Wiedział też drugi Bagshot, Weasleyówna, a może i Peppa oraz kilka innych osób… I pomyśleć, że martwiła się, że dowie się Vakel. Brenna westchnęła i opadła po prostu na trawę. – Sebastian powiedział, że źródło zaklęcia jest w lesie i że jest tam Patrick. Ruszyliśmy więc w las, żeby je usunąć. Okazało się, że niepotrzebnie, bo aurorzy dali sobie radę. Patrick i twój kuzyn. Po drodze natknęliśmy się na nieumarłego – zrelacjonowała, możliwie krótko. Zgodnie z prawdą, ale i nie zdradzając tych… problematycznych szczegółów. RE: [10.08.72, Windermere] Tym razem to nie trzynasty - Basilius Prewett - 10.07.2024 Może gdyby widywali się mimo wszystko częściej (I oboje by te częstsze spotkania przeżyli) i nie obawiał się, że ten gest aktywowałby ich klątwę i zaraz stałoby się coś strasznego, to objąłby ją pocieszająco ramieniem, ale na wszelki wypadek zezygnował z tego pomysłu. – To jest nas dwoje – mruknął tylko, wzdychając cicho i ponownie pomagając sobie kawą. Nie do końca udało mu się ukryć rozczarowanie, gdy usłyszał, że to aurorzy sprawdzą kryptę. I niby był jeszcze niedawno pod ziemią i pomógł w wydostaniu Bagshota, to i tak czuł się teraz strasznie bezczynnie i chyba przez to nie mógł w spokoju odpoczywać, tak jak mu kazali. – Hej! Archiwa bywają fascynujące. Nie mam pojęcia o co ci chodzi. Na informację o starszym Longbottomie jedynie skinął głową, sam nie mając pojęcia o co tak naprawdę chodziło przed chwilą jego głowie. – Dupki — odpowiedział jedynie, nie mając pojęcia, czy odnosił się właśnie do czarnoksiężników, biskupa, czarnej magii tak ogólnie, czy też tego, kto postanowił ustanowić takie, a nie inne zasady tej głupiej gry. Po rozpoczęciu wojny, zwszytkiny tym wszytkim, zaczał przyglądać się podstawom nekromancji, bojąc się, że zwykłe zaklęcia mogły nie wystarczyć, by uratować niektórych. A teraz? Gdyby znalazł się sposob, aby ominąć te wszystkie zastrzeżenia, aby rzucić coś, co naprawdę by pomogło... Myślał, że mógłby to zrobić. Tylko co z ceną? Nie potrafiłby postąpić podobnie do biskupa, ale gdyby cena dotyczyła jedynie jego samego i miałby gwarancje, że naprawdę udałoby im się coś osiągnąć... Może wtedy rzeczywiście by się na coś takiego zdecydował. Energia za energię. Było to w pewien sposób okropnie sprawiedliwe i nieuczciwe jednocześnie. A tak poza tym to zaczynała boleć go głowa. – Tego kapłana, który był z tobą? – spytał, marszcząc brwi, próbując się połapać w tym o kogo pytała. Nie kojarzył jednak żadnych innych Sebastianów na miejscu zdarzenia. – Nie wiem, ale tak. Powiedział to pod ziemią – dopowiedział, przyglądać się temu, jak Brenna po prostu opada na trawę. Sam nie zrobił tego tylko dlatego, że bał się, że przez chwilę leżenia po prostu zaśnie. – Hm... I co? Zaczął z nim grać w karty? – rzucił, próbując jakoś poprawić atmosferę. Cholera. Zagrałby teraz w coś. |