Secrets of London
[listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie (/showthread.php?tid=3547)

Strony: 1 2


[listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Jessie Kelly - 05.07.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic V

Końcówka listopada nie była dobrym czasem. Jesienna chandra potrafiła zaatakować już w pierwszych dniach, kiedy temperatura zaczynała spadać, cała zieleń się chowała i świat opanowywały brązy, czerwienie, pomarańcze i szarości, które wkrótce miały ustąpić bieli okropnej zimy. To nie był dobry czas, gdy ten nijaki krajobraz wzmagał w ludziach smutek, przywoływał nieprzyjemne, depresyjne myśli, i odbierał energię na wszystko. A przecież trzeba było robić tyle rzeczy. Trzeba było chodzić do pracy i w niej pracować, chociaż całe jestestwo wręcz błagało, by zostać w domu, zamknąć drzwi, owinąć się puchatym kocem i raczyć się grzańcem, herbatą, kawą lub gorącą czekoladą.

Koniec listopada nie był najlepszym czasem z jeszcze jednego powodu. Jessie zauważył to pierwszy raz już kilka dni temu, ale działo się to trochę za często, by uznać to za przypadek, i było to zjawisko niepokojące.

Wraz z nim, staż w Banku Gringotta odbywało jeszcze trzech innych młodych czarodziei. Jeden był dziedzicem czystokrwistego rodu, a drugi mugolakiem. Do tej pory między nimi nie dochodziło do żadnych większych spięć i niesnasek, choć każdy z nich miewał opinie różne na różny temat. Teraz jednak ten czystokrwisty dziedzic zaczął zadzierać nosa i patrzeć na Jessiego i tego mugolaka z góry, wytykając im krew mugoli, płynącą w jego żyłach. Zaczął również wypowiadać się w sposób, w jaki kulturalny czarodziej nie powinien, i kilka razy wspomniał Czarnego Pana, który ponoć miał oczyścić społeczeństwo czarodziejskie z brudnej krwi.

Ojciec Jessiego był mugolakiem, a ponieważ społeczeństwo, w którym żył ze swoją rodziną, miewało różne opinie o mugolskim pochodzeniu czarodziejów, starał się nie wychylać ze swoimi poglądami, by nie prowokować kłótni. Nie było mu to do niczego potrzebne, a mógłby jedynie narazić siebie i, o Merlinie, swoją rodzinę.

I właśnie teraz, gdy wieczorem wracał do domu z pracy, zamiast deportować się na Horyzontalną, szedł uliczką Pokątnej, zastanawiając się jak się to wszystko zaczęło? Nie tylko jego czystokrwisty partner zaczął nagle mówić głośniej o czystości krwi. Wielu klientów banku, szczycących się swoim nazwiskiem, zaczęło wręcz przechwalać się czystością swojej krwi i rozprawiać o tym, jak to Czarny Pan oczyści wreszcie Anglię. To było chore.

Te myśli, tak bardzo pasujące do jesieni, i tak depresyjne, zaprzątały jego myśli tak bardzo, że nawet nie zauważył zbliżających się trzech czarodziejów, chwiejących się lekko i podśpiewujących wesoło. I pewnie Jessie nawet nie zwróciłby na nich uwagi, gdyby jeden z nich nie zderzył się z nim ramieniem.

Och, Merlinie, pomyślał Jessie, czując od mężczyzny jakże intensywną woń barowej zabawy. Tym trzem panem z pewnością niejedną Ognistą polano.

-Te... Chłoptaś *Hic* - ten, który się z nim zderzył, wycelował w jego stronę palec, ale nie potrafił wycelować prosto w niego. -Możby jakeeś *hic* "przepppszam?

-Tak... Przepraszam - mruknął Jessie, odsuwając się od pijaka.

Niestety, drugi zastawił mu drogę, i chuchnął mu alkoholem w twarz.

-Bachor *hic* cuchnje mgolem - padł osąd.

-A jakby go tak *hic* oddać *hic* Czarnnnnnemu Panuu?

Jessie, w coś ty się wpakował?




RE: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Brenna Longbottom - 08.07.2024

Tak bywa w listopadzie.
Deszczowa, mglista pogoda, krótkie dni, chlapa i błoto, chłód, gdy kolorowe liście i jesienne owoce były tylko wspomnieniem: to wszystko łatwo wysysało radość życia z ludzi, malowało szarością nie tylko krajobraz, ale i dusze, i sprawiało, że kolejne osoby dostawały poważnych przypadków jesiennej chandry.
W tym roku kryło się w tym coś więcej.
Napięcie, od dawna wyczuwalne w czarodziejskim świecie, eskalowało. W gazetach zaczęły pojawiać się pierwsze doniesienia o śmierciach i zaginięciach, czystokrwiści trochę odważniej niż dotychczas wspominali może nie że Voldemort to fajny gość, ale że w pewnych punktach ma rację, atmosfera otaczająca mugolaków stawała się jakby gęściejsza. A Brenna wiedziała, że to dopiero początek, nawet nie dlatego, że ona to przeczuwała (chociaż nie musiała być jasnowidzem, by wiedzieć, że nadeszły nieprzyjemne czasy, ciekawe, jak w tym chińskim przekleństwie), ale dlatego, że tak twierdził Dumbledore.
Różne drobne incydenty powtarzały się coraz częściej i kiedy szła późną porą przez magiczny Londyn, a jej uszu dobiegły te pijackie słowa o mugolaku i Czarnym Panie, od razu wiedziała, że oto kolejny z nich.
Najchętniej po prostu zgarnęłaby całą trójkę pijaków na dołek, wlepiła grzywnę i potrzymała w areszcie, póki nie wytrzeźwieją i nie zmądrzeją. Wątpiła, by byli to prawdziwi zwolennicy tego Czarnego Pana, o romantycznej duszy nastolatki, rozmiłowanej w intrygujących nazwach – chyba nie był takim idiotą, aby werbować takich kretynów, Dumbledore nie przejmowałby się nim tak mocno, gdyby tak było. Ale i tak mogli narobić szkód.
Wahała się przez moment pomiędzy „interweniować i załagodzić” a „wyładować ogólne wkurwienie na świat, wpadając tam po prostu, proszę bardzo, stawiajcie opór przy aresztowaniu, a potem zabiorę was do aresztu”. Ale była zmęczona, w BUM i tak mieli w tym tygodniu dość roboty, nie było czasu na zajmowanie się pijakami, a poza tym chłopak mógł ucierpieć.
– Panie Potter! – zawołała z daleka, ruszając ku nim i bezceremonialnie chwytając Jessiego pod ramię. Wybór nazwiska? Czysta krew. To jedno z bardziej znanych, rzut kamieniem stąd był sklep z wielkim, potterowskim szyldem, trzeba by być ślepym, aby ich nie znać. I jej bliska rodzina, sama była córką Potterówny, więc doskonale wiedziała, że ta trójka nie była nijak z nią spokrewniona (akurat czysta krew, gdyby należeli do nienaruszalnych, przynajmniej luźno by ich kojarzyła…), więc nie mogli nagle się zdziwić, jacy to Potterowie. – Dobrze, że pana znalazłam, zgubił się pan po drodze na spotkanie? – spytała, wbijając mu przy tym paznokcie w skórę.
Współpracuj.
Trójkę absolutnie zignorowała w pierwszej chwili, bo och, co mieliby ją obchodzić jacyś tam pijacy na ulicy, kiedy miała tutaj poważne zadanie znalezienia pana Pottera?


RE: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Jessie Kelly - 08.07.2024

Jedną z wielu irytujących cech ludzi w ciężkim stanie upojenia alkoholowego było to, że nie chcieli dać ci spokoju. Albo dostawali nagłego ataku depresji i niemal dusząc się we własnym płaczu, bo Jak mi jest źleeeee..., Dlaczego on/a mnie zostawił/a?, Znowu w życiu mi nie wyszło!, albo nagle podnosił się poziom testosteronu i nagle każda osoba, która znalazła się w zasięgu ich wzroku, była ogromnym zagrożeniem, śmiertelnym wrogiem i trzeba było się go pozbyć. Chronić swój teren. Wypędzić intruza, udowodnić swoje racje, albo podkreślić swoją siłę i dominację. Niestety, najczęściej można było trafić na ten drugi typ, a to nigdy nie zwiastowało spokojnego, udanego wieczoru.

Jessie nie miał ochoty wdawać się w dyskusje z tymi Wielkimi Panami Czystej Krwi, którym Wszelka Brudna Krew z Drogi Uciekać Powinna, by ich Czystokrwistych Butów nie Ubrudzić. Był po pracy, był zmęczony, chciał już wrócić do domu, ogarnąć się i położyć się spać, bo przecież następnego dnia również trzeba było iść do pracy. Tymczasem miał tego pecha, że akurat wtedy, kiedy zbiegły się ze sobą niepokojące zdarzenia, akurat tego wieczoru musiał trafić na trzech Strażników Czystości.

A jeszcze gorsze było to, że wcale nie chcieli pozwolić mu odejść. I tak strasznie śmierdzieli alkoholem, który walił im również z ust, że od samego stania blisko nich można było się upić.

Nie wyciągał różdżki. Ta spokojnie skrywała się w wewnętrznej kieszeni jego płaszcza. Nie było sensu mieszać jeszcze w to magii. Ta Wielka Trójca była tak pijana, że pewnie potknęliby się o własne nogi, unikając zaklęcia, padliby na ziemię, poobijali się, biedni, i zaczęli płakać i wrzeszczeć, to rzucono w nich Cruciatusa. Z pijakami nigdy nie wiadomo.

Jeden z nich kolejny raz zagrodził mu drogę i tym razem chyba byli już gotowi przenieść tę rozmowę na inny poziom, a Jessie powoli zbliżał się do granic swojej cierpliwości. Jego pięści zaciśnięte były tak mocno, aż pobielały mu knykcie. Był już nawet gotowy trochę się poniżyć i po prostu walnąć jednego, drugiego i trzeciego, skoro słowa do nich nie docierały.

I, oczywiście, o niczym nie powie mamie. Ani siostrze. Ani wujom.

To dziewczęce Panie Potter było w sumie zbawieniem w tej irytującej sytuacji, gdyby ta sytuacja nie była tak irytująca, więc jedyną reakcją Jessiego na pojawienie się Brenny i jej zachowanie było uniesienie jednej brwi. Jaki Pan Potter? Jakie spotkanie?

Zerknął jeszcze ukradkiem na jej dłoń, której paznokcie wbijały się w jego skórę. Oby nie próbowała robić tego z jego rękawem. To był jego ulubiony płaszcz.

-Pani wybaczy, miałem pewne... Sprawy... Do załatwienia - jeżeli jesteś w nocy sam, ktoś ma do ciebie problem i nagle pojawia się trzecia osoba, udająca, że cię zna i że cię szukała, bo gdzieś się śpieszycie, WSPÓŁPRACUJ.

Znane nazwisko najwidoczniej zabiło trzem gagatkom ćwieka, bo nagle zamilkli, zrobili bardzo dziwne miny (jeden z nich z tych emocji beknął), jakby faktycznie myśleli.

A jeden z nich uśmiechnął się krzywo do Brenny.

-A panienkaaaa to *hic* sijee nie boji tak *hic* samiuteńkiej chodzić?

No jeszcze tego brakowało.

-Panowie wybaczą, ale sprawy wzywają - powiedział Jasper ostro, odciągając Brennę od pijaczków.

Nie oglądał się już, czy za nimi szli, i miał szczerą nadzieję, że jednak nie szli.

-Miałem wszystko pod kontrolą - powiedział cicho, kiedy już odeszli kawałek.




RE: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Brenna Longbottom - 09.07.2024

Mogłaby odpowiedzieć słodko, że ani trochę, to stała trasa brygadowego patrolu, i patrzeć, jak szybko się zwijają – bo teraz nie miała już żadnych wątpliwości, nie trafiła na jakichś tam śmierciożerców, a na trójkę pijanych idiotów, co odważni byli tylko gdy mieli poważną przewagę liczebną i pewność, że potencjalna ofiara nie ma żadnych pleców. Chłopak pociągnął ją jednak na bok, a tamci odpuścili, darowała sobie więc wszystkie uwagi. Niezbyt zależało jej by mieć ostatnie słowo, jak długo udało się uniknąć bójki.
Niestety, podejrzewała, że prędzej czy później ci trzej i tak się w taką wdadzą.
Z ust Brenny wyrwało się westchnienie, wypuściła ramię Jessiego i obejrzała się, chcąc zobaczyć, w którą stronę idą mężczyźni i czy przypadkiem nie usiłują zaczepić kogoś jeszcze. Ale jakieś dwie kobiety zeszły im szybko z drogi, a ci przystanęli przy wejściu do jednej z kamienic, i któryś klnąc głośno zaczął szukać klucza w kieszeniach.
Miała nadzieję, że te klucze zgubił i będą spali na wycieraczce.
– Jasne, panie Potter – zapewniła bez oporów i bez choćby śladu ironii w głosie. Zresztą istniała spora szansa, że mimo ich przewagi liczebnej dałby sobie radę, bo tylko jednej z trójki wyglądał na mocno zbudowanego, a gdyby sięgnęli po różdżki w takim stanie to cholera wie, czy nie wysadziliby tylko w powietrze sami siebie. Po prostu… nie chciała ryzykować. – Spotkanie w takim razie odwołane, a skoro przerwałam tak bezceremonialnie i zupełnie niepotrzebnie, proszę pozwolić się odprowadzić do domu w ramach zadośćuczynienia. Gdzieś w pobliżu? – spytała, obdarzając go uśmiechem. Nie wyglądał jak ułomek, ale był od niej trochę niższy i w oczach Brenny wpadał do kategorii „dzieciak”: na oko był mniej więcej tam w wieku Dory, a chociaż Brenna była perfekcyjnie świadoma, że ta dorosła i na magii zna się lepiej niż niejeden dużo starszy czarodziej, jakoś ciągle ją i je znajomych postrzegała przez pryzmat tego, że znała ich jako dzieci. Nie mieli szansy pamiętać się z Hogwartu, gdy on zaczynał szkołę, ona już opuściła jej mury. – Na ulicach ostatnio zrobiło się nerwowo – dodała.
Zwłaszcza dla mugolaków, pomyślała, bo nie kojarząc Jessiego uznała, że być może tamci mieli rację i miała do czynienia z kimś mugolskiego pochodzenia. A teraz chodzenie po ciemku, gdy byłeś mugolakiem, nie należało do bezpiecznych. Wkurwiało ją to okropnie, ale niewiele mogła poradzić.


RE: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Jessie Kelly - 11.07.2024

Tacy ludzie odważni najczęściej byli tylko wtedy, gdy mieli przewagę liczebną, potencjalna piąta nie wyglądała na fizycznie silniejszą i kiedy w ich żyłach buzowały procenty. W pozostałym przypadku pewnie łypnęliby spod byka, burknęli coś pod nosem i nie zaczynaliby nawet rozmowy, wiedząc, że gdzieś w pobliżu mógł być ktoś z Brygady.

Rankiem zapewne nic nie będą pamiętali, poza tym, że wlewali w siebie kolejne kieliszki Ognistej i w pewnym momencie po prostu urwał im się film. Jessiemu nawet nie zrobiło się ich szkoda, gdy ich klucznik nie mógł znaleźć klucza do kamienicy. Jeśli spędzą noc na wycieraczce, może będzie to dla nich bardzo dobrą karą.

Jessie przygryzł wewnętrzną część policzka, przez chwilę przyglądając się Brennie i myśląc intensywnie.

-Wyglada na to, że jestem Pani winien podziękowania - zaczął, bo chociaż miał wszystko pod kontrolą, to nie dało się ukryć, że gdyby Brenna się nie pojawiła, dalszą "rozmowa" mogłaby przybrać bardzo zły obrót, a zakończyć się jeszcze gorzej.

Najpewniej dla tych pijaczków, nie dla Jaspera.

-Tak więc dziękuję. Dzięki Pani uniknąłem z pewnością bardzo nieprzyjemnej "rozmowy" z tamtymi panami.

"Cuchnie mugolem"...

Jego ojciec był mugolakiem, a matka Zdrajcą Krwi. Nie miał absolutnie żadnych wątpliwości, że jego matka dałaby sobie świetnie radę za każdym razem, gdyby zaczepili ją pijani wyznawcy Czystej Krwi, ale jego ojciec... Coś mu ściskało boleśnie żołądek na samą myśl o tym, że jakoś fanatyk (i do tego trzeźwy) mógłby napaść na jego ojca i zrobić mu krzywdę.

Tylko dlatego, że pochodził z rodziny mugoli.

Dla jakiegoś Czarnego Pana.

-Nie da się ukryć - przyznał, będąc pewnym, że tego typu sytuacja nie zdarzyła się po raz pierwszy.-Mam wrażenie, że społeczeństwo czarodziejów z jakiegoś powodu pragnie powrotu do średniowiecza. I muszę przyznać jednemu z tamtych... Przesympatycznych panów... - tu powstrzymał się od użycia epitetu z łaciny podwórkowej - rację. Nie obawia się Pani samej chodzić po ulicy? I to raczej ja powinienem zaproponować Pani, że Panią odprowadzę. A może ktoś jest z Panią?




RE: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Brenna Longbottom - 11.07.2024

– Nie ma sprawy – skwitowała Brenna krótko. Uśmiechnęła się do niego nawet, bo nie lubiła siedzieć (czy iść) z nosem na kwitnę, ot tak dla zasady, chociaż być może powinna: ledwo co była przecież świadkiem sceny pokazującej, jak paskudny nastał czas w społeczeństwie czarodziejów. Idiotów szukających guza nigdy nie brakowało, ale teraz wszystko stawało poważniejsze.
Jakby już od paru lat coś gotowało się w tym czarodziejskim kociołku, a objawienie się Voldemorta sprawiło, że zawartość zaczęła kipieć i pryskać wszędzie dookoła.
– Nie wszyscy – zapewniła, chociaż doskonale wiedziała, że to marne pocieszenie. Zwłaszcza jeśli chłopak był mugolakiem. Bo co mu dawało, że nie każdy na ulicy miał ochotę widzieć go martwym, skoro we wszystkich gazetach pisano o tym, że banda fanatyków chciała wymordować takich jak on, a w najlepszym wypadku – zamienić w niewolników? – Chociaż mam wrażenie, że i w średniowieczu bywało lepiej. Nawet Slytherin mówił o nieuczeniu mugolaków magii, nie ich mordowaniu.
A Voldemort, chętnie nawiązujący w symbolice do Salazara, co pokazywał choćby ten mroczny znak, szedł o krok dalej. Nie żeby Brenna uważała, że nieuczenie muglaków magii miało jakikolwiek sens. Tak jakby czarodzieje już dawno by powymierali albo wszyscy byli pozbawieni nosów, gdyby ich społeczeństwa nie zasilała „świeża” krew, przez tak wielu określana jako „brudna”.
– Przykro mi, że do takich rzeczy dochodzi teraz na ulicach. I nie trzeba mi paniować – dodała, bo może i była starsza, ale po prostu nie przywykła do tego, by ktokolwiek nazywał ją panią: może okazyjnie poza osobami, które przychodziły jako petenci do Biura Brygady, ale i to dość rzadko.
Wsunęła dłoń do kieszeni, by wydobyć odznakę i zademonstrować ją Kelly’emu.
– Brygada Uderzeniowa – wyjaśniła. - Gdybym potrzebowała odprowadzania to po prostu fatalnie świadczyłoby o Ministerstwie, a jeszcze tak źle z nami nie jest.
Trenowano ich w kontroli tłumu i jednak dla Brygadzisty dwóch czy nawet trzech pijaczków nie powinno w teorii stanowić wielkiego problemu. Nie żeby Brenna nie zdawała sobie sprawy z tego, że chodzenie samotnie w ciemnościach może nie skończyć się dla niej dobrze. Z młodzieńczych złudzeń o własnej nietykalności zdążyła wyleczyć się dawno temu, a listopad 1970 napełnił ją ponurym przeczuciem nieuchronności. Nie była nikim specjalnym – i w walce ze śmierciożercą, też przecież wyszkolonym, wiele zależałoby od szczęścia. Mogła więc tylko starać się bardziej.
Ale nie sądziła, aby coś groziło jej tutaj, tej nocy. Dopiero uczyła się dopatrywać zagrożenia w każdym cieniu.
– To co? W którą stronę?


RE: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Jessie Kelly - 12.07.2024

-Nie wszyscy - przyznał, z pewną ulgą, bo, nawet gdyby świat kompletnie zwariował, a czarodzieje czystej krwi zaczęli tak po prostu biegać sobie po ulicach i mordować szlamy, ku chwale Salazara Slytherina i Czarnego Pana, w jego myślach pojawiły się przynajmniej trzy osoby, które nigdy nie przyłączyłyby się do takiej krucjaty. -Chyba że nie mówił o tym tylko ze względu na pozostałych Założycieli - tak również mogło być, albo może nie wyjawiał swoich planów Heldze Hufflepuff, czy Rowenie Ravenclaw (Godryka nawet nie było sensu brać pod uwagę), ale mógł wtajemniczać w swój plan uczniów, których miał pod swoją pieczą.

Nie był to dobry czas. Nie dla mugolaków. Nie dla ich przyjaciół. Kto wie, do czego jeszcze posunie się Voldemort, jeżeli nikt go nie powstrzyma? W jakie kierunki pchnie go władza i potęga, którą zaczyna wokół siebie gromadzić?

Westchnął cicho.

-Niestety, w takich czasach przyszło nam żyć i musimy jakoś sobie z tym poradzić - przykre, ale prawdziwe.

Na widok odznaki jego brew powędrowała w górę. Brygada Uderzeniowa. Chyba zaczynał się cieszyć, że Brenna pojawiła się, zanim pięści zaczęło go świerzbić, by wybić kilka zębów. A może, gdyby został zaciągnięty przez Brennę do Ministerstwa (jako ofiara albo prowokator), spotkałby siostrę albo któregoś z wujków?

No dobra, to może nie była najlepsza wizja.

-Wygląda na to, że szczęście się do mnie tego wieczoru uśmiechnęło - powiedział, chociaż na jego twarzy nie pojawiło się nawet złudzenie uśmiechu i radości. -Jeśli mogę spytać, zwykły patrol, czy więcej nowo powstałych fanatyków czystej krwi sprawia problemy?

Wszelkie uszczypliwości i złośliwości, które mogłyby się nasunąć na myśl w czasie rozmowy, miał zamiar zachować dla siebie, ale był ciekawy, czy w tym nieciekawym czasie, gdy część społeczeństwa ogarnął lęk o życie własne o bliskich, czy Ministerstwo podejmowało konkretne kroki? Czy może mieli związane ręce?

-Jeżeli taki spacer nie przeszkodzi Pa... Ekhem... Tobie... Podczas patrolu - powiedział i wskazał kierunek, w którym mieli się udać.

Nocą Ulica Pokątna wydawała się zupełnie innym miejscem, niż ta znana uliczka, za dnia goszcząca mrowia czarodziejów. Długa i cicha, zdawała się obserwować pojedynczych przechodniów oczami zamkniętych okiem, a chwilami budynki zdawały się piąć ku niebu i pochylać się, jak ochronny parasol.

A może przestroga, bo ulice widzą, co czynisz?

Samego Jessiego ta cisza napawała spokojem, ale tej nocy miał wrażenie, że patrzy na niego milion wrogich oczu.

-Dlaczego teraz? - zastanowił się na głos, gdy szli, a wzrok skierowany miał ku niebu. -Co takiego się stało, że właśnie teraz się ujawnił? - niechęć do mugoli i ich potomków, których spłodzili z czarodziejami, zrodziła się już wiele lat temu, ale teraz miała swojego przedstawiciela.

Dlaczego teraz?




RE: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Brenna Longbottom - 13.07.2024

– Być może masz rację, ale wolę wierzyć w tę wersję, w której miał trochę zdrowego rozsądku i pozostali założyciele mieli powody, żeby go lubić – powiedziała Brenna, która nie miała w końcu pojęcia, że w podziemiach zamku śpi bazyliszek, czekający aż dziedzic jego pana pojawi się, by podjąć misję oczyszczenia szkoły z mugolaków. To było nie tylko okrutne, ale i głupie. Nie miało doprowadzić do selekcji uczniów, a zamknięcia Hogwartu lub w najlepszym wypadku jego przeniesienia do miejsca, które nie będzie nawet w połowie tak magiczne.
– Najlepiej jak potrafimy – przytaknęła, wciąż z uśmiechem, zerkając na niego z ukosa. Zmarszczyła lekko brwi, bo na pewno nie pamiętał go z Hogwartu, wyglądał zresztą, jakby ledwo co szkołę skończył, mogłaby przysiąc, że nie pojawił się też na żadnej czystokrwistej fecie, na jakiej była ostatnio, ale właściwie wyglądał jakoś tak odrobinę znajomo. – Albo miałeś cholernego pecha, skoro w ogóle postanowili cię zaczepić, zależy, z której strony na to spojrzeć.
Gdyby miał szczęście, w ogóle nie potrzeba by żadnej interwencji. Może przyciągnął ich uwagę, bo był po prostu młody, uznali więc, że nie będzie niebezpieczny, a chcieli się na kimś wyżyć?
– Wracam z pracy. Większością czystokrwistych fanatyków zajmują się jednak aurorzy, moja robota to raczej… tacy jak ci tam.
Przynajmniej oficjalnie. Było w tym coś ironicznego: Brenna nie chciała pchać się w łowienie tych, którzy używali czarnej magii, pełna obaw, czy ta ścieżka nie sprowadzi ją na manowce, czy nie posunie się za daleko, gdy natknie się na naprawdę paskudne zbrodnie. Nie bała się ich, a tego, co sama mogłaby zrobić. Tymczasem teraz rzuciła się w to na łeb na szyję, a i w pracy granice jakby się zacierały…
– Brenna. Nie przeszkodzi, jestem już po godzinach i co miałam załatwić zdążyłam załatwić – uspokoiła go, dziarskim krokiem ruszając we wskazanym przez niego kierunku. Ulica o tej porze może nie była absolutnie pusta, ale przechodniów było niewielu, sklepy pozamykano już dawno, światła w oknach na piętrach powygasały. – Nie wiem, obawiam się, mogłabym tylko zgadywać, że wybrał ten moment, bo szykował się od dawna, gromadził zasoby, ludzi, i tak dalej, i uznał, że w tej chwili jest dostatecznie silny, żeby Ministerstwo nie aresztowało go w ciągu pięciu sekund. Ale równie dobrze mogło chodzić o to, że jest romantykiem i akurat osiemnastego listopada spotkał miłość swojego życia, ma urodziny albo nastąpiła wyjątkowo korzystna według astronomów koniunkcja planet.
Ale ta wojna tak naprawdę nie zaczęła się teraz. Już w poprzednich miesiącach wyczuwało się pewne napięcie i widziało… oznaki, świadczące o tym, że coś gotuje się w tym czarodziejskim kotle.


RE: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Jessie Kelly - 14.07.2024

-Heh, z pewnością go lubili. W końcu Salazar Slytherin i Godryk Gryffindor byli przyjaciółmi, czyż nie? Rowena Ravenclaw również, tak myślę, nie należała do osób, które tolerowałyby towarzystwo osoby, do której sympatią nie pałały - tolerancja inności była jedną z wielu domen założycielski Domu Kruka, ale z pewnością nie było nią bezgraniczne koleżeństwo, a była to znaczna różnica, bo można tolerować, ale nie lubić.

To była jedna z domen Helgi Hufflepuff. Jej uprzejmość i lojalność, przekazywane dalej jej uczniom, którzy czczą te cechy po obecne czasy. Hufflepuff, czasami niesłusznie uważany za "nijaki" Dom, był miejscem, w którym niejedna osoba mogła odnaleźć wsparcie i dobre słowo w trudnych chwilach.

-Myślę, że jednak był to pech - powiedział z ciężkim westchnięciem, drapiąc się po karku.-Przynajmniej tym razem. Nieraz już wracałem nocą sam, ale do tej pory nie miałem tej nieprzyjemności natknąć się na pijaków. Czy tych agresywnych, czy tych odkrywających miłość do ludzi - bo tacy również się zdarzali.

Kiedy alkohol wzburzał krew i dodawał odwagi do robienia rzeczy, których na trzeźwo nikt nie miał odwagi robić, niektórzy nagle dostrzegali, jak "piękny" był świat i tym odkryciem, tą miłością do wszystkich i wszystkiego chcieli dzielić się z każdym. A niekoniecznie każdy chciał na takie gesty odpowiadać.

Słysząc jej odpowiedź, delikatny grymas pojawił się na jego twarzy. Nie chodziło jednak o samą jej pracę, ponieważ utrzymywanie porządku na ulicach, nawet gdy oznaczało to zajmowanie się ulicznymi pijaczkami, bezimiennymi złodziejaszkami, czy bezdomnymi, również było ważne. Grymas pojawił się przez myśl, która przebiegła przez jego głowę. Brenna może nie nie wyglądała na słabiutką i zahukaną dziewczynkę, która ledwo oderwała się od spódnicy mamy i najchętniej tam by wróciła, ale Jessie nie miał wątpliwości, że w swojej pracy musiała radzić sobie z niejedną nieprzyjemną sytuacją. Nieudolne flirty, "śmieszne" żarciki o kobietach i wiele innych. Może nawet któregoś razy jej buty lub inna część garderoby zostały ubrudzone przez wypuszczoną na wolność zawartość czyjegoś żołądka.

Może jego myśli mijały się z prawdą i tak naprawdę Brenna nie musiała radzić sobie z żadną z takich sytuacji, ale tego wiedzieć nie mógł i to było właśnie coś, co pierwsze przyszło mu do głowy. I jakoś tak cieplej zaczął myśleć o swojej pracy. Nawet mimo częstej złośliwości goblinów.

-Jasper, miło mi. Mówisz o tym całym Czarnym Panie, mam rację? Ostatnio robi się o nim coraz głośniej.




RE: [listopad, 1970r.] Nastał czas Ciemności | Brenna & Jessie - Brenna Longbottom - 15.07.2024

– To na pewno, gdyby wcale go nie lubili, nie założyliby razem szkoły. Ale chciałabym wierzyć, że Salazar miał jakieś faktyczne przymioty charakteru, z powodu których go lubili, a nie chodziło tylko o jakąś przyjaźń z dzieciństwa, wspólne doświadczenia i to, że był świetnym magiem.
W końcu spryt i ambicja nie były złymi cechami. Chociaż jakby się zastanowić, właśnie dom Slytherina opuszczało najwięcej czarnoksiężników. Może Założyciel zradykalizował się pod koniec swojego życia?
Ewentualnie zawsze był paskudnym gościem, ale tysiąc lat temu przyjaciołom łatwiej było przymykać oka na takie rzeczy. Brenna nigdy nie była asem z historii, łatwo było jednak odgadnąć, że czasy wtedy były dużo bardziej brutalne niż obecnie. A mimo to… mimo to ostatecznie przyjaźń rozpadła się i Slytherin opuścił Hogwart, by podążyć swoją drogą.
Brenna w pracy spotykała się z różnymi rzeczami. Byli pijani, byli naćpani, byli agresywni, i po prawdzie to wszystko wciąż było dużo łatwiejsze niż ten moment, w którym pukałeś do drzwi, aby powiedzieć mieszkańcom, że ich zaginioną córkę właśnie znaleziono martwą. Nie mogła jednak narzekać na swoją pracę, bo sama ją wybrała i nigdy nie wyobrażała sobie, żeby robić coś innego. A przecież miałaby możliwości – gdyby tak sobie uroiła, mogłaby założyć własny interes albo po prostu poprosić rodzinę Potterów, aby znaleźli dla niej miejsce w rodzinnej firmie. Zawsze też wiedziała, z tym ta robota się wiąże, bo od najmłodszych lat przesłuchiwała się rozmowom ojca i wujostwa, a niemal wszyscy byli albo Detektywami Brygady, albo aurorami. Jedynym, który nie podążył za rodzinną tradycją, był Morpheus Longbottom, który znikł w ciemności Departamentu Tajemnic.
I właśnie o nim pomyślała, kiedy chłopak się przedstawił.
– Kelly? – spytała, uśmiechając się do niego lekko. Nic dziwnego, że go nie rozpoznała, bo chłopak niedawno skończył Hogwart, i raczej nie był często zapraszany tam, gdzie bawili się czystokrwiści, ale wiedziała już, dlaczego wydawał się jej znajomy: w końcu zdarzało się jej słyszeć o jego bracie, chrześniaku Morpheusa, mignęły jej jakieś zdjęcia… – Kojarzę twoją rodzinę. I nie nazywaj go tak. „Czarny Pan”. To określenie, którego używają wobec Voldemora ci, którzy popierają jego postulaty.
Nie zamierzała namawiać go, aby wypowiadał imię Voldemorta. Był młody, ze „skażonym” pochodzeniem, a ona nie uważała za słuszne wymuszanie na ludziach, by wywieszali sobie na plecach strzelniczą tarczę. Ale na same słowa Czarny Pan wzdrygała się bardziej niż na dźwięk tego imienia, które wymawiała bez wahania, bo strach przed imieniem wzmaga strach przed rzeczą.
Nie był żadnym panem ani lordem. Był tylko okrutnym człowiekiem o dużej mocy, który potrafił mamić ludzi.