Secrets of London
[07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24)
+--- Wątek: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo (/showthread.php?tid=3558)



[07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Leo O'Dwyer - 07.07.2024

Zmierzchało. Nie bałem się ciemności. Byłem dzielnym kocurem, a nawet o ciemnościach w tej chwili nie myślałem, bo dostałem list od pani Bulstrode. Potrzebowała mnie pilnie na interwencji u pacjenta, który chyba wymiotował czymś specyficznym albo co. Za bardzo się nie rozpisała, więc właśnie próbowałem wymyślić mu objawy, które mu dokuczają, a - uwierzcie mi - miałem naprawdę bogatą wyobraźnię...
Tylko że te bajanie kompletnie zagłuszył ptak. Nietypowy ptak, bo siedział sobie w klatce, a tę klatkę niosła jakaś bezdomna starucha. Ptaka upolować nie mogłem, bo był w tej klatce już zamknięty, ale mógłbym pomóc jakoś tej kobiecie, ale mówiła bardzo złe rzeczy, życzyła mi nie za dobrze, więc tylko pokręciłem głową w niedowierzaniu, machnąłem ręką i ruszyłem dalej w te pędy, bo pani Florence! Czekała na mnie pani Florence!!! Takim złym kobietom nie pomagałem, ale pani Florence, bo ona akurat była dobrą kobietą, tylko czasami trochę wymagającą. Niestety, trochę za bardzo. Czasami miałem wrażenie, że miała kompletnego fioła na punkcie swojej pracy, kiedy ja tylko chciałem pomagać ludziom, a nie wkuwać te wszystkie klątwy.
Niestety, mój przyspieszony krok znowu został przerwany. Tym razem nie przez rozbiegane myśli ani stare baby z ptakami, tylko BARDZO NIEBEZPIECZNY NIEPRZYJEMNY WARKOT, KTÓRY ZNAŁEM AŻ ZA BARDZO, I TO MIAŁ OKAZJĘ WARCZEĆ W WERSJI ROZSZERZONEJ O CONAJMNIEJ... TRZY BESTIE...?!
Nie musiałem nawet przemieniać się w kociaka, bo kiedy tylko obróciłem się - i to bardzo powoli, naprawdę zrobiłem to wolno - w kierunku psów, te od razu się na mnie rzuciły. Dlatego nienawidziłem kundli. Zdążyłem jedynie się skulić, mając nadzieję, że obrażeń będzie jak najmniej. Zawsze było to samo, dlatego starałem się uciekać. Nawet teraz rozważałem przemianę w kota i zwianie stąd, ale obawiałem się, że w mniejszej postaci skończyłbym jeszcze gorzej...? O ile już źle nie kończyłem. Były tak blisko, już szarpały mnie za kurtkę i nogę. Nie chciałem im oddawać żadnego skrawka siebie.
Leżałem na ziemi, osłaniając najwrażliwsze miejsca, na pogryzienia rzecz jasna, i właściwie się nie ruszałem, nie chcąc ich bardziej prowokować. One zawsze były takie pełne agresji, takie niewyżyte. Nic im nie zrobiłem. Nawet ich nie zaczepiałem, więc nie rozumiałem, skąd ten atak, czemu to robiły. Ja chciałem jedynie pomóc pani Florence, szedłem prosto, nigdzie się nie włamywałem, byłem grzeczny i za to teraz wykrwawiałem się na środku drogi. Bezczelne bestie.
Skuliłem się jeszcze bardziej. Już nic mnie nie szarpało, ale chciałem znaleźć się w swojej kołderce i zasnąć. Mamo, ratuj - pomyślałem, zaciskając swoje oczy.


RE: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Florence Bulstrode - 11.07.2024

W Little Hangleton zawsze działo się coś nieprzyjemnego.
Florence nie bywała w tej miejscowości często. Właściwie unikała jej jak tylko mogła, a okazyjnie wizyty były nieodmiennie związane z wezwaniami medycznymi, ewentualnie z rzadkimi odwiedzinami u krewnej. Little Hangleton miało ponurą atmosferę, było pełne czarnoksiężników oraz, paradoksalnie, mugoli. A chociaż tych drugich Bulstrode nie darzyła nienawiścią, to byli dla niej trochę jak istoty z innej planety. W Londynie, jeśli już opuszczała w ogóle magiczne dzielnice lub Munga, było jakoś łatwo ich mijać w anonimowym tłumie niż tutaj, gdzie większość mieszkańców się kojarzyła.
Tym razem chodziło o przypadek medyczny - a że chory źle znosił teleportację, transport do szpitala mógł mu zaszkodzić. Florence pojawiła się na miejscu dokładnie dwie minuty przez czasem, i czekała aż dołączy do niej jeden ze stażystów (wzdychając w duchu, że trafił się jej właśnie on, bo Leo O'Dwyer jej zdaniem mógł być wszystkim, ale nie materiałem na poważnego, profesjonalnego medyka).
Nie pojawił się o umówionej godzinie.
Nie pojawił się minutę później.
I dwie minuty później.
Florence, zerkając na zegarek, pomyślała, że czeka ich poważna rozmowa na temat punktualności. Może dla większości ludzi chwila spóźnienia nie stanowiła problemu, ale ona była jednostką bardzo zasadniczą i uważała, że to brak szacunku do niej oraz, co gorsza, dla pacjenta.
Po trzech minutach już zamierzała odwrócić się i wejść na teren posesji, zdecydowana, że Leo wpakował się w poważne kłopoty. I może biedny O’Dwyer skończyłby ostatecznie bezlitośnie pogryziony przez wściekłe kundle, gdyby Florence nie musiała obejść domu, odchodząc od głównej uliczki, bo furtka leżała z boku.
Najpierw jej uszu dobiegł warkot, a ona przystanęła, odruchowo dłoń kładąc na kieszeni spódnicy, w której skrywała się różdżka. Nie wyjęła jej od razu: pamiętała, że jest w miejscowości pełnej mugoli. Ledwo jednak zobaczyła kogoś skulonego na ulicy, bezlitośnie atakowanego przez sforę, a przestała się wahać. Przepisami kodeksu tajności i wzywaniem kogoś do czyszczenia pamięci będzie martwiła się później.
Na razie wyciągnęła różdżkę, a trzy psy zostały bezlitośnie wyrzucone w powietrze mocą zaklęcia. Florence lubiła zwierzęta. Wcale nie chciała ich krzywdzić. Ale te były agresywne, być może wściekłe i wolała nawet nie myśleć, co by się stało, gdyby dopadły dziecko…


RE: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Leo O'Dwyer - 13.07.2024

Mamo, ratuj - pomyślałem. Tak pomyślałem, uparcie zaciskając swoje oczy. Pragnąłem stąd zniknąć i znaleźć się w bezpiecznych murach swojego mieszkania, a najlepiej to domu rodzinnego. Z tą całą gromadą O’Dwyerów na pokładzie, w sensie w jednym pomieszczeniu, a może w pustym domu, ale... Z szarlotką na parapecie, zapachem tytoniu w powietrzu, pełnego doniczek na balkonie i beczek alkoholu w piwnicy. Było tam pełno pajęczyn, w tej piwnicy w sensie, ale było bezpiecznie. Nie było tam żadnych psów. Rodzice mnie z tym usłuchali.
Tylko że jak sobie wyobrażałem ten dom rodzinny, to sobie również wyobraziłem mamę. Stała oburzona, z dłońmi opartymi na bokach i ze słowami na ustach: Bóg ci tego nie wybaczy, Leoś! A ja nie wybaczę ci tego po stokroć! Groziła mi ciepło spojrzeniem. I machnęła rękoma bym się czym prędzej ruszył, ruszył się czym prędzej, bo zawieść Boga to była potężna rzecz, a zawieść matkę to jeszcze bardziej potężniejsza. Nie chciałem zawodzić mamy.
Ale było mi zimno, cały drżałem z zimna i z przerażenia, które wciąż nie opuszczało mojego ciała. Serce waliło mi jak szalone, na wargach czułem suchość i chyba nawet ugryzłem się w język w całym tym stresie, bo mnie bolał. A może to jednak nie język, tylko żuchwa od uciążliwego zaciskania. Otworzyłem oczy i powoli oparłem się na łokciu, podnosząc niepewnie. Rozglądałem się nieco otumaniony za swoimi oprawcami, nasłuchiwałem, jak gdyby mogły zaraz powrócić i ponownie zaatakować. To było wielce prawdopodobne, bo jak się nie ruszałem, to się pewnie znudziły, a jak się ruszałem, to znowu moglem być ciekawą zabawką.
Szamotanina pozbawiła mnie schludności, godności, pogody ducha i radości. Usiadłem, bo niczego podejrzanego nie słyszałem, a za to ujrzałem cień jakiejś osoby.
- Przepraszam! - podniosłem głos, będąc raczej w szoku niż działając rozważnie. Pomachałem ręką. - Szukam pewnego domu... Może mi pani powiedzieć, gdzie znajduje się numer pięć? - zapytałem cień, zbierając się niepewnie z ziemi. Little Hangleton? Dla mnie to wioska jak każda inna. Z reguły trzymałem się Londynu, bo tam się wychowałem i tam mieszkałem, tam głównie pracowałem, ale Little Hangleton było dla mnie wioską jak każdą inną. Bynajmniej do teraz. Mieszkały tu bezlitosne psy, a może były tu tylko przybłędami...?
Kiedy wstałem, świat mi nieco zawirował. Złapałem się za głowę, pochylając się nieco do przodu. Nie, nie było mi mdło. Chciałem widzieć grunt pod nogami.


RE: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Florence Bulstrode - 15.07.2024

To nie był mugol. To był jej stażysta, najwyraźniej najbardziej pechowy chłopak na świecie.
Florence nie miała czasu zastanawiać się, czy to dobrze, czy źle, że nie miała dl czynienia z mieszkańcem okolicy - chociaż zapewne uznałaby, że dobrze, przynajmniej ze względu na późną porę na ulicy byli sami, i nie naruszyła kodeksu tajności. W tej chwili istotne były jednak psy. Chociaż wszystkie trzy uderzyły o ziemię, a jeden z nich zaskomlał przy tym boleśnie i rzucił się do ucieczki (wiedziała, że prawdopodobnie go zraniła, ale poszarpana kurtka młodego uzdrowiciela jasno pokazywała, że to nie była pora na sentymenty), dwa pozostałe nie poszły w jego ślady. Jeden zdawał się skonsternowana, ale już podnosił się na niepewnych lapach, a z paszczy kolejnego wydostał się warkot: jakby to uderzenie, niespodziewane przerwanie mu zabawy, tylko jeszcze bardziej do rozzłościło.
- Panie O'Dwyer, proszę wstać i wyciągnąć różdżkę - poleciła ostrym tonem, gdy pierwszy z psów zaszarżował, a ona była pewna, że drugi zaraz pójdzie w jego ślady. W stadzie zwierzęta były znacznie odważniejsze niż osobno, a Florence była uzdrowicielką, nie łowczynią potworów czy pojedynkowcem.
Oczywiście, nie oznaczało to, że planowała po prostu stać. Gdyby nie umieli poradzić sobie we dwoje z trójką rozwścieczonych psów, równie dobrze mogliby połamać różdżki i iść żyć w mugolskim świecie.
Machnęła ponownie różdżką, tym razem usiłując sznurem splątany nogi psa, próbującego skoczyć na plecy Leo. Prawdopodobnie powinna sięgnąć po dużo bardziej mordercze zaklęcia, ale niezależnie od tego, co myślał o niej Cameron Lupin, Bulstrode nigdy nie sięgnęłaby instynktownie po magię, która byłaby naprawdę dla kogoś niebezpieczna.

[roll=Z]
[roll=Z]


RE: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Leo O'Dwyer - 21.07.2024

Nie byłem pewien, czy cieszyć się na widok Pani Florence, czy może bardziej przerazić na jej słowa, szczególnie że kiedy zdążyła powiedzieć swoje, ja usłyszałem ten niebezpieczny charkot za moimi plecami.
Tak, radość uleciała szybciej niż się pojawiła, a ja w panice próbowałem wyciągnąć różdżkę ze swojej kieszeni. Szło mi to ślamazarnie, jak gdyby wszyscy bogowie świata zechcieli mnie zamordować za to, że za kilka dni stłukę komuś buteleczkę perfum. Albo za przystawanie z gangsterami??? Cóż, starałem się być bardzo sympatyczny dla wszystkich klas tego świata. Od bogaczy, których dzieła sobie przywłaszczałem, po degeneratów, których leczyłem słodkimi cukierkami z problemów psychicznych. I fizycznych niedoskonałości również. A może to były te stłuczone naczynia w Norce Nory?
Odwróciłem się, odruchowo się kuląc. Czyżbym zakładał, że oto za chwilę zostanę skazany na przegraną? Wpatrywałem się właśnie we wściekłe spojrzenie bestii. Ślina ciekła jej po wargach, ciekła jej po zębach. Skapywała na drogę... Czy one miały wściekliznę? Czy ja właśnie zostałem zarażony? Czy ja będę biegał po mieście i gryzł innych...?
O ile przeżyję.
Odskoczyłem do tyłu, mało co znowu nie upadając. Złapałem równowagę i w końcu udało mi się wygrzebać tę przeklętą różdżkę. Trochę mi ulżyło, bo Pani Florence unieruchomiła jednego z psów, ale był jeszcze jeden. Wycelowałem w niego różdżkę, ale miałem kompletną pustkę w głowię. Co mogłem mu zrobić? Czy ja mogłem coś mu zrobić?!
Ręce mi się trzęsły, ale postanowiłem powielić pomysł Pani Florence. Chciałem wyczarować te liny żeby go spięły, ale robiłem to niepewnie i na ślepo. Zdrowy rozsądek, o ile miałem jego śladowe pokłady, został mi całkowicie odebrany.

Kształtowanie, magiczkowanie liny na psie
[roll=N]
[roll=N]


RE: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Florence Bulstrode - 23.07.2024

Florence nawiedziła nieprzyjemna myśl, że Hogwart chyba mocno obniżył standardy, gdy tak obserwowała poczynania Leo. Sama też nie była pojedynkowiczem, nie lubiła i nie potrafiła walczyć, nie wymagała więc nie wiadomo czego, ale ktoś po tej szkole powinien być w stanie wyjąć z kieszeni różdżkę. A przecież Akademia Munga wymagała określonej ilości OWUTEMów…
Na całe szczęście pies, który usiłował skoczyć na młodego uzdrowiciela, został spętany w locie i upadł u jego stóp. Chwilę temu powarkiwał groźnie, szczerzył kły, ale teraz popiskiwał i szarpał się w więzach. Gdyby Florence nie widziała poszarpanego ubrania Leo, poczułaby pewnie wyrzuty sumienia, że tak traktuje zwierzę: w tej chwili jednak myślała głównie o tym, że trzeba znaleźć właścicieli tych psów. Poszukać jakiegoś mugolskiego… schroniska? Tak to się nazywało? Jeśli nie miały właścicieli, może się tym zajmą?
Nie chciała nawet myśleć, co będzie trzeba zrobić w innym wypadku. Nie mogła zostawić tych psów na ulicach. Mogłyby znów zaatakować. Dziecko albo starszy mugol nie mieliby szans w starciu z nimi.
Leo ocknął się na szczęście i jego czar także zadziałał. Ostatni z psów został skrępowany nim zdążył na niego skoczyć. Florence znów machnęła różdżką, tym razem za pomocą zauroczenia usypiając oba zwierzaki. Trochę dla pewności, trochę bo ciężko było jej patrzeć, jak się męczą. Psy same w sobie nie były złe: jeśli atakowały, to dlatego, że ludzie nie zadbali o nie odpowiednio.
– Przedarły ubranie? Proszę pokazać rany – zażądała, odrywając spojrzenie od leżącego bliżej psiaka i przenosząc spojrzenie na stażystę. Zaraz jednak rozejrzała się jeszcze, upewniając po raz wtóry, że w pobliżu nie było żadnego mugola, który mógłby dostrzec ich niedawny występ. – Jak doszło do tego ataku? – spytała, nagle tknięta myślą, że może Leo na przykład zobaczył je w kojcu i pomyślał, że są biedne i trzeba je uwolnić?


RE: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Leo O'Dwyer - 27.07.2024

Co tu się działo?! Nie chciałem w tym uczestniczyć. Bestia warczała, warczała wściekle, szamocząc się w więzach. Chciała się wydostać i mnie rozszarpać do końca, jakby los jej kazał, jakby chciał żebym tego wieczoru utracił życie. I to w tak okrutny sposób. Już widziałem oczami wyobraźni jak się wyrywa z tych więzów, ta bestia, i dopada do mnie, jak rwie mnie dalej, jak rozrywa na strzępy, jak się wykrwawiam, jak mnie właściwie już nie ma... I właśnie myślałbym o tych wszystkich rzeczach, których nie zdążę zrobić, gdybym mógł się chociaż skupić na czymkolwiek.
Nie. Ja stałem przygarbiony i wpatrywałem się w wyrywającą się bestię niczym w hipnotyzujący obrazek. Nie byłem w stanie nic nie zrobić. Nie byłem w stanie odwrócić oczu. Widziałem te ostre zęby, tę wściekłość, co mnie przytłaczało doszczętnie. Drżałem i tak jak stałem, to padłem na tyłek, kiedy bestia w mgnieniu oka zasnęła. Pękłem doszczętnie. Nie czułem się tak, jakbym tu był. Czy ja umarłem? Może już mnie nie było?
Objąłem się rękoma, jak gdyby mogło to dodać otuchy. Był głos i głos coś mówił o ranach, o tych moich ranach pełnych wścieklizny... Wypełnionych ich ślinąć, ich wściekłością. Nie mogłem, nie mogłem tego sobie wyrzucić z myśli. Co się stało? Co się działo? Czy ja żyłem?! Czy ja jeszcze żyłem?! Czy żyłem? I czy one mnie dobiją, kiedy tylko się zbudzą?
- Ja... nie wiem - wyrzuciłem z siebie przerażony. - One nigdy mnie nie lubią. One zawsze chcą mojej śmierci, a ja tylko szedłem. Ja sobie szedłem. Szedłem szybko do Pani Florence - mówiłem bardziej do siebie niż do swojej towarzyszki, nieświadomy w tej chwili, że to ona właściwie uratowała mi życie. Za to w napięciu czekałem na drgnięcie. Wiedziałem, że bestia prędzej czy później się obudzi, że się wgryzie w moje łapy. Z rozkoszą oderwie mi ręce.
Drgnąłem sam przerażony. Myślałem, że ruszyła, ale to był chyba tylko podmuch wiatru, który przemknął po jej śmierdzącej sierści.


RE: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Florence Bulstrode - 29.07.2024

Florence zacisnęła wargi, bardzo mocno, aż utworzyły wąską linię, a jej twarz, ładna przecież, nagle sporą część tego arystokratyczne uroku utraciła, z powodu grymasu niezadowolenia. Taką minę robiła bardzo rzadko, zwykle gdy któryś ze studentów Akademii Munga udzielając odpowiedzi na jakieś pytanie sugerował postępowanie, które mogłaby kogoś zabić – bo zwykłe pomyłki najczęściej prostowała, te głupsze czasem zbywając ironicznym komentarzem czy nieszczerym uśmiechem.
To nie była odpowiedź, jakiej powinien udzielić uzdrowiciel, i nijak nie pomagała w ustaleniu, skąd nadbiegły te bestie, czy do kogoś należały, nie nalegała jednak, dochodząc do wniosku, że Leo prawdopodobnie jest w szoku.
– Panie O'Dwyer, proszę wziąć się w garść – powiedziała Florence, podchodząc bliżej. Psy wciąż spały, przyjrzała się im więc, oceniając stopień zaniedbania, próbując wywnioskować, czy mogą do kogoś należeć. Jeden wyglądał źle, jeśli nawet miał właściciela, to ewidentnie nie zasługującego na to miano, na szyi drugiego za to była obroża. Doskonale, mogła potem poszukać właściciela. Rozdarta była teraz wewnętrznie, pomiędzy zajęciem się tymi morderczymi bestiami i osobą za nie odpowiedzialną, a myślą, że pacjent na nich czekał, oni zaś byli spóźnieni już dobre pięć minut – dobrze, że umówiła się z Heliosem chwilę wcześniej. – Plecy – dodała, stając za nim i poddając oględzinom rzeczoną część ciała. Kurtka była w strzępach: miał szczęście, że ją założył, mimo lata, inaczej zostałby w najlepszym wypadku poważnie poraniony, a może i poszarpany. Wyglądało jednak na to, że psy nie zdążyły zadać naprawdę groźnych obrażeń, chociaż tu i ówdzie sięgnęły skóry.
– Jest pan w stanie się teleportować? – zapytała, cofając się. Obrażenia wymagały głównie potraktowania eliksirem odkażającym i wypicia kropli wiggenowego, ale tego pierwszego ze sobą dzisiaj nie wzięła, a i nie chciała rzucać kolejnych zaklęć na środku mugolskiej ulicy. – Proszę dzisiaj wracać do domu. Rany trzeba przemyć połową butelki eliksiru odkażającego, potem wypić pół łyżeczki wiggenowego. Jeżeli czuje się pan na siłach, można użyć dodatkowo episkey.
Zaklęcie zaleczy rany, a potem mikstura utrwali efekt.
– Zajmę się tymi psami i pacjentem – mruknęła, bo on ewidentnie nie nadawał się w tej chwili ani do jednego, ani do drugiego, zbyt przerażony atakiem.


RE: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Leo O'Dwyer - 31.07.2024

Drgnąłem przerażony, kiedy pojawiła się obok mnie postać. Spojrzałem rozedrgany w górę, ale to była Pani Florence. Albo aż Pani Florence. Nie była zadowolona. Była bardzo niezadowolona, ale ja nie mogłem się opanować. Po prostu nie mogłem. Nie przepadałem za psami... Chociaż nieprzepadanie to mało powiedziane. Ja się ich panicznie bałem. Zawsze się na mnie rzucały szalone, kiedy ja nie robiłem im nic złego. Co najwyżej omijałem szerokim łukiem.
- A gdzie ta kobieta? Gdzie ta starsza kobieta?! - zapytałem Pani Florence. Może coś wiedziała na ten temat? Może mogła mi pomóc... jej unikać. - To ona zesłała na mnie nieszczęście. Pani Florence, pani musi uważać na tę starszą kobietę - mówiłem, wciąż będąc w szoku. Kilka razy powtórzyłem to samo, ponownie mówiąc o agresywnych psach, że mnie nie lubią, a na chwilę przerażony zapatrzyłem się w psisko. Ciężko oddychało przez sen. Ruszało się całe. Aż zadrgały mi wargi ze strachu.
- Ja pójdę, ja sobie stąd pójdę - powtórzyłem. Nie było pewne, czy dotarło do mnie, co zaleciła Pani Bulstrode, ale pewne było jedno. Zamierzałem biec całą drogę do Londynu i nie oglądać się za siebie. Przy odrobinie szczęścia zamierzałem złapać stopa albo Błędnego Rycerza.


RE: [07.07.1972] Lelek wróżebnik - Leo x Flo - Florence Bulstrode - 31.07.2024

– Nie rozumiem, o czym pan mówi. Starsza kobieta poszczuła te psy?
Florence napotkała już kobietę w łachmanach, z lelkiem w klatce, a chwilę później jej brat oberwał… cegłą. Nie była jednak w stanie skojarzyć tego z panicznymi słowami młodego uzdrowiciela: po prawdzie chociaż pamiętała moment, w którym Atreus został zraniony, obraz tamtej włóczęgi już dawno umknął z pamięci Bulstrode. Rozpoznałaby ją, gdyby się spotkały, owszem, ale zupełnie o niej nie myślała.
Z ust Bulstrode wyrwało się westchnienie, gdy chłopak powtarzał tylko wciąż i wciąż od nowa o psach i starszej kobiecie. Odnowiła zaklęcie, usypiające psy, a potem kazała mu po prostu wracać, uznając, że chwilowo do niczego się jej nie przyda. Chociaż gdy ten zamiast teleportować się po prostu, ruszył pędem ulicą, obróciła się za nim w zdumieniu. Omal nie zawołała jego nazwiska, szybko jednak dotarło do niej, że prawdopodobnie nawet by jej nie usłyszał.
Mogła mieć tylko nadzieję, że gdy złapie zadyszkę, pomyśli o teleportowaniu się albo chociaż wezwaniu Błędnego Rycerza. Po jej głowie krążyła jednak ponura myśl, że ten młodzik niezbyt nadawał się do Munga: nie wiedziała, jak mocno bał się psów i teraz zastanawiała się, jakby zareagował trafiając w sytuację taką, jaka panowała choćby po Beltane.
Kobieta strzepnęła z rękawa niewidzialny pyłek, po czym skierowała się do domu pacjenta. Zamierzała przeprosić go za spóźnienie, wypytać o te trzy szaleńcze psy i w miarę możliwości poprosić o cierpliwość, póki nie rozwiąże tej sprawy. Dopiero po rozejrzeniu się po okolicy za właścicielami agresywnych zwierząt lub przeniesieniem ich w rejon, gdzie nie zrobią nikomu krzywdy, Florence mogła zająć się spokojnie leczeniem mężczyzny i później – powrotem do domu.

Koniec sesji