Secrets of London
[17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+--- Wątek: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien (/showthread.php?tid=3561)

Strony: 1 2


[17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 07.07.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Lorien Mulciber - osiągnięcie Piszę, więc jestem

17 lipca 1972, wieczór
Robert & Lorien & Biblioteka


Odkąd w kamienicy pojawili się kolejno Richard, Charles, Leonard oraz Sophie, ciężko było o znalezienie miejsca, które było w stanie zapewnić Robertowi potrzebne ilości spokoju oraz ciszy. Dom stał się zbyt tłoczny. Zbyt głośny. Nazbyt pełny ludzi. Odnalezienie się w tych nowych warunkach, nie było zadaniem łatwym. Zwłaszcza, że przez długie lata, wszystko wyglądało tutaj zupełnie inaczej.

Salon odpadał. Własna sypialnia również przestała być miejscem dostępnym. Pracownia w piwnicy? No cóż. Człowiek jednak musiał się choć trochę szanować. Z tego samego względu odpadała kuchnia, która była miejscem odpowiednim wyłącznie dla skrzatów domowych oraz kobiet. Do wyboru pozostawały więc gabinet, jadalnia oraz biblioteka. Ze wszystkich tych miejsc, to ostatnie było zapewne tym, w którym Roberta poszukiwano by na samym końcu. Nie dlatego, że z biblioteki nie korzystał. Nic z tych rzeczy. Chodziło o to, że rzadko kiedy było widać, aby opuszczał gabinet. I dla poszukujących go osób, to właśnie on stanowił pierwszy wybór.

Ukryty był pomiędzy regałami. W dalszej części biblioteki. Zapadł się w miękki, wygodny fotel. Taki typu uszak. W rękach trzymał opasłe tomiszcze. Pogrążony był w jego lekturze Była to jakaś wielostronicowa praca dotycząca pieczętowania. Tak przynajmniej można było wywnioskować po tytule. Na to właśnie zdawał się on wskazywać. Robert od dawna to zgłębiał. Starał się z tym zagadnieniem odpowiednio zaznajomić. Już zapoznając się z samym zasobem domowej biblioteki, łatwo można było zauważyć, że dla któregoś spośród mieszkańców tej nieruchomości, tematyka run oraz pieczętowania była wyjątkowo bliska. Poświęcać musiał jej wiele uwagi.

Skupiony na zapoznawaniu się z zawartością kolejnych stron, korzystał z panującego w bibliotece względnego spokoju. Nie zwracał większej uwagi na otoczenie. Z tego też względu nie usłyszał, a także nie zauważył kolejnej osoby, która zabłądziła w to miejsce, przypadkowo bądź wręcz przeciwnie, decydując się mu przeszkodzić. Oderwać go od dotychczasowego zajęcia.

- Richard? - rzucił w eter, przekonany, że jeśli ktoś znalazł się tutaj o tej porze, to musiał to być brat. Nieistotne, że ten książek przecież nie czytał, a bibliotekę odwiedzał od święta. Ostatni raz zapewne przy okazji tej sytuacji, kiedy z jednej takiej ukradł kilka książek na prośbę Roberta. Znaczy nie do końca na prośbę, bo Robert go o samą kradzież nigdy nie poprosił. Jedynie o zdobycie konkretnych materiałów, ale... dobra, zostawmy to. - Zaraz będę kończył, nie musiałeś organizować wyprawy poszukiwawczej. - poinformował go. Albo raczej osobę, co do której był przekonany, że tym Richardem musiała być. Mieli bowiem wciąż sporo do porozmawiania. Sporo planów do omówienia. Świadomy tego Robert, zerknął nawet na zegarek, żeby sprawdzić godzinę. Późna. Cholernie późna. Aczkolwiek jaka to różnica? I tak ostatnimi czasy sypiał cholernie mało. Praktycznie tyle co nic.




RE: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 09.07.2024

- Richard?
Nie. Kim jak kim, ale czarownica z pewnością nie była osobą, której się tu z jakiegoś powodu najbardziej spodziewał. A może powinien? Lorien spędzała w bibliotece większość wolnego czasu, praktycznie od dnia, gdy się przeprowadziła. Tutaj miała dostęp do ksiąg Mulciberów. Do swoich ksiąg, które częściowo wypełniały kilka regałów w głębi pomieszczenia. Miejsce do pracy, którą tak często przynosiła z biura. W tym samym fotelu, w którym pan Mulciber właśnie zasiadał, to ona z reguły zagłębiała się w lekturze akt procesowych.

Nie szukała Roberta - to było pewne i można było odnieść wrażenie, że jest co najmniej zaskoczona jego obecnością tutaj. Nie zdążyła się jeszcze po całym dniu ogarnąć, więc nadal miała na sobie normalną szatę wyjściową. W dodatku pachniała lawendą, której zresztą drobne, fioletowo-różowe płatki tkwiły w jej ciemnych włosach. Na policzku miała ślad po resztce proszku fiuu. Wyraźny znak, że dopiero co wróciła od rodziców, gdzie zgodnie z zapowiedzią złożoną chwilę po śniadaniu, spędziła popołudnie. I wieczór najwyraźniej.
W rękach trzymała sporej wielkości, płaski pakunek, który przytulała do piersi. Zapakowany w szary papier, obwiązany prostym konopnym sznurkiem. Przesyłka albo prezent.
Przystanęła, początkowo bez słowa, przy regale, który chronił jej męża od bycia zauważonym przez resztę domowników. Spojrzała przez ramię, jakby spod ziemi miała właśnie wyrosnąć cała ekipa poszukiwawcza.
- Obawiam się, że na to już za późno.- Powiedziała wręcz grobowym tonem, choć ten równie dobrze mógł być próbą zażartowania. Ciężko było określić czy mówi poważnie, zwłaszcza teraz, gdy w ciszy biblioteki mogła przestać udawać, że wszystko jest już dobrze.- Mówiłam, żeby zaczekał co najmniej 72 godziny, ale wiesz jaki jest… Odwołać grupę szturmową Biura Aurorów? - Więc jednak żart.
Sprawiała wrażenie jakby chciała go o coś zapytać. Choć pytanie z pewnością nie należało do najprzyjemniejszych i z pewnością dotyczyło wyjątkowo nurtującej jej rzeczy - dlaczego zamienił ich kamienicę w hotel dla całej rodziny. Była w stanie usprawiedliwić obecność Sophie - dobra córka powinna mieszkać przy rodzicach aż do ślubu, ale.. Richard? Chłopcy?

Zamiast sterczeć jak kołek przy regale, Lorien podeszła nieco bliżej. Jeden krok, potem kolejny. Tak naprawdę wyminęła Roberta, przelotnie zerkając na trzymaną przez niego książkę. Pieczętowanie? Nie wiedziała o tym zbyt wiele - ot co jakiś czas trafiał się spór o pieczęci zakładane komuś na majątek czy próba przemytu artefaktu obłożonego runami. Ale nigdy nie była to jej działka. Nie zapytała co było w tym tak fascynującego. Jeśli będzie chciał się podzielić niewątpliwie fascynującym światem pieczętowania - z pewnością to zrobi.
Podeszła za to do wciśniętej pod ścianę komodę, na której stał od kilku miesięcy jej magiczny gramofon. Nietrudno było się domyślić, że w tajemniczej paczce musiała być jakaś płyta. Znając przy tym panią Mulciber i jej upodobania, z pewnością nie był to jazz. Może jakiś biały kruk muzyki klasycznej? Ewentualnie coś z włoskich melodii i operetek, które zwykle wybrzmiewały w tle, gdy Lorien pracowała w bibliotece. Zaczęła ostrożnie otwierać opakowanie, starając się nie podrzeć papieru.
- Ojciec wygrzebał to nagranie w jakimś starym magicznym antykwariacie w Austrii.- Po co stary Philip Crouch był poza granicami kraju? Na to niezadane pytanie odpowiedź nie padła, bo najwyraźniej nie była ważna.- Będzie ci przeszkadzać…? - Zawiesiła głos, z czystej kurtuazji pytając o zgodę. Mogła sobie pójść. Zabrać gramofon i książki po które przyszła do sypialni i zostawić Roberta samego sobie.
Przy okazji natychmiast z pewnością informując Richarda i resztę rodziny, gdzie ów się ukrywa.


RE: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 14.07.2024

Osobą, która pojawiła się w bibliotece, nie był Richard. Poczynił w tym przypadku błędne założenie. A do tego też założenie zbyt szybkie. W ogóle przy tym nie pomyślał. Na jego obronę, na obronę Roberta - takie pomyłki nie zdarzały się jemu szczególnie często. Ta konkretna wynikała najpewniej z dość prostej przyczyny. Nadal nie zdołał przyzwyczaić się do tego, jak dużo osób zamieszkiwało obecnie kamienice. Jeszcze nie tak dawno temu, żył tutaj w zasadzie sam. W okresie wakacyjnym natomiast z córką. Odzwyczaił się od tego, że budynek mógł tak po prostu tętnić życiem. Aby przyzwyczaić się na nowo, zwyczajnie potrzebował czasu. Dużych ilości czasu.

Tak samo, jak on nie powinien być zaskoczony obecnością Lorien, tak Lorien nie powinna być zaskoczona tym, że natrafiła na męża właśnie w tym miejscu. I może nawet tego zaskoczenia obydwoje by uniknęli, gdyby nie to, że żadne z nich do tej pory nie starało się jakoś lepiej tego drugiego poznać. Złożyli podpisy pod aktem małżeństwa, ale samego małżeństwa, tak po prawdzie nie próbowali stworzyć. Dbali jedynie o pozory. Fasadę. O to aby odpowiednio prezentować się w oczach innych.

- Lorien. - stwierdzenie faktu, któremu nie towarzyszyło w tym momencie nic, co można byłoby w sposób jednoznaczny uznać za przejaw niechęci w stosunku do obecności kobiety w tym miejscu, o tej porze. W chwili, kiedy najwyraźniej sam zdecydował się właśnie tutaj ukryć. Zapewne celem zyskania tej odrobiny spokoju.

Jeśli wypowiedziany żart go rozbawił, to tego również po sobie nie pokazał. Zamiast tego w pierwszej kolejności spojrzał na zegarek. Sprawdził godzinę. Przy pomocy zakładki oznaczył stronę, na której skończył czytać. Później zamierzał do tego wrócić. Niekoniecznie będzie to później w tym dniu, ale to już rzecz bez znaczenia. A przynajmniej bez znaczenia jakiegoś takiego, cóż, po prostu większego.

- Masz na policzku pozostałości proszku fiuu. Byłaś gdzieś? - proste pytanie. Stojąca za nim chęć sprawowania kontroli? Być może. Czekając na odpowiedź, obserwował jak zbliża się do starego gramofonu. Niezbyt często zdarzało się, aby ktokolwiek z niego korzystał. Sam Robert miałby zapewne nawet spore wątpliwości odnośnie tego czy sprzęt wciąż się do czegokolwiek nadawał. - Nie przejmuj się moją obecnością. Długo nie potrwa. - zareagował na pytanie. Tylko czy faktycznie znaczyło to, że muzyka miała mu nie przeszkadzać? Prawda była taka, że na usta wręcz cisnął się komentarz w stylu: o takie kwestie wypadałoby zapytać wcześniej. Zanim jeszcze zdążysz w kierunku takiego gramofonu wykonać swoje pierwsze kroki. Podjąć związane z nim działania.

Cale szczęście, Robert Mulciber był tym człowiekiem, który wbrew stwarzanym pozorom, wbrew temu co zdawał się prezentować, sztukę gryzienia się w język opanował w stopniu niemalże mistrzowskim. Mało który człowiek mógłby się z nim na tym polu równać.




RE: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 17.07.2024

Och. Otarła policzek rękawem szaty, pozbywając się proszku fiuu.
- Mówiłam ci, że będę u rodziców.- Odpowiedziała spokojnie, nie analizując za bardzo tonu. Mówiła? Możliwe. Może po prostu mruknęła coś pod nosem czego nie zakodował. Albo stwierdziła, że mu powie, zapomniała i teraz za nic nie dałaby się przekonać, że wcale tak nie było. Zresztą poinformowała też o planach Selar. Właśnie na taki wypadek, gdyby Robert nie zauważył jej wyjścia.
Z pewnością jednak nigdy nie padło pytanie “czy chcesz się ze mną wybrać do mamusi?”. Odseparowanie małżeństwa od spraw Crouchów i Prewettów było kluczowe. Robiła to dla dobra ich wszystkich.
Dla rodziców, którzy za Robertem nie przepadali; dla Roberta, który musiałby znosić uciążliwe trajkotanie swojej teściowej; głównie jednak robiła to dla siebie. Im mniej Mulciberowie wiedzieli o pewnych kwestiach tym lepiej spali. O ile w tym domu w ogóle dało się w ogóle zasnąć.
Ileż tajemnic i niedomówień byliby w stanie uniknąć, gdyby tylko zechcieli ze sobą rozmawiać. Ale nie chcieli. A może po prostu nie potrafili? Żadne nie rwało się do pogłębiania relacji, którą w całości trzymały dwa podpisy i złote obrączki. Dwoje obcych ludzi, którym przyszło spędzić wspólnie kilka następnych lat.

Najgorsze, że Lorien zapytała. Zrobiła więcej niż sama od siebie oczekiwała, w czasie, w którym mógł ją jeszcze powstrzymać przed włączeniem muzyki. Wystarczyłoby proste “wolałbym nie”, żeby odłożyła płytę na półkę. Tymczasem odpowiedź na pytanie była tak dziwacznie tajemnicza, jakby grał z nią w kalambury. Magiczne domyśl się.
Szkoda tylko, że pani Mulciber nie za bardzo miała ochotę się domyślać i doszukiwać drugiego dna w słowach męża. Na to była jeszcze zbyt zmęczona. Dlatego zinterpretowała przekaz dosłownie - jakby przedstawiał suche zeznania. Nie przejmuj się moją obecnością - wcale nie zamierzała. Mógł sobie siedzieć w tym fotelu nawet do rana, a Lorien nie poświęciłaby temu nawet jednej cennej myśli. Długo nie potrwa. Więc miał inne plany? A może chciał się już położyć? Spojrzała na niego, ale nie zapytała.
- Nie przeszkadza mi twoja obecność.- Odparła za to. Łaskawe zapewnienie, że wcale nie potrzebuje być teraz sama. Nawet jeśli nadal nie odzyskała pełni sił, to Londyn zdawał się mieć na Lorien zbawienny wpływ. A przynajmniej takie starała się odnieść wrażenie, choć zmęczenie odbiło się na jej twarzy. Wyglądała zresztą słabiej niż zwykle.
Brak odpowiedzi na proste pytania bywał frustrujący. Nawet bardzo. Zwłaszcza, kiedy jej mąż zachowywał się jakby proste tak lub nie miało go wysłać wprost na małe, drewniane krzesełko w małej, smutnej salce w samym sercu Azkabanu.
Ale brak odpowiedzi to dobra odpowiedź - skoro nie wyraził sprzeciwu, to ten sprzeciw nie istniał, bo czarownica nie była legilimentką, żeby spełniać niewypowiedziane zachcianki.

W przeciwieństwie do Roberta, Lorien wyjątkowo lubiła gramofon. Działał i to całkiem nieźle jak na tak stary sprzęt. Wsunęła ostrożnie starą płytę pod igłę, pozwalając cichej muzyce płynąć. Uniosła kąciki słysząc znajome pierwsze nuty Camille Saint-Saëns’a. Obróciła się od sprzętu, ale w momencie gdy “jej” fotel był nadal zajęty, jedyną opcją był ten naprzeciw. Lepsze to niż sterczenie przy kredensie. Dlatego właśnie tam się skierowała. Przy okazji, przechodząc obok męża, przesunęła palcami po jego ramieniu. Bez słowa.


RE: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 25.07.2024

Mówiła. No cóż. Prawda była taka, że Lorien przekazywała zapewne całkiem sporo informacji, w stosunku do których Robert świadomie pozwalał na tym, aby wpadały jednym, a następnie wypadały drugim uchem. Niby wiedział, że powinien, ale zwracanie na żonę odpowiedniej uwagi przychodziło mu z pewnym trudem. Nie był do tego przyzwyczajony. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się, aby zmuszony był trzymać rękę na pulsie w przypadku kobiety. Bo kobiety praktycznie nigdy nie stanowiły realnego zagrożenia. Nie leżało to w ich naturze. Oczywiście, istniały wyjątki, ale te policzyć można było na palcach jednej ręki.

Jeden taki wyjątek znał nawet niegdyś całkiem dobrze. Bardzo dobrze.

Aczkolwiek wcale teraz o nim nie myślał.

- Musiało mi w takim umknąć. - odpowiedział. Doskonale zdawał sobie przy tym sprawę z tego, że nie powinien załatwiać tego tematu w sposób ostry. Może i przez lata sporo stracił, jeśli chodziło o zwykłą gadaninę. Jakąś tam charyzmę. Może według niektórych zdziwaczał, co było efektem odcięcia się od dawnych znajomych. Rezygnacji z pojawiania się w miejscach publicznych. Nadal jednak w pewnych kwestiach pozostawał zorientowany. Całkiem nieźle zorientowany. Gorzej jednak z wykorzystaniem tego w praktyce. -  Powinnaś się upewnić, że jestem świadomy tego, dokąd się udajesz. Jako Twój mąż powinienem odpowiednio o Ciebie dbać. Zwłaszcza w Twoj... zwłaszcza w naszej obecnej sytuacji. - bo przecież ta sytuacja dotyczyła ich obojga, nie tylko jej, prawda? Choć to Lorien radziła sobie z tym gorzej, choć to ona mocniej to odczuwała, tak naprawdę tkwili w tym obydwoje.

A przynajmniej to starał się przekazać.

Tak starał się to przedstawić.

Miał przy tym nadzieje, że nie zostanie to odebrane w niewłaściwy sposób. Odczytane jako próba odbierania jej swobody. Ograniczania wolności. Choć oczywiście o to właśnie Robertowi chodziło. Bo choć potrzebował mieć Lorien przy sobie, miał w stosunku do niej pewne plany, to zarazem nie chciał przeżywać powtórki z rozrywki i biegać za nią przez praktycznie całą północną Francję. Nie mógł na te bzdury tracić czasu. Nie mógł ryzykować, ponieważ kolejny taki przypadek mógłby kosztować go życie.

Mógł odezwać się wcześniej. Oczywiście, że tak. Miał możliwość aby zareagować na to z odpowiednim wyprzedzeniem. Poprosić kobietę o to, żeby się ze wszystkim wstrzymała jeszcze przez chwilę. Kilka chwil? Do czasu aż opuścił bibliotekę. Wyglądało jednak na to, że zamiast tego wolał ją obserwować. Czekać na rozwój wydarzeń. Na ciąg dalszy podjętych działań. Może naiwnie liczył na to, że pytanie padnie wcześniej?

Albo po prostu nie interesowało go to. Nie stanowiło to realnego problemu, skoro nie zamierzał w bibliotece zostawać na dłużej. W przeciwieństwie do Lorien, kiedy chciał być sam, to musiał być sam absolutnie. Nie wchodziło w grę nawet ciche towarzystwo. Takie praktycznie niezauważalne. Bo on nie był w stanie tego towarzystwa nie zauważać.

- To dobrze. Zapamiętam na przyszłość. - zareagował na jej słowa. Na tą deklaracje. Nie poinformował zarazem, że jemu obecność tej drugiej osoby czasem przeszkadzała. Nie uważał aby to było konieczne. Aby ta wiedza miała być jej do czegokolwiek potrzebna. Przydatna. - A skoro już na siebie wpadliśmy, chciałbym poruszyć pewną kwestię. Jeśli więc możesz... - wskazał jej wolne miejsce. Te miejsce, do którego już i tak zmierzała. Zaprosił do rozmowy. Miał przy tym nadzieję, iż rozmowy krótkiej. Wszak sam dopiero co zapowiedział, że długo tu nie zabawi; że zaraz bibliotekę opuści. Gabinet zapewniał jednak więcej spokoju oraz prywatności, choć zarazem był pierwszym miejscem, w którym go poszukiwano.

Będzie musiał nad tym później pomyśleć. 

Odczekał chwilę. Dał Lorien dość czasu, żeby usiadła. Ewentualnie zgodziła się z nim porozmawiać na stojąco, jeśli ostatecznie nie zamierzała korzystać z fotela. Do tego jej przecież nie będzie zmuszał. Nie miało to sensu. Nie zareagował w żaden sposób, kiedy przechodząc przed nim, pozwoliła sobie przesunąć palcami po ramieniu. Ani negatywny, ani pozytywny.

- Wyglądasz lepiej. Londyn Ci służy. - zaczął, nieco niezgrabnie. Nienawykły do tego, aby kogokolwiek komplementować. Nie za bardzo wiedząc jak się za to zabrać. Jak zrobić to w odpowiedni sposób. Bo robić tego nie musiał. Nie musiał od dawna się o nic starać. Tego rodzaju kwestiami przejmować. Nie było mu to potrzebne. Przy tym wszystkim ciężko było stwierdzić czy były to słowa szczere. Prawdziwe. Rzeczywiście tak myślał czy po prostu starał się od czegoś zacząć? Odpowiednio poprowadzić rozmowę? Z dbałością o każdy jej szczegół? Każde wypowiedziane słowo? Zdanie? Ostrożnie, aby nie wywołać żadnych komplikacji. Nie doprowadzić do żadnej kolizji.




RE: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 25.07.2024

Można było odnieść wrażenie, że Lorien nieszczególnie jakakolwiek atencja była do względnego zadowolenia potrzebna. Oczywiście byli małżeństwem, ale od samego początku żyli bardziej obok siebie niż przy sobie. Taki układ był uczciwy i nie psuł istniejącego porządku rzeczy.
- Robercie pokładam w Tobie większą wiarę, niż żeby się upewniać za każdym razem czy mnie słuchasz.- Odpowiedziała na zarzut, bez względu na to czy słowa męża owym zarzutem w ogóle były. W pełni spokojna, do bólu wręcz opanowana. Nie dała mu pola do interpretacji emocji, bo tych najzwyczajniej w świecie w jej głosie nie było. Wystarczyło, żeby zapytał Selar, a dowiedziałby się dokładnie gdzie i kiedy pani poszła.

Powieka jej minimalnie drgnęła, gdy wspomniał o ich sytuacji. Przewidziała to. Przewidziała każdą ewentualność. Wszystko miała dokładnie przemyślane!
Westchnęła cicho.
Nienawidziła się tłumaczyć i nie planowała tego robić. Zrobiła wszystko tak jak zrobić powinna. Przekazała mu informację, przekazała informację skrzatce na wszelki wypadek. Skorzystała z sieci fiuu, aby nie ryzykować niepotrzebnych spacerów. Spędziła dzień u ludzi, którzy lepiej niż ona sama potrafili kontrolować jej klątwę i których dom był kompletnie zabezpieczony przed jej ewentualną ucieczką. Nawet gdyby coś się stało poleciałaby najwyżej na gałąź drzewa albo przywaliła dziobem w barierę ochronną.
- Dbasz o mnie.- Powtórzyła powoli, jakby nagle to Robert potrzebował zapewnień za dobrze wykonywane obowiązki małżeńskie. Ofiarowała mu to głaskanie po główce.- Ale to moi rodzice Robercie, a ja nie jestem chora od roku czy dwóch.- To było oczywiste co miała na myśli. Nigdzie nie będzie bezpieczniejsza niż w domu rodzinnym. Szalony koncept w świecie czystokrwistej arystokracji. Kochający i wspierający rodzice, którzy nie traktują swojej jedynaczki jak towaru eksportowego.

- Czy mam cię następnym razem zabrać do mojej mamy?- Pytanie było z gatunku tych retorycznych, bo spędzenie całego dnia z Adeline Prewett przypominało bardziej obóz przetrwania dla włoskiej partyzantki niż miłe popołudnie przy kawie i ciasteczkach. Choć, sądząc po kwiatkach we włosach i rumieńcach na policzkach, Lorien rzeczywiście musiała spędzić dzień w leżaku ignorując wszelkie problemy tego świata.
Nie odbierała jego słów jako próby odebrania wolności, bo o tą się najzwyczajniej w świecie nie martwiła. Próba zamachu na niezależność pani Mulciber była w gruncie rzeczy równie opłacalna co sprzedaż śniegu w zimę. Na biegunie północnym.

Nie oczekiwała żadnego zapewnienia w zamian. Nie, jeśli miałoby być kłamstwem. Zresztą to jego dalsze słowa były o wiele bardziej interesująca. Kwestię? Coś czego nie nie powiedzieli sobie wczoraj? Coś czego nie zdążyli ustalić?
Bez większej dyskusji przysiadła w fotelu; wsparła się na łokciu o podłokietnik i oparła policzek na grzbiecie dłoni. Spoglądała na męża uważnie, pozwalając mu się nieco zaplątać w komplemencie. O ile takowym można było to nazwać. Komplementów jej w życiu nie brakowało. Otaczała się pięknymi ludźmi, którzy potrafili pięknie mówić. I jeszcze piękniej kłamać. Dlatego przywykła do przyrównywania swoich oczu do głębokich otchłani morza czy najdroższych barwników orientu. Włosów do kruczych skrzydeł. I fizjonomii do bogiń wszelakich.
Ale to wyglądasz lepiej miało jakiś taki... swój urok. I dla własnego komfortu psychicznego nie zamierzała roztrząsać czy była w tym choć szczypta prawdy. A może tylko próbował ją przekupić? Powinien doskonale wiedzieć ile była w stanie sprzedać za kawałek starego złota.
- Po prostu mi powiedz o co chodzi.- Stwierdziła. Założyła nogę na nogę, bujając nią niemal nonszalancko. Ale nie naciskała jakoś szczególnie. To przecież Robertowi podobno tak się gdzieś śpieszyło.


RE: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 05.08.2024

Dla niektórych ludzi, małżeństwo nie było niczym więcej jak kolejną, zawartą umową. Porozumieniem, którego szczegóły zostały wcześniej uzgodnione przez obydwie strony, i na którego końcu widniały dwa podpisy. Podpisy należące do dwóch osób, które miały czerpać z tego pewne korzyści. Do takich właśnie zdawał zaliczać się związek Roberta oraz Lorien Mulciberów. Żyli bardziej obok siebie niż razem ze sobą. Funkcjonowali bardziej jak współlokatorzy niż faktyczni partnerzy.

Żadne jednak nie wydawało się na ten stan rzeczy narzekać.

- Robercie pokładam w Tobie większą wiarę, niż żeby się upewniać za każdym razem czy mnie słuchasz. - słysząc te słowa darował sobie komentarz. Darował sobie jakąkolwiek reakcje. Skupił się natomiast na tym, co padło chwilę później.

Oczywiście, że to nie będzie łatwe. Dobrze zdawał sobie z tego sprawę.

- Dbanie o Ciebie nie jest już ich obowiązkiem, a moim, Lorien. - pozwolił sobie zwrócić uwagę na ten szczegół. I ktoś naiwny mógłby może pomyśleć w tym momencie, że tak troskliwego, opiekuńczego partnera, to nic tylko ze świecą szukać. Problem w tym, że słowa bardzo często warte były tyle co nic. I podobnie dużo człowieka kosztowały. Brzmiały ładnie, ale na tym właśnie wszystko zdawało się kończyć.


Nie śpieszył się z tym, żeby odpowiedzieć cokolwiek na pytanie, które zadała. Zareagować na propozycje, która się za nimi kryła? Na początku po prostu na nią patrzył bez słowa. Robert Mulciber nie był człowiekiem towarzyskim. Chętnym do spotkań. A kiedy dodać do tego, że spotkać miałby się z własną teściową? Z Adeline Prewett? Zapewne dużo chętniej oddałby się w ręce Czarnego Pana - sam by go poprosił o zaciśnięcie palców na gardle. O pozbawienie oddechu.

- Wystarczy, że przed wyjściem mnie poinformujesz. - nie odmówił wprost. Zamiast tego poprosił raz jeszcze o stosowanie się do tej prostej zasady. Chciał informacji przed wyjściem. Nie rano, podczas śniadania. Nie w momencie, kiedy coś innego zaprzątało jego głowę i najpewniej nawet jej nie słuchał.

Nieistotne, że to ostatnie mogło mieć miejsce przez lwią część czasu.


Dzień wcześniej, poprzedniego wieczora, powiedzieli sobie dużo. Rzeczywiście tak było. Nie znaczy to jednak, iż nie istniały inne sprawy, które również przydałoby się omówić. Poświęcić im odpowiednie ilości uwagi i czasu. Poczekał aż zajmie miejsce. Aż będzie gotowa, żeby kontynuować, a w zasadzie to rozmowę zacząć.

- O kilka kwestii. - odpowiedział. Niby miał zaraz bibliotekę opuścić, ale nie dało się powiedzieć, żeby śpieszył się jakoś nadmiernie. Śpieszył się z tym w ogóle? - Przede wszystkim powrót do pracy oraz kwestie... powiedzmy, że medyczne. Do tego również drobna prośba, o ile byłabyś taki miła, żeby z tym wszystkim pomóc. - wyjaśnił, nie wychodząc jednak w szczegóły. Tak jak to miał w zwyczaju. Na nie przyjdzie czas za chwilę. Może dwie, albo trzy. W odpowiednim momencie, kiedy daną kwestie wreszcie faktycznie poruszą. Do niej zdecydują się przejść.

Dał jej chwilę na przetrawienie tego. Na zastanowienie się. Względnie spokojne przeanalizowanie. Cokolwiek potrzebowała. Nie była to jednak chwila na tyle długa, żeby możliwe było wtrącenie czegoś więcej. W końcu przeszedł bowiem do tego, co faktycznie miało tutaj jakieś znaczenie.

- Nie chciałbym, żebyś już teraz wracała do pracy na pełen etat. - rzucił.

Poważny. Świadomy tego, czego wymagał. Zdający sobie sprawę z tego, że nie będzie to łatwe do osiągnięcia. Lorien nie da się do tego łatwo przekonać. Dlatego też, zamiast mówić dalej, po prostu urwał po tych pierwszych słowach. Czekał na jej reakcje. Na protesty, których zdawał się być wręcz absolutnie pewien.




RE: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 05.08.2024

Dbanie o Lorien Mulciber spadało na barki większej ilości osób niż się to Robertowi mogło wydawać. Na jej lekarza, rodziców, część przyjaciół, których się kurczowo trzymała. A może po prostu nigdy nie zwrócił na to uwagi uznając, że nikt nie jest istotny?
Nie odpowiedziała nic na to jakże rozczulające i wręcz dramatyczne zapewnienie o przejęciu obowiązków. Problem, który Mulciber kompletnie w jej opinii źle zinterpretował jako jakiś dziwaczny atak na jego pozycję w strukturze rodzinnej, był… o wiele bardziej przyziemny.
On po prostu nie wiedział jak się nią opiekować. I miał do tego pełne prawo - nikt nie uczy w życiu co zrobić, żeby uchronić maledictusy przed nimi samymi. Na palcach jednej ręki Lorien mogła wymienić ludzi, którzy potrafili dostrzec zagrożenie przemiany, zareagować, ukoić rozszalały od emocji ptasi mózg. Niestety żaden z nich nie dawał kursów z zakresu “obcowanie z ofiarami klątwy krwi dla opornych.”

Była natomiast bliska parsknięcia śmiechem, gdy usłyszała odpowiedź na swoje pytanie o spotkanie z "mamusią". Słuszna decyzja. Wszystkim się lepiej żyło w ten sposób, prawda? Bez rodzinnych niedzielnych obiadków pełnych rozmów o polityce; wymienianych złośliwych uśmieszków znad pieczonej kaczki;
- Wystarczy, że przed wyjściem mnie poinformujesz.
- W porządku. - Było jej jedyną odpowiedzią. I rzeczą, którą Robert powinien uznać za potężne zwycięstwo. Albo krytyczną porażkę, w zależności od tego, z której strony się na ową kwestię spojrzało. Nie oczekiwała tego samego, więc balans został delikatnie zachwiany.

Interesujące.- Stwierdziła tylko w myślach, podpierając policzek o grzbiet dłoni.
Więc z jednej kwestii zrobiło się nagle kilka. Jak długo będzie musiała czekać, aż nieśmiałe prośby zamienią się w ukryte żądania? Nie odpowiedziała mu, bo to czy będzie “tak miła” czy skora do pomocy zależało od zbyt wielu czynników. Obiecywanie czegokolwiek nie wchodziło w grę tak długo jak nie znało się warunków.
A pasmo próśb i chęci jakie przedstawił zaczęło się od wyjątkowo smakowitego kąska. W pierwszej sekundzie uniosła rozbawiona brew jakby na końcu języka tańczyło pytanie “żartujesz sobie ze mnie czy kpisz?”, Ale nie padło, bo wystarczyło uważnie przyjrzeć się Mulciberowi, żeby wiedzieć, że nie, jednak nie żartuje.

- Robercie…- Nie poruszyła się w fotelu. Nóżka nie przestała się nawet na moment bujać. Kiedy się jednak odezwała ponownie jej głos stracił tą nonszalancką nutę i słodki włoski akcent. Była w pełni poważna. Skoncentrowana.- Pozwólmy, że dla dobra nas obojga, dla dobra tej… unii, którą stworzyliśmy, udam że tego po prostu nie usłyszałam.
Robert nie spotkał się z oporem czy protestem. O nie. Spotkał się z żelbetową ścianą, o którą mógł się z łatwością roztrzaskać, jeśli nie wyhamuje w porę. Rzecz, która wydawała się mu może w tej chwili “niełatwa do osiągnięcia” była rzeczą niemożliwą do osiągnięcia.
Lorien, bez względu na to pod jakim nazwiskiem się aktualnie kryła - Crouch czy Mulciber - nie była pierwszym lepszym urzędnikiem. Nie była sekretarką, mile uśmiechającą się panią z księgowości czy głupiutką praktykantką. Była czarownicą, która potrafiła spojrzeć mordercom, czarnoksiężnikom i pluskwom wyrwanym z rynsztoka Nokturnu w przepełnione pogardą i nienawiścią oczy, gdy unosiła dłoń w głosowaniach skazujących ich na los gorszy od piekła.
Wizengamot ego sum.
Wyszarpnąć Lorien Ministerstwu Magii to jak wyszarpnąć smoku jego drogocenne smocze pisklę.
Odpuściła sobie wszelkie zapewnienia, że czuje się wystarczająco dobrze, żeby już wrócić. Nie czuła się, ale to nie miało żadnego znaczenia. Choćby miała się zaćpać eliksirami uspokajającymi nie mogła sobie pozwolić na tego typu słabość. Jej zmęczenie było niczym w porównaniu do ciężaru odpowiedzialności i obowiązków jakie na siebie przyjęła w ‘63. Nie oczekiwała, że tego zrozumie. Nie człowiek, który uciekł jak szczur z tonącego okrętu, gdy pojawiły się pierwsze problemy.
Musiała wrócić.


RE: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Robert Mulciber - 06.08.2024

Nie oczekiwał żadnych deklaracji. Nie na samym początku. Nie przed tym, jak wszystko jej przedstawi. W odpowiedni sposób postara się nakreślić. Chciał wszystko omówić na spokojnie. Krok po kroku. W taki sposób, aby było to zwyczajnie zrozumiałe. A przy okazji – dało mu nieco większą szansę na odniesienie pewnego… cóż, sukcesu. Tak można to określić.

- Pozwólmy, że dla dobra nas obojga, dla dobra tej… unii, którą stworzyliśmy, udam że tego po prostu nie usłyszałam. – oczywiście, że nie spodziewał się niczego innego. Choć nie był Alexandrem Mulciberem, nie posiadał trzeciego oka, to ta rozmowa… mógłby ją zapewne przeprowadzić całkiem sam. Doskonale bowiem wiedział, w jaki sposób Lorien na to wszystko zareaguje. Tylko czy stanowiło to dla niego faktyczny problem?

- Nie, Lorien. – stanowczy, uparty. Jak często taki bywał przy niej? Jak często w taki sposób się do niej odnosił. – Mówiłem Ci wczoraj, że chcę odzyskać żonę. I zrobię wszystko, żeby ona naprawdę wróciła. – pozwolił sobie odnieść się do nie tak dawnych słów; do słów, które sam wypowiedział. Pamiętała? Nie minęło przecież wiele czasu. Niewiele ponad doba. Były wciąż względnie świeże.

Być może z góry zakładał, że będzie to walka przegrana. Być może nawet nie planował w tym przypadku zwycięstwa? To ciężko było stwierdzić. Pozwolił sobie wyciągnąć w jej kierunku dłoń, nachylić się nad stołem. Zniwelować odległość, która ich w tym momencie dzieliła. Palce dotknęły włosów, prześlizgnęły się po nich. Na tyle, na ile pozwoliła.

Następnie cofnęły się. Robert się cofnął. Przyjął ponownie wcześniejszą pozę.

- Nie chciałbym, żebyś z miejsca rzuciła się w wir pracy. To były ciężkie tygodnie, właściwie nawet miesiące. Uważam, że dla naszego dobra, powinnaś to zrobić powoli. Krok po kroku. Ostrożnie. – wrócił do tematu. Przedstawił jej swoje zdanie. Przedstawił pierwsze żądania, które zdecydował się względem niej wysunąć? Można było to tak odebrać. W ten sposób. – Za jakiś czas na pewno poczujesz się wystarczająco dobrze, ale… to wciąż jest przed Tobą.

Obserwował ją. Starał się wychwycić każdą zmianę. Każdą jedną reakcje na wypowiadane właśnie słowa. Jak bardzo jest niezadowolona? Jak bardzo to wszystko jej nie odpowiadało? Gotów był to ciągnąć. Całą tę farsę. Oczywiście ze względnym umiarem. Jego celem nie było przecież wywołanie tutaj iście karczemnej awantury. Doprowadzenia do przerwania tej rozmowy już na tym temacie.

Nie. To byłoby dalekie względem tego co chciał osiągnąć. Dlatego choć stanowczy, Robert zostawiał jej miejsce na sprzeciw. Na dyskusje. Argumenty. Próby znalezienia jakiegoś konsensusu. Wypracowania rozwiązania, na które zgodziłyby się obydwie strony. I miejsca tego, wbrew temu co mogło wydawać się na pierwszy rzut oka, było w tym przypadku naprawdę sporo. Nic nie zostało zamknięte. Raz i na zawsze ukrócone.




RE: [17 lipca 1972] To dom, który nigdy nie zasypia | Robert & Lorien - Lorien Mulciber - 12.08.2024

Spodziewał się emocjonalnej reakcji? Dyskusji i potyczek rodem z piaskownicy? Wybuchów złości, albo przestawiania listy argumentów. Te by usłyszał?
Nie.
Nie?
Zmrużyła delikatnie powieki. Wyprostowała się w fotelu, najwyraźniej bardziej zaintrygowana niż przejęta. Pozwoliła mu dokończyć myśl, a jednak całą sobą, lekką mową ciała mówiła jasne "ale to nie do mnie tak." Może i była zmęczona. Może i ostatnie tygodnie były piekłem. Ale nie po to się z niego wygrzebała, wypłynęła na powierzchnię tego przeklętego bagna by teraz spotkać się z biernym oporem w sprawie, o której dyskusja w ogóle nie powinna mieć miejsca.
- Mam wrażenie, że źle zaczęliśmy tą rozmowę…- Zaczęła wyjątkowo spolegliwie. I to już samo w sobie było podejrzane. Nie było wielką tajemnicą, że cały ten spokój był tylko na pokaz. Wyciszona kadzidłami i eliksirami jakie dostała od rodziców, Lorien niczym wprawny linoskoczek balansowała nad przerażającą otchłanią swoich własnych uczuć. - Chcesz odzyskać żonę? Czy chcesz ją sobie ulepić na nowo z gliny zaszczepionych przez wychowanie i konwenanse oczekiwań? - Zapytała spokojnie. Aż nazbyt spokojnie jak na siebie.
Zrobię wszystko, żeby naprawdę wróciła.
“Nic nie zrobisz.” Zdawało się mówić jej spojrzenie, choć ciężko powiedzieć czy takie były intencje, bo Lorien nie wyglądała jakby w ogóle dyskusję zamierzała ciągnąć. Mogli się jak dzieci przekonywać czyje “nie” jest bardziej… niejsze, czy coś. Ale w ostatecznym rozrachunku to i tak nie miało żadnego znaczenia. Czarownica do pracy wrócić musiała, bo nigdy wcześniej okazanie siły przez Ministerstwo Magii nie było zadaniem tak kluczowym.
A jednak w tym wszystkim tkwiło ziarno złości. Irytacji. Bo zachowanie Roberta, jakkolwiek logiczne i sensowne by się nie zdawało - budziło jej naturalny sprzeciw. Czuła się przede wszystkim zwyczajnie okłamana. Przyjechała do domu pełnego źle wychowanych dzieciaków, w którym nie mogła odpocząć za grosz. A gdy próbowała odpocząć - to słyszała wyrzuty o tym, że się nie meldowała przed wyjściem. A kiedy próbowała tłumaczyć, że wcale tak nie było i wybiórcze słuchanie męża nie jest jej problemem - to robił się problem o pracę. Zacisnęła usta, uznając, że nie będzie sobie strzępić języka słowami w stylu “jeśli chciałeś niańkę do córki i bratanków, trzeba było zatrudnić dodatkowego skrzata, a mnie zostawić w świętym spokoju w Szkocji".

Nie zareagowała na głaskanie po włosach, nie drgnęła. Nie odsunęła się, bo choć dotyk męża sam w sobie niechciany, dał jej dodatkową sekundę do namysłu, do ogarnięcia na czym aktualnie stoją. Jak przesunąć granicę, by okazała się satysfakcjonująca dla nich obojga. Nawet jeśli uszczęśliwianie Roberta leżało gdzieś daleko poza zakresem jej zainteresowań w tym momencie.
Jakaś mała cząstka duszy czarownicy nawet chciała wierzyć w słowa męża. W tą troskę, Ale ta naiwna cząstka została bardzo szybko zduszona w zarodku. W tym małżeństwie nie było miejsca na czułość, troskę czy nie daj Matko, miłość.
- Robercie, jestem twoją żoną, ale przede wszystkim jestem Sędzią Wizengamotu. Jestem urzędnikiem państwowym w służbie naszemu społeczeństwu i proszę cię, nie zapominaj o tym.- Choć padło piękne “proszę” to same słowa kobiety jak prośba nie brzmiały.- Przemyślę to.- Kłamstwo.- Porozmawiam z doktorem Prewettem i Samanthą.- Kolejne. W dodatku jasno dające do zrozumienia, że czynny udział w tej sprawie pana Mulcibera kończy się tu i teraz.- O czymś jeszcze chciałeś porozmawiać?