![]() |
|
[30/07/1972] W spadającej łzie - Desmond & Oleander - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [30/07/1972] W spadającej łzie - Desmond & Oleander (/showthread.php?tid=3571) |
[30/07/1972] W spadającej łzie - Desmond & Oleander - Desmond Malfoy - 11.07.2024 Był błyskiem w oku ogara, pędzącego przez gęsty podszyt w pogoni za lisem. Był białym kłem, którym lis zrywał wystygłe mięso z kości padliny. Był trwogą sarny spłoszonej przez huk pierwszego strzału obławy. Był szokiem myszy kęsem pożartej przez konia na pastwisku. Był ospałą desperacją kiełkującego żołędzia, którego jedyny liść więdnął w słońcu skradzionym przez rozłożyste korony prastarych krewnych. Był trucizną wtłaczaną w ziemię przez krwawnik, powoli wycieńczającą okoliczne trawy. Był tysiącem ziaren pyłku, był setką jaj w skrzeku, był dziesiątką kociąt w miocie, tym wszystkim, co rzucone zostało Naturze na pożarcie, aby przetrwało chociaż jedno i mogło dalej propagować ten masochistyczny krąg życia, z którego jedyną ucieczką była śmierć. ***
Odetchnął, wpatrując się w zielony przestwór pozłoconej letnim słońcem łąki. Czuł słodką woń dzikiego bzu i cierpką gorycz piołunu, choć nie mógł wypatrzeć żadnej z tych roślin wokół nich. Rozpaczliwy chaos koszmaru, z którego został nagle wyrwany, dziwacznie kontrastował się z idyllą obecnej sceny. Ogarnął go bezwzględny, nieuchronny spokój; wszystko, o czym myślał wcześniej, wydawało mu się odległe i błahe. Nie był w stanie poczuć nawet cienia dyskomfortu, nawet gdy wysokie witki ciężkiej od nasion trawy ocierały się o jego nagie łydki. Uśmiechnął się.– Byliśmy tu już wcześniej prawda – powiedział szeptem, ale wiedział, że Oleander go usłyszy. – Byliśmy tu. Rok temu. Nie musiał się odwracać, żeby się upewnić, że gdzieś za ich plecami dostrzegłby skraj lasu otaczającego posiadłość rodową Malfoyów. Wzgórza Wiltshire potrafił rozpoznać po samym zapachu. Jakże doceniał to, że sny pozwalały płynąć wbrew prądowi czasu. Życie było znacznie przyjemniejsze to dwanaście miesięcy temu. RE: [30/07/1972] W spadającej łzie - Desmond & Oleander - Oleander Crouch - 29.07.2024 Wszystkie zmartwienia odpłynęły; nieczysta wcześniej melodia zmieniła się w wygrywane na wiecznie nastrojonych strunach dźwięki. Słodkość harmonijnych akordów zgrywała się w rozleniwiające, padające na skroń promienie letniego słońca; otulały ciepłem ustępując miejsca przyjemnym powiewom wiatru. Niesforne kosmyki jasnych włosów opadające na czoło Desmonda błyszczały złotem słonecznego popołudnia. Kolejny powiew wiatru ukoił nozdrza zapachem runa leśnego. Majaczące w tle korony drzew rozmywały się z wysoką trawą, jej sprężystość układała się harmonijnie pod wgłębieniem odcinka lędźwiowego pleców. Uginające się, delikatne korony kwiatów i długich traw wydawały się wygrywać swą własną melodię imitując dzwonki i flet, gdy przepływający nieopodal strumyk, swoim szumem wprowadzał do symfonii ingerencję instrumentów smyczkowych. - Czasami wydaje mi się, że nigdy stąd nie odeszliśmy - odparł, niezbyt panując nad słowami, które same wylały się spomiędzy warg. Beztroska zawładnęła jego umysłem, utonął w prostocie uśmiechu i powolnym cykaniu konika polnego. Wszystko w tym krótkim, acz wydającym się trwać w nieskończoność, geście wydawało mu się idealne. - Możemy tu zostać? - zapytał, nie powstrzymując naiwnej, w swojej prostocie dziecinnej nadziei płynącej z wnętrza barwy głosu. Odwrócił się na brzuch, przysuwając tym samym bliżej sylwetki drugiego chłopaka. Odciśnięta od ciężaru jego ciała trawa, zaczęła wracać powoli do swego oryginalnego kształtu. Świeże, dopiero co przygniecione źdźbła załaskotały go w brzuch i klatkę piersiową. Materiał zapiętej tylko na jeden guzik koszuli rozsunął się na boki, gdy brązowe loki opadły na pierś blondyna. Zieleń oczu współgrała ze świeżością letniej trawy, przetykanej gdzieniegdzie żółcią i paletą barw polnych kwiatów. Otarł policzek o szorstki materiał białej koszuli Desmonda i przymknął oczy, pozwalając by rzęsy dotknęły nakrapianych piegami policzków. Zaraz jednak otworzył je gwałtownie, jakby przez chwilę nieuwagi cała sielanka miała zniknąć, a on znowu musiałby trzymać się na dystans. Serce zabiło mu mocniej, a w oczach wykwitła widoczna panika, sprawiając, że ich tęczówki, mimowolnie, jakoby wypłukiwanym pędzlem z ciemnej barwy, przybrudziły się brązem. RE: [30/07/1972] W spadającej łzie - Desmond & Oleander - Desmond Malfoy - 03.08.2024 Przeczesał palcami chłodne źdźbła trawy, ważąc chwilę pytanie Oleandra. Wszystkie myśli w jego głowie wydawały się niezwykle spójne, zgodne ze sobą wzajemnie i płynęły przed siebie spokojnie, leniwie, wraz z rytmem delikatnych podmuchów opieszałego wiatru. Nie mógł przypomnieć sobie, kiedy ostatnio czuł się w podobny sposób. – Dlaczego nie? Muszę iść do pracy, ale nie dzisiaj. Nie jutro. Nie wiem kiedy – odparł, w jego tonie pobrzmiewała nuta zaskoczenia, z każdym słowem coraz wyraźniejsza. Tak łatwo było mu mówić - jego usta i gardło nareszcie zdawały się w pełni współpracować z umysłem. Dziwnie zmęczony siedzeniem, odsunął się ostrożnie na ziemię. Na jawie nigdy nie zdołałby leżeć w trawie tak beztrosko, bez przygniatającego go ciężaru obaw związanych z brudem i robactwem, bez potrzeby nieprzerwanego skupiania się na tym, aby porządkować nawarstwiający się natłok bodźców płynących z muskających go z każdej strony źdźbeł trawy. – Ale jestem całkiem pewny, że w prawdziwym świecie odeszliśmy stąd już daleko. Naprawdę daleko – powiedział w przestrzeń, z przymkniętymi oczami wbitymi w błękitne niebo. Bezwiednie wodził wzrokiem wzdłuż poszarpanej krawędzi przesuwającej się nad nimi chmury, gdy poczuł nieoczekiwany dotyk na swojej piersi. Spodziewał się, że dyskomfort ściśnie mu żołądek, ale prawa rządzące światem tego snu zmusiły jego ciało do rozluźnienia się. Niepewnie wyciągnął rękę w kierunku opartej o jego klatkę głowy Oleandra, ostrożnie odgarniając mu włosy z czoła. Spojrzał przy tym na niego, podrywając lekko kark z ziemi i mrużąc oczy. Dłuższą chwilę oglądał jego twarz w milczeniu, wyraźnie zaskoczony. Miał wrażenie, że aż do teraz nie przyjrzał mu się wystarczająco dokładnie, aby zrozumieć, kim naprawdę był. Wyglądał tak rześko, tak onieśmielająco, jego krew była tak gorąca, jej bezustanny szum dumnie dyrygował płochliwą melodią subtelnych emocji, których intensywność i efemeryczność wydawała mu się absolutnie nierealna. Czy jego oczy zawsze były takie lśniące i wyraziste, okraszone tak długimi rzęsami? Skóra na jego policzkach była tak jasna, tak czysta, tak delikatna, aż po samym jej widoku był w stanie poczuć jej miękkość i łagodne ciepło. Bez wysiłku, z natury, promieniował radością i głęboką pasją, całym tym życiem, którego jemu samemu brakowało. Był zaintrygowany tym, co jeszcze mógłby odkryć, gdyby spróbował. Chciał... więcej. Więcej zobaczyć, więcej poczuć? Nie był pewien, czego oczekiwał, ale wiedział, że potrzebował teraz bardziej intensywnego kontaktu. Położył mu dłoń na ramieniu i, z niemal wulgarną ociężałością, przeciągnął nią w dół jego pleców, zatrzymując się dopiero w okolicach lędźwi. Podobał mu się ich kształt, to lekkie wgłębienie, gdzie najłatwiej było mu dotknąć kości. Przez cienki materiał koszuli czuł jego rozgrzaną, lepką skórę i kryjące się pod nią mięśnie, które spinały się lekko pod wpływem dotyku jego palców. Dostrzegając brąz w jego oczach, poczuł ukłucie nie-swojego strachu. Zaraz uśmiechnął się sztywno, starając się zdławić nagły przypływ gniewnego, ponurego podniecenia - nie chciał być... taki. Nie chciał niszczyć charakteru sceny, którą właśnie przeżywali. Wiedział, że była bardzo krucha. – Na początku marzyłem, żeby mnie kochała, później - żeby uklękła przede mną – rzekł cierpko, przesuwając dłonią ku jego szyi. – Ale ty nie jesteś nią. Nie chcę twojej krzywdy. Gdy oparł potylicę o ziemię i zamknął oczy, pod powiekami wciąż widział znajomy, ciemny brąz tęczówek Oleandra-Mayi. Nie sądził, że ten właśnie odcień zobaczył przed chwilą, ale to wspomnienie raz po raz, natrętnie nasuwało mu się na myśl. Przynosiło ono ze sobą widmo spowszedniałych fantazji, których brutalna treść na parę długich sekund zalała świadomość Oleandra, w szczególnie zimny, otrzeźwiający sposób uświadamiając go o tym, co Desmond czuł przez większość samotnie spędzanego czasu. – Jakkolwiek słodkie to jest, nie rób tego, proszę. To nie jest dobre dla mnie, ani dla ciebie. – Niechętnie oderwał palce od jego szyi i przeczesał jego loki. – Dlaczego tak się boisz? |