Secrets of London
[12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi (/showthread.php?tid=3589)

Strony: 1 2


[12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Basilius Prewett - 15.07.2024

Ku swojemu zadowoleniu, i prawdę mówiąc dość sporemu zaskoczeniu, gdy następnego dnia spotkał się z Florence w wiejskim domku jej rodziców, wyglądał naprawdę nieumierająco. To znaczy, zdecydowanie nie wyglądał, jakby wyjazd dla odpoczynku przyniósł mu jakikolwiek odpoczynek, ale nie wyglądał też, jakby miał zaraz paść na ziemię i umrzeć. Możliwe, że czuł się jakkolwiek całkiem nie zmęczony głównie dlatego, że po rozmowie z Brenną padł i zasnął, a gdy rano wrócił do siebie, padł i zasnął znowu, tak by obudzić się idealnie na spotkanie z Florence.
Miał tylko nadzieję, że jego kuzynka nie słyszała zbyt wiele plotek na temat tego co wydarzyło się w Windermere, bo już udało mu się wyłapać, że któryś z jego współpracowników, który akurat był na miejscu, pytał się go czy to prawda, że wszystkim którzy wpadli do dziury zaczęły rosnąć korzenie w płucach.
Przed domkiem pojawił się idealnie kilka minut przed czasem, co nie było niczym niezwykłym w jego przypadku, ale tym razem bardziej, niż zwykle chciał pokazać, że nic mu nie było i czuł się naprawdę dobrze.
Mam nadzieję, że przynajmniej ty miałaś spokojniejszy czas – powiedział na powitanie, uśmiechając się do kuzynki. – Mam dla ciebie pamiątki z Carlise – Ze swojej torby wyciągnął puszkę z ciasteczkami i zakładkę do książki. Obie oczywiście z napisem I love Carlise. Dostał je pocieszenie od tamtego uzdrowiciela, który myślał, że ma korzenie w płucach.


RE: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Florence Bulstrode - 16.07.2024

Gdyby Florence miała opisać ostatnie tygodnie czy miesiące swojego życia, użyłaby wielu określeń, ale spokojne nie byłoby jednym z nich. Z pewnością w Anglii było wiele osób, dla których ten czas był znacznie bardziej szalony niż dla niej, Florence jednak zawsze była kobietą spokojną właśnie, przeżywanie przygód, ekscytujących romansów, wielkie odkrycia, pozostawiającą innym. Była szczęśliwa na wydziale, porządkując fiolki eliksirów w magazynie, a klątwy studiując poprzez badanie w gabinecie interesujących przypadków czy przeszukując dziesiątki ksiąg – nie musiała do tego jeździć gdzieś do starożytnego Egiptu.
Od Beltane jednak niewiele rzeczy w jej życiu było proste i uporządkowane jak kiedyś.
Sama była w Windermere, przez parę godzin zaledwie, i wyrzucała sobie, że gdy wszystko wskazywało na to, że alarm jest fałszywy, wróciła po prostu na szpitalny dyżur. I to była tylko jedna z dziwnych w sprawach w jej życiu. Bo tych było całkiem sporo, a pośród nich znalazła się na przykład informacja „Florence, czy wiedziałaś, że twojego kuzyna próbowały zamordować korzenie”?
Do domku rodziców przybyła niedługo przed Basiliusem. Akurat miała dość czasu, aby otworzyć okna, przewietrzyć i poprosić skrzata o przygotowanie przekąsek oraz lemoniady – i czystym przypadkiem wyszła na taras akurat chwilę przed tym, jak rozległ się trzask aportancji.
– Witaj, Basiliusie – powiedziała na jego widok, splatając odruchowo ręce na klatce piersiowej i mierząc go uważanym spojrzeniem. Nie był małym chłopcem. Od wielu lat był dorosłym mężczyzną, w dodatku jednym z niewielu – bodaj dwóch? – odpowiedzialnych w jej rodzinie. A jednak w tej chwili walczyła z przemożnym pragnieniem wytargania go za uszy. – Dziękuję, to miłe, że o mnie pomyślałeś – stwierdziła, ledwo rzucając okiem na puszkę z ciasteczkami oraz na zakładkę, bo zaraz spojrzenie jasnych oczu znów zogniskowało się na twarzy.
– Zastanawiam się, kiedy znalazłeś czas na kupowanie pamiątek, skoro z tego, co słyszałam, byłeś bardzo zajęty. Podobno urządziłeś sobie drobny spacer. Pod ziemią.
W jej tonie nie było potępienia czy złości, ale łatwo było odgadnąć, że raczej stara się te powściągnąć niż że naprawdę wcale ich nie odczuwa. Rozumiała, że Atreus brał udział w takich… dziwnych sprawach, ale nie spodziewałaby się tego po Basiliusie Prewettcie.


RE: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Basilius Prewett - 16.07.2024

Znał Florence na tyle dobrze, by wiedzieć, że emocje, które pozornie okazywała na wierzchu, nie pokrywały się z tymi, które najchętniej chciałaby mu przekazać. Trochę jak wtedy, gdy miał trzynaście lat i uparł się, że wejdzie na drzewo. A potem zleciał z drzewa. A potem, gdy okazało się, że nic sobie nie połamał i powiedział jej, że nic się nie stało, zasłabł.
Domyślał się, że miała pretensje. Sam miałby pretensje. Gdyby to on dowiedział się, że jego kuzynowstwo, lub rodzeństwo (a zwłaszcza Electra) zrobiło coś takiego, pewnie powitałby tego delikwenta odpowiednią dawką złośliwości, tak na dobry początek. Tylko, że to naprawdę nie była jego wina. Naprawdę nie planował urządzać sobie drobnych spacerów pod ziemią. To znaczy... Może uniknąłby tej całej sytuacji, gdyby nie zgłosił się na ochotnika do poszukiwań Bagshota w lesie, ale przecież to był tylko las, a on był uzdrowicielem, więc to był mimo wszystko jego obowiązek.
Westchnął ciężko i ręką, którą nie trzymał upominków dla Florence, przejechał sobie po twarzy. Już nawet nie wspominał, że wcale nie znalazł czasu na pamiątki, a w sumie to dostał je trochę z litości.
To nie tak Flo – powiedział spokojnie, próbując bardzo ostrożnie dobierać słowa. Jak dobrze, że jego organizm nie był dla niego wredniejszy, niż zwykle i nie postanowił mu dokopać, uznając że nie dostarczył swojemu ciału jeszcze odpowiedniej ilości snu, aby trzymać się na nogach. Ten niewielki krwotok z nosa, który otrzymał w podarunku po przebudzeniu też jakoś nie wracał. Tak, zdecydowanie dobrze, że nie wyglądał jak trup. – Byliśmy w ośrodku, wszyscy szukali Bagshota, jeden czarodziej... Roberts, mąż kobiety, która zginęła tu kilka lat temu, spróbował podpalić las. Wszystko oszalało, mnie złapały korzenie i wciągnęły pod ziemię. Uwierz mi, sam bym się nie wpakował tam z własnej woli. – A przynajmniej taką miał nadzieję.


RE: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Florence Bulstrode - 18.07.2024

Florence nie była osobą łatwo ulegająca emocjom. Jej aura, oglądana oczyma aurowidza, zwykle była spokojna, niepodatna na gwałtowne zmiany kolorów, równie spokojna, jak sama Bulstrode. Nie oznaczało to jednak, że irytacja, strach i zmartwienie nie miały SO niej przystępu - była w końcu człowiekiem, nie jakąś mugolską maszyną. Wbrew temu, co sądził zapewne taki Cameron Lupin.
Próbowała nad nimi panować, bo taka była jej natura, i bo wiedziała, że krzykiem niewiele załatwi. Wrzaski i obrażanie się mogły w przeszłości tylko sprawić, że "jej chłopcy" zamkną się w sobie, i odsuną, a teraz że poczują, że nie traktuje ich jak dorosłych.
- Nie miałam pojęcia, że klinika poszerzyła zakres usług o poszukiwanie zaginionych - powiedziała więc jedynie, opuszczając ręce. Ton głosu nie pozostawiał jednak wątpliwości: Florence miała na ten temat Opinię. Konieczne z wielkiej litery. Na przykład taką, że jej kuzyn nigdy nie powinien znaleźć się w tym lesie, a zachować jak rozsądny uzdrowiciel i czekać aż ktoś będzie potrzebował jego pomocy. - Zawsze wzywano mnie dopiero, kiedy taki został odnaleziony. Cieszę się, że żyjesz, Basiliusie. Matka bez wątpienia miała cię w opiece.
To że żył to był prawdziwy cud. Słyszała o nieumarłych. I o tym, co rośliny zrobiły z Robertsem. O trytonach w jeziorze. Niektóre pogłoski pewnie były przesadzone, inne z kolei nie Windermere skrywało wiele mrocznych tajemnic. Co takiego tkwiło w tej prewettowskiej krwi, że nawet zwykle zrównoważony Basilius czasem po prostu nie mógł się powstrzymać? Tak, Florence potrafiła zaryzykować, ale… głównie dla pacjentów i gdy komuś krzywda działa się na jej oczach. Nie szukała przygód.
– Skrzat kończy szykowanie posiłku – westchnęła w końcu, przejmując rzeczy, by nie stal z nimi tak wyciągniętymi wciąż ku niej. – Pójdę zobaczyć, jak mu idzie. Powiedziałabym, że chętnie posłucham całej historii, ale nie jestem pewna, czy chcę wiedzieć.


RE: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Basilius Prewett - 19.07.2024

Basilius jedynie przygryzł wargi i wbił spojrzenie ciemnych oczu w ziemię. Wiedział, co kuzynka sądziła na ten temat i prawdę mówiąc miała rację. Zrobił głupio. Nie był dobry w walce. Nie był sprawny fizycznie. Był chory. Powinien grzecznie siedzieć na miejscu i po prostu czekać, aż będzie potrzebny, ale tego nie zrobił. Nie potrafił. Po pierwsze za bardzo już został wplatany w te sprawę by odpuścić, po drugie nie chciał zostawiać przyjaciół, a po trzecie chyba tego potrzebował. Tylko jak miał jej to wytłumaczyć? Jak powiedzieć, że ogarniające go pod koniec lipca i początek sierpnia zmęczenie, jak i zalecenie uzdrowiciela by odpoczywał w tym starym ośrodku sprawiły, że czuł się jeszcze bardziej bezczynny i musiał po prostu musiał coś zrobić w tamtej sytuacji, bo chyba by oszalał? Najlepiej chyba było nie mówić wcale. Kochał Florence niczym siostrę i wiedział, że na wielu płaszczyznach się rozumieli, ale wolał nie przyznawać się jej do ten niewielkiej słabości do ryzyka, która tak skrzętnie w sobie ukrywał. Prawdę mówiąc wolał nie przyznawać się do tego nawet przed sobą samym.
Po prostu musiałem – wyszeptał w końcu, a potem uznał, że było to jedno z gorszych możliwych wytłumaczeń. – Uzdrowiciel mógł się też przydać w lesie. Na przykład gdyby to tam znaleziono Bagshota i wymagałby szybkiej pomocy. Nie wiedzieliśmy w jakim jest stanie. Możliwe było, że musielibyśmy szybko reagować – odpowiedział jedynie krótko, ponownie patrząc Bulstrode prosto w oczy. I znowu czuł się trochę, jak to małe dziecko, któremu trzeba było wiecznie tłumaczyć dlaczego musi na siebie bardziej uważać. – Tak, też sądzę, że nad nami czuwała.
Bo prawdę mówiąc to był cholerny cud, że wpadli pod ziemię i nic im się nie stało. Że uratowali Bagshota.
Na słowa Florence, że nie była pewna, że chce słyszeć więcej po prostu skinął głową, uznając że tak będzie najlepiej. Na całe szczęście kuzynka nie ciągnęła tematu i już miał wejść z nią do środka, gdy coś rzuciło mu się w oczy.
Hej, kojarzę tę miotłę – powiedział nagle zapominając o sprawie z Windermere. Była stworzona dla dorosłej osoby, a wyglądała już na tyle staro, że przebywajacy tutaj skrzat pewnie wystawił ją po prostu, by potem wyrzucić, ale jednak Basilius był niemal pewny, że tę samą miotłę znaleźli kiedyś, gdy byli dziećmi z kuzynami i próbowali na niej latać na w miarę rozsądnej wysokości. Uśmiechnął się na to wspomnienie i chwycił miotłę.


RE: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Florence Bulstrode - 19.07.2024

Florence faktycznie nie pojmowała chyba. Nie w pełni. Była osobą, której zupełnie nie ciągnęło do przygód, ale która jednocześnie dawno pogodziła się z tym, że żyje pośród ludzi, nie potrafiących usiedzieć w miejscu i wieść spokojnego życia.
Mogła zrozumieć jednak jedno. W jej przypadku był to wybór. W przypadku Basiliusa konieczność. Ona nie wchodziła na drzewa z braćmi, a opatrywała rozbite po upadku kolana, nie przepychała się z kuzynami na trawnikach, a podsuwała chusteczki do rozbitych w tych przepychankach nosów, i nie błąkała się nocami po hogwarckich korytarzach z kolegami, ponieważ nie chciała.
On nie mógł.
I czasem bardzo ciężko musiało być postępować rozsądnie, kiedy serce rwało się do czegoś zupełnie innego, nawet jeśli wiedziałeś, że się do tego nie nadajesz.
Dlatego ostatecznie nie dręczyła Basiliusa wrzutami, nie zmywała mu głowy ani nie domagała się opowieści, co dokładnie stało się w tamtych podziemiach. Pewnie już w domu spytałaby, jak się z tym wszystkim czuje, gdyby nie to, że Prewett zwrócił uwagę na miotłę. Przystanęła, spoglądając na nią.
– A, tak. Powiedziałam skrzatowi, że pora się jej pozbyć – stwierdziła, spoglądając na trzymany przez niego środek transportu. Miał już swoje lata – dobre dwadzieścia – i dawno ustąpił nowszym modelom. Chyba tego typu mioteł używano jedynie w Hogwarcie do lekcji pierwszorocznych, którzy nie powinni wylatywać zbyt wysoko, zbyt szybko, a i szkoda było budżetu na zakupy mioteł, które podczas pierwszych zajęć często ulegały uszkodzeniom. – Atreus ma najnowszy model, ojciec ostatnio też kupił sobie nową i zostawił tutaj w schowku jako zapasową poprzednią, nie sądzę, żeby na tej ktokolwiek miał zamiar latać. Właściwie chyba nikt nie używał jej od dobrych paru latu, nie jestem nawet pewna, czy w ogóle by poleciała.
Florence nie zamierzała rzecz jasna tego sprawdzać. Brała lekcje z wszystkimi w Hogwarcie, później jednak nie trenowała już ani quidditcha (niebezpieczny sport jej zdaniem: zbyt niebezpieczny), ani nawet latania. Nie dlatego, że miała lęk wysokości, a po prostu nie przepadała za tą metodą transportu: zaklęcia poduszkowe może i dużo ułatwiały, ale wiatr wciąż dostawał się do oczu i psuł fryzurę, a gdy człowiek wznosił się zbyt wysoko, robiło się chłodno.


RE: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Basilius Prewett - 20.07.2024

Najśmieszniejsze w tym wszystkim było to, że on naprawdę przez większość czasu był spokojny i rozsądny. Nie tak rozsądny, jak chciałby być, ale jednak Prewettowi zazwyczaj nie brakowało oleju w głowie i często sam z siebie wybierał po prostu tę najbardziej bezpieczną dla wszystkich opcję. Nawet, gdy był młodszy.Po prostu czasem... Czasem i on potrzebował, by zaryzykować, by zrobić coś może nie do końca odpowiedzialnego, ale z jakiegoś powodu właściwiego, a że często nie mógł tego zrobić, a frustracja jedynie gromadziła się... Potem to jakoś tak samo z siebie wybuchało i nagle znajdować się pod ziemią, lub bez pieniędzy w kasynie. Podobnie było w dziedziństwie. Przez większość czasu siedział grzecznie i układał puzzle lub czytał książkę, bo tego chciał. Bo go to bawiło. Potem jednak widział, jak jego kuzyni się wygłupiają i też tak chciał, ale wiedział, że nie mógł. Tylko, że to uczucie nie znikało, a zamiast tego kumulowało się, tak że ostatecznie kończył robiąc coś jeszcze bardziej ryzykowanego. Na przykład wchodził na drzewo i z niego spadał.
Zresztą...
Czym innym były dla wygłupy i bezsensowne zabawy, a czym innym pomoc w znalezieniu zaginionego historyka magii w oszalałym lesie. Może dobrze, że nie wspomniał Florence o niedźwiedziu.
Basilius wciąż przygladał się trzymanej przez siebie miotle, a nieprzyjemne myśli, jakoś tak zeszły na drugi plan. Sam nieszczególnie latał na miotle, nawet w Hogwarcie – podobno nie byłoby to dobre dla jego zdrowia, zwłaszcza gdy miał te jedenaście lat. Udało mu się jednak załapać na jedną lub dwie lekcje podczas wakacji, gdy ktoś z rodziny latał dla zabawy.
Hm... – mruknął, przyglądając się przedmiotowi z jakąś nostalgią i rozbawieniem. – Chyba próbowałem kiedyś wmówić Atreusowi, że wasi rodzice tak naprawdę znaleźli go kiedyś w lesie wraz z tą miotłą i liścikiem, że mogą go sobie wziąć. – Zmarszczył brwi. – A potem Electrze.
Laurenta i Icarusa chyba nigdy tak nie wkręcał. O tego pierwszego, jakoś zawsze za bardzo się martwił, a z tym drugim dzieliła go zbyt mała różnica wieku, aby się nabrał.
Tak, bardzo wątpię by latała. Nadszedł jej czas – stwierdził po czym, jedynie dla zabawy, przymierzył się do siadu, tak jakby naprawdę miał na niej polecieć. Miotła ku jego zdziwienie jednak drgnęła i zanim Basilius zdążył się odsunąv, już był metr nad ziemią, łapiąc się na szybko drewnianego uchwyty. Serce zabiło mu mocniej, a on sam musiał odetchnął głęboko. Na całe szczęście miotła się zatrzymała.
Wygląda, że jednak lata – powiedział, nieco rozbawiony w stronę Florence, gdy już pierwsze zaskoczenie minęło. – Chyba nie ma co dalej ryzykować. – I już miał schodzić. Bulstrode była mu świadkiem, że przecież chciał znaleźć się bezpiecznie na ziemi i nie robić niczego głupiego, kiedy miotła najwyraźniej miała inne zamiary i postanowiła nagle ponieść go jeszcze wyżej, ruszając przed siebie, wbrew jakiemukolwiek życzeniu Prewetta.


RE: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Florence Bulstrode - 20.07.2024

Florence niewiele wiedziała o mugolskiej psychologii, ale podświadomie trochę wyłapywała, o co chodzi w tym efekcie, wiele razy badanym przez mugolskich badaczy. Ktoś, kto wystawiał swoją siłę woli na próbę dłużej, łatwiej się łamał. Jeśli wpuścić do pokoju z ciastkami kilka osób na diecie i powiedzieć, że te czekają na kolejną grupę, a potem poczęstować ich słodyczami – ludzie zjedzą mniej słodyczy niż ci, których wcześniej zachęcono do spróbowania także ciastek.
U Basiliusa dietą była choroba serca, a słodyczami – te mniej rozsądne zachowania.
– Zastanawiam się, czy to było wtedy, gdy zapytał, czy na pewno jestem jego prawdziwą siostrą – powiedziała. Gdyby dowiedziała się o tym, gdy byli młodsi, Basilius musiałby stawić czoła jej strofowaniu za straszenie młodszego brata, ale w tej chwili była to pieśń dalekiej przeszłości, zabawna anegdotka, niewarta gniewu. – Sądziłam, że ma po prostu nadzieję, że to mnie adoptowano – stwierdziła z pewnym zamyśleniem. To było jednak tak dawno, że nie miała szans odgadnąć, czy Atreus upewniał się, że na pewno nie znaleziono go w lesie, czy też w przypływie złości na starszą siostrę, po raz kolejny przewidującą jakiś figiel, uznał, że w istocie jest demonem zesłanym na ziemię, by rujnować mu dobrą zabawę. – Cóż, matka nie mogłaby się go wyprzeć – dodała jeszcze, a po jej ustach przemknął uśmiech. Odziedziczyła bez wątpienia jej upór, wolę ze stali, i przekonanie, że rodzina jest najważniejsza: tak mocne, że mogłoby pchnąć Florence ku najbardziej choćby bezlitosnemu postępowaniu. We wszystkim innym różniła się jednak od matki tak, jak różniły się ogień i woda, za to Atreus był niemalże skórą zdartą z Enidy.
Była jasnowidzem. I powinna to przewidzieć. A jednak: nie przewidziała. Spoglądała po prostu, jak Basilius siada na miotle, bo nie była jego rodzicielką, wpadającą w panikę, że syn za szybko się poruszył – przecież tylko usiadł na miotle, wcale nie planował nigdzie na niej latać…
…miotła jednak najwyraźniej postanowiła wyruszyć w ostatni rejs albo udowodnić, że jeszcze nadaje się do powietrznych podróży.
– Basilius! – zawołała, dość beznadziejnie, gdy zrozumiała, że kuzyn wcale nie wzniósł się tak wysoko, bo chciał – i że miotła wystrzeliła do przodu, frunąc ku granicom ogrodu rodziców, co gorsza w stronę, w którą nie tak daleko znajdowała się mugolska wioska. Bulstrode wyszarpnęła z kieszeni różdżkę i zrobiła coś, co czyniła bardzo rzadko: przeskoczyła schodki, wiodące na taras i ruszyła biegiem przed siebie, za umykającą miotłą i kuzynem.


RE: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Basilius Prewett - 22.07.2024

Basilius właśnie wspominał rzecz, która wydarzyła się bardzo dawno temu, kiedy jeszcze nawet nie był w Hogwarcie, a jednak... A jednak kiedy usłyszał od Florence, że może rzeczywiście jego próby wkręcania młodszego kuzyna podziałały i ten możliwe, że naprawdę mu uwierzył... Nie był w stanie ukryć tego złośliwego uśmiechu satysfakcji, który na chwilę objął jego twarz.
Jesteś zdecydowanie zbyt uparta, by nie być z nami spokrewniona – powiedział, bo może i Florence charakterem odbiegała od wielu prewettowskich zachowań, tak jednak upór ewidentnie miała po ciotce. On sam natomiast chyba nigdy nie chciał myśleć za bardzo o tym co odziedziczył po którym rodzicu.

***

No kurwa mać. I czemu go to teraz spotkało? Miotła była zrobiona z drzew z Windermere i teraz się na nim mściła? Uznała, że nigdy go nie lubiła i teraz postanowiła to pokazać? Gdzieś w pobliżu była Brenna, której nie zauważył? Rozejrzał się po coraz bardziej oddalającym się terenie. Nie, żadnej Brenny. Za to robiło się coraz bardziej wysoko, a na horyzoncie...
No nie. No kurwa nie. Wioska mugoli. Jeszcze chwila i przez nią przeleci, a wtedy zamiast odpoczywać będzie musiał się bardzo gęsto tłumaczyć odpowiednim osobom. Ugh... Chciał tylko spędzić ten sierpień w spokoju? Czy naprawdę prosił o tak dużo?
Desperacko, próbował obniżyć lot miotły. Nic.
Próbował ją chociaż spowolnić. Dalej nic.
Sytuacji nie pomagał fakt, że trzymał się na niej dość pokracznie, bo po pierwsze nie był do końca zaznajomiony z lataniem, a po drugie nie miał przecież nawet czasu, by się porządnie złapać.
Co robić, co robić? Może nikt go nie zauważy?
Może w ten piękny, bezchmurny letni dzień nikt w wiosce nie postanowi wyjść na zewnątrz i spojrzeć w górę?
Spróbował sięgnąć po swoją różdżkę i niemal zleciał z miotły. Zacisnął mocniej usta. Super. Po prostu super. Spojrzał w dół. Czy powinien po prostu spać i uznać, że skoro Matka, życie, los, bogowie i wszystko postanowili się mu sprzeciwić to teraz mogli równie dobrze decydować o tym, czy sobie coś zrobi czy nie? Nie. Nie będzie spadać. Coś wymyśli.
Ponownie puścił jedną ręką drążek, by chwycić swoją różdżkę.
Udało się!
Miotła skręciła jakoś dziwnie, a on stracił równowagę.
No i spadał.
Biegnącą za nim Florence mogła zobaczyć, jak nagle sylwetka jej kuzyna, leci w stronę ziemi w akompaniamencie rzucanych na szybko, i pewnie nieudolnie, zaklęć które miały jakoś załagodzić upadek.


RE: [12.08.72] Raz pod ziemią, raz na ziemi - Florence Bulstrode - 23.07.2024

– Jestem jedynie… stanowcza. Nie uparta – powiedziała Florence, tonem wskazującym, że będzie się przy tym bardzo upierać i nic ani nikt nie przekona jej do zmiany zdania. Basilius jednak nie miał nawet szans zaczynać sporu czy przekomarzań, bo… porwała go miotła.

To była stara miotła. Na tyle stara, że Florence, chociaż nie biegała szybko (acz w tym biegu teraz dawała z siebie absolutnie wszystko i chyba ostatni raz gnała tak prędko na Polanę Ognia po tym, jak przeminęła wichura), nie została bardzo w tyle, a wypadła poza niewysoki, kamienny murek otaczający ogród zaledwie chwilę po tym, jak przeleciał ponad nim Basilius. Czar spowalniający świsnął w powietrzu, ale minął miotłę o cal i nie zdołał jej unieruchomić, a coś w środku Florence skręciło się boleśnie. Nie zwolniła jednak biegu, nie opuściła różdżki, nie dbała o to, że może się potknąć, a na strach… na strach nie mogła sobie teraz pozwolić.
Z jej ust wyrwał się okrzyk przestrachu, kiedy Prewett spadł z miotły.
Nie próbowała trafić w niego: nie była Albusem Dumbledorem, geniuszem magii, mistrzem pojedynków, nie miała szans trafić Basiliusa w locie w dół, skoro nie zdołała nawet wycelować w miotłę. Zamiast tego wycelowała w ziemię pod nim, próbując za pomocą transmutacji tę zmiękczyć. Może coś innego byłoby skuteczniejsze, ale Florence nic innego nie przyszło do głowy, a w tej chwili niewiele miała czasu na zastanawianie się.

Na transmutację, pod edycję
[roll=N]
[roll=N]

Czy to jej wprawna ręka, czy szczęście, nieraz uśmiechające się do Prewettów w krytycznych sytuacjach - Pan Losu zdawał się lubić to, jak chętnie go wyzywali, i choć chętnie dawał im nauczkę, czasem uśmiechał się do nich kapryśnie - bo czar zadziałał. Ziemia rozmokła, trawa rozrosła się, by złagodzić impet upadku.
A jednak gdy upadł, mogłaby przysiąc - chociaż wiedziała, że z medycznego punktu widzenia nie jest to możliwe - serce zamarło jej w piersi.