Secrets of London
[5.03.72, Florence i Elijah] Odwiedziny u Śpiącej Królewny - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22)
+---- Dział: Klinika magicznych chorób i urazów (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=18)
+---- Wątek: [5.03.72, Florence i Elijah] Odwiedziny u Śpiącej Królewny (/showthread.php?tid=363)



[5.03.72, Florence i Elijah] Odwiedziny u Śpiącej Królewny - Florence Bulstrode - 30.10.2022

adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Badacz Tajemnic
Uzdrowiciele powinni być ludźmi empatycznymi, a przynajmniej tak sądziła większość ludzi. Florence Bulstrode nie była empatii zupełnie pozbawiona: potrafiła okazywać choć podstawowe troskę i współczucie pacjentom oraz ich rodzinom lub przynajmniej udawała, że to robi. Przynajmniej w przypadkach, w których sądziła, że ma to sensu.
Jeśli szło o Castora Burke, nie planowała się wysilać. Głównie dlatego, że jego stan był taki sam wczoraj, przedwczoraj, miesiąc i rok temu, a cała wiedza Florence wskazywała na to, że będzie identyczny także za rok, dwa i dziesięć. Przynajmniej dopóki nie uda się ustalić w pełni okoliczności klątwy oraz w ręce klątwołamaczy nie trafi przedmiot, który spowodował całe to zamieszanie. Ponieważ nic na to nie wskazywało, Bulstrode nawet nie próbowała dawać rodzinie Castora nadziei. To nie tak, że nie obchodził ją stan chorego: było wręcz przeciwnie. Florence bardzo chciałaby doprowadzić do jego przebudzenia, jak wynikało to z jej wiedzy, było to niemożliwe. I jasno poinformowała o tym rodzinę chorego już jakiś czas temu. Mimo to Elijah regularnie odwiedzał brata.
Florence nie była pewna, czy wynikało to z ich więzi, niepotrzebnych nadziei na to, że starszy Burke wkrótce się ocknie czy wręcz przeciwnie, było elementem sprawdzania, czy konkurent do rodzinnego bogactwa i pozycji dziedzica rodu na pewno pewnego dnia nie odzyska przytomności. Nie rozważała nawet tej kwestii zbyt głęboko. W pewnych kwestiach Bulstrode patrzyła bardzo wąsko. Tak jak w tej: jej praca zaczynała się i kończyła na progu małego, obskurnego – jak większość sal w Mungu – pokoiku, w którym głębokim snem spał czarodziej z rodziny Burke. Tu dawała z siebie wszystko i tym razem, po tygodniach prób własnych oraz starszych klątwołamaczy, musiała przyznać jedno: odniosła porażkę. Nie była z tego powodu zadowolona, bo Florence bardzo nie lubiła przegrywać. Może odziedziczyła to po matce z Prewettów…
Kojarzyła Elijaha z Hogwartu. Raczej słabo, bo mężczyzna był wprawdzie zaledwie rok niżej, ale za to w innym Domu. Jego twarz nie była jednak jej obca: wielokrotnie mijali się na szkolnych korytarzach. Zresztą bywał w Mungu już w przeszłości. Powitała go tak jak zwykle, uprzejmie, a potem również jak zwykle, ruszyła ku właściwej sali.
- Dwadzieścia minut, później kończą się godziny odwiedzin – ostrzegła Elijaha, prowadząc go do pokoi, w których leczono przewlekle chorych pacjentów. Choć w przypadku Castora „leczenie” sprowadzało się głównie do utrzymywania jego nieprzytomnego ciała przy życiu. Jak zwykle, gdy Florence pracowała, kasztanowe włosy związała ciasno z tyłu głowy, by przypadkiem nie przeszkadzały. Twarz miała bladą, może z natury, może ponieważ okienka w Mungu były niewielkie, dające mało światła, a ona lwią część czasu spędzała w szpitalu. I nie stosowała się do zaleceń, które sama dawała pacjentom: by dbać o ruch i wychodzić na świeże powietrze, jeżeli już znajdą takie gdzieś w Londynie. – Nic się nie zmieniło – powiedziała jeszcze, uprzedzając ewentualne pytania.


RE: [5.03.72, Florence i Elijah] Odwiedziny u Śpiącej Królewny - Elijah Burke - 05.11.2022

Osiem długich lat od „wypadku” Castora, a jedno pozostawało niezmienne – Elijah naprawdę nienawidził Munga.

Nie chodziło może o samą instytucję, której przecież przyświecał cel niesienia pomocy chorującym członkom magicznej społeczności, nie; chodziło raczej o przytłaczającą (w jego mniemaniu) atmosferę tego miejsca. Od zapachu przeróżnych eliksirów, warzonych starannie przez uzdrowicieli, coś przewracało mu się w żołądku; widok czarodziejów dotkniętych schorzeniami, o których nawet nie śnił, zmuszał go do odwrócenia spojrzenia. Gdzieś w głębi duszy – w jakimś jej ciemnym, zakurzonym, zapomnianym kącie – Elijah zdawał sobie sprawę dlaczego tak się działo.

To przez ciebie Castor wegetuje w tym piekle.

Na początku rodzice – głównie matka, bo to jej serce złamało się najmocniej tego feralnego dnia – chcieli, by Castor przebywał w domu. Kilka razy dziennie wykwalifikowana uzdrowicielka odwiedzała pacjenta w pokaźnej, rodowej rezydencji, w towarzystwie klątwołamaczy. Na przestrzeni miesięcy różni ludzie wkraczali do ich domostwa i próbowali wszystkiego, a rodzice nie szczędzili pieniędzy; mimo tych wysiłków najstarszy syn rodziny pozostawał pogrążony w magicznym letargu. Wkrótce podjęto decyzję, by Castor został na stałe przeniesiony do Munga, bo jego cicha obecność pogłębiała depresję pani Burke. Mijające lata nieco złagodziły ból, lecz przecież nie przyniosły ulgi; stan Castora nie zmieniał się od lat.

I o to, by tak pozostało, jego młodszy brat modlił się usilnie każdego dnia.

Wkroczył do gmachu magicznego szpitala pospiesznym, nerwowym krokiem, klnąc pod nosem i co rusz zerkając na drogi zegarek zdobiący przegub – prezent od Deborah z okazji rocznicy ślubu. Drogę do odpowiedniego oddziału znał na pamięć; był nawet na tyle uprzejmy, by zamienić kilka grzecznościowych słów z bardziej znanymi uzdrowicielami, których tożsamości zdążył poznać w ostatnich latach. Starał się zerkać do pokoju Castora chociaż raz w tygodniu, w zależności od napiętego grafiku; czasem zabierał nawet ze sobą Alexandra. Jego trzyletni syn interesował się dosłownie wszystkim, na czym spoczęły jego ciekawskie oczy – a to znaczyło mniej więcej tyle, że Elijah cierpliwie musiał tłumaczyć pracę uzdrowicieli i dlaczego wujek się nie budzi. I tak w kółko.

Dzisiaj był jednak sam i niemalże się spóźnił; odetchnął głęboko, stając w drzwiach pokoju i zauważając znajomą uzdrowicielkę. Często widywał ją przy bracie, i szybko skojarzył kobietę z czasów szkolnych. Wydawała się spokojna, poważna, niemal surowa – ale nie jemu było oceniać. Słyszał, że miała nienaganną opinię, i tylko to się liczyło.

Chociaż, w przypadku Castora, może niekoniecznie.

- Dwadzieścia minut z ręką na sercu – teatralnie przyłożył dłoń do torsu, uśmiechnął się niemalże wesoło – jakby byli dobrymi znajomymi – i stanął przy łóżku brata, patrząc na pogrążoną we śnie twarz.

Wtedy przestał się uśmiechać.

- Jedna ze stażystek powiedziała mi, że dwa dni temu zgiął palce prawej ręki. Ponoć na kilka sekund – zerknął na rudowłosą kobietę, tym razem zachowując absolutną powagę. – Czy to w ogóle możliwe, czy mojemu bratu towarzyszyła jakaś wyjątkowo niekompetentna czarownica?

Bogowie, jeśli istniejecie, nie pozwólcie mu się obudzić…




RE: [5.03.72, Florence i Elijah] Odwiedziny u Śpiącej Królewny - Florence Bulstrode - 06.11.2022

Musiała dowiedzieć się, z kim rozmawiał Burke i uciąć sobie pogawędkę z tą stażystką. Podtrzymywanie rodzin chorych na duchu było jednym, dało się to wręcz uznać za część obowiązków uzdrowiciela, ale budowanie fałszywej nadziei i przekazywanie mylnych informacji to już całkowicie inna sprawa. Jeśli było coś, czego Florence kompletnie nie tolerowała, to tym czymś była niekompetencja, a właśnie za taką poczytała zachowanie tej dziewczyny. Jej twarz pozostała niewzruszona, nawet jeżeli w duchu rzucała bardzo wiele niecenzuralnych słów, na wypowiedzenie których nie mogła sobie pozwolić przy rodzinie pacjenta.
- Czasem widzimy to, co bardzo chcemy zobaczyć. Obawiam się, że tak było w tym przypadku. Moje przeprosiny za to nieporozumienie - powiedziała, wciąż tym samym, uprzejmym tonem, co wcześniej, starając się ubrać komunikat w dyplomatyczne słowa. Nie mogła przecież oznajmić, że stażystka albo jest głupia i w dobrej wierze skłamała, albo w swojej naiwności chciała go pocieszyć, nieświadoma, w jak złym stanie jest Castor.
Florence pamiętała i jego, z czasów przed choroby. Nie byli może dobrymi przyjaciółmi, ale wciąż potrafiła sobie przypomnieć, jak wyglądał, zanim pochłonął go sen. I zrobiłaby wiele, aby zdjąć z niego czar. Niestety, choć była dobrą klątwołamaczką, do cudotwórcy sporo jej brakowało.
- W stanie pana Burke nie zaobserwowano żadnych zmian. Organizm utrzymuje podstawowe funkcje życiowe, ale to wszystko. Nie porusza się i nie reaguje na bodźce. Nie doszło do obumarcia mózgu, więc nadzieja na zdjęcie klątwy wciąż istnieje, ale podtrzymuję wcześniejszą diagnozę. Przy obecnym stanie naszej wiedzy i alchemii, żeby mieć jakiekolwiek szanse na złamanie przekleństwa, potrzebowałabym dokładnie znać okoliczności jego rzucenia. Nie było to zwykłe zaklęcie - zrelacjonowała Florence. Czuła się w obowiązku udzielić dokładnych informacji, skoro stażystka tak tutaj namieszała.
Jak wynikało z jej wiedzy, winę za stan Burke'a ponosił albo zmodyfikowany czar, rzucony przez wyjątkowo potężnego czarnoksiężnika, albo jakiś przedmiot, przeklęty już dawno temu. Florence innymi słowy, aby mieć szansę - szansę, nie gwarancję powodzenia - przebudzenia mężczyzny, musiałaby dostać w swoje ręce naszyjnik, który badał. A nawet nie wiedziała o jego istnieniu. Nie mając w rękach przekaźnika, na którym pierwotnie osiadła klątwa, nie mogła ocalić tego mężczyzny.
Słowa mogły brzmieć wręcz nazbyt brutalnie. Czasem niektórzy pacjenci skarżyli się na to, rzeczowość Florence odbierając jako brak taktu i empatii. Może i faktycznie ich nie posiadała, sama jednak była głęboko przekonana, że nie wolno jej wprowadzać Elijaha w błąd.
- Przykro mi, ale próbowaliśmy już wszystkiego. Być może jakiś zagraniczny klątwołamacz potrafiłby znaleźć sposób, ale wątpię. Konsultowałam ten przypadek dwa lata temu z magomedykami z Francji i USA. Rozłożyli ręce.
Niemożność zdjęcia klątwy frustrowała Bulstrode. To była jej porażka. Nie obchodziło jej, że inni uzdrowiciele z Munga również nie dali rady: liczyło się to, że ona nie zdołała poradzić sobie z tym przypadkiem. Nie pozostawało jednak nic więcej ponad pogodzenie się z losem, i może liczenie na to, że alchemicy opracują jakiś cudowny specyfik. I jej, i rodzinie Castora. Już udzielała nieomal identycznych wyjaśnień matce Burke'a, ale i nie dziwiło jej, że przyszła kolej na ich powtórzenie bratu. Krewni zwykle mieli nadzieję, że coś się zmieni.
A ona była jasnowidzem, nie aurowidzem. Nie znała się też na legimencji. Nie mogła wiedzieć, że pytania Elijaha nie były powodowane nadzieją: że sprowokował je strach.
Bogowie byli jednak dla niego łaskawi.


RE: [5.03.72, Florence i Elijah] Odwiedziny u Śpiącej Królewny - Elijah Burke - 21.11.2022

Starał się, by wyraz jego twarzy pozostał neutralny, wręcz obojętny. Dla postronnego obserwatora mógł jawić się jako ktoś, kto faktycznie jest zainteresowany obecnym stanem zdrowia krewniaka; w rzeczywistości martwił się jedynie o własne dobro. Widok Castora nie należał do przyjemnych – jego wymizerowana twarz straciła dawny urok, wątłe ciało musiało być słabe w wyniku nieustającego snu. Gdyby Elijah miał w sobie chociaż odrobinę empatii, zapewne ten widok prześladowałby go co noc, nie pozwalając zasnąć; w praktyce jedynie myśl o przebudzeniu brata wzbudzała niepokój.

- Nie musi pani przepraszać – wtrącił zaraz, zdając sobie sprawę, że jego poprzednie słowa mogły faktycznie wybrzmieć gburowato i niemiło. Nie mógł winić panny Bulstrode za zachowanie i słowa innych pracujących na oddziale. Do tej pory mógł śmiało stwierdzić, że stojąca naprzeciw niego kobieta faktycznie starała się z całych sił, by Castor ponownie wrócił do realnego świata. Jej motywacja pozostawała dla Elijaha zagadką – współczucie, chęć osiągnięcia perfekcji w zawodzie? Mimo wielu lat, podczas których natykali się na siebie wzajemnie, nigdy o to nie zapytał. Żadne nie przekroczyło cienkiej granicy między obojętną uprzejmością a rzeczowymi rozmowami o stanie zdrowia najstarszego z synów pana Burke’a.

- Wolałbym uniknąć takich sytuacji w przyszłości, rozumie pani… Moja matka nadal bardzo przeżywa wypadek Castora. Gdyby usłyszała o poprawie, której nie ma, mogłoby to ją załamać – dodał już łagodniejszym tonem, wyjaśniając motywy wcześniejszej wypowiedzi. Oczywiście dla świata zewnętrznego Burke’owie nadal stanowili potężną rodzinę, której nie złamał nawet wypadek dziedzica – i chyba tylko personel Munga widział przelane łzy, przekleństwa i błagania członków rodu. Sam Elijah był raczej oszczędny w okazywaniu emocji, szczególnie w obecności osób trzecich. Czasem przyłapywał się na tym, że mówił do Castora, lecz były to puste słowa, jedynie na pokaz; coś o niedawno wykonanych pracach w atelier, co nieco o Alexandrze, który stanowił dumę i radość Elijaha. Mógł domyślić się, że Florence – którą, swoją drogą, kojarzył już przecież z lat szkolnych – niejednokrotnie słyszała te wypowiedzi. Nawet, jeśli tak było, nigdy nie dała mu odczuć, że mógłby to być powód do wstydu.

Burke skinął powoli głową, rozważając słowa kobiety; wydał cichy pomruk aprobaty dla jej starań, chociaż jednocześnie poczuł niepokój; co by się stało, gdyby ta kobieta zdjęła klątwę jego brata?

- Mogę o coś zapytać? – zaczął nagle, i nie czekając na potwierdzenie, wziął głęboki wdech i pozwolił słowom płynąć swobodnie. – Dlaczego sprawa Castora jest pani aż tak bliska? Proszę nie zrozumieć tego źle, ale większość uzdrowicieli odpuściła próby zdjęcia klątwy po… jakim czasie, może roku? Pozwalają, by egzystował w tym szpitalu, a nasza rodzina rozumie, że nic więcej nie da się zrobić – podchwycił spojrzenie oczu kobiety; obsydianowe tęczówki mężczyzny nie wyrażały nawet cienia uczuć, chociaż wypowiadane zdania były uprzejme. – Z pewnością ma pani innych pacjentów. Takich, którzy mają realną szansę na powrót do zdrowia.

Dał tym samym jasno do zrozumienia, że samemu nie wierzył w cudowne ozdrowienie brata. Nie chodziło o wątpliwość związaną z umiejętnościami Bulstrode, nie; wolał zdecydowanie bardziej zniechęcić kobietę do podjęcia kolejnych prób, których sam fakt burzył jego ułożony spokój. Elijah wyjątkowo łagodnym gestem poprawił kołdrę okrywającą Castora niemalże po samą szyję, milknąc i przyglądając się pogrążonej we śnie twarzy, niegdyś tak pełnej życia.




RE: [5.03.72, Florence i Elijah] Odwiedziny u Śpiącej Królewny - Florence Bulstrode - 21.11.2022

- Ma pan moje słowo, że to się nie powtórzy. Porozmawiam z tą stażystką – obiecała, w pełni rozumiejąc jego obiekcje. Nadzieja umierała ostatnia, ale podsycanie jej, tylko po to, by potem została bezlitośnie odebrana, zdawała się Florence znacznie gorszym okrucieństwem niż nie dawanie szans od początku.
Pamiętała panią Burke i te nieliczne momenty załamania, gdy spod maski perfekcyjnej pani domu czystej krwi, nie okazującej publicznie emocji, wyłaniała się cierpiąca matka. Takie zachowania, podobnie jak opowieści Castora, snute do uśpionego brata, stanowiły część szpitalnego krajobrazu. Coś, do czego Florence przywykła i czego nie tylko nigdy nie komentowała, ale nie oceniała nawet w duchu, a przynajmniej próbowała tego nie robić. Widywała już różne sceny przy łóżkach pacjentów, tych, którzy zdrowieli i tych, którzy odchodzili na zawsze. Pożegnania, kłótnie, łzy radości, rozpacz, radość, ulgę i wiele, wiele więcej.
Być może Castor słyszał opowieści Elijaha, choć w to wątpiła. Ale sądziła, że sam młodszy Burke tego potrzebuje.
Milczała przez chwilę, gdy padło pytanie. Jego wzrok napotkał spokojnie spojrzenie jasnych oczu. Nie odpowiedziała od razu nie dlatego, że ją uraził: zastanawiała się raczej, w jaki sposób odpowiedzieć. Sama rzadko zastanawiała się nad swoimi motywacjami, a te w tym konkretnym wypadku były skomplikowane i składało się na nie wiele rzeczy. Perfekcjonizm, upór, wyzwanie. Trochę współczucie, etyka zawodowa. Może do pewnego stopnia poczucie lojalności, bo przecież Castora też mogła pamiętać z Hogwarckich sal. Tysiąc jeden rzeczy, które ciężko było ubrać w słowa. Zwłaszcza w takie, by nie zanudziły mężczyznę pokoju Burke’a.
– Nie lubię spisywać ludzi na straty, panie Burke. Wierzę, że każdą klątwę można przełamać: czasem tylko nie wystarcza do tego wiedza i umiejętności klątowołamaczy. Moje, ze wstydem przyznaję, w tym konkretnym przypadku są zbyt małe, a chciałabym to naprawić – powiedziała z namysłem. Pewną ostrożnością niemalże. Zachowanie Florence niekiedy zależało od otoczenia i osób, z którymi rozmawiała. Elijah, dziedzic znanego rodu czystej krwi, i przebywanie w pokoju, gdzie od tak wielu lat leżał pogrążony w śpiączce człowiek, wymuszały zachowanie powagi oraz uwagę przy wygłaszaniu jakichkolwiek osądów. – Wiem, że nie chciałabym, aby ktoś po prostu pozwolił mnie… zostać w takim stanie i nawet nie myślał o zmianie.
Chyba Florence wolałaby umrzeć. Na pewno wolałaby umrzeć niż trwać w wegetatywnym stanie, gdy jej ciało utrzymywano przy życiu eliksirami i magią. To była jednak jedna z tych myśli, którymi absolutnie nie mogła się z nikim podzielić. Uzdrowiciel nie miał prawa sugerować rodzinie, że lepiej, aby ich krewny zmarł. Nie powinna pewnie nawet tak myśleć. A jednak myślała, choć nie zmieniło to tego, że wciąż jeszcze próbowała znaleźć rozwiązanie...
Kobieta zawahała się jeszcze na moment nim dodała ostatnie słowa, bo nie była pewna, czy nie zabrzmią nietaktownie. A o ile była bezceremonialna wobec pacjentów, którzy byli w dobrym stanie, za to zrobili sobie coś przez własną głupotę, to w takich sytuacjach - gdy ktoś był w bardzo złym stanie - wobec niego i rodziny starała się o uprzejmość. Jeżeli jednak oczekiwał szczerości…
– Poza tym na zawsze pozostałam Krukonką. Nie umiem nie szukać odpowiedzi, kiedy mam pytanie – powiedziała, spoglądając jak otulał Castora kołdrą. Nie dała tego po sobie poznać, ale ten widok zawsze sprawiał, że trochę ściskało się jej serce. W końcu sama miała braci i nie potrafiła sobie wyobrazić, że leżeliby tak, jak Burke: bez życia, przesypiając życie, a ona mogłaby tylko na to patrzeć z boku. – Nie będę jednak udawać, że zdołam tu coś zdziałać. Próbowałam już wszystkiego. I zapewniam, że nie zaniedbuję innych pacjentów..
Skąd mogła wiedzieć, że to właśnie to finalne zdania, wyrażające jej brak wiary w skuteczność działać, przyznające, że nie ma już kolejnych punktów zaczepienia, mogły uspokoić Burke najbardziej? Większość rodzin wolała raczej wiedzieć, że uzdrowiciele wciąż się starają.
– Chciałby pan zostać z nim na chwilę sam?

EDIT
11.06.
Florence Bulstrode wysłuchała wszystkiego, co zechciał odpowiedzieć Elijah Burke z tym samym, uprzejmym wyrazem twarzy. I również jak zwykle, nie siliła się na próby dawania mu nadziei czy wypowiadanie słów pocieszenia - nie sądziła, by ten mężczyzna ich od niej potrzebował. Niekiedy starała się dać je rodzinom pacjentów, bo wbrew pozorom (i temu, co opowiadali studenci) uzdrowicielka miała serce, uczucia i całkiem spore pokłady współczucia. Ale ten przypadek... Zdawał się jednak inny.
Później wyszła z sali, pozwalając, by bracia zostali tylko we dwoje. Nawet jeśli starszy Burke nie mógł usłyszeć żadnych wypowiadanych tam słów, to niekiedy takie momenty były potrzebne rodzinie. By uporządkować myśli. Zagłuszyć żal i wyrzuty sumienia - które pojawiały się, kiedy myślałeś, co mogłeś zrobić inaczej... Dała mu pięć minut, podczas których znalazła stażystkę i ucięła sobie z nią krótką i bardzo uprzejmą rozmowę, w której jednak dość dosadnie wyraziła się w kwestii odpowiedniego zachowania wobec rodzin pacjentów. (Na tyle dosadnie, że dziewczyna pobiegła do jednego ze schowków, a Florence westchnęła w duchu, bo przecież wcale nie planowała doprowadzać panienki do łez.) Potem jednak, równo minutę przed końcem godzin odwiedzin na tym oddziale, uchyliła drzwi, by delikatnie dać do zrozumienia, że nadeszła pora, aby opuścił szpital. Pielęgniarki miały zaraz zająć się podawaniem panu Burke mikstur, które utrzymywały jego ciało w dobrym stanie, a ją samą czekał obchód pacjentów, którzy ostatnio zostali trafieni jakimiś paskudnymi zaklęciami i ich stan nie był w stu procentach stabilny.
Odprowadziła Elijaha do schodów, a następnie uprzejmie pożegnała.
On wracał do żony i syna, a ona do swojej pracy. Choć w głowie przez cały wieczór miała znów Castora i myśl o tym, że chciałaby dowiedzieć się, w jaki sposób został obłożony tą klątwą...

Koniec sesji