Secrets of London
[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele | Don't make me - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6)
+--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145)
+--- Wątek: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele | Don't make me (/showthread.php?tid=3632)



[05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele | Don't make me - Ambrosia McKinnon - 21.07.2024

- Co byś zrobił? Wymordował im ten cały tabor? - syknęła cicho, tak żeby tylko on był w stanie ją usłyszeć. - Mam wrażenie, że nie jesteś w stanie sobie tego jakkolwiek przemyśleć. Nie ma niczego co mógłbyś z tym faktycznie zrobić oprócz zrobienia awantury albo obicia komuś twarzy i to tylko dla własnej satysfakcji - zmarszczyła brwi, poirytowana. Myślała o tym ślubie już tyle razy, a z drugiej strony starała się o nim nie myśleć wcale. Odsuwała od siebie ten temat z konsekwencją, aż wreszcie wzbierał w niej jakąś falą goryczy, która ją sporadycznie zalewała. Są rzeczy, których nie dało się rozwiązać pięściami, a ukrócenie o głowę samych państwa młodych nie wchodziło w grę.

Przełknęła dalsze, gorzkie słowa, potrząsając tylko głową w zniechęceniu. Rozumiała, jak musiał być zirytowany. Może nawet zdradzony, bo jego ukochana siostrzyczka zrobiła to za jego plecami, jakby w ogóle nigdy nie liczyła się z jego zdaniem. W tym wszystkim nie zwracała też uwagi na nic, co działo się dookoła nich, zbyt skoncentrowana na tym, by odliczać kolejne takty do końca melodii, w nadziei że skończą wtedy tę żałosną rozmową i każde z nich ruszy w swoją stronę.

Ale muzyka wcale nie musiała się zakończyć, żeby Louvain ją puścił. Przyjęła ten gest z pewnym zdziwieniem, ale tez podejrzliwością, jakby coś miało się za nim kryć i zaraz przekonała się, że miała rację. Pochwycił ją znowu, unosząc podbródek i wplatając druga dłoń w jej starannie ułożone włosy, by przycisnąć do niej swoje usta. Nie opierała się, ale przez głowę przeszło jej tylko paniczne pytanie do czego to prowadziło? Nigdy nie dotknąłby jej przy ludziach, gdyby nie chciał tym czegoś osiągnąć. Chwyciła go za nadgarstek ręki, której palce oparł na jej podbródku, w jakimś kontrolnym geście jednak nie starając się go od siebie odciągnąć. Drgnęła, kiedy poczuła na wardze jego zęby, a potem smak krwi rozlał się po jej ustach.

Kiedy ją puścił, na moment tylko poczuła, że ma teraz jeszcze więcej pytań, na które odpowiedzi nie była w stanie znaleźć. Przejechała palcami po rozgryzionej wardze, czerwieniąc opuszki i rozcierając w nich czerwoną posokę, przez moment przyglądając się jej na skórze. A potem spojrzała dokładnie tam, gdzie teraz przekierował swoje ciało Louvain, w teatralnym geście zapraszając do dalszej zabawy kogoś innego.

Poczuła jak serce nagle zaczyna walić jej mocno, a krew szumi nieprzyjemnie w uszach. Metaliczny posmak rozlewał się po podniebieniu, tylko potęgując odrealnienie całej sytuacji, kiedy przyglądała się przez chwilę Alexandrowi jakby zobaczyła właśnie ducha.
- Co ty zrobiłeś? - powiedziała czerwonymi od krwi wargami, swój własny głos słysząc, jakby znajdowała się właśnie pod wodą.


RE: [05.08.72, Oxfordshire] Czarne wesele | Don't make me - Alexander Mulciber - 23.12.2024

Akt 1, akt 2, teraz lecimy z aktem 3.

Miała być jego Penelopą.

Zawsze była Penelopą – "siedem lat twojej pierdolonej odysei", wyrzucała mu, "i nic" – czekała na niego, kiedy wracał z daleka, przywożąc jej książki i historie. Czekała, kiedy kładł jej na poduszce nową egzotyczną błyskotkę, przepraszając, że znów zniknął, następnym razem pojedziemy tam razem, obiecywał, a choć oboje wiedzieli, że to kłamstwo, to nie miało znaczenia, bo byli obok siebie. Czuł, że jest w domu, kiedy brał ją w ramiona, a ona kładła mu głowę na piersi. Pierwsze "nie zasługuję na ciebie" z trudem przeszło mu przez usta, kolejne wcale nie były łatwiejsze. On uparcie psuł ścieg przeznaczenia, utworzony z oplatających ich nici powiązań – "chcę, żebyś była szczęśliwa", powtarzał, w gniewie, w smutku i w radości, "chciałbym ci to dać, ale chyba nie potrafię" – ona zaś, wciąż na nowo, uparcie tkała na kanwie losu ich przyszłość – przyszłość, w której zawsze byli razem: Odyseusz, skazujący się jednym przekleństwem na tułaczkę, Penelopa, wiernie czekająca na niego przy krosnach.

Miała być jego Penelopą, więc dlaczego go zdradziła? O ile pocałunek można było nazwać zdradą, ale pocałunek, który wymieniła przed chwilą z Louvainem, był przecież zbyt głodny, zbyt posesywny, zbyt wiele było w nim brutalności, aby mógł być tylko pocałunkiem. Tak mógł całować Lorettę. Ambrosia... Nie byłoby jej tutaj, gdyby nie chciała tutaj być. Nie tańczyłaby z Lestrange'm, gdyby nie chciała z nim tańczyć. Nie całowałaby go, gdyby nie chciała go całować. Nikt nie potrafił jej do niczego zmusić, jeżeli sama tego nie chciała.

Jeżeli pieprzyła się z Louvainem w ramach zemsty za Lorettę, chciała się z nim pieprzyć.

Ledwie zauważalne drgnięcie policzka zdradziło niesmak, jaki czuł.

Może Ambrosia była Kirke, która oszukała zmysły prostego żeglarza – syreną, która ściągnęła go w oceaniczną otchłań, tylko po to, aby zjeść jego serce – może zawsze nią była, pomyślał Alexander, myśl ta nie wywołała w nim jednak żadnych emocji. Nie wzruszały go syrenie pieśni, bo tkwił przywiązany do swej miłości jak Odyseusz do masztu okrętu. Przywiązany do niej nićmi przeznaczenia, które splatały się ze sobą, bardziej niż kiedykolwiek przypominając szubieniczny sznur.

niciowidzenie
[roll=PO]
[roll=PO]

Wystarczyło kiedyś, aby mrugnął, aby ten sznur znów pocałował jego szyję. Sam go sobie na nią założył. Czy sznura wystarczyłoby, aby udusić nim Lestrange'a? Nie, zdecydował po namyśle, jego stryczek był jego własnym. Zresztą, wolałby to zrobić rękoma. Zacisnąć je na jego gardle, dopóki nie zacząłby się krztusić krwią.
Spojrzenie Mulcibera obojętnie prześlizgnęło się po twarzy Lestrange'a, który rozpostarł wyzywająco ramiona, wypinając do przodu pierś: gladiator na pokurwiałych igrzyskach, rzucający wyzwanie cesarzowi. Cesarz tkwił bezpiecznie w talii tarota Alexandra, schowanej w wewnętrznej kieszeni marynarki. Po raz pierwszy od lat nie czuł jakby ciążyły mu jego cesarskie berło i korona. Patrząc na Louvaina, który wypalił mu na przedramieniu wstydliwe piętno – jak gdyby chciał pokazać mu, że to Alexander jest niewolnikiem zmuszonym do walki na arenie, nie na odwrót – nie czuł tak właściwie niczego.

Tę samą krew, która spływała Louvainowi po brodzie, scałował kiedyś ze skrwawionych warg Loretty, znał więc jej działanie – wiedział, jak słodko potrafi smakować na języku. Krew brudziła także pokaleczone przez szkło palce Alexandra. Drżały. Nie zamierzał ukrywać ich drżenia. Nie drżały przecież dlatego, że się bał.

Czy Louvain znał znaczenie runy, którą go naznaczył? Hagalaz. Destrukcja i kreacja. Śmierć i odrodzenie. Hagalaz, matka wszystkich run, patronka wiedźm i wieszczów. Hagalaz, czyli gradobicie. Krew, która krzepła w jego żyłach jak lód, wrzała w żyłach młodego Lestrange'a. Alexander wiedział, jak to jest płonąć, bo sam był kiedyś młody, sam kiedyś płonął. Po Alexandrze Mulciberze pozostały popiół i zgliszcza. Popiół, którym chętnie posypałby mu głowę, aby nabrał pokory.

Nie podszedł do niego, nie zareagował na zaczepkę, chociaż myślał o tym, jak wspaniale byłoby poczuć rytmiczne pulsowanie jego tętnicy szyjnej. Lestrange kusił. Kusił, kiedy odsunął się od Ambrosii, kiedy wyszedł mu niemal naprzeciw – jak kawaler, przekonany, że kolejny taniec należy do niego – kusił, zapraszając Alexandra, aby ten wykonał pierwszy ruch. Kusił, bo wiedział, jak bardzo Alex pragnie zemścić się za skaryfikację na przedramieniu... Ten nie podszedł jednak do Louvaina, tylko do Ambrosii.

To pieprzone szczenię myślało, że nauczywszy się na pamięć kilku znaków runicznych, jest w stanie pojąć prawdziwe znaczenie run? Zrozumieć tkwiącą w nich, pradawną magię?

Powiódł pieszczotliwie palcami po lekko rozchylonych wargach Ambrosii, dwoma muśnięciami kreśląc z namaszczeniem runę Gebo. Wesele. Czyż nie byli bowiem na weselu? Czy istniała lepsza okazja na powtórzenie obietnic, które złożyli sobie we Francji? "Jesteś moja, a ja jestem twój." Zrobił to tak, aby Louvain widział. Tak, aby wszyscy widzieli. Szacunek, partnerstwo, miłość. Doskonała unia dusz. Boska harmonia. Równowaga między braniem, a dawaniem, której Ambrosii zawsze brakowało, bo w swych miłościach i nienawiściach była równie nieposkromiona, co wody Mare Nostrum. Byś zawsze była kochana. Byś zawsze kochała.

Louvain był jedynie dystrakcją w ich burzliwym romansie, który trwał dłużej niż tułaczka prawdziwego Odyseusza.

Czemu to zawsze ciebie wrabiają w niańczenie dzieci na weselach? – Zawsze ten sam zagadkowy ton, w którym czułość czaiła się tuż pod powierzchnią słodkiej ironii, ton, który po tych wszystkich latach wciąż przebrzmiewał w jego chryplawym, przepitym głosie, kiedy Rosie była obok. Ile to już lat minęło od wesela Hadesa i Persefony? Od tego, jak znalazł ją, siedzącą przy stole z tym gówniarzem, Borginem? Nie dziwił się dzieciakowi, który trwał w nią zapatrzony jak w obrazek, chociaż miał trudności ze skupieniem spojrzenia, rozbieganego od ilości spożytego alkoholu. Ile to lat, kiedy wstawiona w ten słodki, rozchichotany sposób, pociągnęła go do ogrodu, do fontanny, gdzie całowali się, zalewani przez strugi lodowatej wody? – Chodźmy zobaczyć fontannę – zaproponował nieomal miękko.

Tym razem dawał jej wybór, choć być może była to tylko iluzja wyboru. Wszystko jest tylko iluzją, pomyślał Alexander, jego twarz równie nieprzenikniona, co mrok nocy, kiedy ujął delikatną dłoń Ambrosii, kątem oka zerkając na czającego się obok Louvaina. Alexander rozumiał już, że wybór, jaki jej dawał, jest iluzją, a jednak nie potrafił funkcjonować bez jej symulacji. Bo przecież nie było w jego tonie prośby. Nie potrafiłby zniżyć się do tego, aby prosić. Alexander zawsze żądał. Wydawał rozkazy, dyspozycje. Nawet wtedy, kiedy zdawał się pozostawiać wybór innym, wykorzystywał swój dar prekognicji, aby przewidzieć możliwe konsekwencje. Nie przez wzgląd na nich, ale dla samego siebie. Nie zależało mu na manipulacji wskazaniami matrycy przeznaczenia, niespecjalnie pociągało go bawieniem się cudzymi żywotami, choć niekiedy odnajdywał w tym coś pociągającego. Ale Alexandrowi nie zależało na władzy, nie zależało mu nawet tak do końca na zachowaniu kontroli. Nie, on pożądał czegoś więcej. Czegoś, czego nie mógł posiąść w sposób namacalny. Zdrada, jakiej według niego dopuściła się Ambrosia, nie była zresztą natury cielesnej. Taką Alexander był w stanie zaakceptować. Nie, tutaj chodziło o coś więcej niż o sprawy świata materialnego. Tutaj chodziło o zdradę mitu. Pocałunek Ambrosii z Louvainem był dla niego nie do zniesienia nie dlatego, że był intymny, brutalny, lecz dlatego, że był jawny, dlatego, że był realny. A Alexander był odrealniony. Myślał o sobie w kategoriach snu, nie jawy, myślał o sobie w przestrzeni mitu, a nie codzienności. Jego relacja z Ambrosią była bowiem mitem, samospełniającą się przepowiednią, w której obsadził samego siebie w roli bohatera skazanego na wieczną tułaczkę, a ją w roli tej, która wiecznie czeka.

Wilk tańczący z łanią w śmiertelnym uścisku – nad nimi księżyc, wysoko na niebie. Kto był wilkiem, a kto łanią? Kto był księżycem? Alexander, patrzący gniewnie na Ambrosię i Louvaina? Mildred, widząca, jak pożerał wzrokiem Ambrosię? Morpheus, z troską odprowadzający obojga spojrzeniem, jak ojciec, który pragnie pogodzić śmiertelnie skłócone ze sobą dzieci? Może była to Ambrosia, w niemym osłupieniu przyglądająca się jego potyczce z Louvainem – zawsze chciała zgarniać kartę Księżyca dla siebie, przemknęło mu przez głowę, ale szybko odsunął tę myśl na bok: czułość była słabością, którą należało w aobie zabić – a może był to Louvain, bezradnie przypatrujący się ich wymianie?

Miłość Mulcibera była przekleństwem, przed którym ostrzegał Ambrosię tak wiele razy, że zdążył już stracić rachubę.
Była okrutna.
Była samolubna.
Była też wieczna.
Jego miłość była okrutna, bo nie oferowała ucieczki. Była samolubna, bo nie respektowała nigdy autonomii drugiej osoby. Nie tak naprawdę. Była wieczna, bo nie dopuszczała zakończenia. Nie dopuszczała zakończenia innego od tego, które sam przewidział. Ale przecież Alexander zawsze balansował na granicy między absolutną samoświadomością a całkowitą niemożnością wyjścia poza własny mit. Alexander rozumiał naturę swojej miłości, ostrzegał przed nią Ambrosię, a mimo to nie potrafił, i nie chciał jej porzucić. Miłość była słodka, owszem, ale nie mogła zmienić natury człowieka. A naturą Alexandra był Cesarz. Bo dokładnie to samo odnajdywał w karcie Cesarza. To samo czuł, kontemplując jego poważną twarz. Jakże przypominał mu z twarzy ojca! Jakże przypominał jego samego. Miał rysy tyrana, który chce nie tylko, żeby inni byli mu posłuszni, lecz i by darzyli go miłością.

Jeżeli Ambrosia chciała całować innego, to nigdy bez wspomnienia ust Alexandra na jej wargach. Nigdy bez jego ciała między ich ciałami, pomyślał. To nie była deklaracja miłości. To był wyrok, jaki na nią wydał. Na nią i na samego siebie zarazem.

Ambrosia mogła nie być jego Penelopą, ale on był jej Odyseuszem.


Koniec sesji