![]() |
|
[05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Inne części Anglii (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=145) +--- Wątek: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander (/showthread.php?tid=3637) Strony:
1
2
|
[05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Desmond Malfoy - 27.07.2024 Rezydencja Blacków, Oxfordshire Desmond Malfoy & Oleander Crouch Wesele z nim? Dlaczego z nim? Zuchwały żart Oleandra zupełnie przeleciał mu nad głową. Przez chwilę zastanawiał się, czy nie powinien uznać go za przytyk dotyczący jego gramatyki, ale nie był w stanie sam sobie uwierzyć, że przyjaciel zrobiłby mu coś takiego. Przecież sam, lata temu, gdy jeszcze byli dziećmi, godzinami zachęcał go do ćwiczenia mowy, aby nie zamilknął na dobre po gwałtownym zderzeniem z brutalną rzeczywistością szkolnej komunikacji rówieśniczej. – Nie powinieneś być taki zgorzkniały – odparł, wysłuchawszy jego tyrady o małżeństwie jako zwykłym, biznesowym kontrakcie. – Ta przysięga wieczysta mimo wszystko ma formalizować rzeczywistą unię dwóch dusz zdarzają się skojarzenia zupełnie nietrafione ale to nie jest nawet większość. Wzorcowo. Faktycznie jest w tym. Miłość. Pomyśl o moich rodzicach na przykład. Wiedział, że ród Crouchów gorzej radzi sobie z wiernością od jego własnego, ale nie zamierzał roztrząsać tego faktu. Zwyczajnie ubodła go deprecjacja tradycyjnego wzorca porządku rodzinnego, który sam uznawał za niezbędny dla utrzymania obecnej, niewątpliwie korzystnej hierarchii społecznej, i którego obecności w swoim życiu z utęsknieniem wyczekiwał. Oleander powinien delikatniej obchodzić się z tematem tak blisko powiązanym z jego planami, marzeniami, dotyczącymi przyszłości, nawet jeśli sam nie zamierzał żyć w poszanowaniu konserwatywnych norm. To było z jego strony zwyczajnie nieprzyjemne, ale, cóż, sam starał się nastąpić mu na odcisk, więc nie mógł też otwarcie pokazywać swojego oburzenia. Lekko zdezorientowany przyjął pełną szklankę z ręki Oleandra i pozbył się tej pustej, którą dotąd trzymał w prawej dłoni. Słuchając dalszych wypowiedzi chłopaka, bezwiednie powąchał drinka i zmarszczył nos, kiedy uderzyła go ciężka, dymna woń whisky. Przyprawiający o mdłości zapach przywrócił do niego wspomnienia z trzydniowego alkoholowego ciągu sprzed niecałych trzech miesięcy, ze swojego niefortunnego przyjęcia urodzinowego i z kłótni z Oleandrem. Wystarczyła sekunda, żeby spostrzegł na twarzy Oleandra znaki jasno pokazujące, że rzeczywiście dotknęło go wspomnienie o tajemniczym zaproszeniu, które otrzymał od Jagody. Wyczuwał stres i złość, które nagle go ogarnęły, i w pewien wypaczony sposób sprawiało mu to przyjemność. Przez tę chwilę poczuł, jakby posiadał nad nim jakąś władzę, ale podświadomy lęk, którego nie chciał do siebie dopuścić, przypominał mu, że to wszystko było tylko złudzeniem. Wszakże wystarczyło, żeby Oleander opuścił go na ledwie parę miesięcy, żeby skończył w stanie, w którym był teraz. Nie mógł się aż tak długo okłamywać, że przynajmniej część tego smutku, tej beznadziei i samotności nie wynikała z jego decyzji o przedłużającej się podróży za granicę. Czując, jak palce Oleandra zsuwają jego prawą dłoń ze jego żeber, zwrócił na niego oczy błyszczące niezdrowo cieniem zbierających się w nich łez. Ze strachem zauważył, że chłopak już ryzykowany gest uczynił jeszcze bardziej ryzykownym, i gwałtownie przyciągnął rękę do siebie. Miał tupet. Przez kilka sekund obserwował beznamiętnie, jak Crouch, ubrany niczym gwiazda zakazanych pisemek, zmierza do wyjścia z sali bankietowej. Gdy jego sylwetka zniknął za zbliżającym się do nich kelnerem, Desmond spojrzał nagle w oczy stojącej obok brunetki. – Niestety muszę cię przeprosić jagodo mam nadzieję że spotkamy się. Niedługo – powiedział sucho, nie mogąc się zdobyć na zaoferowanie jej jakichkolwiek wiarygodnych a neutralnie brzmiących wyjaśnień. ***
Podążał za nim w pewnej odległości, żeby nie dało się poznać, że szli razem, że w ogóle gdziekolwiek się udawali. W jadalni zatrzymał się na kilka minut, zagadnął paru krążących między stołami gości, w holu zdążył wymienić schematyczne serdeczności z więcej niż jedną ciotką i wujem. Kątem oka śledził jednak podróż Oleandra, zapamiętywał każdy jego krok i miejsce każdego jego przystanku. Chwiejnie wspinał się po schodach, z lewą dłonią dalej zaciśniętą na opróżnionej do połowy szklance z cuchnącym drinkiem. Sapiąc z wysiłku, utkwił gniewne spojrzenie w otulonej pudrowym różem sylwetce, która natychmiast rzuciła mu się w oczy na końcu głównego korytarza czwartego piętra. Nareszcie. Zauważył, że chłopak trzyma rękę na gałce nieoznaczonych drzwi, które z pewnością nie prowadziły do pomieszczenia przeznaczonego dla gości. Pomimo rosnącego stresu związanego z łamaniem niepisanych zasad dobrego zachowania, poczuł pewną ulgę, że Oleander zdecydował się umknąć przed tłumem na tyle szybko i bezkompromisowo. Byli tutaj zupełnie sami, więc nie musiał znosić przymusu kontrolowania swojego zachowania przed obcymi. – Co ty. W ogóle. Wyrabiasz – powiedział z trudem, maszerując przez korytarz. – I czemu ty wróciłeś akurat teraz. RE: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Oleander Crouch - 28.07.2024 Nie myślał o jego rodzicach. W zasadzie rzadko myślał o kimkolwiek innym niż sobie i, ostatnio ku swej własnej trwodze, Desmondzie. Stojąca na przeciwko nich Jagoda była dla Oleandra takim samym tłem jak reszta gości. Cóż było mu po jej słowach, twarzy, obecności? To nie jej chciał słuchać, nie na nią patrzeć, wiedzieć, że znajduje się zaraz obok. Pomimo chęci odgryzienia się o wspomnianej zgorzkniałości - niechaj pierwszy rzuci kamieniem, kto jest bez grzechu - wysłuchał wypowiedzi Desmonda cierpliwie, a zanim ten ukoronował ją wzmianką o starszych Malfoyach, Oleander był w stanie oczami wyobraźni zwizualizować sobie każdą, przyjemniejsza chwilę jaką spędzili na łąkach Wiltshire; frywolny zapach lata i namalowany ciepłymi barwami portret, który Desmond wysłał mu pocztą stosunkowo niedawno. Miłość. Ileż było w niej niepotrzebnej goryczy; wylewała się, niczym gorzka whisky z gardła, gdy przepełniło się nią żołądek. Sceneria się zmieniła - zniknęła Jagoda, zniknął też szorstki materiał marynarki Desmonda. Przesuwał się pomiędzy gośćmi weselnymi zerkając kątem oka za siebie i mimowolnie odnajdując ciężki materiał grubego garnituru w tłumie ludzi. Robiło mu się coraz goręcej, nieprzyjemniej. Wspomnienie rozczarowania pulsowało w żyłach, rozlewało się po całym ciele osadzając w opuszkach palców, sprawiając że ich zwyczajowa frywolność ginęła ciągnięta ku dołowi kamieniem odrzucenia. W przyzwyczajeniu, automatycznie przystawał przy znajomych twarzach, aby wymienić z nimi fałszywie energiczne powitania. Róż jego policzków podkreślany doborem stroju otulał twarz, dodawał rozpromienionej żywotności jędrnym policzkom. Kłamstwo czaiło się w młodzieńczej niewinności, aby umknąć zostawiając za sobą aromatyczną woń jaśminu i gorzkiej ułudy. ***
Wiedział, że ciągle za nim podąża. Nie tracił czujności, chociaż dzierżył w dłoni już czwary kieliszek wypełniony złotymi bąbelkami. Zanim wślizgnął się na niewielką werandę dzielącą główną salę od klatki schodowej, złapał w dłoń jedną z butelek szampana - w końcu po coż miała zagracać blaty stołów? Ktoś zapewne i tak by go wypił. Jedna butelka w tę czy inną nie powinna nadwyrężyć, i tak po brzegi wypełnionego, skarbca Blacków. Słońce chyliło się ku upadkowi, jego obumierające promienie przesunęły koniuszkami palców po materiale marynarki Oleandra, przedstawiając światu jej zalety w zgoła innej barwie; pudrowy pomarańcz rozwiniętych lilii zniknął za łukiem wejścia na klatkę schodową. Żywotne kolory przykryła przyziemna czerń, pudrowe barwy w cieniach portretów rzucających podejrzliwe spojrzenia nadawały mu wygląd zjawy, poltergeista, którego przy życiu trzyma pamięć i uczucia innych. Zaśmiał się figlarnie słysząc, że podąrzający za nim Desmond poddał się wygodzie prywatnej scenerii i zdecydował ujawnić swą obecność; perliste nuty odbiły się od skrzypiących desek posadzki pozwalając perskiemu dywanowi stłumić jego dalsze echa. Dziwnie intymna atmosfera mogłaby wydawać się wręcz klaustrofobiczna. Otworzył drzwi na strych nie obdarzając Malfoya odpowiedzią. Dopiero wtedy odwrócił się w jego kierunku i uniósł do góry butelkę szampana. - Nie mam pojęcia co wyprawiam, ale nie chciałem tam być - wzruszył ramionami. Czy przez 'tam' miał na myśli swe zagraniczne wojaże, czy też pełną weselników salę - trudno było stwierdzić. - Chodź, wiem, że nie sprawia ci przyjemności lawirowanie pomiędzy tym tłumem. Jest ktoś, kogo Black nie zaprosił? Nie rozumiem cóż przyszło mu do głowy, aby ugościć te cyrkowe zwierzaki za zewnątrz. Może to miał być jakiś żart, albo taki rodzaj wystawienia małp w klatkach, jak w zoo? - zagadnął, zmieniając temat. Zrobił to umyślnie i trochę złośliwie, pamiętając jak Desmond chciał rozmawiać o syropie i crumpets, a nie faktycznych uczuciach. Odwracał kota ogonem i próbował przesuwać granicę, sprawdzając gdzie leży ta ostateczna. Jednocześnie wiedział, że nie będzie potrafił ciągnąć tych złośliwości w nieskończonosć. Cień łez, który zaobserwował w tafli niebieskich oczu był wystarczająco ostrym sztyletem, aby nakłóć jego i tak już zbolałe serce. Czasami czuł się taki żałosny, targany tymi wszystkimi emocjami - ale czy nie tym właśnie był? Naczyniem na to, co zsyłał ku niemu los, aby zauroczyć słuchających przekutymi w nuty uczuciami. Postawił nogę na żeliwnym podłożu; wykwintnie pozawijany materiał zakręcał się, tworząc kolejne schodki prowadząc ku najwyższej kondygnacji domu. Na strychu było gorąco, acz chłód wpadającego przez szparę uchylonego okna wieczora, sprawiał, że osiadająca na ramiona wilgoć stawała się znośna. Półmrok pomieszczenia dawał wystarczajaco dużo widoczności, aby spostrzec kształty mebli zakrytych białymi prześcieradłami. Oleander usiadł na ramie jednego z nich i postawił obok siebie dzierżoną butelkę. Oparł głowę o skos dachu i skierował spojrzenie ku górze, słysząc skrzypienie schodów w rytmie znajomych kroków. - Nie utoniesz w Styksie jak będziemy wystarczająco wysoko. - półszept wysmyknął się spodziędzy warg ogarniając uszy rozmówcy, a Crouch przymknął oczy. Komentarz wydawał się przychodzić znikąd, ale ta dwójka doskonale wiedziała co ma oznaczać. Drzwi na strych były zamknięte. Muzyka i rozmowy weselników ginęły w zaklęciach wygłuszających - panowała pomiędzy nimi absolutna cisza. RE: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Desmond Malfoy - 29.07.2024 Zaniepokojony, oderwał wzrok od Oleandra, żeby ze zmrużonymi oczami spojrzeć wgłąb świeżo otwartego pomieszczenia. Zapadający zmierzch mącił mu wizję, rozmazując krawędzie obiektów i wysysając ich barwy. Gdzieś w półmroku wypatrzył zarys stromych stopni i kunsztownie zdobionej, żeliwnej poręczy. Strych, to musiała być droga na strych. Cóż, w razie czego może znajdzie się tam okno. Droga na dół byłaby długa. Przystanął niepewnie w połowie korytarza, kontemplując nagły, nieszczególnie cichy chichot ze strony przyjaciela. Dlaczego się śmiał? Przecież właśnie uciekał, ukrywał się, jak cholerna zwierzyna. – Perseus zawsze był. Osobliwy – odparł, dopatrując się w oczach Oleandra jego prawdziwych intencji. Powoli orientował się, co on właśnie próbował zrobić i wiedział, że nie będzie w stanie mu przeszkodzić. – Jest. Bliskim. Przyjacielem mojego kuzyna. A on opisałby go. Mniej pochlebnie. I mam wrażenie że miałby rację bo ta sytuacja wygląda jak celowa prowokacja. Jestem zaskoczony. Że. Nie polała się żadna krew. Dlaczego mógłby chcieć rozzłościć własną rodzinę nie wiem. Był świadomy, że to, co mu odpowie, nie miało absolutnie żadnego znaczenia. Jego raptownie urywane wypowiedzi stanowiły jedynie tło dla kolejnych jego kroków. – Ale ty. Masz w tym. Doświadczenie może mógłbyś mi to wyjaśnić. Nie mógł powstrzymać się od tej nie-drobnej uszczypliwości, ale mimo to posłusznie wchodził za nim na górę. Nie istniała inna opcja. Odetchnął głęboko, gdy pierwszy powiew chłodu wieczornego powietrza dobiegł do niego zza niedomkniętego okna, do którego zbliżył się niezwłocznie i które otworzył szerzej, oparłszy ciężkie od upojenia ciało o jego parapet. Nie wyglądał, jakby było mu wygodnie, ale nieugięcie zastygnął w bezruchu, nie zamierzając zmienić pozycji w najdrobniejszym stopniu. Znudzonym spojrzeniem powiódł po pomieszczeniu, ostatecznie zatrzymując uwagę na ukradzionej butelce szampana, którą Oleander postawił obok siebie. Z jego ust wydobył się osobliwy dźwięk - coś pomiędzy prychnięciem, śmiechem a jękiem. Nie mógł uwierzyć w to, co właśnie usłyszał. W ciągu sekundy poczuł, jak rzeczywistość wokół niego mięknie, jak czas ugina się i przestaje mieć znaczenie. Oleandra wcale tu nie było, jego samego też nie. Ten strych nie mógł tak wyglądać, przecież nikt nie zostawiłby otwartego wejścia do niego podczas tak dużego ewentu. Wesele Perseusza też wcale nie wyglądało realnie, teraz dostrzegał te wszystkie dziwaczne szczegóły, które zwyczajnie nie zgrywały się ze sobą, nie składały się w spójną całość. Oderwał biodro od parapetu, ramię od zakurzonej ściany. Podejrzliwie przyjrzał się spokojnej twarzy przyjaciela, którego oczy pozostawały zamknięte. Później skupił się na tym, co widział przez szybę. Idylliczna zieleń kołysana delikatnym wiatrem, ciemne rzędy krzewów czarnych kwiatów, kolorowe szaty gości przechadzających się po ogrodzie. Czuł znajomą mieszankę woni - drzewa, kwiaty, rosa, kurz, jego własny pot i ta przeklęta whisky. Słyszał spokojny oddech siedzącego niedaleko Oleandra, słyszał mordercze tempo bicia własnego serca. Śliski chłód szkła wciąż drażnił jego palce. Nie, to nie mógł być sen. Zajęło mu to parę minut, ale zdołał przywrócić się do porządku, podczas całego procesu zachowując absolutną ciszę. – Ile. Wiesz – burknął cicho. RE: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Oleander Crouch - 29.07.2024 Upajał się skonfundowaniem. Zdezorientowane spojrzenia bywały przyjemniejsze niż drapiące podniebienie bąbelki szampana. Lubował się w drogich trunkach, ale jeszcze łapczywiej spijał kwintesencję cudzych emocji spomiędzy unieruchomionych w oszołomieniu warg. Wsłuchał się w dukanie Desmonda; nie był to pierwszy raz, gdy pozwalał słowom Malfoya przepływać do swojego umysłu, formować się i drążyć tunele, aby otulić się barwą jego głosu. Kiedyś było to o wiele bardziej niewinne, uczucia, którymi darzył Desmonda dorosły z wiekiem i, choć miały przed sobą jeszcze niejedną, wyboista drogę, tak ich pierwsze nasionka zakwitały w momencie, gdy przed szkolnymi latami ćwiczyli wypowiadanie płynnych zdań. Nie mógł się nie uśmiechać, nawet delikatnie, sam do siebie, gdy sobie o tym przypominał. Jasne, niebieskie oczy, przypominające lodową taflę Świtezi ocucały każdy zmysł; we wspomnieniach Desmond zawsze był w niego wpatrzony, czy to ze skupieniem, czy zgoła inną, dla większości nieodgadnięta, emocją. - Bo moja rodzina złości mnie. Ich egzystencja splata się z moją, ale nie jesteśmy jednością. Desmond, naprawdę, jest wiele małych złośliwości, którymi mógłbym ci na ten docinek odpowiedzieć, ale nie chcę tego kontynuować. Nie zataczajmy koła dyskomfortu. Z nas dwojga to ty wydajesz się bardziej nieszczęśliwy, a nie robisz nic, aby swojej rodziny niezadowalać. Może powinieneś pomyśleć o tym, co chciałbyś zrobić, aby zadowolić samego siebie? - przekrzywił głowę w bok otwierając powoli oczy. W półmroku trudno było odgadnąć ich kolor; białka migotały w ciemności, a ich niewyraźny kontur igrał z jasnym materiałem falban. Spojrzenie Croucha majaczyło pomiędzy antykami strychu, cierpliwie spoglądało na sylwetkę blondyna cięzko opierającego się o podporę domu. Chciał wyciągnąć rękę i dotknąć jego policzka, poczuć gorąco goniącego w popłochu serca. Wyczuł zaniepokojenie, nawet nie musiał specjalnie się na tym skupiać, bo przez lata przyjaźni nauczył się wyczytywać emocje z beznamiętnej twarzy Desmonda. Fakt, z każdym rokiem delikatność jego twarzy mężniała, ostrzejsze rysy zakreślały niegdyś chłopięce krągłości, acz wymuszenie puste spojrzenie wydawało się pozostawać takie samo, co najwyżej przyjmując kolejne ciosy od rozczarowującej rzeczywistości. Poczuł niemożliwe do powstrzymania zirytowanie, że w przeciwieństwie do sennej ułudy, na jawie nie mógł czytać blondynowi w myślach. Pozostawiony był w limbie domysłów - musiał zgadywać, co kryje się za grymasem chłodnej maski, co niesie za sobą nienakrapiany odpowiednimi intonacjami głos. Nie było to dlań nic nowego, zmagał się z tym od najmłodszych lat. chciał być częścią życia Desmonda, a dzielące ich pare tygodni rozłąki wydały się nagle ciążyć mu bardziej niż przez cały okres zagranicznego wyjazdu. - Wiem, że wolałbym teraz leżeć na łące, a nie pocić się na zakurzonym strychu - bez głębszych wyjaśnień, zsunął materiał marynarki z ramion, pozwalając aby jej falbany oplotły mu biodra i spotkały się z białą płachtą zakrywającą meble. Po chwili sięgnął wewnątrz pudrowego nakrycia i wyciągnął z jego wnętrza skórzany, prostokątny pokrowiec. Wysunął z niego niewielki obrazek, portret - swój własny. Nietrudno było w kawałku płótna rozpoznać pociągnięcia pędzla emocji Desmonda. Spojrzał chłopakowi w oczy, ale nie było w tym spojrzeniu cienia butności czy figlarności, jakie jeszcze chwile temu tańczyły w tonie i mimice. - Ładne - skomentował jedynie - Wciąż chciałbyś pokazać mi resztę swoich obrazów? - właściwie nie był pewien, dlaczego zadawał te pytania. W obecności Desmonda po prostu miękł. Wszystkie plany, jakie miał na wypowiedzi gasły, zachodziły jak ostatnie promienie letniego słońca. RE: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Desmond Malfoy - 31.07.2024 Argument wyłożony przez Oleandra był non sequitur. To, że Desmond nie był szczęśliwy, nie miało żadnego związku z tym, że nie robił nic, co mogłoby rozzłościć jego rodziców. Wątpliwym było samo to, czy faktycznie był nieszczęśliwy - bo dlaczegoż miałby być? Istniały w jego życiu kwestie, z których nie był dumy i nad którymi musiał pracować, ale nie porwałby się na tak kategoryczny opis przeżywanych przez siebie emocji. Musiał po prostu bardziej się starać i być świadomym, że wszystkie zmiany wymagały cierpliwości. – Ja jestem w dyskomforcie. Już teraz. – burknął. Kilka długich minut obserwował, jak barwy pstrzące ogród rezydencji Blacków powoli gasną. Księżyc jeszcze nie był na tyle wysoko, aby rozproszyć swoim światłem gęstniejący mrok wilgotnego, niebieskawego zmierzchu. Starając się utrzymać wymykający mu się z rąk spokój, analizował to, co właśnie się wydarzyło. Prędko zorientował się, że Oleander wcale nie był w tym układzie zwierzyną. Budziło w nim to tępą frustrację. Nie cierpiał, kiedy rzeczywistość odmawiała przestrzegania zasad znajomego mu porządku. Bał się, że zbyt wiele odstępstw od normy doprowadzi do tego, że utonie w mętnej złożoności świata. Oderwał wzrok od okna i dopił resztę drinka, ale nie wypuścił z dłoni pustej szklanki. Parę sekund przyglądał się resztkom lodu topiącego się na jej dnie, później, z wyraźnym trudem, spojrzał w twarz Oleandra. Nie był w stanie zobaczyć emocji malujących się na niej, ledwo rozpoznawał kształt jego oczu i ciemną linię ust. Nadawało mu to pewnej enigmatyczności, która w tej chwili wydawała mu się swawolna i złośliwa, może nawet w pewien sposób diabelska. – Prześladujesz mnie w snach – stwierdził lub zapytał, po tonie nie dało się tego odgadnąć. Przesunął wzrokiem po nienaturalnie wyraźnych krawędziach głębokiego dekoltu koszuli Oleandra, który szpicem spełzał od jego szyi aż po pierś, i niżej, i niżej, coraz niżej. Nawet w ciemności był w stanie dostrzec, że za nisko. Jeśli miałby porównać Croucha do demona, byłby inkubem. – To nie był mój sen był on – mówił sucho, patrząc w przestrzeń. – On był. Twój. Sam go na mnie zesłałeś. Kolejna twoja sztuczka. Zastanawiał się, czy za wspomnieniem jego obrazów kryła się ta sama wiadomość, co za dwoma poprzednimi pozornie oderwanymi od obecnej sytuacji komentarzami. Był w stanie wyobrazić sobie to, że Oleander zaglądał do większej liczby jego snów, że wiedział już znacznie więcej, niż w swojej naiwności się spodziewał, gdy wysyłał do niego namalowany akwarelami portret. – Wiesz jakie to są. Obrazy nie musisz kłamać – powiedział, ruszając nagle w kierunku chłopaka. W powietrzu czuć było jego gniew i jego lęk, gdy stanął przed nim w milczeniu i zmierzył go pustym wzrokiem. RE: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Oleander Crouch - 04.08.2024 Grymas bezsilności zmiótł beztroskę z twarzy Oleandra. Dlaczego miłość musiała rujnować mu życie? Rozmowa dopiero co się zaczęła, a on już czuł się jakby dyskutowali od paru godzin w pocie czoła i nie zapowiadało się, aby dobijali do tego samego brzegu; przestworze wzburzonego oceanu było chłodne i ciemne, zupełnie jak jakaś cząstka spojrzenia Desmonda, powoli zaczynał w nim tonąć, gdy promienie słoneczne znikały za horyzontem roślinności ogrodu Blacków, a panująca na poddaszu ciemność pobudzała zmysły. - Zawsze byłeś - mruknął, zaskakująco cicho jak na siebie. Fakt, że byli w pomieszczeniu sami i, że było dość małe w kontraście do wcześniejszej zatłoczonej sali balowej, powodował, że ich głosy wydawały się wybrzmiewać w decybelach monumentalnych przemów sądowych - Chciałbym, abyś nie był. Zawsze byłem ... - uniósł ręce, zaciskując palce, starając się włożyć w ten gest nagromadzone bezsilność i złość, jakie go rozpierały. Przygryzł wargę i przełknął ślinę. Wypuścił powietrze, jakby wynurzał się na powierzchnię po błądzeniu w śliskich zaułkach przybrzeżnej jaskini - Byłem z tobą, Desmond. I chciałbym zostać - widać było, że to, co chce powiedzieć bardzo mocno odbija się na nim emocjonalnie, że jedno z najmocniejszych uczuć wstrzymuje go, trzyma w ryzach i knebluje usta, zupełnie jakby po wynurzeniu się na powierzchnie zaczynał się topić, bo brakło mu sił na dalszą podróż. - Mógłbym ci zagrać, to co czuję, ale nie potrafię ubrać tego w słowa. To idiotyczne jak dużo chciałbym przekazać, że po tylu razach, gdy sylabowałem i literowałem ci cierpliwie słowa, abyś mógł na spokojnie składać je w zdania, sam czuje, że nie posiadam ich wystarczająco dużo, aby postawić krok w przód. Posłuchaj, rozpoznałem wygląd twojego garnituru z drugiego końca sali, wyczekuje w wypowiedziach innych ludzi pauzy pomiędzy słowami, gdzie normalnie nie powinno jej być, dziwie się, gdy w cudzych zdaniach nie znajduję monotonu z jakim przekazywałeś mi tę część siebie, którą byłeś w stanie się podzielić. Rozumiesz, co chcę powiedzieć? Nie mogę. Nie potrafię, duszę się. Inni ludzie przychodzą i odchodzą, a ty jesteś. Pamiętasz jak uczyłeś mnie układać odpowiednio nadgarstek, aby nie rozmazywać nut na pięciolini? Każda jedna nuta wychodziła mi krzywo, wyglądała jak brzydki kleks. To jest dwustronne, prawda? Tobie też na mnie zależy? Potrzebuję, aby tobie też zależało. - wodospad słów wylał się z niego tak, jak dźwięki wysmykiwały się po uderzaniu palcami w klawisze z kosci słoniowej; mętlik w głowie plątał kontekst, wracał nostalgicznie w przyjemniejsze krainy odprężenia i czasu, kiedy niebieskie oczy Malfoya nie skupiały się w zażenowaniu na głębokości dekoltu. - I ty masz czelność oskarżać mnie, że prześladuje cię w snach? Odrzuciłeś moje ... odrzuciłeś - nie był w stanie wydukać, co takiego blondyn odrzucił, bo ta emocja wprawiała go w obrzydzenie do samego siebie, a z tym uczuciem nie potrafił sobie radzić; było obce, bardzo ostre i sprawiało, że był jak ślepiec błądzący po ulicach nieznanego miasta - Chciałem się od tego odciąć, wyjechałem, nie wiedziałem kiedy wrócę. Przez chwilę rozważałem nawet wyjazd na stałe, bo wszystko przypominało mi o tym, co robiliśmy razem. Przysnąłem sobie nad basenem w Maroku i znalazłem się w tej zamglonej uliczce, tylko po to, aby cię tam znaleźć. Jak miałem na ciebie cokolwiek zsyłać, jeżeli po zatrzaśnięciu drzwi do twojego mieszkania przyrzekłem sobie, że nie chcę cię już nigdy więcej widzieć? Nawet jeżeli bolało - prawie, że warknął, bo nie mógł powstrzymać zlości. Postarał się zamienić ją w ironiczny śmiech, ale dźwięk ugrzęzł mu w gardle wypuszczając na powierzchnię tylko żałosny chichot, bardzo nerwowy. Mocna zieleń przebiła się przez ciemny brąz jego oczu, gdy Desmond stanął na tyle blisko, aby móc dostrzec zmieniające się barwy oraz wyraz jego twarzy. Bliskość intensywnych emocji drogiej mu osoby sprawiała, że czuł się bardziej rozluźniony, nawet jeżeli te odczucia nie były do końca pozytywne; w snach, które razem przebyli zawsze wiedział czego Desmond pragnął oraz co miał na myśli, prawdopodobnie dlatego zdobył się na to, aby przygnieść go lawiną swoich własnych emocji. Zdawał sobie sprawę, że Malfoy odczuwał również jego uczucia, gdy znajdowali się w sennym limbo, ale i tak miał potrzebę uświadomienia go o nich na jawie, tak na wszelki wypadek, jakby drugi chłopak zdecydował zepchnąć się je na drugi plan razem ze swoimi potrzebami i chęcią bycia szczęśliwym. - Przestań przedstawiać mnie w tak ciemnych barwach, co ja ci zrobiłem? Czasami mam wrażenie, że jestem jedyną osobą, której faktycznie zależy na twoim szczęściu, a ty to po prostu odrzucasz, bo... bo właściwie nie wiem - nie odwrócił wzroku, chociaż musiał przyznać, że atmosfera gęstniała i powoli zaczynał chcieć uciec wzrokiem, wykonać krok w kierunku wyjścia. Nie rozumiał sprzeczności swoich odczuć - pragnął bliskości, a jednocześnie przygniatały go cudzy lęk i gniew. Nigdy wcześniej nie zależało mu na nikim tak mocno, aby przysłaniało to jego własne pragnienia, ale jeszcze sobie tego nie uświadomił. Błądził w mgle i szukał znajomych kształtów, a gdy ich nie znajdował opadał na kolana spoglądając w mętne niebo. - Nie mam pojęcia jakie to są obrazy, nie jestem legilimentą ani cię nie śledzę. Widziałem tylko te, które mi pokazałeś - wciąż nie schował z powrotem portretu, który Desmond dla niego namalował. Trzymał go teraz oburącz, jakby bał się, że drugi chłopak zabierze mu zabarwiony farbami materiał, że przez to straci połączenie z przedstawionymi na nim uczuciami autora. Zmarszczył brwi, pozwalając, aby idealny porządek panujący na jego twarzy się zburzył. RE: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Desmond Malfoy - 06.08.2024 Obserwował niepewnie, jak chłopak podnosi ręce w niejasnym celu. Patrzył, jak zaciska palce, później znowu skupił się na jego twarzy. Nie rozumiał jego słów, ale rozumiał jego frustrację. Był zły, ale był też taki zmęczony; mrugnąwszy przeciągle, walczył z zawrotami głowy. Nie czuł się szczególnie pijany, bardziej struty. Wiedział jednak, że jeśli w porę uspokoi trzepoczące serce, będzie w stanie przeczekać mdłości bez wystąpienia problematycznego incydentu. Oleander mówił, że nie potrafił ubrać swoich uczuć w słowa, ale jego opis okazał się zaskakująco dobry. Desmond mógł wyczytać z niego emocje bardzo bliskie temu, co sam przeżywał przez ostatnie miesiące. Rozpaczliwa wylewność odciągnęła jego uwagę od tego, jak wykrzywiony był charakter ich więzi w głowie przyjaciela. Gdzieś w głębi duszy wiedział, że sam sobie właśnie pozwala wypuścić z rąk resztkę rozsądku, którą jeszcze dysponował, ale był w stanie tego powstrzymać. – Nie możemy być. Osobno – Byłby porównał to do cichych, subtelnych tortur, ale nie chciał być niepotrzebnie bezpośredni. – Nigdy nie. Byliśmy. To dla nas nienaturalne. Nienaturalne. Gdy skończył mówić, zmarszczył gniewnie nos, walcząc z nieoczekiwanym napływem frustracji. Wiedział, że swoimi słowami sprawił Oleandrowi przyjemność, ale nie rozumiał, dlaczego aż tak go to irytowało. Najwyraźniej dalej czuł, że chłopak nie odpokutował krzywdy, którą mu wyrządził. Ale jakąż krzywdę faktycznie mu wyrządził? Siedział z nim tutaj na strychu i ze łzami w oczach opowiadał o tym, że nie może bez niego żyć. Nie potrafił pozbyć się pewnego obrzydzenia, może lęku, przed słabością, którą Oleander dobrowolnie mu prezentował. W takich momentach naprawdę pragnął, żeby zachowywał się bardziej jak mężczyzna - ileż prostsze byłoby życie, gdyby nigdy o tym wszystkim nie zechciał rozmawiać. Wspólnymi siłami mogliby zakopać to w najgłębszym grobie i zapomnieć o tym na resztę lat, które im pozostały. Sprawiał wrażenie przekonanego. Po jego zaciśniętych ustach i dziwnym zmieszaniu w jego oczach można było stwierdzić, że faktycznie uznał swoje podejrzenia za irracjonalne. Czuł się głupio z tym, że zareagował tak emocjonalnie. Wytłumaczenie Oleandra wydawało mu się rozsądne, choć dopiero teraz pomyślał o jego nagłym wyjeździe z kraju w taki sposób. Wcześniej zakładał, że zrobił mu to na złość, że zrobił to, żeby go zranić. Że zniknął, żeby pokazać mu, jak bardzo będzie bolała go jego nieobecność. Że zniknął, żeby uświadomić mu, jak dużo ma nad nim władzy. Jednak Oleander wyjechał tylko po to, żeby uciec od własnego bólu, ulżyć samemu sobie. – Schowaj. Ten portret ja dobrze pamiętam. Tę łąkę. Czy zawsze było mu tak gorąco? Przekładając przy tym pustą szklankę po drinku z ręki do ręki, ściągnął z siebie ciężką, wełnianą marynarkę i ułożył ją na białym płótnie, które przykrywało mebel zaanektowany przez Oleandra. Choć zinternalizował już fakt, że przyjaciel nie posiadał ani zamiarów, ani możliwości, żeby go śledzić, wciąż czuł się odsłonięty w jakiś niekomfortowy, perwersyjny sposób. – Nie powiesz o tym nikomu prawda – zadał pytanie, choć wiedział, że było ono zupełnie zbędne. Nie wierzył w to, że Oleander chciałby komukolwiek opowiedzieć o tym, co działo się między nimi. Miał za dużo do stracenia. Odetchnął ciężko i chwiejnie usiadł obok niego, zachowując wystarczający dystans, aby mieć pewność, że nie dotknie przypadkiem żadnej z fałd okalającej Oleandra marynarki. Ucieszyło go to, że pomimo fizycznej bliskości, wcale nie musiał na niego patrzeć; jego niezdrowo wilgotne oczy błądziły po zakurzonej ścianie strychu. – Spodziewałbym. Się. Spodziewałbym że to byłby koszmar jednak to nie był. Koszmar – szeptał z trudem. – Ale po obudzeniu się czułem się bardzo źle. RE: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Oleander Crouch - 13.08.2024 Czasami wydawało mu się, że dławi się wypływającymi z ust słowami. Ich nurt stawał się zbyt wartki, a ilość myśli nazbyt gęsta, aby język wygiął się pod odpowiednim kątem, szczęki otworzyły wystarczająco, aby spomiędzy warg wysmyknęły się idealnie sklecone sentencje. Czuł jakby brakowało mu powietrza, łapczywie sięgał wtedy po szybkie rozluźnienie - przeróżne substancje, nie tylko alkohol, bywały jego wybawieniem. Nie miał ze sobą niczego, co mogłoby zażegnać ten przedziwny lęk, spięcie mięśni i natłok myśli, irracjonalne zdenerwowanie i nieumiejętność posiadania swych emocji w ryzach; nie gładził swych grzechów, powoli łamał deski zbudowanych na piasku sztywnych ram i zasad, aby wzniecić ogień, ogrzać się jego żrącymi właściwościami, poparzyć pomarańczem namiętności. Słowa Desmonda o nienaturalności ich rozłąki sprawiły, że serce zabiło mu mocniej. Lekkie zmarszczenie nosa Malfoya nie mogło odebrać tej chwili pewnej wyjątkowości; wydawało się, jakby ciężary, które nosili dotychczas osobno, zelżały nieco, bo postanowili powoli przemóc się do wspólnego ich dźwigania. Wpierw starał się po sobie nie pokazywać jak istotny był ten krótki zlepek słów o naturalności ich relacji, ale ostatecznie uznał, że nie chce marnować energii na ukrywanie czegoś, co jest tak oczywiste. Sposób w jaki Malfoy wypowiedział każde słowo, w jaki ułożył tę sentencję, świadczył, że miał na ten temat wiele przemyśleń. Crouch doskonale zrozumiał przekaz, choć jego słowne wykonanie, jak zwykle, pozostawiało wiele do życzenia. Nie potrafił jednak oceniać blondyna surowo, wręcz odwrotnie, delektował się każdą próbą wyrażenia pozytywnych uczuć bądź myśli, nawet jeżeli były przekazane zwyczajowym monotonem. Uważał zachowania blondyna za bezpieczne, znane i w pewien, bardzo dziwny sposób rozczulające; spokojny Desmond kojarzył mu się z przyjemnie spędzonymi letnimi miesiącami, z zapachem wypełnionych jagodami ciastek, które wpierw wypiekała jego matka, a później sam blondyn, pilnując, aby odmierzyć idealną ilość cukru, aby nie zepsuć harmonijnego doznania. To wspomnienie spowodowało, że kąciki ust Oleandra uniosły się delikatnie, jak gdyby popychane letnim wiaterkiem, który ledwo wyginał trawy na łąkach Wiltshire. Za każdym razem jak ją wspominam, przychodzi mi na myśl głęboki błękit twoich oczu, zechciał powiedzieć, ale jedynie rozprostował brwi, pozwalając mięśniom twarzy rozluźnić się i odpocząć, odetchnąć od napięcia w jakim wspomagały każdą wyrzuconą emocję. - To bardzo miłe wspomnienie - szepnął jedynie, dość cicho, chociaż stojący w niewielkiej odległości Desmond mogł go doskonale usłyszeć. Niewypowiedziany komplement zawisł pomiędzy nimi, chociaż nie zagęścił atmosfery, zamiast pozwalać dźwiękom przekazać przyjemność, pozwolił sobie utrzymać kontakt wzrokowy z Malfoyem nieco dłużej; kompletnie nie skupiał się na utrzymaniu idealnych kolorów wystudiowanej kreacji, więc soczysta zieleń spowiła tęczówki jego oczu, wyganiając ciepło brązu i pozwalając wzrokowej harmonii spotkać się w barwach letniej sielanki. Po chwili spuścił głowę, pozwalając aby srebrno-czarne loki opadły mu na skronie; sprężystość włosów łaskotała po łuku brwiowym i nosie, przetarł go palcem wskazującym. Spojrzenie wciąż miał utkwione w Desmondzie, chociaż nie odwrócił twarzy w jego stronę, gdy ten zdecydował się usiąść obok na białym płótnie przykrywającym mebel. Feerię barw w postaci portretu wsunął z powrotem do pokrowca, aby ten ukryć w fałdach materiału różowej marynarki. Mimo powoli wypełniających go pozytywnych odczuciach, po tak emocjonalnej wypowiedzi, czuł się jakby opuściły go siły; uniesione wcześniej w prostej postawie ramiona teraz zawisły nieco, pozwalając materiałowi koszuli zsunąć się i odsłonić jeszcze więcej skóry. Umykająca gęstość atmosfery sprawiła, że wraz z emocjonalnym wyczerpaniem, któremu w końcu pozwolił wypełznąć z odmętów podświadomości, odczuł ulgę. Wrogość i oskarżycielski ton zniknęły w, wydawało mu się, pewnego rodzaju skrusze. Choć zazwyczaj napawał się wzrokiem i uwagą innych, w obecności Desmonda skupiał się również na nim samym; każdy krok, mrugnięcie, wykonany gest mogły znaczyć coś innego. Oleander nauczył się, co zwiastują dane zachowania lub za jakie emocje czy słowa odpowiadają, poruszał się w tym zakresie dość sprawnie, przychodziło mu to bez wysiłku i naturalnie. Znali się nazbyt długo, aby nie posiadał zrozumienia jak funkcjonuje drugi chłopak, często nawet o tym nie myślał, po prostu reagował na jego gesty i słowa w sposób, w jaki powinien był. - Wiem jak skostniałe są ramy naszego społeczeństwa. Jestem samolubny, ale nie na tyle, aby decydować o czyimś losie, tym jak postrzegać będą go inni. Sam mogę wywoływać skandale, ale nie kosztem osób, na których mi zależy - odpowiedział nieco zawoalowane, ale wydawało mu się, że powinien zabrzmieć poważnie. Desmond był osobą, której rozpowiadanie takich rzeczy, mogłoby zniszczyć życie. Jakkolwiek nieprzyjemnym to było, Oleander rozumiał, że w takich realiach żyli. Aby upewnić się, że blondyn nie ma w tym temacie już żadnych wątpliwości, odwrócił twarz w jego stronę, na tyle, na ile było to fizycznie możliwe - wciąż zerkał nań bardziej kątem oka. Przez sekundę zawiesił spojrzenie na wełnianej marynarce, ale zaraz wrócił wzrokiem do postaci Desmonda. Chociaż to zazwyczaj on sam chciał być podziwiany i poddawany głodnym spojrzeniom, tak w tej sytuacji napawał się już wystarczająco uwagą drugiej osoby; jasność wygiętej, białej koszuli podkreśliła cienie pod jasnymi oczyma. Choć były one martwiące, Oleander pomyślał jak atrakcyjnie wyglądała twarz blondyna, spowita przyklejonymi do lekko wilgotnego od potu czoła, kosmykami miękkich włosów. Zapragnął ich dotknąć, ale nawet nie uniósł ręki. Nie chciał sprawić, że przyjemność chwili, jaką przeżywał, zniknie. - Czy to dlatego mało spałeś? Wyglądasz na zmęczonego - przygryzł wnętrze policzka, karcąc się w myślach. Niewytłumaczalna fala troski, jaka zalała go w momencie dostrzeżenia jak ciemne są worki pod oczyma Desmonda, nie pozwoliła przemilczeć tego pytania, zepchnąć go w odmęty podświadomości. - Może zbytnio... nie wiem, może coś cię wzbrania przed odczuwaniem przyjemnych rzeczy? Mam wrażenie, że czasami odpychasz je od siebie specjalnie. Ale po co? Przecież chwile spędzone w letnim słońcu, na łące, są czymś miłym - starał się nie używać dobitnych i nacechowanych słów, trochę jakby próbował zaopiekować się porzuconym zwierzęciem, które wcześniej doznało wielkiej krzywdy, więc teraz należało się z nim obchodzić bardzo ostrożnie. Nie był pewien czy jego zdania zaczęły być bardziej szczątkowe, dlatego, że był emocjonalnie wyczerpany i w końcu pozwolił to sobie odczuć, czy nagła bliskość osoby, której obecności pragnął od tak dawna, sprawiała, że ramiona okrywały mu się gęsią skórką w bardzo młodzieńczym podekscytowaniu. RE: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Desmond Malfoy - 19.08.2024 "To bardzo miłe wspomnienie" - nie był pewien, czy Oleandra mówił o ich lipcowym śnie czy o faktycznym spacerze po łąkach Wiltshire. Nie potrafił rozpoznać, czy Oleander wiedział, że Desmond miał na myśli to pierwsze. Nie zamierzał tego doprecyzować, uśmiechnął się tylko niezręcznie. Bezwiednie wstrzymał oddech, śledząc wzrokiem kątnika, którego niewyraźny cień pełzał po pajęczynie rozpostartej nad drzwiami wyjściowymi. Wiedział, że wyraz twarzy Oleandra zdążył zmienić się diametralnie, ale nie był w stanie zmusić się, żeby na niego spojrzeć. Bał się, że otwarty kontakt z jego emocjami wyprowadzi go z równowagi na tyle, aby sam zbyt pochopnie okazał swoje. Obecna sytuacja była zbyt intymna, żeby czuł się w niej jakkolwiek komfortowo. Nie przywykł do uczestniczenia w relacjach na tyle bliskich, właściwie chyba był to jego pierwszy raz. Z Mayą nigdy nie był szczery, tak samo jak ona nigdy nie była szczera z nim. Zawsze utrzymywała między nimi bezpieczny dystans; dalej pamiętał, jak ekscytowała go jej nieufność i bojaźliwość. Mógł dopowiadać sobie wszystko, czego o niej nie wiedział, i mógł z łatwością unikać wszystkiego, czego w niej nie lubił. Z Oleandrem nie posiadał tej przyjemności - mógł zaakceptować go całego, ze wszystkimi jego słabościami i krępującymi potrzebami, albo mógł odciąć się od niego na dobre, nie bacząc na ponad dekadę wspomnień, które ich łączyły. Usłyszawszy pytanie Oleandra, spojrzał na niego przelotnie, zdezorientowany. Jakkolwiek idiotyczne wydawało mu się to teraz, dopóki przyjaciel nie wytknął mu tego wprost, to żył w przeświadczeniu, że nie widać było po nim jego zmęczenia. Wszakże wciąż wstawał wcześnie, wciąż ćwiczył dzień w dzień, wciąż gorliwie pracował, odwiedzał rodzinę i był na bieżąco ze wszelkimi sprawunkami - nie było obowiązku, którego posłusznie by nie wypełniał. Wszystkie niewygodne emocje zatrzymywał dla siebie, w Ministerstwie i w domu rodzinnym poruszał tylko neutralne tematy i unikał wylewnego odpowiadania na zadawane mu pytania. Ciągnący się za nim zapach alkoholu maskował perfumami i rzadko pił na umór, lecz ostrożnie porcjował gin i rum, jakby spożywał lekarstwo. Ale to nie było żadne lekarstwo. W głębi duszy wiedział, że nie mógł utrzymać tego stylu życia, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. Z biegiem czasu jednak czuł się coraz gorzej za każdym razem, kiedy odstawiał butelkę. – To nie dla. Tego nie śpię. Nie przez. – wyjaśnił trochę zbyt szybko i trochę zbyt bełkotliwie. – Nie przez mokre sny. Zaśmiał się ciężko, dbając o to, żeby jego śmiech nie przekształcił się w szloch. Coś było nie tak. Pamiętał, że dwa lata temu, gdy opuszczał szkołę, nie potrafiłby sobie nawet wyobrazić, że skończy w ten sposób. Nie było najlepiej, nigdy przecież nie było dobrze, ale nigdy wcześniej nie czuł się tak. Świat jeszcze nigdy nie wydawał mu się tak ponury i pusty. – Tylko przez to. Że. Czuję się. Źle. – Analizował to, co gorliwie myślał jeszcze kilkadziesiąt minut temu. Dlaczego przekonywał się wtedy, że wcale nie jest nieszczęśliwy? Czemu wcześniej nie widział tego połączenia, czemu wcześniej nie rozumiał, jak się czuje? To było takie klarowne, takie proste. Jego nieadekwatna metoda radzenia sobie z tym wszystkim była taka pospolita, widział ją wcześniej u tak wielu mężczyzn - nawet jego własny wuj, Armand Malfoy, stoczył się na samo dno w oparach wódki. Zacisnął powieki, dusząc w sobie niespodziewany impuls, zapewne wywleczony z podświadomości przez czystą desperację. Potrzebował chwili, żeby zastanowić się, czy naprawdę powinien poddać się nęcącemu pragnieniu bliskości, która w jakiś absurdalny sposób jawiła mu się jako ratunek. – Czy mogę – Dłużąca się pauza pozwoliła zwątpić w to, że Desmond kiedykolwiek wydusi z siebie resztę suchego pytania. – Cię dotknąć. Chwycił jego dłoń nim zdążył odpowiedzieć. Jego dotyk był delikatny, ale stanowczy - Oleander wiedział, że nie uda mu się samodzielnie oswobodzić palców bez użycia siły. Desmond nie sądził, aby przyjaciel chciał mu odmówić, ale nie mógł poradzić sobie nawet z najbledszym ryzykiem odrzucenia. RE: [05/08/1972] Czarne Wesele: Strych - Desmond & Oleander - Oleander Crouch - 09.09.2024 Delektował się intensywnością emocji intymnych momentów; pławił się w podniosłości, pozwalał chwytać skrępowaniu, spoglądał prosto w oczy pożądaniu i nie opadał w miękką pościel ani zbyt szybko, ani za wolno. Wymierzenie idealnego momentu było sztuką, tak samo jak uderzenia metronomu wyznaczały rytm, tak kolejne słowa, pomruki i dreszcze oświetlały ścieżkę ruchom, pchnięciom, chociażby tez i słowom. Nigdy wcześniej nie doświadczył rozmowy intymniejszej niż niejedna spędzona na bezsennym łapaniu oddechu noc. W lakoniczności i wahaniu kryło się więcej intensywności niż rozłożysty gwiazdozbiór erotycznych uniesień, jaki Oleander mógł sprezentować na bogatym wachlarzu krótkiego życia. - Czy to takie dziwne? - zapytał, widząc cień zdezorientowania odbijający się na zazwyczaj beznamiętnym licu Desmonda - Że dostrzegam Twoje zmęczenie, biorąc pod uwagę staż jaki mamy w tej relacji? - uniósł delikatnie brwi. Chciał powiedzieć o wiele więcej, ale uznał, że, tak jak słońce następuje po nocy, wysuszając rosę i zakrywając granat nocnego nieba, tak o wiele przyjemniej jest usiąść w ciszy i posłuchać jak księżyc wprawia w ruch fale szumiącego oceanu. Mogło się wydawać, że Oleander skupiał się tylko i wyłącznie na sobie, też nie byłoby to do końca błędnym stwierdzeniem, sam bezwstydnie przyznałby to na głos. Mimo to, nie był głuchy na potrzeby Desmonda i to odróżniało tę relację od każdej innej, przelotnej, intensywnej miłosnej grze w jakiej uczestniczył. Do Malfoya wrócił z otwartymi ramionami, każdą inną osobę potraktowałby gorzej od taniej kurtyzany. Przymrużył oczy pozwalając powiekom pokryć się delikatną zmarszczką. Ciemne, długi rzęsy przysłoniły zieleń oczu, gdy studiował profil blondyna. Przesunął wzrokiem po zaciśniętej szczęce, strzegącej najszczersze złoto, bezcenny skarb tego świata - mowę. Słowa nie przychodziły Desmondowi łatwo, Oleander czasami rozmyślał czy miały dla drugiego czarodzieja tak samo przygniatającą wagę jak wielotonowe sztabki złota. Czy dostrzegał ich wartość i dlatego próbował je podnieść? Przysłuchiwał się darowanym wypowiedziom i składał je w logiczną całość analizując zachowania Malfoya, nie ignorując swoich przeczuć i tego, co odczuwał w ciężkości atmosfery pokoju. Nie była to złość, nie zirytowanie, też nie rezygnacja, to była nowa emocja. Realizacja wydawała się wychylać zza horyzontu, gdy Oleander przesunął spojrzeniem ze szczęki na ramiona Desmonda, uwięzione pod białym materiałem wykrochmalonej koszuli. Pozwolił Malfoyowi ująć swoją dłoń w zdecydowanym uścisku, nie operiał się, nie wyraził też jednoznacznej zgody na ten gest. Poczuł dreszcz ekscytacji, który przebiegł mu po karku, gdy ich palce się ze sobą spotkały. Opuszki dłoni blondyna nie były twarde, ale również nie można było nazwać ich gładkami; pewna szorstkość wkradła się we wnętrze dłoni, prowadzona uciskiem, jaki nakładany był na pędzel czy kuchenne naczynia podczas gotowania. Subtelność dotyku, a zarazem jego zaborczość, spowodowały, że serce Croucha przyspieszyło nieco. Zazwyczja pozwolilby uczuciom płynac, ale tym razem zdawał sobie sprawę, że Desmond wyczuje każdą, jedną zmianę - nawet w szybkości pulsu. Przełknął ślinę, stwierdzając, że to niedorzeczne, iż czuje się taki spłoszony. Ileż razy w życiu trzymał kogoś za rękę, ile łapał obce ciała w swoje ramiona i pozwalał ściskać własną, gładką skórę bioder i ud. Tym razem było inaczej. Lepiej. Wziął głęboki oddech, czując ciepło na policzkach. Wydawało mu się, że reakcja cielesna mogłaby być odpowiednio dobitną odpowiedzią na zadane przez Desmonda pytanie, ale opanował rozgrzane zmysły i starał się trzymać żądzę w ryzach. - A co chciałbyś zrobić, aby poczuć się lepiej? - głos Oleandra był nieco zachrypnięty, więc chłopak odchrząknął zaciskając palce na dłoni przyjaciela. Mimo ogromnego lęku, udało mu się przesunąć wolną dłoń na ramię Malfoya. Chłód palców kontrastował z rozgrzanymi, różanymi policzkami i przebijał się przez materiał białej koszuli. Miał w głowie wiele propozycji, ale żadna nie była dobra na ten moment. Nie wiedział, co się robi, gdy druga osoba potrzebuje komfortu, nie w ten sposób. Zazwyczaj oddawał innym gest rozpinanej koszuli, zsuwającego się po ramionach materiału i lepkich chwil uciechy. Ale pocieszenie kogoś w słowach? To było nie lada wyzwanie. - Poza sięgnięciem po butelkę, oczywiście - dodał, jakby to miało nie być oczywiste, bo z Desmondem nigdy nie było wiadomo. Zdarzało mu się czytać kontekst rozmowy bardzo dobrze, a innymi razy wcale. Poczuł się nagle bardzo bezużyteczny i mały. Zaciśnięta w uścisku dłoń pozwalała mu się skupić na rzeczywistości i nie utonąć w wrogich, skierowanych do samego siebie, myślach. |