![]() |
|
[maj 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [maj 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców (/showthread.php?tid=3643) |
[maj 1971] Pierwsze ataki śmierciożerców - Cedric Lupin - 22.07.2024 Pracował w szpitalu już od kilku lat, przez co niejako przywykł do przeróżnych widoków, które niosła ze sobą praca w Mungu. Z początku nie było mu łatwo, o czym świadczyć mogło to, że kilka razy zdarzyło mu się zasłabnąć. Nie wróżyło to zbyt dobrze jego karierze, ale z czasem na szczęście udało mu się wyuczyć w sobie nieco większą wytrzymałość na nieprzyjemne sytuacje. Jak się jednak okazało, ta odporność ograniczała się do Munga. Przekonał się o tym, gdy za sprawą nieoczekiwanej oferty dołączył do ruchu oporu, o ile można to tak nazwać. Z jednej strony był zaskoczony, ale Dumbledore w przeszłości przeciwstawił się już jednemu czarnoksiężnikowi. Świadomość, że postanowił rozprawić się również z Voldemortem napawała go ulgą, przynajmniej do pewnego stopnia. W końcu nie dało się tego zrobić ot tak. Niestety. Najważniejsze jednak było to, że zaczęli coś robić. Wiązało się to jednak z niebezpieczeństwem, o czym dość szybko przyszło mu się przekonać. Nigdy nie był wojownikiem i teraz również nie stanął na pierwszej linii frontu. Robił jednak coś równie, jeśli nie bardziej istotnego. Zapewniał pomoc medyczną, bez której po prostu nie mogliby się obyć. Bo zdecydowanie za często trafiali do niego ludzie z poważnymi obrażeniami. Widział to wszystko podczas pracy w szpitalu, ale w warunkach bardziej polowych mimowolnie ogarniała go panika. Na szczęście nie była na tyle mocna, żeby go sparaliżować. Jego umysł wciąż był sprawny, decyzje i diagnozy celne i prowadzące ku lepszemu. Kluczem do tego sukcesu nie było jednak jego doświadczenie, a fakt, że nie był w tym wszystkim sam. Zakon miał w swoich szeregach wielu uzdrowicielu, część udało mu się spotkać, Najbardziej ucieszył się jednak na wieść, że dane mu było pracować z Dorą. Znali się w sumie od dziecka i zawsze traktował ją jak bardzo bliską przyjaciółkę. Oczywiście najpierw się zamartwił, bo przecież ryzykowała życiem, ale gdy tę pogadankę mieli już za sobą, zaczął z nią współpracować w trakcie opiekowania się kolejnymi poszkodowanymi. Znajoma obecność działała na niego uspokajająco, a ich połączone zdolności przynosił doskonałe rezultaty. Tym razem jednak sprawa była nieco cięższa. Nawet nie znał mężczyzny, który do nich trafił. Nie zdążył nawet spytać o jego imię, bowiem ludzie, którzy go przyprowadzili, dość szybko się zawinęli. Dostał jedynie wstępny zarys sytuacji. Obrażenia klatki piersiowej, połamane żebra, potencjalne uszkodzenia wewnętrzne. Dręczyła go też podejrzanie wysoka gorączka, która mogła wskazywać na użycie trucizny. Czuł, że sytuacja go przerasta, ale towarzystwo Dory napawało go optymizmem. Razem na pewno dadzą radę. — Postaram się go przebadać. Przygotujesz w tym czasie potrzebne leki? Na pewno trzeba będzie sprawdzić tę gorączkę. Może to kwestia obrażeń, ale jego usta są dziwnie sine. Faktycznie wygląda to na działanie trucizny. Masz jakiś pomysł? — zaczął, podwijając przy tym rękawy. Następnie podszedł do pacjenta i delikatnie podwinął jego koszule. Siniaki, krwawe ślady. Czymkolwiek oberwał, zadało to strasznie dużo obrażeń. Bez zastanowienia wyciągnął różdżkę i zaczął inkantować zaklęcie, które lekko rozświetliło klatkę mężczyzny. Rozcięcia zaczęły powoli zanikać, tak samo siniaki. Cedric wiedział jednak, że to jedynie leczenie objawów, a prawdziwe problemy były dopiero przed nimi. — Pomóc ci z eliksirami? — rzucił jeszcze w stronę kobiety, zerkając przy tym w jej stronę. Próbował zachować spokój i robić dobrą, a przynajmniej neutralną minę do tej niezbyt przyjemnej gry. Wiedział, że panika była w tej chwili ostatnim, czego tutaj potrzebowali. Jeśli chcieli pomóc ofiarom, musiał zachować chłodną głowę i podejść do tego profesjonalnie. Bo przecież codziennie kolejni pacjenci trafiali do szpitala z mniejszymi bądź większymi obrażeniami. Najczęściej w wyniku przypadku albo nieszczęśliwego wypadku. Tym razem było inaczej. Jacyś szaleńcy postanowili atakować przypadkowych ludzi, a wszystko w imię jakiejś idiotycznej idei na temat czystości krwi. Już sama idea sortowania ludzi na lepszych i gorszych ze względu na pochodzenie wprawiała go w irytację przemieszaną smutkiem. Bo czemu ludzie nie mogli się tak po prostu dogadać? Czy to naprawdę było takie ciężkie? Mimowolnie westchnął, kręcąc przy tym z rezygnacją głową. Jęk bólu pacjenta wyrwał go z tego stanu przemyśleń. W ułamku sekundy wrócił na ziemię. Nie mógł sobie pozwolić na bujanie z głową w chmurach, przynajmniej nie teraz. Z pewnością warto było poruszać temat równości w świecie czarodziejów, ale w tej chwili liczyło się tylko to, żeby uratować życie osób, którym stała się krzywda. Zerknął jeszcze w stronę pacjenta, po czym spojrzał w stronę Dory. Krzątała się już przy stole, przygotowując odpowiednie mieszanki ziół i eliksirów. Przynajmniej ona była w stanie zachować trzeźwość umysłu. Musiał pójść jej śladem. — Co tam masz? Z czym ci pomóc? — rzucił, szybkim krokiem dołączając do przyjaciółki. W teorii zdążył już wrócić na ziemię, ale wciąż ciężko było mu zebrać myśli. Fakt ten ewidentnie odnotowała Dora, która bez chwili namysłu zaczęła dyktować mu listę rzeczy, których wciąż nie mieli przygotowanych. Ze słabym kiwnięciem głową zaczął wygrzebywać z szufladek i pudełek kolejne składniki i fiolki, w głowie odhaczając kolejne elementy tej stworzonej na szybko listy. Zazwyczaj grzebanie w składnikach i przygotowywanie leków pomagało mu się zrelaksować i skupić. Tym razem robił to w pośpiechu, ze sporą dawką stresu na karku. Głównie przez wzgląd na mężczyznę, który powoli zaczął się przebudzać. Jęki bólu wypełniły salę, co jasno sugerowało, że muszą się pośpieszyć. Gromadziło się w nim coraz więcej stresu. Ręce zaczęły mu lekko drżeć, ale póki postanowił to zignorować i wziąć się do roboty. Dzięki niech będą Merlinowi za to, że miał ze sobą Dorę, która w tej chwili pchała to wszystko do przodu. Potem z pewnością będzie mu wstyd, ale na koniec dnia najważniejsze było to, ilu osobom zdołali pomóc. Z wciąż drżącymi rękoma zaczął ugniatać i mieszać kolejne zioła, tworząc maść na rany. Te, które mieli na stanie były raczej na skaleczenia czy mniejsze rozcięcia. Nie chciał ryzykować, że będą zbyt słabe, żeby pomóc w tym przypadku. Rozcieranie na papkę kolejnych roślin pomogło mu się nieco uspokoić. Koncentrował się na tej jednej czynności, odstawiając na bok wszelkie wątpliwości i pytania. Systematycznie dokładał kolejne składniki, z których w końcu powstała gęsta, zielona maź. Wymruczał jeszcze krótkie zaklęcie, które miało przyśpieszyć działanie specyfiku, po czym podszedł do łóżka. Dora zdążyła już napoić mężczyznę eliksirem, dzięki któremu zrobił się spokojniejszy. — Udało ci się uśmierzyć ból? Dobrze, bałem się, że to co mamy może być za słabe — rzucił cichym, choć teraz nieco pewniejszym już głosem. Powoli zbierał się do kupy, przygotowując do dalszych działań. Bo przecież dopiero zaczynali. Z pomocą gazy i środków do dezynfekcji, zaczął powoli obmywać kolejne rany. W teorii mógłby użyć do tego różdżki, ale chciał mieć pewność, że niczego nie przeoczy. Gdy zapoznał się z sytuacją dostatecznie dobrze, z pomocą zaklęć zaczął zasklepiać większe rany, przynajmniej do pewnego stopnia. Niektóre były na tyle poważne, że nie dało się tego tak po prostu odhaczyć. To właśnie na nich zaczął rozprowadzać przygotowaną wcześniej maść. Zapach ziół wypełnił powietrze. Łagodny, przyjemny, zupełnie nie pasujący do aktualnej sytuacji. — No dobra, część pracy mamy za sobą — mówiąc to, spojrzał w stronę przyjaciółki, posyłając jej ciepły, przyjazny uśmiech. Był ogromnie wdzięczny za to, że był tutaj wraz z nią. Nie był pewien, czy sam podołałby temu zadaniu. — Teraz zajmiemy się resztą — dodał jeszcze, sięgając znowu po różdżkę. Przyłożył ją do klatki piersiowej mężczyzny, rzucając po sobie kilka zaklęć. Robił to powoli, dość mocno akcentując niektóre słowa. Nigdy nie był najlepszy w tego typu magii, ale nie mieli czasu szukać kogoś, kto zrobiłby to za nich. Znał teorię, zdarzało mu się to już rzucać. Po prostu musiał się skupić i nie popełnić głupich błędów, które w tej sytuacji mogłyby nieść ze sobą ryzyko. Po kilkunastu długich minutach w końcu skończył. Większość siniaków zaczęła powoli zanikać, niektóre rany zasklepiły się już do końca. Najważniejszy był jednak fakt, że klatka piersiowa pacjenta zaczęła się regularnie, rytmicznie unosić i opadać. — Chyba udało mi się załatać największe obrażenia wewnętrzne, ale wciąż trzeba będzie go obserwować. No i przygotować odpowiednie eliksiry. Ktokolwiek go zaatakował… ugh. Nie potrafię zrozumieć, kim trzeba być, żeby robić coś takiego innym ludziom. — Skrzywił się lekko na samą myśl, po czym zerknął w stronę Dory. — Dzięki. Doceniam, że mi pomagasz. No i że przejęłaś pałeczkę, gdy wcześniej prawie odpłynąłem. Ja… ugh. Chyba trochę się boję, że kiedyś przywiozą tutaj kogoś z mojej rodziny — rzucił, czując nieprzyjemne wiercenie w żołądku na samą myśl o tego typu sytuacji. — Zacznę przygotowywać większą ilość maści. Zaczniesz przygotowywać eliksiry? Na pewno przyda się jakiś wzmacniający. Przy okazji może coś na ból. No i jakiś przeciwko ewentualnym zakażeniom. Dalej nie wiemy, co dokładnie tak go urządziło — Sam usiadł na pobliskim taborecie i zaczął ugniatać kolejne dawki ziół i roślin. Co jakiś czas zerkał na mężczyznę. Udało im się go ustabilizować, ale wiedział, że czeka go daleka droga do pełnej sprawności fizycznej. Cedric miał nieprzyjemne wrażenie, że to dopiero początek jego kłopotów. Szybko jednak zrzucił to gdybanie. Nie chciał znowu dać się pochłonąć gdybaniu i niepewności. Jego zadaniem było dopilnowanie, żeby pomóc każdemu, kto tego potrzebuje. Jeszcze przez jakiś czas krzątał się przy pacjencie, a gdy w końcu skończyli, ruszył na krótką przerwę. W planach miał wrzucenie czegoś na ząb, ewentualnie krótką drzemkę. Ostatecznie jednak nie udało mu się zrobić niczego. W Mungu pojawili się kolejni pacjenci. W teorii zignorowanie potrzeb własnego organizmu było nierozsądne, ale w tej chwili nie było czasu na zamartwianie się samym sobą. Był lekarzem. Jego obowiązkiem i powołaniem było pomaganie innym. Nie miał zamiaru się przed tym uchylać. Nawet, jeśli robił to kosztem własnego zdrowia. Koniec sesji
|