Secrets of London
lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Śmiertelnego Nokturnu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=21)
+--- Wątek: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach (/showthread.php?tid=3655)



lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - The Edge - 24.07.2024

kieszonkowiec + złodzieje różdżek
crow i woody // 6 sierpnia

Spodziewał się, że po ucieczce ze Ścieżek, większość jego starych znajomych uzna go za martwego. No, o ile Fontaine nie ruszy za nim z jakąś krucjatą, ale to się ostatecznie nie stało i... Zniknął. Na wiele długich lat. Długich dla niego, bo w percepcji osób, które pozostały w Londynie i mierzyły się z ciężarem wojny, czas leciał nieubłaganie szybko. Przekraczając pierwszy raz od dawna próg Rejwachu, nie miał zielonego pojęcia czego się spodziewać. Parsknięcia? Dziwnych spojrzeń? Zniżonego tonu?

O dziwo wszyscy przyjęli go tutaj tak samo jak wcześniej.

No początku pomyślał sobie, że upływ czasu to była popaprana koncepcja. Dopiero później, kiedy przypadkiem spojrzał w jedno z wiszących tutaj luster, dotarło do niego, dlaczego nikt nie zamierzał psuć mu dzisiaj nastroju. Ponieważ on był już teraz kompletnie zrujnowany i wszyscy to widzieli. Może i utył, odkąd Woody widział go ostatni raz, może i wyglądał ogólnie nieco zdrowiej, może zapuścił włosy i nie obcinał się już krzywo, ale... coś w jego oczach dzisiaj zgasło. Tak tak, tak to on - człowiek, który na przekór własnemu szczęściu podejmował coraz to gorsze decyzje i teraz... teraz był o krok od całkowitego zrujnowania sobie życia. Nie wróci do Alexandra, póki nie przepracują dzielących ich spraw. Może nawet nie wróci do niego nigdy. A jak do niego nie wróci to... i tak nigdy nie będzie idealnie, prawda? Bo on go nie rozumiał, nigdy do siebie nie pasowali, miłość nie naprawiała takich rzeczy, nie dało się miłością załatać trzydziestu lat budowania tak innych żyć, pogłębiania różnic swoich charakterów. Zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo szczęśliwszym człowiekiem byłby starszy Bell gdyby jego brat nigdy nie wrócił do Fantasmagorii, jednocześnie nie potrafił pogodzić się z myślą, jakoby w jego miejscu miał znaleźć się ktokolwiek inny.

- Znam kolesia, który sprzedaje takie graty, których szukasz. No i naprawia je. On je skupuje w okropnym stanie, a potem reperuje. Sam od niego odkupiłem auto po stłuczce jakoś na początku czerwca.

Zdawał sobie sprawę z przykrej prawdy - prędzej czy później pojawią się pytania a gdzie właściwie byłeś, co teraz robisz, co robiłeś i co spierdoliłeś, że znowu pojawiłeś się na Nokturnie. Nie chciał na nie odpowiadać, ale jednocześnie... chciał je usłyszeć z jednej prostej przyczyny - sam chciał zadać jedno konkretne - a co teraz robi Dante, ale nie mógł tego wrzucić gdzieś w rozmowę o motocyklach, nie wychodząc przy tym na odklejeńca albo kogoś, kto przyszedł tutaj tylko zdobyć informacje. Przyszedł tutaj odpocząć od myślenia o tym, że był spierdoliną społeczną niezasługującą na oddychanie. Ostatnio czuł, że miał prawo do oddychania tylko wtedy, kiedy obejmował go Cain.

- Możemy do niego iść, jak nie masz nic do roboty - a w sumie to Rejwach nie cieszył się dzisiaj nadmiarem gości.


RE: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - Woody Tarpaulin - 07.08.2024

Gdy lata temu Crow zapadł się pod ziemię, Woody — choć zaniepokojony — nie zrobił wiele, aby go odnaleźć i upewnić się, że żyje. Nasłuchiwał bacznie wieści, czasem pytał o niego tego czy owego, ale nie wychylał się nadmiernie przed szereg. Ludzie z Nokturnu i Ścieżek czasem znikali, a dopóki nie wypłynęło ciało tego młodego mężczyzny, Tarp mógł mieć nadzieję, że ten sam uciekł, a nie rozkłada się w jakiejś beczce z wapnem. Jeśli był w beczce, i tak nie dało się dla niego nic już zrobić.
Na początku lipca zaczęły docierać do niego plotki o powrocie mężczyzny. Gdy pierwszy raz je usłyszał, dawno zapomniany kamień spadł mu z serca. Wersja z beczką nie okazała się tą właściwą. Późniejsze przemyślenia były mniej optymistyczne: skoro już udało mu się wyrwać, po cóż wracał w to przeklęte miejsce?
Nie szukał Crowa, był cierpliwy i w końcu doczekał się wizyty. Zaginiony łachudra wyglądał jednocześnie lepiej i gorzej. Nieco zdrowiej, to na pewno. Była szansa, że nie spędził ostatnich kilku lat w lochu Fontaine. Nie umknęły jednak staremu i smutne oczy.
Sam Tarp nie zmienił się nic, w przeciwieństwie do pubu, w którym znajdowało się kilka nowych elementów wystroju, kilka rzeczy też odświeżono, lecz duch pozostał ten sam (dosłownie i w przenośni; wciąż nie posłał po egzorcystę).
Rozmowę rozpoczął jak gdyby nigdy nic, jakby widzieli się ledwo wczoraj, nie kilka lat temu. Gdy tylko szklanka przed Crowem została napełniona, a podstawowa gadka-szmatka odhaczona, Woody wyciągnął z kieszeni spodni na lepką ladę starą, wypłowiałą pocztówkę promocyjną przedstawiającą Harleya Davidsona. Znalazł ją pewnego ranka przy sprzątaniu jednego ze stolików; musiał ją zostawić któryś gość. Tak zakiełkowała w nim myśl, że w zasadzie to on również by takiego chciał.
Motoryzacja jest bowiem naturalną ścieżką, jaką obiera mężczyzna w kryzysie wieku średniego. Coś trzeba było z tym czasem zrobić, żeby wypełnić braki w życiu prywatnym, a majsterkowanie w pubie i podawanie nielegalnych różdżek spod lady powoli przestawało mu wystarczać. Zdążył nauczyć się już kilku haseł, między innymi pasek rozrządu, cylindry, płyn hamulcowy oraz świece zapłonowe. Gdyby go jednak zapytać, gdzie ten cały pasek rozrządu w mugolskiej machinerii jest, to… cóż, z dumą fachowca wskazałby cokolwiek przypominającego jakiś pasek i liczył, że druga strona wie jeszcze mniej od niego.
Nie studziło to, uchowaj Merlinie, w żadnym stopniu jego zapału. Ani to, ani utyskiwania portretu starego Errola — świeć Pani nad jego duszą, przeszło sto sześćdziesiąt lat będzie, jak poślizgnął się na zapleczu Rejwachu i umarł. Za jego czasów bowiem nie było takich wynalazków, czarodziej miał miotłę i był szczęśliwy, a teraz się w głowach poprzewracało z tymi wehikułami.
Fantastycznie! Spadł żeś mi z tym z nieba. — Woody klasnął w ręce, uradowany wizją przejrzenia asortymentu od ręki. — Ale przewiózłbyś mnie i swoim kiedy przy okazji.
Sytuacja wymagała, aby Rejwach był dość pusty, coby dało się go bez większych przeszkód zamknąć na godzinkę lub dwie. Powiedzmy, że Crow zjawił się wcześnie i niewielu jeszcze się tu rozsiadło. Łatwo było ich wystawić za drzwi i postanowić, że dziś to w zasadzie otwieramy później.
Tak oto znaleźli się przed drzwiami pubu, na ulicy Śmiertelnego Nokturnu. Mało brakowało, aby postawny dziadyga przebierał nogami jak niecierpliwe dziecko, czekając tego, gdzie też go Crow poprowadzi.
Jeszcze najważniejsze. Ile ty w zasadzie dałeś za to swoje auto? — zainteresował się rychło w czas, wciskając ręce w kieszenie swoich sztruksowych spodni. Nie zdążył zrobić jeszcze rozeznania tego rynku, a odkąd zamknęły się przed nim przepastne skrytki majątku Longbottomów, musiał odkryć, czym jest budżet domu i przedsiębiorstwa; jedna z niewielu rzeczy, do których nie uśmiechało mu się przywyknąć.


RE: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - The Edge - 08.08.2024

Spadnięcie czymś z nieba było jednym z dziwniejszych określeń, jakie usłyszał na swój widok od kogokolwiek, kiedykolwiek. Większość ludzi reagowała na jego obecność, znikanie i powroty inaczej niż Woody. Większość, bo... był ktoś jeszcze. Jedna, jedyna osoba, do której mógłby go przyrównać - Vior. Bardzo szybko zorientował się, że tym spotkaniom towarzyszyły podobne emocje. Im dłużej znajdował się w niemalże niezmienionym Rejwachu, im dłużej pił ten sam alkohol co trzy lata temu i rozmawiał z właścicielem, tym spokojniejszy się robił. Woody podszedł do niego w najlepszy sposób, w jaki mógł - narzucając rozmowie mało porywający, nostalgiczny rytm. Crow zareagował na to, chowając pulsujące w nim załamanie i agresję głęboko do kieszeni.

Nie znaczyło to jednak, że zachowywał się normalnie. W jego słowach i zachowaniu brakowało przekonania i otwartości. Coś się na pewno stało. Może wcale nie chciał na te Ścieżki wracać (i kogo to niby dziwiło?), może to coś kompletnie innego, ale na pewno coś - coś wyczuwalnego w tonie głosu i tym, jak co kilka zdań wpatrywał się w ścianę i pocierał oko. Jedną nogą był w rozmowie, drugą nogą w kompletnie innym miejscu.

- No jasne, Tarp - odparł, niekoniecznie brzmiąc tak, jakby wierzył w ich potencjalną przejażdżkę, chociaż chciał tak zabrzmieć i odpowiedź była z jego strony całkowicie szczera. Podzielił się z nim ceną, która nie należała do wygórowanych - nie było w tym nic dziwnego, bo do Crowa generalnie nie pasowały rzeczy z salonu, nawet jeżeli było go na nie w przeszłości stać. Zdradził jednak, że prawdziwa kwota rozłożona była w czasie, bo taki sprzęt pewnie szybciej się zepsuje. On jednak w ogóle nie przejmował się czasem, jaki miał potencjalnie przy tych maszynach spędzić, bo się przecież od zawsze mechaniką interesował.

Kiedy opuszczali Rejwach, wszechobecna sielanka zaczynała mu powoli doskwierać. Jak człowiekowi kończy się przynajmniej połowa świata, a później nagle nabiera tego spokoju, gdzieś z tyłu wciąż wisi nad nim przecież widmo tego, jak wiele może pójść nie tak. Tego co miało nadejść, nie spodziewał się zupełnie. Jego wyobraźnia podpowiadała mu Alexandra przychodzącego mu tutaj na złość i jemu i samemu sobie, na pewno nie tego, że idąc obok Tarpaulina mógłby zostać... napadnięty! Ale to przecież miało stać się za chwilę. Teraz jeszcze szli przed siebie, po skręceniu w jedną z bocznych alejek łączących Nokturn z Pokątną bez konieczności przeciskania się przez duże tłumy ludzi - jako odludek prowadził ich standardowo trasą dla odludków.

- Tak szczerze to najdalej gdzie do tej pory pojechałem to jebane Oxfordshire - tego co mu to Oxfordshire zrobiło, nie wyjaśnił -  ale chciałbym ruszyć gdzieś dalej. Skorzystać z tego, że się jeszcze lato nie skończyło. - Wyrwać się z cyrku na dłużej. Przestać cierpieć. Oszczędzić swojej twarzy kolejnych ciosów pięścią od kogoś, kogo kochał.

Przejście z Nokturnu na Pokątną zawsze wydawało mu się być uderzeniem gorąca. Czasami zastanawiał się, czy ulice różniły się kolorystycznie - w jego oczach przecież każda z nich wyglądała tak samo ponuro. Przez to jak szedł, wpatrując się w budynki z rozdziawioną paszczą, przemawiało głębokie zmęczenie. I nagle, jak gdyby nigdy nic, mały chłystek sięgający mu do brody obił się o ich dwójkę i Crow jako dziecko wychowane przez złodziei i przemytniczkę nie mógł nie zrozumieć, co się właśnie stało. Odwrócił głowę w jego kierunku i dostrzegł, jak zmyka w tę samą alejkę, z której przyszli. Westchnął głęboko i dał znak Woody'emu, że musi tam iść (bo był do skradzionego przedmiotu dosyć przywiązany) i kiedy znów owiał ich mrok tych gorszych dzielnic, Crow zauważył, jak do kieszonkowca zbliżają się inne dzieciaki. Pokazały mu głową na Tarpa jak na łatwy cel. No jasne, pomyślał od razu, byli zbyt młodzi, żeby wiedzieć, z kim mają do czynienia, następnie z lekkim rozbawieniem zrozumiał, że dzieciaki wzięły go za prostytutkę, a Tarpa za kogoś, kto miał pieniądze na tego typu usługi. Nie powstrzymał szerokiego uśmiechu, jaki wypełzł na jego usta.

- Po prostu mi to oddaj - powiedział, wyciągając łapę w kierunku swojej własności, ale chłopaczek założył kaptur i wycofał się na krok.


RE: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - Woody Tarpaulin - 14.08.2024

Nie było się co czarować: Woody do tej pory o mechanice guzik wiedział. Miał natomiast dużo zapału i nieco wolnego czasu, co musiało mu wystarczyć. Choć prawdopodobnie rozwiązaniem potencjalnych problemów z potencjalnym wehikułem będą koniec końców pieniądze, które wręczy tym, co się na tym znają.
Że Crow jest nieswój, widać było jak na dłoni. Zapewne miłym gestem byłoby zapytać, skąd ta markotność, lecz Tarp nigdy nie miał talentu do zgrabnego napoczynania trudnych tematów. Z pomocą przychodził mu bar: w parze z przelaną czarą trzeźwości szło zwykle przelanie czary goryczy i balonik smutków sam z siebie pękał.
No jasne — powtórzył za mężczyzną, kiwając przeciągle głową, jakby i on potrzebował się przekonać, że absolutnie do tej przejażdżki dojdzie. — Właściwie to w jakim ty gównie ostatnio siedzisz, młody?
No, subtelność, można by powiedzieć.
Bo że Crow siedzi w gównie po same uszy był przekonany. Nie widział go w życiu poza balią z gównem.
Jedź i nie daj się złapać. Jakieś morze, góry, podobno jest na świecie co zwiedzać. Co cię tu niby trzyma?
Wylecenie w nocne niebo i nieoglądanie się za siebie — jakkolwiek romantycznie by nie brzmiało — nigdy nie było snem Woody’ego. Nawet w najgorszych momentach nie szukał przyjemności i rozwiązań w zmianie otoczenia. Urodził się w Anglii i w Anglii do końca miał pozostać. Rozpiął swoje życie między Londynem a Doliną Godryka i nawet gdy zboczył na ścieżkę wyrzutka, chcąc deklaratywnie odciąć się od poprzedniego życia, nie wyszedł poza tę znajomą sieć. Wygodnie mu było tu, w rodzimym otoczeniu, i nie nęciły go żadne podróże, szczególnie dalsze.
Bo spójrzcie tylko na tę urokliwą Pokątną, która rozciągnęła się przed dwoma bohaterami! Ulica wszystkich smaków, animowanych kolorowych wystaw, łaskoczącego uszy hałasu. Te witryny! Te kolory! Ci… złodzieje?
Pogrążony w myślach Woody nie zdążył wystarczająco szybko zareagować, gdy między nimi znalazł się dzieciak. Ręka, którą wyciągnął w stronę chłopaczka, zamiast kołnierza capnęła powietrze. Również Tarpaulin, stary glina, nie miał problemu z interpretacją tej sytuacji. Zareagował nieco żywiej niż Crow, bo zamiast męczeńskiego westchnienia, z jego ust wyszło przekleństwo. Ściągnął gniewnie brwi, zacisnął pięści i podążył wraz ze swoim towarzyszem z powrotem na Nokturn, słodko nieświadomy jeszcze, że ofiary tej kradzieży były dwie.
Przy boku Edge’a wyglądał nieco groźniej i bardziej imponująco: z kapeluszem wyższy o całą głowę, barczysty, stojący na szerokich nogach i gotowy wymierzać sprawiedliwość.
— Macie jeszcze szansę tego nie pożałować — zawtórował młodszemu koledze, po czym… dobył różdżki?
Dobył… różdżki?
Kurwa, gdzie jest różdżka?
Wy małe obsrańce! — Wszelki animusz wyparował, wypełnił go gniew i oburzenie. Rzucił się ku najbliższemu złodziejaszkowi, próbując chwycić go za fraki.

[roll=Z]
[roll=Z]


RE: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - The Edge - 18.08.2024

Znów ściągnął brwi ku sobie. Pytanie faktycznie było niezbyt subtelne i chociaż spodziewał się go prędzej czy później, tak czy siak Woody'emu udało się zbić mu z mimiki resztki dobrego humoru, o ile jakiekolwiek w sobie posiadał. Balonik, z którego ktoś właśnie spuszczał powietrze - takimi słowami można było określić to, jak pobladł, wydychając wszystko, co miał w płucach i rozglądając się nerwowo. Tak - przytył, wyglądał zdrowiej, ewidentnie dbał o siebie lepiej, ale w tym spojrzeniu pełnym paniki znów było widać dzieciaka, który ciągle potrzebował pomocy w ratowaniu sytuacji wymykającej mu się spod kontroli.

- W gównie...? - Nie powiedział tego, on to wymamrotał. Zapewne niewiele brakowało do tego, aby zaczął się jąkać. Milczał kilka długich sekund, zapewne rozważając wszelkie za i przeciw, po czym oparł ręką spoconą twarz. - W cyrku. - Tylko ten cyrk stał się gównem. - Jak Fontaine wygrała, to wróciłem do rodziny. - I to była jedna z lepszych decyzji, jakie podjął. To była decyzja, która dosłownie uratowała mu życie - jego instynkt przetrwania mówił do tej pory, że zrobił dobrze, ale... Ściągnął ze sobą na dno dobrego człowieka. Dobrego człowieka tak zniechęconego do dalszego wysiłku emocjonalnego, że dobrym rozwiązaniem stało się bicie Flynna po twarzy, a Flynn nie chciał już być bity. Miał tego serdecznie dosyć. Czasami sobie myślał - a gdybym wrócił wtedy do Caina? Tylko gdyby wrócił wtedy do Caina, to Cain by pewnie nie żył, więc...

Jak się pogodzić z niszczeniem żyć osób, na których ci zależy?

Niby nie wyjawił, co go dokładnie tu trzymało, z drugiej strony ta rodzina wybrzmiała dość jasno, nawet kiedy niewyraźnie mówił. Ludzie. Nawet w najgorszych momentach egzystencji, kiedy naprawdę brał pod uwagę odejście w niebyt, zawsze trzymali go przy ziemi ludzie. Byli jak kajdany na szyi i mód na serce.

Crow kochał ludzi.

Takich biednych, zagubionych, młodych złodziei w szczególności. On nie widział żadnego powodu do krzyków, gróźb, obelg, bicia - bardziej go to rozbawiło, niż rozzłościło. Kiedy chłopaczek nie chciał mu oddać tej sakiewki, cmoknął z dezaprobatą i przekręcił głowę.

- Weź sobie te pieniądze, zwisa mi to. Po prostu oddaj mi klucze, które są w środku. - I chociaż wierzył, że po jakiejś dłuższej gadaninie faktycznie by te klucze odzyskał, to nie zamierzał testować swojej charyzmy (zawsze w tym przegrywał...) i widząc cień zwątpienia, zwyczajnie szybkim ruchem mu tę sakiewkę wyrwał.

[roll=PO]
Chłopaczka to najwyraźniej przeraziło, cofnął się na kolejny krok, drżąc nieco, a Crow faktycznie - otworzył woreczek, wyciągnął z niego klucze, schował je do swojej kieszeni, odebrał jałmużnę na piwo i resztę oddał kieszonkowcowi. Cisza, jaka pomiędzy nimi nastała, była czymś totalnie spodziewanym.

- To jest ten moment, kiedy dajesz nogę. Tylko zapamiętaj moją twarz, bo ja nie zamierzam przechodzić tego drugi raz w tej samej formie. - Dmuchnął w te swoje krucze loki, odsłaniając smutne, przećpane oblicze.


RE: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - Woody Tarpaulin - 28.08.2024

Spuszczenie powietrza z tego balonika było jedynie kwestią czasu. Woody może i nie wiedział, jak się do tego zabrać poprawnie, ale — jak widać — wcale mu to nie przeszkodziło. Nawet jeśli nie zadałby tego pytania teraz, przemyciłby je jeszcze kiedyś, tyle że może w okolicznościach bardziej sprzyjających niż środek ulicy, na której ich okradziono.
No tak, w gównie — przytaknął ze wzruszeniem ramion. On również uciekł na chwilę spojrzeniem, poprawił kapelusz, żeby zająć czymś ręce, ale nie wytrzymał tak długo: ciekawość wzięła górę i wlepił wzrok z powrotem w Crowa.
Który to ujawnił się jako cyrkowiec. To była nowość. Tarp nie spodziewał się tego, ale nie był też nadmiernie zaskoczony. Omiótł Edge’a spojrzeniem od stóp do głów, szukając w nim tego cyrkowca. Cokolwiek przyniosły oględziny, musiały go usatysfakcjonować, ponieważ pokiwał z aprobatą głową i kontynuował:
— Więc to stąd się wziąłeś. — Zabrzmiało to tak odkrywczo i dumnie, jakby Woody Tarpaulin sam to wydedukował. — To będziesz tu na chwilę? Sprawdzasz tylko stare śmieci czy jest w tym cyrku jakiś haczyk?
Młodzi zagubieni złodzieje byli demografią, która mogła cieszyć się szczególnymi względami również ze strony Woody’ego; zapewne nie stanowiłoby problemu dołączenie do tego stwierdzenia kilku przykładów. Szkopuł w tym, że oprócz oblicza dobrego wujka, który poklepie po plecach i wleje do gardła gorzałkę dla pokrzepienia, potrzebował na Nokturnie także, a może przede wszystkim, drugiej twarzy — takiej, która przypomni wszystkim, że nie da sobie wejść na głowę. Na bezwarunkowym miłosierdziu wobec bliźniego i nadstawianiu drugiego policzka nie obudował swojej pozycji w półświatku.
Urodził się zresztą w gorącej wodzie kąpany, łatwo przychodził mu gniew i inne gwałtowne emocje, które równie łatwo rozpraszały się, gdy zaczynał w końcu myśleć. A tutaj rozchodziło się przecież o jego różdżkę, a wraz z nią jego dobre imię. Czterdzieści lat z jedną, a tu taka zniewaga! Skradziona przez bandę smarkaczy.
Nie zamierzał przecież tego dzieciaka bić, a jedynie capnąć i przytrzymać, coby nie zwiał. Nie protestował, gdy Crow postanowił rozmówić się ze złodziejaszkiem po swojemu. Oprócz trzymania go na oku, wpatrywał się intensywnie w uliczkę, w której zniknęła reszta bandy. Wyglądało niestety na to, że nie pomyśleli o tym, aby ruszyć z odsieczą swojemu kamratowi.
Tarp oprzytomniał, gdy młodszy kolega skończył się rozprawiać hultajem. Zrobił wówczas krok w stronę nastoletniego ulicznika, nastoletni ulicznik zrobił krok wstecz. Woody zrobił więc kolejny. Uniósł ostrzegawczo brwi, a w świecie, w którym spojrzenie ma moc, to spojrzenie, którym stary wczepił się w dzieciaka, zacementowałoby stopy kieszonkowca w chodniku.
Niestety w tym nie miało mocy.
— Fantastycznie. — Tarp przerwał tę niewygodną ciszę, podkreślając swoje słowa pojedynczym klaśnięciem rąk. — A teraz, młody człowieku, porozmawiamy o tym, co jeszcze zabraliście.
Rada Crowa dotarła najwyraźniej w końcu do małej złodziejskiej główki. Oczy nicponia rozszerzyły się, gdy minęło zdziwienie nieoczekiwanym gestem. Obrócił się i puf! już go nie było.
Woody stał przez chwilę w bezruchu, jakby to jego wcementowano w ten nieszczęsny chodnik. Jedynie jego dłonie naprzemian zaciskały się w pięści i rozluźniały.
— Co u licha? — Odwrócił się do swojego kompana. Nie wyglądał w zasadzie na złego, lecz głęboko niedowierzającego temu, co go przed chwilą spotkało. — Nie, Crow, na litość Matki, to zdecydowanie nie był moment, w którym powinien dać nogę.


RE: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - The Edge - 22.09.2024

Jego aparycja myliła. Okej - przytył, nie wyglądał już jak worek kości i chyba nabrał nieco pewności siebie, jednocześnie garbił się i spoglądał na wszystko wokół z taką miną, jakby chciał zdrapać sobie skórę, pozbyć się wszystkiego, co go więziło na tym świecie. Cierpiał, coś go musiało nagle, dobitnie doprowadzić do takiego stanu mimo tego, że pozornie wydobrzał. Co? Nie mówił, nie potrafił się do tego przyznać - uciekał spojrzeniem na boki, naciśnięty pewnie zacznie łgać, bo jak się miał człowiek przyznać do tego, że był w romantycznej relacji z bratem, ale ten wolał to zakończyć? Millie mogła to zrozumieć - ale nie Woody. Wody za to rozumiał ciągnący się za nim ślad krwi. Jego koszmarne zepsucie okraszone nie byciem aż-tak-złym człowiekiem.

- Nie wiem - tak naprawdę to wiedział bardzo dobrze - był tu na taką chwilę, na jaką Cain i Laurent chcieli spędzać z nim czas, czyli mając na uwadze jego szczęście, to niedługo zapewne, ale chciałby, aby ta chwila stała się wiecznością - nie zamierzałem wracać - coś w tonie, w jakim to powiedział sugerowało, że nie chodziło o fizyczne pojawienie się na Ścieżkach, tylko mentalny powrót na stare śmieci - ale ostatnio tak się zastanawiałem... co się stało z Dante? Wydawało mi się, że zginął pod gruzami korytarza, a jednak ktoś mi zaćwierkał na uszko o tym jak dziad nie tylko żyje, ale i ma się dobrze.

Powiedziałby: Biuro Aurorów musi być zajebiście niekompetentne. Teraz Biuro Aurorów to teraz w jego głowie też Cain. Zawahał się więc. Nie powinien - to uczucie wzięło go z zaskoczenia.

Tak samo, jak co jeszcze zabraliście docierające do jego mózgu, dobrych kilkanaście sekund po dotarciu do jego mózgu.

Niezręcznie, ze sztywnym karkiem odwrócił zmieszane spojrzenie w kierunku Tarpaulin.

- A co jeszcze zabrali...?

Tego, że Matka litościwa nie była, skoro pozwalała niewinnym ludziom na sabatach ginąć w imię kaprysów bandy wariatów nic nie wspomniał, nie powstrzymał jednak odruchu jakim było uniesienie brwi.


RE: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - Woody Tarpaulin - 29.09.2024

Jak na te czasy i to konserwatywnie skręcające społeczeństwo czarodziejskie, Woody miał całkiem-całkiem otwartą głowę. Objął nią i zaakceptował dość wcześnie w swoim życiu koncept homoseksualności, z czego to był dość dumny i co zawdzięczał Morpheusowi. Bardziej skomplikowane układy jednak, te wykraczające poza geja klasycznego, a więc obejmujące… braci gejów… były dla niego wciąż egzotyczne i zapewne poruszenie tego wątku z nim nie należałoby w rzeczy samej do najwygodniejszych. Starał się oczywiście zawsze i przejmował problemami, z których się mu zwierzano, ale… nie wszystkie umiał przyjąć tak po prostu.
Temat odbił jednak szczęśliwie na coś dużo mniej niekomfortowego, choć wciąż było to coś, w czym nie był tak zorientowany, jak marzyłby sobie być. Dante. Nie ulegało wątpliwości, że wieści o jego powrocie zataczają coraz szersze koło, pojawiały się kolejne pytania, a Woody ponownie musiał rozłożyć ręce.
Vior pytała nie tak dawno o dokładnie to samo. Nie dowiedziałem się od tego czasu wiele więcej. Żyje, co do tego opinie są… dość zgodne. Co planuje? Nie mam najbledszego pojęcia. Może liże rany? Coś dzieje się przy Rose Noire, sprząta dookoła.
Och, jak przydałby mu się w tamtym momencie autorytet Dante’ego, którego się nie okrada. Dał się obrobić na różdżkę jak żółtodziób. Zdjął kapelusz z głowy i wzniósł oczy do szarzejącego nieba, po czym skierował je bezradnie ostatni raz w głąb uliczki, gdzie zniknął młodociany element kryminalny.
Moją różdżkę. — Była w tym gorzka żałość. Tarp wyciągnął z kieszeni nieodłączną piersiówkę i porządnie się pokrzepił, spojrzał zbolały na Crowa i zapraszająco wyciągnął flaszeczkę w jego stronę, proponując mu tym niemym gestem poczęstunek. Co za kurwa parszywy dzień.
Pozłorzeczył więc dzieciakom pod nosem, powykrzywiał się na twarzy, ale nie zamierzał bynajmniej wylewać łez w tym smętnym zaułku. Od użalania się nad sobą nic się nie odstanie, toteż zepchnął złość na drugi plan i przeszedł do konkretów.
Wracamy do Rejwachu — zarządził skwaśniały. Motocykle wyparowały mu całkiem z głowy; kiedy indziej obada ten temat. — Mam pod ladą jakieś awaryjne rupiecie.
Zawsze trzymał kilka tandetnych „jednorazówek” na handel bieżący. Żadna to była rzemieślnicza robota, żaden kunszt czy narzędzie do uprawiania magii wyższej, ale na parę dni czy kilka drobnych akcji się nadawało. Nieoznaczone i nielegalne to badziewie, ale bez różdżki jak bez ręki, a światło jakoś trzeba było w barze zapalić, zabezpieczenia na drzwiach otworzyć, miotłę w ruch wprawić.
No nie, nie można tak tego zostawić, Crow — mamrotał zirytowany Woody po drodze. — Ja z tą różdżką, rozumiesz, wcześniej się znałem niż z moją babą. Baby już z dziesięć lat nie mam, a ta różdżka wciąż ze mną. I co? I nie ma. Tak po prostu nie ma. Myślisz, że to jakieś szczury były? — Nie żeby po takiej przerwie podejrzewał Edge’a o to, że kojarzy młodych złodziejaszków. Rozważał tylko na głos możliwości. — Byle się ludzie nie dowiedzieli, bo wstyd. — Ta myśl dopiero uruchomiła w nim strach o szkody wizerunkowe. Zatrzymał się gwałtownie w pół kroku, obrócił do Crowa i wyciągnął w jego stronę ostrzegawczo palec, niemal dźgając przy tym mężczyznę w pierś. — To zostaje między nami, co?


RE: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - The Edge - 09.10.2024

Cóż, skoro Viorica pytała niedawno o to samo, to znaczyło, że przy następnym spotkaniu jubilerka poinformuje go jakież to ma niesłychane wieści. Jeżeli chciał dowiedzieć się czegoś więcej niż potwierdzenia, że Laurent go nie oszukał (co tak czy siak nie było konieczne skoro go postanowił torturować i potraktować kilkoma dawkami Veritaserum), to musiał wejść na Nokturn głębiej, musiał zahaczyć o te miejsca, do których wracać nie chciał i odnowić kontakty, których się zwyczajnie wstydził. O ile ci ludzie jeszcze w ogóle żyli. Nie napawało go to szczególnym optymizmem, ale był też coraz mocniej zdeterminowany i... zakochany.

- Wiesz, słyszałem, że grozi osobom, które ostatnio zaszły mu za skórę... - I nie mogło chodzić o niego, taki pewnie mógł być domysł, bo przecież Crow był w tej opowieści ledwie pionkiem w grze prawdziwych figur. Pionkiem, który ostatecznie i tak odłączył się od reszty - czemu więc akurat jego Dante miałby ścigać? Ale przecież żeby być tego pewnym, trzeba znać nieco więcej elementów niż to, co zostało tu podane. - Czyli żeby naprawdę wiedzieć czym on się teraz zajął, muszę wejść głębiej.

A na tę wzmiankę o różdżce... Oh rzadko widziało się go aż tak zmieszanego. Po samym wyrazie twarzy widać było, że musi to wszystko przetrawić, przemielić, aż wreszcie wydusił z siebie, tak żeby się upewnić, że zjebał:

- I ona jest ci do czegoś potrzebna, tak? - Zadane pytanie było bez sensu. Nie zgrywało się kompletnie z tym jak inteligentnym był człowiekiem i jak wiele wiedzy udało się wszechświatowi zmieścić pod tą plątaniną loków. Ostatecznie, mimo bycia w jakimś sensie geniuszem, ten chłopak był też strasznie, momentami karykaturalnie dziwny.

Schował ręce w kieszeniach.

- Wiesz, mógłbym za nimi pobiec i im ją wyrwać, jeżeli to jest to czego chcesz. - Propozycja, chociaż szczera, wydawała się wiązać dla Crowa z jakimś wyrzeczeniem. - I jak mogłyby to być szczury? Tak młode? - Wciąż nie zdawał sobie sprawy z tego jak wyglądał w początkach swojej „kariery”. Nie mruknął nawet w odpowiedzi, ale w jego oczach i posturze dało się wyczytać, że owszem - nie zamierzał poruszać tego co się tutaj wydarzyło z absolutnie nikim. Ale on generalnie mało co mówił.

Odkryj wiadomość pozafabularną
Pociągowy count: 2.



RE: lato 1972, 6 sierpnia // smutny kruk odwiedza rejwach - Woody Tarpaulin - 14.10.2024

Ano tak gadają — przytaknął jedynie, bo do niego żadne groźby do tej pory nie spłynęły, choć przyznać też trzeba, że szczególnie intensywnie guza u Dante’ego nie szukał.
Zasępił się nieco w reakcji na drugą część wypowiedzi Crowa. Jakie znów wchodzenie głębiej? Nie wtykał nosa w detale jego relacji z ludźmi Podziemnych Ścieżek, ale ledwie chwilę wcześniej mężczyzna deklarował, że wracać tam nie zamierza. Coś tutaj się mocno nie składało.
Trudno jednak było poważyć jego założenia: bez bezpośredniego zbliżania się do Dante’ego nie dało się raczej zdobyć żadnych informacji ponad te, które Woody przekazał zarówno Viorice, jak i Edge’owi. Po spotkaniu z Zamfir Tarp zasięgnął języka nawet u naczelnej nokturnowej plotkary, Lorraine, lecz i ona niczego więcej mu nie powiedziała. Tak, Crow miał rację, trzeba byłoby zejść głębiej, z tym że:
A po kiego grzyba ty się chcesz pchać tam głębiej? — Ponownie dał wyraz swojej błyskotliwej bezpośredniości, nie kryjąc zdumienia. Trudno było mu czasami za Crowem nadążyć. — Uciekłeś, to się teraz trzymaj z daleka. Co to za pomysł? On czegoś od ciebie chce? — Na chwilę się zawiesił, ponieważ do głowy przyszła mu odwrotna interpretacja. — Ty czegoś od niego chcesz? Może da się inaczej załatwić.
Woody Tarpaulin był w końcu ekspertem od załatwiania rzeczy. Nie oferował jednak tej opcji ze względu na chęć sprzątnięcia interesu sprzed nosa konkurencji, a z poczciwej troski.
No jest potrzebna, do paru rzeczy jest potrzebna — odpowiedział na jego pytanie z łagodnym zrezygnowaniem rodzica objaśniającego dziecku kolejną głupotę.
Crow był bardzo dziwny, ale dziwnościami w różnym nasileniu mogłaby pochwalić się większość tutejszej ekipy. Nie przeszkadzało to staremu. Co nie zrozumiał, to zignorował, i jakoś się to między nimi kleiło. Woody’emu wiele nie było trzeba, aby znajomości kleić.
Teraz? Już się ich nie dogoni. — Wystarczająco czasu spędzili na gadaniu, żeby dać im się oddalić. Nie wspominając o tym, że ten łobuz, na którym Tarpowi najmocniej zależało, teleportował się na ich oczach i Merlin wie, gdzie go wywiało. — Takie młode. Dadzą radę różdżkę w lepkich rączkach utrzymać? Dadzą. Swoją, a nawet i cudzą. Fontaine nic więcej nie trzeba.
Spacer ulicami Nokturnu w drodze powrotnej dłużył mu się niemiłosiernie, a brak różdżki boleśnie doskwierał. Kilka razy czarodziej złapał się na tym, że sięga kieszonki, w której zwykle spoczywała, że przebiera nerwowo palcami. Mieszkał na tym mrocznym padole od tylu lat, że mógłby śmiało nazwać to miejsce domem, lecz chodzenie tędy bez podstawowego narzędzia obrony budziło w nim mimo to niepokój. Jedyną tarczą była mu w tym momencie reputacja, lecz — jak dobitnie odczuł tego dnia — nie można było na niej polegać w pełni. Nędznicy z osobliwą łatwością węszyli łup, z wprawą wytrawnego legilimenty odczytywali w człowieku najdrobniejszą słabość i korzystali z okazji.

Koniec sesji