![]() |
|
[05.08.1972] Należy się za talerzyk - Astaroth & James - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [05.08.1972] Należy się za talerzyk - Astaroth & James (/showthread.php?tid=3686) |
[05.08.1972] Należy się za talerzyk - Astaroth & James - Astaroth Yaxley - 28.07.2024 Dostałem misję specjalną. Niby prozaicznie prosta sprawa - złapanie bogina, ale odkąd stałem się wampirem, nie byłem pewny, czy od tego czasu nie zmienił mi się jego obraz, stąd też nie byłem pewny jak zareaguję, kiedy zobaczę krew u kogoś z moich bliskich czy też wampira, który mnie przemienił. Wciąż mnie skręcało na wspomnienie o mojej rozerwanej szyi, zapachu krwi, niemocy. Bałem się tego, ale też ciekawiło mnie, czy to on się tam pojawi. Chciałem się mu przyjrzeć, zobaczyć go uważnie z bliska. I czy to w ogóle będzie on...? Czy może jeszcze inna zmora? A może ta co zawsze? Chciałem się bardzo tego dowiedzieć, stając z nim twarzą w twarz. To przydatne, znać swój największy strach. Dodawało otuchy, przygotowywało na najgorsze... Ale tak bardzo nie miało być mi to dane. Nim jednak się zawiodłem, ciągnąłem Geraldine, co wcale nie było dla mnie proste, ale Geraldine nie mogła, więc zaoferował się James. Miał ubaw ze mnie, że nie poradzę sobie z boginkiem, czy raczej przyjął to jako poważne zlecenie...? Cóż, z pewnością miał ubaw, kiedy okazało się, że rzekomym boginem okazał się być bezdomny kociak uwięziony w szafie. Zamiast podejść do tematu z rozwagą, kobieta od zlecenia po prostu spanikowała. Wracałem zrezygnowany, zawiedziony i zawstydzony. Choć nieczęsto wychodziłem z mieszkania, to spieszyło mi się tam wrócić. Nie miałem głowy do zwiedzania pogrążonego we śnie miasta, bynajmniej w przeważającego większości pogrążonego we śnie, bo można było spotkać spacerujące osoby, jakieś odgłosy imprez... I jak się okazało, to nie był koniec przygód... Bo jedna z tych imprez postanowiła na upartego wciągnąć mnie do wspólnej zabawy. Ciągnęli mnie na salę, bo jak się okazało, było jakieś wesele. Mylili mnie z kimś. Zapraszali, zapraszali do wspólnej zabawy. Kiedyś bym skorzystał z zaproszenia. To co, że ich nie znałem? Impreza to impreza. Tylko że teraz... to nie wydawało się być rozważnym posunięciem. Pytanie więc, co na to James? Czy wepchnie mnie do środka? Czy sam wpakuje się pierwszy? Oni chcieli już nam polewać... RE: [05.08.1972] Należy się za talerzyk - Astaroth & James - James Yaxley - 28.07.2024 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/2bc5cd70beaa6b41df4c856b9e8de65d/tumblr_p3yu5odJOg1ucjqrdo1_250.pnj[/inny avek] James z chęcią zgodził się na towarzyszenie bratu w łowach. Co prawda był nieco zdystansowany do niego przez wampiryzm Asa, ale najlepszą lekcją było sprawdzenie samemu, jak bardzo jego "nowa natura" wpłynęła na niego samego. W sumie to teraz całkowicie zaczął poznawać go na nowo, ponieważ w momencie wyjazdu Jamesa ten miał jedynie 7 lat. Dziś był młodym mężczyzną, który całkowicie różnił się od tego chłopca, którego pamięta James. Nie chciał wtrącać się w zlecenie brata zbyt mocno, więc lekko trzymał się na uboczu, dając swemu rodakowi przewodzić łowami. Poniekąd chciał też sprawdzić go, jako łowcę, ale z drugiej strony była to też możliwość na - można by rzecz - nawiązanie nowej znajomości. W końcu po tak długiej przerwie od siebie byli praktycznie dla siebie obcymi. Celem było złapanie bogina. Wydawałoby się prostą sprawą, jednak James wyczuwał pewne wahania u swego brata. Być może nie oswoił się jeszcze ze swoją przypadłością i nie chciał skrzywdzić nikogo postronnego? Takie kwestie sprawiały, że i Yaxley musiał być nieco wyczulony na jego ruchy. Co prawda byli rodziną, jednak nigdy nie wiadomo co się stanie, gdy wampirzy instynkt przejmie górę. Można by pomyśleć, jakie zdziwienie było gdy okazało się, że ów boginem okazał się bezdomny kotek zamknięty w szafie. James co prawda okazywał powagę, ale widać było, że jej sztuczność wylewa się na prawo i lewo. Parę razy musiał zakrywać usta, by nie wybuchnąć śmiechem, co jego brat pewnie zauważył. Hej, każdemu się zdarza słabe zlecenie, tak? Wracając tak do domu nie zamienili ze sobą zbyt wielu słów. James czuł od brata mieszankę zawstydzenia i zdenerwowania, więc wolał zostawić go samego ze swoimi myślami. Możliwość wyciągania lekcji z najbardziej beznadziejnych przypadków mogła mu się przydać. Wtedy to nagle As został szarpnięty za ramię. Tuż za nim pociągnęli Jamesa. Odwróciwszy wzrok ujrzał jedynie imprezę. Urodziny? Zbyt hucznie. Pogrzeb? Zbyt radośnie. Odpowiedź była jedna. WESELE. Nie wiedział, czy pomylili go z kimś innym czy po prostu byli zbyt gościnni. Interesowało go tylko, jak długo będzie mógł pobalować. Uśmiech na jego twarzy rozjaśniłby nawet najciemniejsze miejsca. Chętnie wędrował za ciągnącymi go gośćmi. Ruszył tam pierwszy, zostawiając Asa lekko w tyle. - Don't Fuck This Up! - Rzucił szybko do niego z bananem na twarzy, powoli znikając między ludźmi. RE: [05.08.1972] Należy się za talerzyk - Astaroth & James - Astaroth Yaxley - 03.08.2024 Wyciąganie lekcji z najbardziej beznadziejnych przypadków... Oj, miałem co wyciągać i to z jak nieskazitelnie beznadziejnych przypadków. Wcześniej rozbawiony i rozchichotany, wiecznie łapiący gdzieś Błędnego Rycerza, teraz trwałem w pauzie, przerywanej jedynie na chwilę na takie beznadziejne przypadki. Dobrze i niedobrze. Przynajmniej żadne zmory nam nie groziły, a biedny kociak w końcu wydostał się z szafy. Był wystraszony, przerażony, a zrobił się jeszcze bardziej spanikowany, kiedy wyczuł wampira. No tak. Ulżyło mi, że James nie kwapił się do prowadzenia rozmów o dupie Maryni, bo najpewniej bym wybuchł. Bo jednej strony fajnie-dobrze, ale z drugiej naprawdę miałem nadzieję stanąć twarzą w twarz z istotą, która mnie przemieniła... A bynajmniej z jej odbiciem. Myślę, że to jego osoba najbardziej mi siedziała w głowie. Czułem, że wróci. Byłem pewien, że to zrobi. Tylko co będzie wtedy? Jakie będą jego plany? Co będzie ze mną i moimi bliskimi? I taki to był kontrast, taki szok w porównaniu z tym, co czuli zebrani tu czarodzieje. Pełni miłości, radości, upojenia. Atmosfera pełna tego, co kiedyś wypełniało moje serce. Młodości, lekkości, zabawy. Tylko że teraz tu nie pasowałem. Czemu mnie tam ciągnęli? Byłem smętny, blady, niebezpieczny. A jednak ciągnęli. James był taki szczęśliwy, taki zadowolony. Chciałem do niego krzyknąć, że nie wypada, że powinniśmy wrócić, ale nie miałem już siły przebicia. Zabawa biegła dalej, nie oglądając się na czyjekolwiek smutki, w tym moje. Rozbrzmiewał utwór, który doskonale znałem. Kochałem słuchać muzykę - czarodziejską, mugolską. Nie robiło mi różnicy, byle miała pełno energii, pełno miłości, uczuć. Może nawet smak wolności, której tak bardzo mi brakowało? Odnalazłem spojrzeniem Jamesa. Był już w kompletnie innym świecie, może nawet we własnym żywiole. Chyba mieliśmy to we krwi, tę tendencję do imprezowania i niepatrzenia się za siebie. Czy to przez polowania? Ciągłe ryzykowanie życiem? Zamknąłem na moment oczy, próbując zapomnieć czym się stałem. Nie było wampiryzmu, ciągłego pragnienia, uwagi. Otworzyłem oczy i był już kompletnie inny świat. Pełen zabawy. Może smak mocnego alkoholu wcale nie wykrzywiał mi twarzy i nie miał sprawić, że oddam się upojeniu, ale mogłem temu oddać emocje, drobnej beztrosce, słodkiemu zapomnieniu. Podskoczyłem kilka razy, niepewnie, po czym wyczułem rytm, przypomniałem sobie kroki, nogi same poniosły, tym samym dołączyłem do bawiącego się tłumu. Tyle że... czy to słodkie zapomnienie nie było drobnym przekłamaniem? Wciąż mój wzrok krążył z niepokojem, jakby zaraz miało się wydarzyć coś złego, coś, co mogłoby wyprowadzić mnie z równowagi. Ten sam wzrok wciąż i wciąż szukał Jamesa w tańczącym tłumie. Tak na wszelki wypadek, choć na ustach zagościł szeroki uśmiech. RE: [05.08.1972] Należy się za talerzyk - Astaroth & James - James Yaxley - 06.08.2024 [inny avek]https://64.media.tumblr.com/2bc5cd70beaa6b41df4c856b9e8de65d/tumblr_p3yu5odJOg1ucjqrdo1_250.pnj[/inny avek] Jak się tutaj znaleźli? Przypadkowo. I właśnie przypadki piszą jedne z najlepszych historii. Wesele. Jedno z najważniejszych wydarzeń w życiu każdego człowieka. Pełne radości, uśmiechów, żartów i dobrego humoru. Ciężko tutaj o kogokolwiek smutnego, skoro każdy tu zebrany skacze i tańczy w rytm muzyki. Czuł się w swoim żywiole, będąc razem z tłumem bawiąc się i śmiejąc. Przez moment zapomniał nawet, że był z nim jego brat. Tak bardzo pochłonęły go taniec i popijanie trunków. Odpocząwszy chwilę przy ścianie obserwował cały tłum. W pewnym momencie dostrzegł brata. Widać było, że ta sytuacja mogła być dla niego nieco przytłaczająca. Już nie chodziło nawet o samo wproszenie się na wesele. Bardziej chodziło o fakt, że prawdopodobnie był jedynym wampirem z całego tego zebrania. W końcu dostrzegł jego początkowe próby wyczucia rytmu. Lekko się zaśmiał na ten widok, jednak szybko przybrał poważniejszy wygląd widząc, że całe jego ciało dostosowuje się do muzyki. Pewnym krokiem ruszył w jego stronę. Wyłonił się zza jego pleców i mocno pieprznął w nie ręką, ukazując mu uśmiech. - I o to właśnie chodzi! - Szybko rzucił uśmiechnięty i ruszył dalej w stronę tłumu. Chwila odpoczynku pod ścianą i widok brata pobudziły w nim energię i znów swymi kocimi ruchami starał się zdobyć parkiet. Przez krótszy moment nawet zdołał znaleźć sobie partnerkę do tańca, jednak szybko się rozeszli po zmianie muzyki. Teraz nogi niosły go w stronę kółeczka stworzonego przez ludzi, bawiąc się ze wszystkimi. W międzyczasie łapał kieliszki i wlewał w siebie alkohol, potęgując jedynie swoją energię i chęci do zabawy. RE: [05.08.1972] Należy się za talerzyk - Astaroth & James - Astaroth Yaxley - 10.08.2024 W takich miejscach łatwo było o utratę poczucia czasu i zdrowego rozsądku. Drobne gesty, świadczące, że starszy brat był gdzieś w pobliżu, poczucie, że pomimo mojego czarnowidztwa nic złego się nie działo, a także ta niekończąca się radość i tańce, sprawiły, że zapomniałem. Zapomniałem, kim jestem. Czy też czym jestem. Mój dotyk nie sprawiał nikomu dyskomfortu, nikt nie odsuwał się z niepokojem, nie pobudzałem w nikim instynktu ucieczki. Zacząłem się czuć swobodnie. Może nawet za bardzo. Pomiędzy kolejnymi tańcami i dzikimi wygibasami krążyły wysokoprocentowe napitki. Na mnie nie robiły żadnego wrażenia, moja głowa pozostawała trzeźwa, ale z niekłamaną satysfakcją obserwowałem szum w głowie Jamesa. Śmiałem się z niego, z czułością. Wlewałem w nas kolejne kieliszki, razem z innymi, jak gdyby nigdy nic. Mnie upajała nie wódka, a beztroska. Stałem się anonimowym członkiem tej wesołej społeczności. Ich wielkim przyjacielem, nie zaś potworem. Rozmazane spojrzenia nie widziały mojej bladej twarzy ani sińców pod oczami. Stałem się zwierzchnikiem rodzinnych bolączek i złamanych serc. Alkohol rozwiązywał języki, więc słuchałem. Dłubałem coś na talerzu. Jedzenie było dla mnie bez smaku, ale zajmowało ręce i umysł, pozwalało odciągnąć spojrzenie od skrępowanej dziewczyny obok. – Będzie dobrze, laska. Będzie dobrze – pocieszałem ją. W pewnym momencie pomachałem do Jamesa znad stołu, pokazując mu talerz pełen gorącego jedzenia. Każdy kochał gorące żarcie po tańcach. Kiedyś, dawno temu, dziękowałbym Najwyższej Matce za takie dary. Teraz skinięciem głową mogłem obdarować nimi innych, tych żyjących. Polałem kieliszek dziewczynie, sobie również, i dla Jamesa, gdyż, znając Yaxleyów, zmaterializuje się tu szybciej, niż można się było spodziewać. – Wyobraź sobie, że partner ją wystawił w dniu ślubu... Dał kosza. Faceci to świnie – rzuciłem Jamesowi wyjaśnienie, nadając naszej nowej koleżance kontekst i podwaliny pod toast. – Pamela, spójrz na to tak: teraz masz miejsce na kogoś godniejszego – powiedziałem, wychylając mocny alkohol do dna. Brzdęk szkła o stół, kawałek tortu wciśnięty na jej talerz. Niech je. Zrobi jej się lepiej. – A ty jak się bawisz? – zapytałem Jamesa, choć odpowiedź była oczywista. Nie znałem tych ludzi, ale byli... w porządku. Magia, która trzymała tę noc w ryzach, była czysta, radosna, niewinna. Fajnie było przypomnieć sobie, że tacy czarodzieje jeszcze istnieli. Ale wtedy to się stało. Nie od razu. Zaczęło się od charakterystycznego zapachu. Nie jedzenia. Nie potu tańczących ciał. Nie perfum. Czegoś... głębszego. Słodkiego. Metalicznego. Ciepła krew. Uśmiech spełznął z mojej twarzy. Ktoś się skaleczył. Gdzieś. Nie wiem gdzie. Ale to wystarczyło. Ten pojedynczy zapach rozciągnął się na cały stół, potem całą salę. Słyszałem bicie serc. Ich rytm. Krążenie. Mrowienie w moich żyłach. Światło stało się za ostre. Głosy za głośne. Skóra Jamesa pulsowała mi tuż przy twarzy. Pamiętałem smak. Wargi mi drgnęły, do ust zaczęła napływać ślina. Nie. Nie teraz. Nie tutaj. Nie mogłem. Zerwałem się z miejsca, jakby mnie oparzono. Krzesło przechyliło się i upadło z hukiem. James coś mówił, ale nie słyszałem. Pamela też. Może pytali, czy wszystko w porządku? Może chcieli mnie zatrzymać? Nie mogłem zostać. Gdybym został… zrobiłbym coś okropnego. Coś, czego bym sobie nigdy nie wybaczył. Przepchnąłem się przez tłum. Na oślep. Dłońmi odpychałem obce ciała, które stawały mi na drodze. Wbiegłem na schody, potem w korytarz, a potem na zewnątrz. W noc. Tam dopiero złapałem oddech. Ręce mi drżały. Kły uwierały. Oparłem się o ścianę, dławiąc się powietrzem. Przegrałem. Znów. Uciekłem od ludzi, zanim zrobiłem coś strasznego, ale to nie była wygrana. To była ewakuacja. Stałem w cieniu budynku, oparty o chłodną, kamienną ścianę, jakby mogła mnie uratować przed samym sobą. Noc wydawała się spokojna, nawet sielska. Światła z sali wciąż migotały przez okna, śmiech i muzyka docierały z oddali, ale we mnie wszystko dudniło, huczało, rwało się na strzępy. Oddech był płytki. Dłonie, zaciśnięte na murze, drżały. Potrzebowałem więcej powietrza, więcej dystansu, więcej czasu. Potrzebowałem nie czuć. To był tylko moment. Jedna kropla. Jeden impuls, który przewrócił cały domek z kart. Nie mogłem tam wrócić. Jeszcze nie. Może nigdy. Drżałem. Przeszedłem kilka kroków przez żwir, mijając porzucone kieliszki i niedopałki. Ktoś zapalił świeczki w wiszących lampionach. Rozżarzone ogniki drżały na wietrze, jakby ze mną współodczuwały. Odgłosy wesela stawały się coraz bardziej odległe, zagłuszane przez szum krwi, która nadal szeptała do mnie jak kochanek, kusząca, ciepła, pulsująca życiem. Nie, to nie krew. To Bestia do mnie przemawiała. Miało to sens. Usiadłem na schodku prowadzącym do ogrodu. Po drugiej stronie trawnika kilkoro dzieci puszczało świetliki z różdżek – różowe i niebieskie ślady ciągnęły się po niebie jak świąteczne serpentyny. Czysta magia. Prawdziwe dzieciństwo. Uczucie, którego już nie miałem prawa doświadczyć. Ktoś z dorosłych wyszedł z sali – sylwetka Jamesa, oczywiście. Rozpoznał mnie mimo mroku. Przez chwilę myślałem, że podejdzie, ale się zawahał. I dobrze. Zatrzymał się przy drzwiach, zmartwiony. Może nawet chciał mnie zawołać po imieniu, ale musiał coś wyczytać z mojej twarzy. Zrezygnował. Wrócił. Nie mogłem go winić. W tym stanie mogłem być niebezpieczny. Nie tylko dla obcych. Dla niego też. Chciałem być częścią tego świata, przynajmniej na chwilę. Chciałem uwierzyć, że mogę jeszcze siedzieć przy stole, rozmawiać, śmiać się, nie obawiać się siebie. I wszystko szło dobrze. Naprawdę dobrze. Aż do momentu, w którym przypomniało mi się, czym jestem w środku. Wciąż miałem w ustach echo smaku – echo, bo nic nie piłem, niczego nie dotknąłem. Ale to wystarczało. Myśli plątały się i rwały, przywodziły wspomnienia, instynkty, obrazy. Pragnęły. Wiedziałem, że to minie. Jak zawsze. Tym razem to przetrwam. Przeczekam. Bez ofiar. Ale znowu coś zabrałem – tym razem sobie. Tę noc. Tę zabawę. Tę beztroskę, którą miałem na wyciągnięcie ręki, a która zgasła szybciej niż świeczka na wietrze. Gdzieś obok rozległ się śmiech, damski głos, a potem ciche „pssst!” – zakochana para wyszła na balkon, ukryta w ciemności, trzymając się za ręce. Szeptali coś do siebie, głowy złączone. Ich serca biły równo. Cicho. Słodko. Zacisnąłem zęby. I oczy. Wstałem. Jeszcze chwila i zostanę tu zbyt długo, pozwolę tej fali narosnąć. Musiałem coś z tym zrobić. Skierowałem się w stronę alejki prowadzącej na skraj ogrodu. Tam, za murkiem, zaczynał się park – ciemny, cichy, pusty. Mógłbym się zgubić w cieniu. Uciec z zasięgu zapachów, dźwięków, pokus. Zanim zniknąłem całkiem, obejrzałem się jeszcze przez ramię. Tam, w ciepłym blasku lamp i muzyki, świat się bawił. Świętował życie. Miłość. Rodzinę. Związek dwojga ludzi, którzy – jak się domyślałem – nie mieli pojęcia, że podali rękę umarłemu, zapraszając go do wspólnego stołu. Nie powinienem był tam być. Ale przez chwilę było pięknie wierzyć, że mogę. Koniec sesji
|