![]() |
|
[04.09.1959] N°2 In memoriam | Lorien & Umbriel - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [04.09.1959] N°2 In memoriam | Lorien & Umbriel (/showthread.php?tid=3738) |
[04.09.1959] N°2 In memoriam | Lorien & Umbriel - Lorien Mulciber - 11.08.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=6oXb6ug.png[/inny avek] Przyjęcia urodzinowe organizowane dla bliższych i dalszych członków rodziny Prewett zawsze łączyła jedna rzecz - przepych. Na kolejne godziny posiadłość w Keswick jaśniała od przepięknej magii, świateł i dźwięków, zapachów. Wyselekcjonowana lista gości pełna “odpowiednich, potencjalnych kawalerów i panienek”, pompatyczny blichtr wyglądający z każdego zakamarka. W oświetlającym świetle łatwo było się zatracić. Zagubić. Zapomnieć, że czystokrwista szlachta bliższa jest ludziom niż bogom, na których się kreowała. Takie imprezy nigdy nie były dla solenizantów, którzy szybko ginęli w cieniu ważnych dysput. I jeszcze ważniejszych układów zawieranych za zamkniętymi drzwiami. Lorien lubiła je porównywać do maskarady, na którą wszyscy zapomnieli masek, a jednak nikt nie odważył się przyznać, że widzi cały ten fałsz. Sztuczne uśmiechy na wyszminkowanych ustach arlekinów, duszący odór ich perfum i nużące konwersacje o niczym - tak wyglądał jej Wielki Dzień. Najgorszy w całym roku Panienka Lorien Crouch, po kądzieli Prewett. Nasza mała Lorienka! Kto by pomyślał, że… tu zwykle słodkie komentarze cichły, bo nikt nie miał odwagi powiedzieć na głos tego co wszyscy myśleli, a ona pozwalała sobie na lekkie wzruszenie ramionami. “że dożyje” wydawało się brzmieć co najmniej niegrzecznie, rzucone w twarz drobnej dziewczynie. A jednak życzenia w stylu “obyśmy się spotkali w przyszłym roku w równie szacownym gronie” brzmiały jeszcze gorzej. Na krótko przed północą główna zainteresowana zniknęła z głównej sali. Muzyka i tak przestała na razie grać, ktoś kto do tej pory okupował fortepian zniknął, zapewne porwany przez gości. Zdążyła mu się przyjrzeć przez parę chwil, choć słodkich tonów uciekających mężczyźnie spod palców słuchała w cichym zachwycie przez cały wieczór. Grał dla niej, choć nie miał tego żadnej świadomości, bo nikt nie raczył małej ptaszyny z grajkiem sobie przedstawić. Ludzie połączyli się w małe grupki, rozprawiając o wszystkim tym o czym możnowładcy magicznego świata rozprawiać uwielbiali. O polityce. Pieniądzach. Drogich miotłach i szybkich kobietach. A może to szło jakoś inaczej. Nie traciła czasu na takie bzdurne rozważania. Uwierał ją gorset, a w głowie szumiało od kiepskiego, rozcieńczonego ponczu. Jutro, gdy ją odnajdą - dziwaczny twór natury - owiną jej małe, ptasie ciało w bogate, czarne atłasy i zaniosą do rodzinnego mauzoleum. Ale dzisiaj jeszcze żyła. W powietrzu unosił się słodki zapach wrześniowego wieczoru, księżyc tkwił zawieszony nad malowniczymi polami Keswick jak scenografia dziwacznego przedstawienia, a gwiazd zdawało się być niemal dwukrotnie więcej niż zazwyczaj. Gdyby miała w dłoniach kieliszek uniósłby się w geście niemego toastu. “Alla vita!” zakrzyknęłaby płaczliwie, wpatrując się martwo w przestań. Ale kwestia nieubłaganie rozsypującego się piasku w klepsydrze mogła zaczekać. Wpijające się w ciało fiszbiny wydawały się teraz bardziej naglącym problemem. Solenizantka stanęła pod drzwiami z tabliczką, na której ktoś na czas przyjęcia przyczepił tabliczkę “wstęp tylko dla artystów”. Wsparła dłonie na biodrach, auć, kolejna fiszbina, debatując sama ze sobą czy zakaz w ogóle jej dotyczy. W gruncie rzeczy, przecież była pewnego rodzaju artystką. Nawet jeśli świat jeszcze nie odkrył jakiego konkretnie… Kolejne ukłucie pod żebra pomogło jej podjąć decyzję. Wślizgnęła się do środka licząc, że pomieszczenie będzie puste. A jednak nawet nie sprawdziła tego jakoś szczególnie uważnie, starając się natychmiast sięgnąć do zbyt ciasno związanych wstążek gorsetu na plecach i uskuteczniając przedziwne figury akrobatyczne rozplątać solidne węzełki. RE: [04.09.1959] N°2 In memoriam | Lorien & Umbriel - Umbriel Degenhardt - 17.08.2024 Wszelkie zebrania magicznej, brytyjskiej socjety, kojarzyły się Degenhardtowi z niewygodnymi ubraniami, w których ciężko jest grać na fortepianie utwory wymagającego od niego jakiegokolwiek zaangażowania emocjonalnego. Po jakimś czasie mieszkania w Wielkiej Brytanii zrozumiał, że tak było lepiej dla właściwie wszystkich zainteresowanych - tajemniczy Szwed grający muzykę w sali balowej miał dwie funkcje - umilanie leniwych tańców mających przypominać o odległych czasach, kiedy faktycznie parkiet zajmowało więcej niż pięć tańczących par, a także powiedzenie jako ciekawostki - „na urodzinach mojej córki grał ten Szwed...”, to był jakiś taki drobny zaczątek rozmowy, rozpoczęcie small-talku tak obcego zimnym stronom, z jakich pochodził. Nazwisko Degenhardt brzmiało obco, bardziej egzotycznie niż panna Avery, chociaż panny Avery również chętnie zapraszano na takie przyjęcia i przygrywał ich wokalnym popisom, nikt by się ich przecież z sal balowych nie pozbył w tak coraz mocniej rasistowskim społeczeństwie. Z Wielką Brytanią powoli działo się to, co wcześniej stało się w nordyckich stronach Europy - jako wychowanek Durmstrangu rozumiał to aż za dobrze i tak szczerze... niekoniecznie go to obchodziło. Gdzieś pomiędzy obojętnością dla losu słabszych i gorzej urodzonych, dostrzegał w tym własny interes, chociaż nie dało się ukryć jego delikatnych obaw, że ta nienawiść może kiedyś urosnąć do rozmiarów, w których przez obce pochodzenie nie pomoże mu nawet czystokrwiste nazwisko. Przywykł do Londynu, do tych ulic, do zgiełku brudnego miasta, w którym zaczął już wylewać fundamenty swojej pozycji w społeczeństwie. „Na urodzinach mojej córki grał ten Szwed...”, „ah wiem, o którym mówisz, słyszałem o nim ostatnio” - stał się już plotką, zaczepką umożliwiającą wejście w rozmowę. Za moment może stać się kimś więcej. Budowanie tego od zera, zaczynanie znów od szkół, przygrywek z ludźmi, których zwyczajnie nie lubił - chyba się już starzał, ale nie było mu to w smak. W smak za to zaczęły być mu drogie alkohole. Nie były czymś, czego mógł w swoim zawodzie nadużywać (pijaka nikt nie zatrudni - nie miał tu żadnych wątpliwości i wiernie unikał wszelkich skandali z tym związanych), ale stanowiły jakiś punkt zawieszenia przy zastawionych stołach - na każdym swoim występie wypijał więc jedną, wybraną lampkę trunku, który później oceniał w maleńkim zeszycie noszonym we wsiąkiewce. Normalni ludzie notowaliby pewnie daty koncertów i spotkań towarzyskich, on notował trunki i właściwie to głównie po nich te spotkania pamiętał. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby ktoś się do tych zapisków dorwał, prawdopodobnie wziąłby to za zeznania naprawdę dziwnego alkoholika, jemu jednak upijanie się nie było bliskie. Więc co? Samotność? To chyba te krzywe uśmiechy Brytyjczyków, kompletnie nieszczere i często niepasujące do sytuacji, czyniły go czasami takim odludkiem, co się wolał zaszyć z nielegalnym kieliszkiem szampana w zaciszu garderoby i zapisać kilka niewiele znaczących zdań na pożółkłych kartkach. Jak mu się skończą ciekawe wina? Czy powinien wtedy zwrócić uwagę na sery? Westchnąwszy, zamknął zeszycik w akompaniamencie szelestu kartek i schował go tam, gdzie było jego miejsce, jednocześnie podnosząc wzrok na wchodzącą do środka osobę. Pierwszą jego reakcją było schowanie kieliszka poza zasięg cudzych oczu, dopiero późnej poruszył się wyraźnie, nienachalnie informując o swojej obecności. - Dobry wieczór - powiedział od razu, z nadzieją, że dziewczyna się go nie wystraszy, bo jej tu nie widział wcześniej, a dopiero po zmrużeniu oczu dotarło do niego z kim właściwie miał do czynienia. - Ah panna solenizantka? - Oczywiście dziwnym było widzieć ją tu samą, odrobinę zmieszany ściągnął ku sobie brwi i zmierzył ją spojrzeniem. - Nie mieliśmy przyjemności... - Trochę niezdarnie się podniósł, nieszczególnie dobrze oceniając sytuację, w jakiej się znalazł. Najwyraźniej chciał się z nią przywitać, ale instynkt kazał mu jednocześnie poprawić pomarszczoną od siedzenia marynarkę i zgubił się w tym zupełnie. Nie był człowiekiem z tutejszych wyższych sfer - urodzili i wychowali go czarnoksiężnicy, nie bogacze, a dzisiaj nie opływał już żadną, nawet najmniejszą kwotą z kieszeni ojca, który twierdził, że zapędy jego syna były pełne niewłaściwych emocji. Może gdyby grał bardziej upiorne nuty niż zamówione przez Prewettów melodie do nużącego kołysania się i wymuszonych rozmów... W każdym razie, kiedy Lorien najwyraźniej starała się walczyć z upierdliwymi elementami swojego stroju, on się jej nieco niezręcznie ukłonił. Wyglądał trochę, jakby go na czymś nakryła - a przecież to była jego przerwa. RE: [04.09.1959] N°2 In memoriam | Lorien & Umbriel - Lorien Mulciber - 18.08.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=6oXb6ug.png[/inny avek] - Accidenti, lei ha legato quei dannati lacci così stretti che morirò in questo corsetto!- Mamrotała gniewnie sama do siebie Lorien, błogo nieświadoma sytuacji w jakiej miała się za moment znaleźć. Wojna z jedwabnymi wstążkami i koronkami pochłonęła dziewczynę na tyle, że z tego pełnego skupienia wyrwało ją dopiero “dobry wieczór.” Wypowiedziane kompletnie nieznanym jej męskim głosem. Na ułamek sekundy zwyczajnie w świecie zamarła. Nie była tu sama. Odwróciła się wyjątkowo powoli w stronę źródła owego “dobrego wieczoru”, nadal licząc, że się przesłyszała, albo co najwyżej przyszło jej napatoczyć się na jednego z kilku duchów zamieszkujących posiadłość. O błoga naiwności. Pisnęła, bardziej zaskoczona niż przestraszona, natychmiast pokarana przez los za swoje niedbalstwo. Może gdyby wiedziała wcześniej, że w pokoju dla artystów może owych artystów zastać, zastanowiłaby się moment dłużej nad swoimi decyzjami. Dźwięk, który wyrwał się z jej gardła przypomniał coś z pogranicza ptasiego trelu i świergotu - nic co potrafiły zrodzić ludzkie struny głosowe. Lorien utknęła w wyjątkowo pokracznej pozycji, z palcami jednej ręki kompletnie zaplątanymi w sznurki swojego kwiecistego gorsetu. W najgorszym możliwym momencie udało jej się przy tym rozplątać supeł, więc uciążliwa część ubioru wisiała luźno na jej kościstych ramionach. - Dobry wieczór!- Na twarzy dziewczyny pojawił się jeden z tych niepewnych uśmiechów. Trochę jakby cisnęło jej się na usta “ale nie powiesz mojej matce?”. Pytanie, które jednak zdołała przełknąć. Czy to kwestia drobnej postury czy przesadnie dziewczęcej sukienki - panna Crouch wpatrująca się w niego z pewną dozą zmieszania i ciekawości skrytych w nienaturalnie wręcz niebieskich oczach, nie wyglądała na swój wiek. Bliżej jej było do uczennicy próbującej wszystkich przekonać o tym jak bardzo jest dorosła w pożyczonych od mateczki obcasach, podczas gdy sama nie odrosła jeszcze od ziemi. Lekkim skinieniem głowy odpowiedziała na pytanie. Oto ona. Jedyna i nie do podrobienia gwiazda wieczoru. Solenizantka. Radość i rozkosz rodziny Crouch we własnej osobie. Gdy tylko czarodziej podniósł się z krzesła, odruchowo zrobiła krok w jego stronę. Równie niezdarnie, wciąż częściowo uziemiona przez swoją własną garderobę. Trzeba przyznać, że Lorien chciała dobrze. Równocześnie próbowała ratować rozlatującą się sukienkę, dygnąć z wyuczoną, tak okrutnie typową dla czystokrwistych, żałosnych panienek kurtuazją i nie zaplątać się w falbanach uciążliwej spódnicy; podać wolną dłoń do ucałowania zgodnie z brytyjskimi obyczajami. Za dużo tego wszystkiego jak na jedną ptasią głowę, bo absolutnie żadna z wymienionych przed chwilą rzeczy jej nie wychodziła za dobrze. Do tego stopnia, że wolną ręką musiała złapać umykającą na podłogę sukienkę, po tym jak niezdarnie przydeptała jedną z tiulowych warstw spódnicy. - Pan… Da… Degente…- Uniosła lekko do góry rękę, w której tak dziarsko trzymała naręcze materiału w geście mającym dać do zrozumienia, że zaraz, moment, ona sobie naprawdę doskonale poradzi. Ruch sprawił, że jedno z ramiączek gorsetu niebezpiecznie się zsunęło z jej ramienia. Cała kreacja zdawała się aktualnie trzymać na głęboką wiarę pani Matki Prewett, w to, że jej córka przejmie się choć w najmniejszym stopniu nieprzyzwoitością całej sytuacji w jakiej się aktualnie znalazła. Przez krótką chwilę Umbriel mógł obserwować jak Lorien dość nieporadnie literuje szeptem pod nosem jego nazwisko, a następnie, przygryzając dolną wargę stara się poskładać to w całość. A jednak - nieprzyzwyczajona do twardych, skandynawskich głosek i w dodatku nieszczęśliwie kalecząca nawet rodzimą angielszczyznę swoim włoskim, matczynym akcentem, dziewczyna ewidentnie miała z tym wszystkim spory problem. Nie można jej było jednak odmówić wyraźnego zacięcia. Zmarszczyła brwi, ostatecznie uznając, że rozwikłała tą językową enigmę i poczęstowała swojego towarzysza chyba najgorszą wymową jaką słyszał w życiu.- Signore Briello Dagienhardtio! Czy jakikolwiek dźwięk zgadzał się z jego imieniem i nazwiskiem, którego (całkiem szczerze i uczciwie) próbowała się jeszcze tego ranka nauczyć? Prawdopodobnie nie. Lorien zdawała się jednak nie zwracać uwagi na takie błahostki.- Naprawdę cieszę się… - Ręka za plecami zaczęła jej lekko drętwieć, więc szarpnęła za sznurki, próbując się uwolnić. Bezskutecznie.- że znalazł pan czas…- kolejne szarpnięcie. Jeszcze bardziej żałosne.-... żeby do nas przyjechać.- Znów to samo. Tym razem jednak oboje mogli usłyszeć trzask materiału. Coś musiało się rozerwać. W ostatniej chwili Lorien przełknęła przekleństwo, uznając, że pan Umbriel nie zasługuje na to, aby tak szybko odkryć, że ją to jednak wychowała ulica, a nie starannie wyselekcjonowane guwernantki. Przerwała na moment szamotaninę.- Nie chciałam przeszkadzać, po prostu oni - w tym miejscu nastąpiło dość dramatyczne skinięcie głową w stronę drzwi.- są czasem…- zamilkła, ale przekaz był jasny. Okropnie nudni. Pompatyczni. Wolałabym iść na randkę z Dementorem niż spędzić tam kolejny kwadrans słuchając zdziadziałych bogaczy bez polotu. - ... nieszczególnie absorbujący. RE: [04.09.1959] N°2 In memoriam | Lorien & Umbriel - Umbriel Degenhardt - 20.08.2024 Nie rozumiał ani słowa. Czasami zdarzało się, aby ktoś mówił tak dziwnym akcentem (wciąż brytyjskim), że nie szło go zrozumieć nawet przy maksymalnym skupieniu. Tutaj - cholera wiedziała, po jakiemu ona do siebie mamrotała. Pewnie jakiś język z południa, ale gdyby Degenhardt miał strzelać, to strzeliłby sobie między oczy i zrezygnował z zagadki. Widząc, jak dziewczyna zamiera w bezruchu, Szwed głośno odetchnął, unosząc ręce w górze w akcie bezbronności. Lubił doprowadzać dziewczyny do stanu, w którym zaczynały piszczeć na jego widok, ale na pewno nie miało to być piszczenie tonem, jakim obdarowała go teraz Lorien. - Nie chciałem nikogo wystraszyć, ale też nieelegancko byłoby czaić się w ciemności i przyglądać... - powiedział od razu, co w jego odczuciu wyjaśniało też dobrze jego zachowanie i pozycję, w jakiej się znajdował - niewiele tu przecież było lepszych opcji niż niezręczne powitanie. Dziwaczka. Poznał takich wiele, szczególnie jako absolwent Durmstrangu. Należał też do osób oceniających książki po okładce, więc i pannę Crouch od razu wrzucił do jednego worka z masą swoich koleżanek z różnych stron. Dobre panny z dobrych domów, wychowywane w taki sposób, żeby im się podobała wizja bycia wciśniętą w ładne ubrania i bycia zaprezentowaną na przyjęciu jak coś na sprzedaż. Jak coś, co syn wysoko postawionego urzędnika mógł posiąść, jeżeli ich ojcowie się dogadają. Takie dziewczyny wchodziły na pewnym etapie w okres buntu, kiedy im się absolutnie nic wokół nie podobało i w tym całym buncie szukały sobie alternatyw. Wszystkie, jedna za drugą, poszukiwały sobie partnera, co by je obdarzył prawdziwą miłością i chciały poczuć jak... Ah, jak artystki, jak te piękne, odważne, silne i niezależne kobiety, które w ich oczach posiadały w garści wszystko i jeszcze więcej. A potem się okazywało, że podrywani przez nie artyści nie byli spełnieniem ich marzeń o pełnej luksusu codzienności, że te wszystkie artystki ledwo utrzymywały koniec z końcem, że branie trucizn odurzających było w książkach i sztuce bardzo romantyzowane, że tatuś miał rację i urodzenie trójki dzieci, było bardzo niską ceną za wszystko, na co mogły sobie pozwolić w zamian. Musiały do tego dojrzeć. Musiały się zbuntować i zrobić te wszystkie rzeczy robione przez zbuntowane panienki uważające się za zupełnie inne od swoich rówieśniczek. Z tą pozytywną myślą, Degenhardt ucałował jej dłoń, a później niezręcznie uśmiechnął się, widząc niepotrzebną szamotaninę z garderobą. Mógłby jej zaoferować swoją pomoc, albo się odwrócić, oczywiście. Zachował jednak na tyle dużą trzeźwość umysłu, aby pierwszą rzeczą, o jakiej pomyślał była ochrona własnych czterech liter przed zostaniem wyniesionym z tego przyjęcia za fraki przez jakiegoś byczastego ochroniarza, więc nim cokolwiek jeszcze się tu stało i ktokolwiek nowy miał stać się świadkiem tejże sceny, Umbriel powiedział krótkie: - Oszczędzę pannie kolejnego obserwatora tych zmagań. Następnie podszedł do drzwi i zamknął je na zasuwę. Rzecz logiczna do uczynienia, kiedy ktoś się w środku przebierał. - Gwarantuję, że goście panny przyjęcia staliby się bardzo absorbujący, gdyby tylko odważyła się ściągnąć tenże gorset na środku sali balowej. Nie zamierzam jednak gdybać na to, czy rodzice i dziadkowie panny by to przeżyli. - Wskazał ręką na lustro, przy którym zapalił światło, żeby dziewczyna lepiej widziała, co robi z tym ubraniem, a następnie udał się na bok pomieszczenia, gdzie wlepił twarz w ścianę, zaplótł dłonie na wysokości klatki piersiowej i podrygując nogą do rymu cholera wie czego, oczekiwał jakiegoś znaku, że Lorien czuła się już komfortowo. - Na pewno dałoby się o tym napisać bardzo skoczną melodię. Taką na bis. Minęło kilka długich sekund. - Dopiero teraz do mnie dotarło, że mogłem stąd wyjść. I jeszcze kilka sekund. - Cóż, może odwrócę panny uwagę spostrzeżeniem, że mamy bardzo podobne kolory oczu. RE: [04.09.1959] N°2 In memoriam | Lorien & Umbriel - Lorien Mulciber - 24.08.2024 [inny avek]https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=6oXb6ug.png[/inny avek] Ucałowana w dłoń, posłała muzykowi jeden z tych grzecznych, niemal książkowych uśmiechów. Jakby nie tkwiła w absurdalnej sytuacji jak jakaś żałosna dama w opałach. Jęknęła w duszy na samą myśl, że na pewno gdzieś już istniało tanie, aczkolwiek bardzo poczytne romansidło dla podstarzałych kur domowych z identycznym motywem. Bogata, choć zbuntowana panienka umyka w środku nocy z przyjęcia, znużona i osamotniona, po czym w pustym pomieszczeniu natrafia na tajemniczego pianistę z dalekich krajów. I gdy nadejdzie poranek przyjdzie im się pożegnać raz na zawsze, tonąc w tęsknocie i smutku. Ugh. Tylko dlaczego tym wszystkim bohaterkom nigdy nie cierpła ręka, nie potykały się (jak już to uroczo, niczym nieporadne ptaszyny, wpadając wprost w objęcia wybranków) o własne spódnice, nie nabawiały się odparzeń od niewygodnych butów i nie działał im kompletnie instynkt samozachowawczy, gdy drzwi zostawały za nimi zamknięte na zasuwę. Pewnie gdyby nie typowy dla romansów plot armor, śmiertelność głównych bohaterek byłaby zatrważająco wysoka. Lorien lubowała się w słuchaniu opowieści. W smakowaniu emocji ukrytych w słowach i fałszywych zapewnieniach mniej lub bardziej roztropnych koleżanek. Było w tym przeświadczeniu o własnej wyjątkowości coś równocześnie żałosnego i uroczego. Nie jestem taka jak inne baby, duh. Wolę nosić męskie szaty, grać w Qudditch’a, pluć na odległość i piszczeć, że jak mnie wcisną w obcasy to się zaraz połamię! Spędzam tyle czasu z chłopakami, że czasem zapominam, że nie powinnam zbyt długo spoglądać na złociste loki Anne Slughorn. Nie jestem taka jak inne moje rówieśniczki. Nie interesują mnie chłopcy. Jestem skupiona na poważnych rzeczach jak nauka. W przyszłości pragnę zostać badaczem kultury i obyczajów małego plemienia goblinów na północnowschodniej, pacyficznej wyspie Punta Puntotiallalea i udaję, że nie płaczę w poduszkę, gdy moje koleżanki z dormitorium opowiadają sobie o randkach w Miodowym Królestwie. Nie jestem taka jak inne panienki. Marzę o podróżach, o sławie, o wielkim świecie. Wyjdę za mąż za jakiegoś starego, bogatego dziada z tytułem i po prostu poczekam, aż umrze. Potem zamieszkam w willi na Lazurowym Wybrzeżu, albo jeszcze lepiej – pojadę robić karierę aktorki w magikinie do Stanów Zjednoczonych! Każda jedna i tak kończyła w puli dziczy na sprzedaż – na każdą przychodził czas. Wtedy przychodził czas na wielkie, pełne przepychu licytacje. Która nie grzeszy urodą, ale ma pokaźne wiano; którą wychowano by była w pełni posłuszna woli męża jak pacynka na sznurku; która jest równie piękna co głupia; której w gwiazdach przeczytano, że urodzi samych synów; Potem szybki ślub, by wkrótce umierać z nudy na przyjęciach charytatywnych i modić się w duchu, by to nie twój syn wsadził swoją śliczną i jakże pustą główkę do ponczu, stając się obiektem pełnych politowania uśmieszków starych ciotek. Żeby to jednak męża tej idiotki Avery (na każdym przyjęciu była taka stereotypowa “panna Avery”, której w dzieciństwie ktoś przeprowadził lobotomię pluszowym dłutem, bo człowiek nie mógłby być tak głupi i pusty, prawda?) znaleziono nieprzytomnego w objęciach służki. Lorien przełknęła nerwowo ślinę, jakoś tak nieco bardziej nerwowo próbując się wyswobodzić. Równocześnie odliczała w myślach do dziesięciu. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Jesteś oazą spokoju. Nie jestem. Jesteś. Okej. Kontroluj się. Bo jak się dzisiaj przemienisz, ojciec cię prześwięci. Postanowiła więc, całkiem sensownie, skupić się na swoim towarzyszu. Kontrolnie zerkała, uważnie nasłuchiwała. - Huh.- Odpowiedziała tylko. Mało precyzyjna była to odpowiedź, bo ciężko stwierdzić czy chodziło jej o wpędzenie do grobu rodziców czy może zszokowanie „swoich” gości czy może była to zwyczajna reakcja na to, że mężczyzna odszedł na bok i aktualnie przeprowadzał inspekcję wyjątkowo tandetnej tapety. To było… miłe, że w ogóle raczył o tym pomyśleć. Mając minimalnie więcej prywatności, zdołała się nareszcie pokracznie wydostać z plątaniny sznurków. – Myślę, że gdyby to dobrze skoordynować i zdjąć gorset przez odpowiednim kawalerem, to można by równocześnie odprawić wesele, pogrzeb i egzorcyzmy, bo matka to by mnie zza grobu prześwięciła. Wyobrażam to sobie, ten utwór jako czysty gwałt na sztuce. Albo jej nowy nurt. Kubizm wśród marszy pogrzebowo-weselnych.- Westchnęła głęboko, nie bez dalszych problemów wydostając się z gorsetu. Najbardziej ucierpiały na tym jej włosy, gdy zahaczyła o kilka spinek, uwalniając spod rygorystycznej fryzury kilka pojedynczych loków. I duma. Ta była w rozsypce na podłodze. Poprawiła resztę ubioru zanim rzeczywiście spojrzała w swoje odbicie w lustrze, a odbicie – jak to zwykle miało w zwyczaju – spojrzało na nią. Wyjątkowo zresztą krytycznie. Stała jak nieporadna ptaszyna w tej swojej wetkniętej w spódnicę jasnej, satynowej halce na cieniutkich ramiączkach. Bardziej jak strach na wróble niż dziedziczka Crouchów. Mogłaby przysiąc, że źle związany gorset pozostawił na jej żebrach siniaki, ale nie planowała w tym momencie się przesadnie oglądać i zamartwiać. To by wymagało poważniejszej gimnastyki. - Dopiero teraz do mnie dotarło, że mogłem stąd wyjść. - No cóż…- Zaczęła, ale żaden sensowny argument nie przyszedł jej do głowy. Przygryzła wnętrze policzka, dusząc wszystkie cisnące się na usta komentarze. A przy okazji to mało wyjściowe parsknięcie śmiechem.- Najlepsze pomysły to z reguły te spóźnione. Może się Pan już obrócić. Bez obaw, wyglądam całkiem… przyzwoicie?- Znak zapytania na końcu był wyraźnie słyszalny w jej głosie. Ciężko powiedzieć, gdzie leżała granica, bo w skali od „kompletnie naga, taka jak ją Bogini Matka stworzyła” po „opancerzona w szaty jak mugolska zakonnica” Lorien aktualnie balansowała gdzieś po środku. Zwłaszcza, że zdjęty gorset leżał porzucony obok krzesła nieopodal. Musiała znienawidzoną częścią garderoby rzucić w między czasie i oczywiście nie trafić. To też się bohaterkom romansów nie zdarzało. Przynajmniej halka nie była przeźroczysta, a spódnica trzymała się dzielnie. Dziewczyna nie odwróciła się jeszcze od lustra, próbując ocenić szkody. Przygładzić choć trochę włosy. Światło lampki dosięgało też jej oczu. Ludzie lubili się nad nimi rozpływać. Nad ich chłodną, wręcz nienaturalną barwą. Zupełnie jakby nic innego w przyrodzie nie było aż tak niebieskie. Kompletna bzdura. Oczywiście, że musiał zwrócić akurat na to uwagę. Jak każdy. – Przemknęło jej przez myśl. Gdyby nie te cholerne oczy można by nawet odnieść wrażenie, że jest normalna. Nie miała przyklejonej do czoła tabliczki z napisem „ofiara śmiertelnej klątwy – należy zachować ostrożność”. Może mogłaby nawet udawać, że… Nie. Co za głupi pomysł. - Doprawdy? Wybaczy Pan nie miałam okazji się dokładnie przyjrzeć, ale wydawało mi się, że nie ma Pan zielonych oczu…- Stwierdziła zaczepnie. edit: Ale na dalsze zaczepki już nie było więcej czasu, bo chyba nawet miała coś dodać, gdy jak na zawołanie, z korytarza usłyszała całkiem donośne: - Loricina! Jesteś tu? Twarz dziewczęcia pojaśniała słysząc znajomy głos. No cóż, dziwaczne randez-vous z muzykiem, musiało zaczekać na inną, może lepszą okoliczność. - Pan wybaczy, signore Dagienhardtio! Obowiązki i goście wzywają. Powinien pan spróbować tortu. Słyszałam, że w lukrze można się wręcz zakochać do obsesji.- Powiedziała jeszcze miękko, zawieszając głos na tyle, by mógł sobie kontekst dopowiedzieć sam. Wyglądał na zdolnego chłopca, Przestała walczyć z włosami, po prostu wyciągając wszystkie spinki i spineczki z fryzury, pozwalając lokom opaść na wątłe ramiona. Rzuciła niepotrzebne wsuwki na blat toaletki. Zostawiła na miejscu też swój gorset. Nie był jej potrzebny, a do założenia nowej sukienki na pewno znajdzie się ktoś chętny. Na to nie narzekała. - Udanej zabawy, signiore Briello. Taka noc w Keswick nie zdarza się codziennie. Nie czekając na dalszą odpowiedź, wyszła z pomieszczenia. Koniec sesji
|