![]() |
|
[12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19) +--- Wątek: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles (/showthread.php?tid=3739) Strony:
1
2
|
[12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Rodolphus Lestrange - 11.08.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Rodolphus Lestrange - osiągnięcie Badacz Tajemnic I 12 sierpnia 1972
wieczór Muzyka Sierpień od lat był miesiącem, który mieszał ze sobą lato i jesień. Gdzieś w sierpniu zacierała się granica między ciepłem a zimnem. Promienie słońca, które zwykle zwiastowały ochłodzenie, tym razem przyniosły dreszcze. Czyżby to były pierwsze powiewy jesieni? Być może - kobiety zaczynały się skrywać pod płaszczami, a kuse letnie sukienki zostały zastąpione spodniami. Nic więc dziwnego, że ludzie powoli przechodzili do zamkniętych kawiarni. Kawiarni - czy pubów? Miejsce, w którym oboje się znaleźli, było klubokawiarnią. O ironio - ni to klubem, ni to kawiarnią. Miejscem, gdzie łączą się dwa światy. Jedna osoba na kogoś czekała, pewnie z wytęsknieniem (a przynajmniej tak to wyglądało), podczas gdy druga... po prostu przyszła. Czy to była próba zabicia popularności, którą nie tak dawno temu przysporzył mu Prorok i Czarownica? Czy może wręcz przeciwnie - chęć świętowania? Niezależnie od odpowiedzi - Rodolphus, który czekał na kogoś, wypatrzył młodego Mulcibera. Wiedział doskonale, że to on. Widział jego podobiznę, kojarzył nazwisko (bardziej, niż by chciał). Widział zdjęcia. Jego "randka" się nie pojawiała. Czyżby to była próba upokorzenia młodego Lestrange'a za to, co ostatnio się stało? Być może. Ale czyż Rodolphus nie starałby się jakoś zapobiec plotkom? Jeszcze bardziej. Pił herbatę. Naprzeciwko siebie miał kieliszek czerwonego wina. Przez chwilę zastanawiał się, czy to, co chciał zrobić, było słuszne, ale zrezygnował z pierwotnego zamiaru. Podszedł do baru, odprowadzany dudniącą acz dziwnie cichą muzyką, i kiwną na kelnera. - Dwa shoty ognistej- nic więcej, nic mniej. Jednocześnie jego wzrok uparcie szukał wzroku Charlesa - osoby, którą rozpoznał, którą kojarzył i - o zgrozo - powinien nienawidzić. - Jeden dla znajomego. - Na nasz koszt, panie Lestrange - to nie tak, że Rodolphus często korzystał z tego przywileju. W sumie to nie korzystał nigdy. Więc gdy przestali stawiać mu herbatę za darmo, to barmanowi zaświeciły się oczy. Chciwie. - Charles, prawda? - zagadnął, przesuwając kieliszek w stronę mężczyzny. Wiedział, że to on, ale tak było najłatwiej zacząć konwersację. RE: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Charles Mulciber - 12.08.2024 Sierpień zaczął się gwałtownie, później tylko przybrał na intensywności, ale w końcu wydawał się uspokajać. Przykazania ojca były jasne: niech nie wie nikt, nie zdradzaj nic... Bez uczuć - Charlie tak miał żyć. Lecz świat już wiedział. Wydawało mu się, że przechodnie wodzą za nim oczami, że pojawiają się uśmiechy, kątem oka wyłapał parę zwróconych w jego stronę palców, które równie dobrze mogły wskazywać zupełnie co innego. I chociaż miał świadomość, że rodzi się w nim paranoja i tak naprawdę nikt nie zwracał na niego większej uwagi, nie mógł pozbyć się wrażenia przesadnej, niechcianej popularności. Rozum podpowiadał zamknięcie się w samotności i przeczekanie największej burzy, a mimo to, Charles postanowił na przekór swoim przekonaniom przemóc się i wyjść do ludzi. Pobliski lokal był pierwszym i jedynym wyborem, gdy nie znał żadnego porządnego magicznego pubu, a i nie był w nastroju na szukanie nowego miejsca. Zresztą, miał tylko napić się jednego, może dwóch piw i wrócić do domu. Nie sądził, by tego dnia znalazł towarzystwo, nie zwracał większej uwagi na innych gości lokalu. Daleki był od szukania kobiet wartych zagadnięcia, gdy ojciec jasno dał mu do zrozumienia, że miłostki powinien zostawić do czasu, aż się ustatkuje. Zatrudnienie wciąż było niewiadomą, samodzielne życie zaś pracą w toku. Zatopiony w myślach nie spostrzegł nawet, jak nieznajomy zaszedł do baru, dopiero pojawiający się w zasięgu wzroku kieliszek nieco go otrzeźwił. - Hm? - Podniósł wzrok na Lestrange'a, obracając się nieco na siedzeniu. Nie znał tej twarzy, nie przyglądał się jej jednak długo. - Tak, Charles. W czym mogę pomóc? - Zapytał niewinnie i poprosił w duchu wszystkich przodków, by znów nie chodziło o falliczne świeczki. RE: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Rodolphus Lestrange - 17.08.2024 - Masz, napij się - powiedział, przesuwając jeden z kieliszków w stronę chłopaka. Wyglądał młodo - prawie tak samo młodo, jak on sam. Pytanie tylko czy Charles również miał tak starą duszę jak Lestrange? Wyglądał całkiem niewinnie. Miał duże oczy, w których kryła się jakaś dziecięca naiwność, co poniekąd Rodolphusa zafascynowało. Jakim chujem ktoś taki mógł wyrosnąć pod jarzmem Richarda? Jego myśli krążyły wokół tego wątku i nie chciały odpuścić, bo skomplikowany mózg Rolpha po prostu dostawał jakiegoś przegrzania, jeżeli tylko mężczyzna dopuszczał do siebie myśl, że Charles nie udaje i faktycznie może być... Bezpieczny. - Mając takiego ojca, jak Richard Mulciber, dziwię się że wszedłeś tu o własnych siłach. Posłał mu uśmiech, który jednak nie sięgnął oczu. Zaledwie kąciki ust się uniosły, stalowoszare ślepia były jednak niewzruszone. Nadawało mu to nieco dziwnego, być może nie do końca normalnego wyglądu. Ale przynajmniej nie zapytał o świeczki. - Dlatego ja stawiam - uniósł kieliszek ognistej, całkowicie ignorując fakt, że nic za to nie zapłacił. Przecież to było na koszt lokalu. Domyślał się, że być może wyda się to chłopakowi podejrzane, więc sam wychylił kieliszek jako pierwszy. Lestrange tu nie pasował - ubrany był tak, jak zwykle, czyli w ciemne spodnie, wizytowe buty oraz białą koszulę, idealnie wyprasowaną. Była co prawda rozpięta na dwa guziki pod szyją, ale marynarka dopełniała jego wyglądu. Nie nosił się inaczej, tak mu było idealnie wygodnie-niewygodnie. Był też cholernie wysoki i blady nawet jak na mieszkańca Londynu. Zupełnie jakby nie wychodził zbyt często z domu. - Rodolphus Lestrange. Przedstawił się w końcu, gdy przełyk przestał go piec. Wyciągnął dłoń w stronę Charlesa. Nie nosił żadnej biżuterii, zupełnie jakby na siłę starał się być najnudniejszą osobą na świecie. RE: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Charles Mulciber - 18.08.2024 Charlie nie pijał cięższych alkoholi zbyt często, ale teraz, gdy dostrzegł kieliszek, czuł tylko jedno - wdzięczność. Ponoć uciekanie w alkohol było godną pożałowania słabością, ale tym razem Mulciber pozwolił sobie na ucieczkę w tę właśnie słabość, gdy podniósł whisky do ust i upił duży łyk, zupełnie nie tak, jak pić się powinno. Poczuł pieczenie w ustach, w gardle, skrzywił się, walcząc z odczuciem. Ognista była jednak na miejscu, wydawała się tym, czego potrzebował. Kiedy usłyszał słowa Rolfa na temat Richarda, podniósł na niego te swoje duże, ciemne, niewinne oczy. Nie kryła się w nich dziecięca naiwność - była tam na wyciągnięcie ręki, bez żadnych sekretów, otwarta, dostępna, jakby tylko czekała, by ktoś po raz kolejny ją wykorzystał i ugrał coś dla siebie, nie przejmując się dobrem Charlesa. Błyszczące jak oczy sarny przed mugolskim autem, były zbyt ufne. - Ojciec nie jest taki zły. - Odparł po chwili wahania. Nie zdobył się na narzekanie na Richarda. Nie zawsze się z nim zgadzał, ale ojciec pozostawał ojcem. Chociaż nawet on mógł się mylić, co dopiero do Charlesa docierało. - Miło mi poznać, panie Lestrange. - Przywitał się grzecznie, tak jak go nauczono, ściskając dłoń Rodolphusa. Jego dłonie były tak samo nudne i nagie, jak dłonie Lestrange'a, a ubranie nienaganne, jak na chłopca z dobrego domu przystało. - Ma pan może... papierosy? Charlie nie palił, ale teraz papieros wydawał się po prostu na miejscu. RE: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Rodolphus Lestrange - 18.08.2024 Rodolphus z kolei nie pijał alkoholu praktycznie wcale. I to nie był żart ani eufemizm - w 9 na 10 przypadków odmawiał czegokolwiek, obojętnie czy to było piwo, czy coś mocniejszego. Dzisiaj jednak, z powodów znanych wyłącznie sobie, postanowił złamać zasadę, której się trzymał. Jeszcze w tym miesiącu odmówił Blackowi wypicia za jego zdrowie na weselu, odmówił napicia się z kobietą, którą miał okręcić wokół swojego palca (a przecież po pijaku byłoby łatwiej!), odmówił... w zasadzie każdemu. Teraz jednak sam wyszedł z taką a nie inną propozycją. Ba, wypił jako pierwszy. Czyżby to był kolejny etap załamania, które towarzyszyło mu od początku lata? Wtedy jednak obyło się bez uciekania w używki, którymi szczerze gardził. Gdy zajrzał Charlesowi w oczy, nieznacznie przekrzywił głowę. Nic nie skrywał, wydawał się być otwartą księgą. Wystarczyło wyciągnąć rękę i złapać tę niewinność, by jednym szybkim ruchem ją wyrwać z tego młodego ciała, rzucić na ziemię i zgnieść butem. Albo, co było bardziej prawdopodobne, była to maska. Sam z nich korzystał, dopasowując się do sytuacji i naginając swoje prawdziwe ja w kontaktach z ludźmi. Nie był głupcem - każdego Mulcibera traktował z odpowiednią dozą podejrzliwości i żadnego z nich nie lekceważył. Nie po tym, co przeżył z bliźniakami i nie po tym, jakie piętno nosił przez ten krótki czas. - Jest... Wymagający - zgodził się, kłamiąc gładko. Przełknął słowa, które cisnęły mu się do gardła. Nienawidził Richarda z całego serca, nienawidził go całym sobą i na samo jego wspomnienie czuł złość, wzbierającą w jego ciele i powodującą, że krew zaczynała szybciej krążyć w żyłach. Co było poniekąd zabawne, bo do jego bliźniaka, Roberta, odczuwał zgoła inne emocje. - Wystarczy Rolph. Zdaje mi się, że jesteśmy w podobnym wieku, możemy darować sobie sztuczne formalności. Nie miał przy sobie papierosów, sam nie palił. Tak samo jak nie pił, chociaż jeżeli chodzi o alkohol, to zdarzało mu się robić wyjątki, tak jak dzisiaj. Odwrócił jednak głowę w kierunku barmana, który akurat zabierał kieliszki. - Mój znajomy chciałby zapalić - powiedział uprzejmie, chociaż bez cienia uśmiechu na twarzy. Po prostu stwierdził fakt, jednocześnie ześlizgując wzrokiem na kieliszki. Zupełnie jakby między nim a mężczyzną za barem toczyła się teraz niesłyszalna dla innych rozmowa. - Na mój koszt. Pieniądze nie stanowiły dla niego absolutnie żadnego problemu, co też nie stanowiło dla nikogo bardziej obeznanego wśród rodów czystej krwi tajemnicy. Zaraz przed Charlesem pojawił się kolejny kieliszek ognistej oraz paczka papierosów. - Ciężki dzień? - był absolutnie beznadziejny, jeżeli chodzi o small talki, lecz tym razem się przełamał. Głównie dlatego że zależało mu na to, by jakkolwiek nawiązać nić porozumienia z młodym Mulciberem, chociaż sam jeszcze nie wiedział, po co. No i był ciekawy co też chłopakowi strzeliło do głowy z tymi świeczkami - ale o to nie zapytał, był na to zbyt dobrze wychowany. Chociaż trzeba było przyznać, że nierzadko się śmiał, a przeczytawszy tamten numer gazety śmiał się chyba najdłużej w swoim życiu. Nie dlatego, że bawiły go męskie przyrodzenia, ale dlatego że nie podejrzewał, że ktokolwiek będzie w stanie utrzeć bliźniakom nosa w tak ordynarny sposób. No i ta pożal się bogom fundacja... Czasem myślał, że to on jest złośliwą mendą. Okazywało się jednak, że niektórzy przerastali go o głowę albo i dwie. RE: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Charles Mulciber - 18.08.2024 Charlie nie miał pojęcia, że trafił tak wyjątkowo, że Rodolphus zgodził się z nim napić. Nie wiedział też, że jego szczerość została nazwana maską. Nie mógłby jednak nikogo winić. Choć nie ingerował jeszcze bezpośrednio w życie wielkich i życie dorosłych, widział już dość, by wiedzieć, że pewne maniery należało porzucić, a pewnych się nauczyć. - Wymagający. - Powtórzył Charlie i nawet uśmiechnął się półgębkiem. - Tak, to dobre określenie. Z drugiej strony, ma prawo wymagać ode mnie więcej, niż sobą prezentuję. - Ugiął się pod krytyką, która płynęła z jego własnego umysłu. - Dziękuję, Rolph. Ojciec miał prawo zrobić to, co postanowił. - Powiedział, ciągnąc temat, który sam sobie narzucił. Myśli, które dotąd krążyły w jego głowie, łatwo znajdowały drogę do ust. - Chyba jest bardziej... wymagający, niż sądziłem. Masz rację, Rolph. - Pokiwał głową, dopijając whisky do ostatniej kropli, nim oddał kieliszek barmanowi. Nie rozumiał, dlaczego Lestrange znalazł się akurat przy nim i stawiał mu kolejne porcje alkoholu, ale nie zamierzał o to pytać. W takim miejscu, pośród tych wszystkich ludzi, naturalnym wydawało się, że czystokrwiści ciągnęli do siebie. Wielu nie miało problemu z pieniędzmi, nie tak jak Mulciberowie, więc przyjął nie tylko kolejną porcję ognistej, ale też papierosy. Nie palił, jeśli już, to smakowe, delikatniejsze wersje tytoniu. Tym razem sięgnął jednak po normalnego, dorosłego. Nie potrzebował różdżki, by podpalić papierosa. Wystarczyło strzelić palcami. Magia bezróżdżkowa przydawała się każdego dnia. - Wszystkie ostatnie dni są ciężkie. - Pożalił się, zaciągając dymem. Zakaszlał lekko, mierząc się z drapaniem w gardle. - Uwierz mi, że nie chcesz o tym słuchać w szczegółach. Chciałbym uwierzyć, że to tylko sen. - Posłużył się rodową dewizą, parafrazując ją odrobinę. - Byłeś na Lammas? Słyszałeś, co zrobił ten dziennikarzyna, Isaac Bagshot? Użył sobie na mnie i na mojej rodzinie. Chciałbym móc coś z tym zrobić. Wina Isaaca była ewidentna w oczach Charlesa, który nie zastanowił się nad tym, co zaszło, a ślepo wierzył ojcu. Richard łatwo ukształtował Charlesowe spojrzenie na sytuację. RE: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Rodolphus Lestrange - 18.08.2024 Wymagający to było bezpieczne określenie. Nie niosło ze sobą nic konkretnego - nie niosło też ze sobą żadnych emocji. Ani pozytywnych, ani negatywnych. Było neutralne i dlatego było bezpieczne. Nie przekazywało rozmówcy żadnych odczuć w stosunku do osoby, o której się w ten sposób wypowiadało. Nie chciał się przecież zdradzić z tym, co naprawdę sądził o Mulciberze. Przyjął postawę osoby, która go kojarzy, chociaż Charles nawet nie zapytał, skąd się znają. Był ciekaw, czy to zrobi - a jeśli nie to czy zapyta o to swojego ojca. Oczyma wyobraźni widział już jak Richard dostaje wewnętrznej piany na samo wspomnienie jego imienia i nazwiska. To był obraz, za który warto było się napić, lecz jeszcze nie teraz. Nie mógł jednakowoż powstrzymać uśmiechu na samo wyobrażenie wkurwionego Richarda, który próbuje za wszelką cenę opanować drżenie mięśni twarzy. Już widział jak nieznacznie zaciska pięści, gotowe mu przypierdolić za sam fakt, że ośmielił się odezwać do jego syna. Cudowne. Słuchał uważnie tego, co mówił Charles. Rodolphus był doskonałym słuchaczem. I chociaż sam niezbyt dużo i często mówił, to jednak uwielbiał słuchać. Słuchać, analizować, rozbierać zdania i emocje na czynniki pierwsze. Nie podejrzewał jednak, że młody Mulciber tak szybko zacznie mówić. Z tego co jednak pamiętał, nie kręcił się do tej pory w okolicy kamienicy Mulciberów. Podobnie jak sam Richard. Wniosek nasuwał się sam: nie był stąd. Być może nie miał do kogo otworzyć gęby, a uprzejmy gest, który wykonał w jego stronę, samoistnie rozwiązał mu język? Nie raz i nie dwa przekonywał się, że bycie z pozoru empatycznym sprawiało, że rozmówcy pękali szybciej niż pod wpływem tortur. Najpewniej tu było to samo i Charles po prostu musiał się wygadać. Co prawda nie wiedział o co chodziło z tym, że Richard miał prawo zrobić to, co zrobił, ale na to przyjdzie czas. - Nie byłem. Ostatnia wizyta na sabacie, którym była Litha, skończyła się dla mnie niezbyt dobrze, dlatego staram się unikać sabatów - odpowiedział szczerze, darując sobie szczegóły. Jego status z Bellatrix wciąż był pod znakiem zapytania, a nie miał zamiaru zwierzać się Mulciberowi ze swoich problemów. - Czytałem jednak artykuł. Cóż... Nie dokończył. Miast tego sięgnął po znów pełny kieliszek i obrócił go w palcach, na moment przyglądając się trunkowi, rozbijającemu się o szklane ścianki. - Nie macie ostatnio dobrej passy - powiedział neutralnie, chociaż w jego oczach na chwilę rozbłysły iskierki rozbawienia. Na chwilę, bo przecież sprawa faktycznie była poważna. I już nie chodziło o te cholerne świeczki, a o fundację, o wcześniejsze powiązania jednego z ich krewnych ze śmierciożercami i o całą resztę. - Nie słyszałem wcześniej o Isaacu Bagshocie, ale przeczytałem kilka jego artykułów. Nie wydaje się być poważnym dziennikarzem. Poczekasz miesiąc i sam siebie ośmieszy. Powiedział, unosząc lekko kieliszek. Najpewniej tego pożałuje, bo jeszcze pierwsza partia nie zdążyła dobrze roznieść się po ciele, a już wlewał w siebie kolejną porcję alkoholu. Będzie musiał dyskretnie dać znać barmanowi, by później napełniał jego kieliszki czymś bez alkoholu. Szkoda, że nie wziął więcej tego eliksiru od Malfoyówny, przynajmniej dotarłby do domu trzeźwy. - Ale jeżeli chcesz, możesz coś zrobić. Oficjalna skarga, spotkanie twarzą w twarz lub pojedynek. Ostatnio są bardzo popularne - mruknął, nieznacznie się krzywiąc. Czy Charles słyszał o pojedynku jego kuzyna, Louvaina z Philipem Nottem o "godność" Loretty, również jego kuzynki? RE: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Charles Mulciber - 21.08.2024 Ostatnie dni wiele zmieniły dla Charlesa i to jedno określenie - wymagający - niosło za sobą wiele znaczeń, lecz niewiele z nich było pozytywnych w odniesieniu do ojca. Richard sprawił mu wiele bólu, niezależnie od ostatecznego wyniku. Każda rozmowa z ojcem w czasie ostatnich dni przyniosła zbyt wiele emocji i bólu. Lestrange najwyraźniej znał Richarda, ale Charles wolał się nad tym nie zastawiać. Czasem miał wrażenie, że wszyscy czystokrwiści w Londynie znają się mniej lub badziej, a tylko on jest jak ryba wyjęta z wody, rzucony między obcych. Żalenie się przypadkowo spotkanemu mężczyznie nie było może najmądrzejsze, ale Charlie dawno przekroczył już moment, w którym musiałby się o to troszczyć. Zresztą, nie sądził, by mężczyzna miał mu w jakiś sposób zaszkodzić. Charles zapił przykry smak ognistej piwem, które sączył przed pojawieniem się Rolpha. - Co się stało? - Zapytał, podnosząc na moment spojrzenie na nowego kolegę, ale zaraz opuszczając je znów na swoje szklanki. To, co działo się na Lithcie, nie interesowało go zbytnio. Midsommar z pewnością było bardziej udane niż jakieś sabaty w Anglii. Musiał jednak nadejść temat świeczek. Był nieunikniony! Charles podparł na moment głowę na dłoniach, zakrywając oczy. Wywiad przyniósł wstyd nie rodzinie, jak utrzymywał ojciec, a jemu samemu. Nikt nie zastanawiał się nad wszystkimi Mulciberami, gdy podpis brzmiał Charles. - Gdybym tego nie zrobił, passa byłaby jeszcze gorsza. - Powiedział wprost, nie do końca poprawnie, lecz język angielski wciąż miał przed nim tajemnice i nie każde słowo ładnie pasowało w zdaniu. Już po samym akcencie Rolph mógł zgadnąć, że Charles nie był z Londynu. - Chciałem, żeby było lepiej, wiesz? Ale rodzina tak tego nie widzi. Fundacja? Jakiś daleki wuj w Azkabanie? Kogo to obchodziło, gdy tragedia działa się tu i teraz! - Ale może to i lepiej. - Charles zmienił narrację. - Może Bagshot pozwolił mi poznać rodzinę z odpowiedniej strony. Może... Może zrobił mi przysługę. Nie będę z nim walczyć, to nie średniowiecze. - Przypomniał, sięgając po kieliszek. Tym razem wypił na jeden raz. RE: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Rodolphus Lestrange - 25.08.2024 - Powiedzmy że doszło do małej różnicy zdań - odpowiedział wymijająco i aż nazbyt dyplomatycznie, jednocześnie zmuszając się do tego, by wzruszyć ramionami. Widział zresztą, że Charlesa wcale nie interesowało to, co się wtedy stało. Najwyraźniej był tak pogrążony we własnym smutku i własnych problemach, że skupiał się wyłącznie na nich i na swoim bólu. Mu to było na rękę, chociaż rozsądek (i wiedza z książek, oczywiście) podpowiadały mu, że nie tak powinno się toczyć konwersację. Odwrócił głowę w kierunku barmana, gdy przed nim pojawiła się szklanka z napojem. Bezalkoholowym, przypominającym trochę piwo z wyglądu, lecz zdecydowanie nie było to piwo. Nie musiał mu nawet mówić, że piwa nie pije, najwyraźniej doskonale pamiętał. Barmani mieli doskonałą pamięć i czasem Lestrange się zastanawiał, czy to było nieuniknione gdy podejmowało się ten zawód, czy po prostu ci, którzy nie pamiętali, szybko byli wywalani na zbity pysk. Podziękował mężczyźnie skinieniem głowy, bo tak wypadało, zanim powrócił wzrokiem do Mulcibera. Biedny, skrzywdzony Charles, tyle zmartwień spadło na jego zagraniczną głowę. - Rodzinne więzy są silniejsze niż byle artykuł - zauważył dość enigmatycznie i cholernie kłamliwie, bo przecież gdyby to od niego zależało, to sam wydałby połowę swojej, byle by tylko przypodobać się komu trzeba. - Być może. A być może, gdy emocje opadną, uda się wam dojść do porozumienia. Twój ojciec chyba zbyt dużo czasu spędził poza Londynem, jeżeli uważa, że świeczki w kształcie męskiego przyrodzenia zaszokują opinię publiczną na dłużej niż kilka dni. Zauważył dość przytomnie, bo przecież to nie było tak, że nikt wcześniej nie próbował odwalać takich numerów. Owszem, może nie był to ktoś pokroju Mulciberów, ale to nie był pierwszy i zapewne nie ostatni raz, kiedy coś w tym stylu pojawia się w gazecie. - Richard jest rozsądny, za kilka dni sam zaproponuje rozwiązanie, które sprawi, że ta sprawa rozejdzie się po kościach - kolejne kłamstwo, które gładko przeszło przez jego usta, lecz tym razem było tak perfidne, że musiał ukryć usta za szklanką. Richard i rozsądny - yhy. Nie żeby sam należał do najrozsądniejszych czarodziejów na świecie. - Nie średniowiecze, ale tradycja pojedynków jest u nas mocno zakorzeniona. Mówiłeś, że którą szkołę skończyłeś? Nie mówił i wiedział o tym doskonale, podejrzewał nawet gdzie Charles mógł uczęszczać, ale wolał żeby to wyszło z jego ust. Lekko uniósł brwi, gdy kolejne pełne kieliszki pojawiły się na blacie. On sam musiał zwolnić, ale jeżeli Mulciber chciał pić, niech pije. Chyba tego potrzebował, chociaż on sam nigdy nie rozumiał tej potrzeby ogłupiania się trującą substancją, która niszczyła to, co mieli najcenniejsze: mózg. - Dam ci jednak radę, Charles - nachylił się odrobinę w kierunku Mulcibera. Był tak blisko, że ten mógł poczuć zapach jego wody kolońskiej, która przebiła się przez smród dymu papierosowego. - Lepiej być ostrożnym z takimi wnioskami, bo wszędzie mogą czaić się nieprzyjaciele. Masz szczęście, że z twoją rodziną łączy mnie dużo interesów i pieniądze. Pochodzisz z szanowanego rodu, Charles, ta strona którą poznajesz zawsze będzie tą odpowiednią stroną. Powiedział zdecydowanie ciszej, żeby ewentualne wścibskie uszy nie mogły podsłuchać, co mówi. Och, jakże to było piękne - zabrakło jeszcze przytulasa i frazesu ja cię nie zdradzę, mi możesz zaufać. RE: [12.08.1972] We don't have to dance | Rodolphus, Charles - Charles Mulciber - 26.08.2024 Charlie zaciągnął się po raz kolejny i na powrót oparł czoło na dłoniach. Papieros smakował okropnie, od dymu łzawiły oczy, drapał w gardło i wypełniał usta obrzydliwym posmakiem. Może to o to chodziło ojcu, gdy palił to paskudztwo? Może takie właśnie wrażenia przynosiła ze sobą dorosłość. Charles zakaszlał, wypluwając z siebie obłok dymu, obrzydliwość, z którą musiał się zmierzyć przez własny wybór. Fizyczna niewygoda miała załagodzić tę, która siedziała w jego głowie. - Różnica zdań. To zawsze o to chodzi. - Prychnął, rozumiejąc problem Rolpha przez pryzmat swoich własnych. Czyż sprawa świeczek nie była właśnie różnicą zdań odnośnie tego, co zabawne i przyzwoite? Westchnął ciężko, a następnie odchrząknął, gdy krtań nie zgadzała się z tytoniem. - Też tak twierdziłem, wiesz? Myślałem, że rodzina jest ponad wszystko. Nie wierz w to. - Charles wyprostował się, by strzepnąć popiół do szklanki po whisky, którą chwilę wcześniej opróżnił. Pokręcił lekko głową, skupiając się na tym drobnym geście. Szare okruszki spadły do reszty płynu na dnie szkła. - Chociaż nie wiem, jak jest u ciebie. U mnie... są ci ważni i ci ważniejsi. I ci najważniejsi, którzy tak naprawdę nie mają znaczenia, jeśli ci ważniejsi się uprą. - Zakręcił się nieco w tłumaczeniach, grunt, że sam wiedział, o kim mówił. Richard, Robert, Alexander... wszyscy mieli coś do powiedzenia, a jednocześnie zdanie niektórych w ogóle nie miało prawa bytu. Niektórzy bali się sprzeciwić tym wyżej. - Problem nie jest z moim ojcem, to znaczy... jest. W tym, że słucha wuja, Roberta. - Kolejny łyk piwa, kolejne zaciągnięcie papierosem. Charlie robił się w tym coraz lepszy. Płyn łagodził drapanie w gardle. - Robi wszystko, co wuj powie. Nawet jeśli to pozbawienie mnie pracy i wyrzucenie z domu przez parę fallusów i artykuł, w którym brałem wszystko na siebie. Rozumiesz? - Wraz ze wzrostem alkoholu we krwi w Charlesie wzrastały te nieco bardziej burzliwe emocje. Spojrzał na nowego towarzysza, odwracając się ku niemu. - Zrobiłem z siebie idiotę przed aparatem, żeby uratować im skórę. Nawet nie wiesz, jakie listy później dostawałem! Od dziewcząt, wyobraź sobie! I od starszych pań! - Pożalił się, jakby zainteresowanie młodej kobiety, która odważyła się napisać list do ładnego półnagiego chłopca z gazety, było czymś uwłaczającym, tak jak i opinie znudzonych staruszek, cieszących oko świeczkami i ich wytwórcą. Dla Mulcibera nie był to jednak powód do zadowolenia. Kolejne zaciągnięcie miało uspokoić myśli, ale sprawiło tylko, że go zemdliło. Ugasił papierosa, którego i tak niewiele zostało, to był czas na chwilę przerwy od tytoniu. Po raz kolejny żałośnie oparł się o blat. - Mój ojciec nie jest rozsądny, gdy chodzi o sprawy, w których decyduje Robert. - Stwierdził ochryple, nie zgadzając się z Rolfem. - Nie ma dla niego nawet znaczenia to, co mówi Alexander. Alexander Mulciber. - Doprecyzował, gdyby Rodolphus z jakiegoś powodu zapomniał, o której rodzinie mowa. - Oni chyba nawet nie rozmawiają. A ty mówisz, jakbym powinien wyzwać Roberta na pojedynek. Nie zrobię tego. I skończyłem Durmstrang, więc potrafię się pojedynkować. - Zdradził. Był z tego dumny, nawet jeśli ostatnie lata uznawał za zmarnowane. Nic nie ułożyło się po jego myśli, nawet edukacja. Pojawienie się whisky na blacie znaczyło, że należało ją wypić. Charles nie wahał się i przechylił kolejną porcję. Spojrzał nawet na tę Rolphową, chwilowo bezpańską. - Nie wiem, Rolph. - Charlie nachylił się również w stronę nowego kolegi. - Teraz to... teraz to już nic mnie to nawet nie obchodzi. Ta rodzina. Jeśli mają wrogów, to sami sobie na nich zasłużyli. Ja, Leo i Scarlett nie musimy przejmować ich spraw. Niech radzą sobie sami, chciałem pomóc, ale zamiast wdzięczności mam tylko kłopoty. |