Secrets of London
lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen (/showthread.php?tid=3743)

Strony: 1 2


lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Dægberht Flint - 13.08.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Victoria Lestrange - osiągnięcie Życie to przygody lub pustka
7 sierpnia 1972, mieszkanie Victorii Lestrange

Dla Dægberhta to była jedna z tych felernych nocy, kiedy przewracasz się z boku na bok i marzysz o odpoczynku, który nigdy nie nadchodzi. Znajdował się w Londynie od wczoraj. Nie dowiózł tu jeszcze swoich rzeczy i nie mógł znieść braku wiecznego kołysania łódki, które przez ostatnie miesiące kładło go do snu. Dobrze wiedział, jak to się skończy - lada moment świt zacznie przebijać się przed gęste chmury, a on podniesie się bez życia, przygotowując się mentalnie na komentarze krzątającej się w kuchni Viorici. Z tej pułapki uratowała go sówka - stukała dziobem o okno, drażniąc Kapitana, który w przeciwieństwie do swojego właściciela, drzemał teraz smacznie na drewnianym krześle wyłożonym nakryciem z gęstego futra.

Dosyć szybko rozpoznał w tej sowie nienawykłą do czekania własność Victorii, więc marszcząc brwi, wstał z łóżka i otworzył skrzypiącą okiennicę. Nie zwlekając wiele, uwolnił ją od przywiązanego do nóżki listu i odczytał go spokojnie. Chwilę po tym rzucił okiem na zegarek wiszący na ścianie, ale był jeszcze zbyt zaspany, żeby dotarło do niego która jest godzina. Flint nigdy nie odmawiał w sytuacjach problemów z duchami - było to coś głęboko zakorzenionego w jego przekonania i osobowość, brakowało mu jednak altruizmu pozwalającego na zarwanie nocy dla byle kogo. Victoria jednak byle kim nie była - jeżeli miał się dla kogoś poświęcać, zapewne ciężko było znaleźć przy tej ulicy kogoś, do kogo dobiegłby szybciej. Bez większych namysłów zaczął narzucać na siebie wczorajsze ubrania, a kiedy dopiął już klamrę paska, z niechęcią rozejrzał się po pokoju. Jedyna świeca, jaką tutaj posiadał, była dowcipnym prezentem od Zamfir właśnie i chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że Lestrange również nie była pozbawiona dobrego poczucia humoru, odrobinę zawahał się, zanim zacisnął swoje palce na woskowym penisie. Cóż, lepiej chyba przyjść uzbrojonym tak, niż nie przyjść wcale?

Po drodze na Pokątną zmoczyły go chłodne krople sierpniowego deszczu. Cóż za dziwne uczucie wrócić do domu i przypomnieć sobie o tym, że to twój dom właśnie wtedy, kiedy wezbrane nad głowami chmury postanowiły przyspieszyć jego marsz.

Dotarł pod wskazany adres stosunkowo szybko, domyślając się, którą z kamienic powinien wybrać po samej intensywności zapalonego w środku światła. Zwątpienie pojawiło się dopiero w momencie, w którym zapukał do drzwi i w przebłysku normalności dotarło do niego, co musiałby powiedzieć osobie otwierającej mu w środku nocy, kiedy tak dumnie trzymał tę świecę z afrodyzjakiem, gdyby to jednak nie była Victoria. Panicznie rzucił spojrzeniem na adres wyryty na tabliczce przy wejściu i odetchnął z ulgą, kiedy po skrzypnięciu zawiasów ujrzał te charakterystyczne, długie, czarne włosy.

- Dobrze widzieć, że nie zamienił cię jeszcze w profesora od Transmutacji - parsknął, wyciągając do niej ręce, żeby na moment zamknąć ją w mocnym uścisku. - Oh na księżyc i gwiazdy, ty naprawdę jesteś lodowata - rzucił nagle, ale nie odsunął się na krok - pozwolił kobiecie przerwać ten gest jako pierwszej, nie chcąc wprawić ją we wrażenie, jakby przypadłość ta była dla niego jakimś problemem. A kiedy się od niej odsunął, zabierając ze sobą charakterystyczną dla siebie woń ziół i natury, uśmiechnął się lekko i zbadał spojrzeniem jej twarz - bo oczy potrafiły być nawet większą skarbnicą wiedzy o cudzym samopoczuciu, niż to jak szybko zostanie wciągnięty do środka.


RE: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Victoria Lestrange - 13.08.2024

Oboje mieli więc bardzo kiepską noc, bo Victoria oka nie zmrużyła. Była nabuzowana przez większą część poprzedniego dnia, kiedy to wróciwszy nad ranem z wesela, poszła spać, a gdy wstała – bębny i wątpliwej jakości nakurwianie w przypadkowe instrumenty i sytuacja wcale się bardzo nie poprawiła, kiedy późnym wieczorem wróciła z pracy i dostała list od Laurenta, w którym pisał jej, że już wie, kto stał za oskubaniem biednego feniksa z piór i na domiar wszystkiego skrzywdził jeszcze inne zwierzęta w rezerwacie. I że była to ta sama osoba, która rzekomo mieszkała za ścianą jej mieszkania, ta sama, której ryki czasami słyszała, a kogo nie słyszał z kolei nikt inny. Rzekomo, ponieważ tej nocy, kiedy Victoria postanowiła wziąć sprawę we własne ręce i razem z Brenną włamały się do tego mieszkania to zastały… wielkie nic. Żadnych instrumentów, żadnych bębnów, żadnego zespołu muzycznego, ba – nawet żadnego człowieka żywego albo martwego. Właściwie to było tam tak, jakby wcale nikt tam nie mieszkał… A niedługo później odkryły za to coś innego, równie niepokojącego w jej własnym mieszkaniu. W jej salonie, który ścianą graniczył z tamtym mieszkaniem...

Że nie są w jej domu całkiem same z kotami, jak cały czas myślały.

I jak w takich warunkach w ogóle pójść spać? Zgoda, Victoria spała tu do tej pory, tak jak jej koty, ale w najśmielszych snach nie sądziła, że jest tu też jeszcze jakaś obecność, a gdy już wiedziała… Pomijając, ze cierpiała na bezsenność (za to miała cały zapas kadzideł i eliksirów), to po prostu nie zamierzała iść spać. Po prostu n i e.

Ten list napisany do Berhta w środku nocy był wyrazem naprawdę ogromnej desperacji. W końcu wyrwała się z rodzinnego domu, ze szponów własnej matki, z tej toksycznej relacji, w której Victoria niemalże nie miała prawda do własnego zdania, a tutaj… to. Taka niemiła niespodzianka, a było ciemno i późno, normalne osoby w tym czasie spały i kogo ona miała wyciągać z łóżka? Jasne, to mogło poczekać do rana… tylko wolałaby się pozbyć tego problemu jak najszybciej i nie słyszeć już tych wszystkich dźwięków, a poza tym skąd miała mieć pewność, że ten poltergeist nie odwali czegoś gorszego?

Siedziała jak na strunach w salonie, woląc mieć oko na nieproszonego gościa, pasażera na gapę, który też łypał do niej złym, wkurwionym okiem przepełnionym nienawiścią ze swojej kratki wentylacyjnej. Jej koty dotrzymywały jej towarzystwa, malutka czarna Luna wcisnęła się pomiędzy plecy Victorii a oparcie miękkiego fotela, a Błękitny Kwiatuszek leżał na rogu kanapy, przy stojącej obok na podłodze dekorowanej donicy z areką. Zaś w jej myślach kołatały się najróżniejsze scenariusze i prawdę powiedziawszy, to Victoria nie robiła się ani trochę bardziej spokojna. Ale w końcu nastąpiło upragnione pukanie do drzwi – a przez myśli Victorii przeszło błaganie, żeby to był Dægberht, a nie kto inny (cóż, to mógłby być tylko Sauriel i nie to, że nie ucieszyłaby się na jego widok, bo ucieszyła by się bardzo, ale bardzo, ale to bardzo potrzebowała teraz pomocy kogoś, kto potrafił egzorcyzmować duchy).

Bardzo szybko wstała z tego fotela, co spotkało się ze zdziwieniem wtulonego w nią koteczka i wybiegła na korytarz, a potem zbiegła po schodach na parter i dopadła do drzwi, Flint nie musiał więc wcale długo czekać na otwarcie.

– Leży związany jak baleron – wypaliła bez sensu na to przywitanie, ale zaraz rysy twarzy jej złagodniały i rzuciła się w objęcia Berhta, na chwilę zapominając o tym, jaka jest zimna i nieprzyjemna. – Wybacz – wymamrotała i zaraz się odsunęła. Nie była tym urażona, zdążyła się już przyzwyczaić do tego, jak nieprzyjemna jest dla ludzi i nie miała tego nikomu za złe. A przynajmniej starała się nie mieć. – Na Matkę, jak dobrze cię widzieć całego i w jednym kawałku. Dawno wróciłeś? – zagaiła, zamykając za nim drzwi do swojej kamienicy i pozwoliła sobie na chwilę przyjrzeć się dawno niewidzianemu przyjacielowi. Ale nie zmienił się jakoś bardzo, to nadal był ten sam Flinty, pachniał też tak, jak to zapamiętała. Dopiero teraz zwróciła uwagę na świeczkę, którą tak dumnie dzierżył w ręce o tym charakterystycznym fallicznym kształcie… Doskonale wiedziała, co to jest, bo sama miała ich kilka (uważała je za obrzydliwe i nie planowała ich używać… ale kupiła je na złość Robertowi Mulciberowi). Uniosła za to wyżej brwi, patrząc wymownie na Dægberhta – no bo świeca z afrodyzjakiem? Chyba nie miał zamiaru jej uwieść…?




RE: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Dægberht Flint - 16.08.2024

Odpowiedzią na pierwsze zdanie, jakie wypowiedziała na jego widok po miesiącach rozłąki, był ze strony Dægberhta wesoły, ciepły śmiech. Śmiech ludzki miał to do siebie, że potrafił nieść w sobie wiele niekoniecznie oczywistych emocji - tak też było i tam razem, bo oprócz zrozumiałej reakcji na zabawne słowa, Flinta opanowała radość również z powodu zobaczenia Victorii na żywo (wreszcie!), jak i niepomylenia adresu. Czy dało się to z niego wyczytać? Cóż, brzmiał jak zawsze - jego chichot leżał gdzieś pomiędzy pomrukiwaniem leśnej driady napotkanej głęboko w gęstym lesie, a paniczyka przemierzającego lokalne stragany w poszukiwaniu konkretnej kosztowności, natrafiającego na coś, co na moment wyrwało go z okowów codzienności obrzydliwych bogaczy i pokazało mu jak cieszyć się prostymi rzeczami. Inaczej mówiąc - to był eteryczny śmiech kogoś kompletnie oderwanego od rzeczywistości. Kompletnie szalony, na pewno nie od dzisiaj, chociaż na pewno bardziej niż kiedyś. Kompletnie szalony, ale wyjątkowo solidny w tym, jak zapraszające były jego ramiona. Jedna z tych osób, o które człowiek instynktownie chciał się oprzeć, bo kiedy tylko opuściłeś głowę w dół, zdawali się niemalże kłaść pod tobą, byle tylko zapewnić ci na chwilę kryzysu lepszy wypoczynek niż leżenie na stercie kamieni.

Zimna, faktycznie zimna niczym morska woda otulająca go zewsząd, ale to wciąż Victoria. To był dobry, uspokajający go znak. Żart (który po chwili okazał się niekoniecznie żartem, a całkiem solidnym opisem tego, co Aurorka zastała w szybie wentylacyjnym), uścisk. Chłód, ale przy tym chłodzie charakterystyczne dla żyjących objawy - mrugała, oddychała, wykonywała te drobne, ludzkie gesty i...

- Cóż miałbym ci wybaczyć? Mam nadzieję, że nie wzięłaś moich słów za znak, abyś się odsunęła - nie to miałem na myśli. - To był tylko i wyłącznie szok. - Wróciłem wczoraj, się wyspać nie zdążyłem - nieco niezdarnie potarł tył głowy ręką, roztrzepując i tak nieszczególnie dobrze ułożone włosy - co widać pewnie.

A później jego uśmiech się poszerzył. Wszedł za nią do środka, przez krótki moment przyglądając się świecy.

- Nie przywiozłem tu jeszcze swoich szpargałów, więc wziąłem świeczkę, co mi ją Vior kupiła na sabacie... Za mocne? Otwartego sklepu ze świecami o tej godzinie nie znajdę - powiedział, spoglądając na nią tak swobodnie, że... nie wiedział zapewne jaki sekret krył jej skład. Nie ruszył też nigdzie bez Lestrange, w imię myśli, że kobiety (szczególnie po schodach) powinny iść pierwsze. Nie stawiał się jednak, jeżeli wskazała mu kierunek i wolała podążyć za nim. - No, chyba że masz w domu jakieś? - Niby nie chciał być wścibski, ale... - Zdziwiłem się, czytając o twojej przeprowadzce.


RE: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Victoria Lestrange - 17.08.2024

Flint pewnie odebrał jej słowa jako żart w odpowiedzi na jego pobożne życzenie, ale za chwilę miał się przekonać, że Victoria była przy tym śmiertelnie poważna, pomimo tego, jaki to miało wydźwięk i jak absurdalnie brzmiało. Wszystko w tej sytuacji było zresztą absurdalne: od tego, co się działo, jak zostało rozwiązane, do przedziwnego znaleziska, aż po narzędzie, jakim złośliwy duch miał zostać wygnany. Pomimo jednak tego wszystkiego, Lestrange szczerze ucieszyła się na widok dawno niewidzianego przyjaciela. Co prawda jakiś czas emu dostała od niego wiadomość, i pisywał co jakiś czas, tak jak i ona do niego, ale to przecież nie było to samo… Zresztą słanie takich listów nie było do końca bezpieczne, bo i nigdy nie wiadomo, jaka pogoda trafi się nad wodą, i gdzie dokładnie będzie… Ciemnowłosa czuła sporą ulgę na jego widok: od tego, że w ogóle wrócił w jednym kawałku, że miał się dobrze, że go widzi i może usłyszeć, po to, że ściągnięty tutaj w środku nocy faktycznie przyszedł ratować damę z opresji – bo tym właśnie w tej chwili była (co drażniło ją dokumentnie). Tak, Dægberht był oderwany od rzeczywistości, ale Victorii nigdy to nie przeszkadzało. Nie był jednym z tych pustych paniczyków, który nie miał nic do powiedzenia, żył w swoim świecie, ale rozmowy z nim zawsze były ciekawe, rozwijające. Zaś jego wiara w Matkę była wielka. I teraz Victoria mogła powiedzieć, że to rozumie. Tęskniła też za jego śmiechem.

– Nie, po prostu czasami zapominam jaka zimna i nieprzyjemna jestem dla innych – nie o jego słowa chodziło, a o uzmysłowienie sobie, że to nijak nie jest komfortowe, ani przyjemne. Zimno, jakim ziała, powodowało gęsią skórkę w krótkim kontakcie, a na dłuższą metę… była tylko jedna osoba w jej otoczeniu, która była w stanie to znieść ze spokojem i bakiem wzruszenia. – Ja się już przyzwyczaiłam, że ciągle mi zimno, ale dla innych to co innego – dodała i uśmiechnęła się, ale wcale nie smutno. Człowiek był niesamowitą istotą, która potrafiła się tak dobrze adaptować do różnych warunków, i to tak szybko… – Taa… Przepraszam, naprawdę. Ale nie wiedziałam nawet do kogo się z tym zgłosić. Byłam z Brenną jak go odkryłyśmy i mówiła, że zna kogoś, ale jak ją zobaczy w środku nocy, to ucieknie. I tak zresztą wolałabym, żebyś ty się tym zajął – wiedziała, że to się najpewniej będzie wiązało z wyciąganiem go z łóżka w środku nocy… I nie była z tego zadowolona, ale jaki miała wybór? Chyba lepiej się go było pozbyć od razu. Tak, miała nadzieję, że Dægberht jest już na miejscu, ale nie sądziła, że ledwo co wrócił i takiego zmęczonego podróżą tu właśnie ściągała.

– To są świece z afrodyzjakiem – poinformowała go usłużnie i ruszyła w stronę schodów na pierwsze piętro. – Robert Mulciber o mało nie dostał zawału jak je zobaczył sprzedawane na Lammas pod swoim nazwiskiem. Wiem, bo akurat byłam obok jak jakiś chłopak od nich je wyciągnął spod lady i po kryjomu komuś pokazywał i opowiadał co tam mają w środku. Też mam ich kilka, ale tylko dlatego, że Mulciber dostał szału i kazał sobie iść. Nie będzie mi stary grzyb mówić co mam robić – że Bulstrode złamał taką na głowie Notta, to sobie darowała, ale nie mogła odmówić ogólnie opowiedzenia tej krótkiej przypowiastki o świeczkach.

Na piętrze poprowadziła ich w lewo, gdzie weszli przez łukowate przejście do przewonnego salonu, utrzymanego raczej w brązowej tonacji – jedna ściana była kremowa, pozostałe ciemne, było to pomieszanie drewna i kamienia, a meble również były raczej ciemne, co najwyżej rozjaśnione ewentualnymi dodatkami. Okna miała po dwóch stronach pokoju – wychodziły na Pokątną, ale też na tyły kamienicy, teraz zasłonięte były ciemnymi i grubymi zasłonami sięgającymi aż do ziemi. Czego na pewno było tu dużo to kwiatów – małych, dużych, stojących na meblach, albo na podłodze; sukulenty, palemki, w całym domu było chyba kilkanaście różnych odmian kalatei, łańcuchy serc i inne. Na jednej z szafek w salonie stała kolorowa psianka, trująca jak diabli, ale za to zdecydowanie ożywiała cały pokój, w którym panowało raczej ciepłe, nieco przytłumione światło stojących lamp. Na środku, w centralnej części była kanapa, okupowana teraz przez błękitnego kota, dwa fotele (na jednym leżał malutki czarny kotek) i niski stolik kawowy.

– Nie mam innych świeczek. Jak ta podziała, to mi to obojętne. Ale ten duch się w tobie nie zakocha od tego, nie? – wolała się upewnić i tak, było to głupie i absurdalne, ale przyszło jej do głowy, więc musiała zapytać. – Rozstałam się z narzeczonym, a moja matka wpadła w szał, to była taka kopka nad i. Najwyższy czas, żeby wyfrunąć z domu, gdzie nikt mi nie mówi co mam robić, ani nie patrzy na palce – nie była smutna, już nie. I może i rozstała się z narzeczonym, ale nadal miała z nim kontakt… Spędziła z nim Lammas, przetańczyła całą noc na weselu, a na dzisiejszy wieczór byli umówieni… gdzieś na jakimś odludziu. Uważała jednak, że wyrwanie się z domu, to najlepsza możliwa decyzja z korzyścią dla wszystkich. Uśmiechnęła się przy tym do Flinta, żeby sobie nie myślał, że to takie turbo poważne, po czym wskazała mu palcem kratkę wentylacyjną przy ścianie graniczącej z mieszkaniem po drugiej stronie. – Tam siedzi.




RE: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Dægberht Flint - 18.08.2024

- Zimna... tak, ale nieprzyjemna? Patrzyłaś ty ostatnio w lustro, czy pękają na twój widok?

Wśród ludzi chłodnych charakterem Flinty wyróżniał dwa typy osób. Takich jak on sam - bo owszem, czuł się tutaj jak w domu i cieszył się z zobaczenia jej znów, ale wciąż istniało morze - i dla tego morza potrafił rzucić wszystko i zniknąć i nie przejmować się wcale aż tak bardzo tym, że gdzieś tam zostawił ludzi i oni się o niego martwili, czekali. Gdyby nie to jedno jego zdaniem wciąż pechowe zbliżenie, nigdy by się pewnie nie zdecydował na ożenek - to nie było sprawiedliwe kazać komuś czekać dniami, tygodniami, miesiącami, umartwiać się w wiecznym oczekiwaniu. Więc nie Victoria nie miała racji, kiedy przeszyła ją myśl, że zechciałby ją uwieść. W chłodzie takim jak jego chłód chodziło o to, żeby mieć tylu znajomych, aby nigdy nie czuć się samotnym, ale również tylu przyjaciół i tyle miłości, aby nikt nigdy za tobą zbyt gorzko nie płakał. Istniał też ten drugi chłód - chłód taki jaki posiadała Victoria, nie chodziło tu wcale o chłód magii Beltane, lecz o życiowy chłód i dystans. Nie musiała się odsuwać. Nie musiała ubierać rozstania z narzeczonym jako czegoś dobrego, zbywać tego uśmiechem, ah... Chłodna w ten sposób, kiedy w słowach przyjacielska pomoc staje się problemem, za który należy przeprosić. Przepraszam, że jestem w potrzebie - to mówiły mu słowa, jakich z jej ust usłyszeć nie chciał.

Jednocześnie w jakiś sposób go uspokajały.

- Czułbym się nieco zdradzony, gdybyś poprosiła o to kogoś innego, mając mnie w pobliżu.

Taka to była dziwna prawda o jego naturze. Można było kogoś kochać, wielbić, uważać go za drugą połówkę swojej pomarańczy. Można było kogoś uważać za swojego jedynego przyjaciela poza Peregrinusem, a i tak pomyśleć: jak dobrze, że ona o mnie nie myśli jak o pewniku, bo przecież ciągle, ah ciągle mnie nie ma. I ledwie sekundę później zgasić samego siebie, a może to Matka go zgasiła, bo usłyszał we własnym uchu ten chichy szept...

Przecież ty tego chcesz, Dægberhtcie.

Czasami aż za mocno. Tak mocno, aby jeden list potrafił utwierdzić go w przekonaniu, że tu i teraz, właśnie teraz wokół nich kończy się świat. A oni nic sobie z tego nie robili. Szedł za nią, w tych swoich ciuchach, co pasowały zapewne do nadmorskich miejscowości i ich portów, ale na pewno nie do Ulicy Pokątnej, słuchał kolejnego absurdu dzisiaj - historii tej świeczki, co na niej teraz tak żałośnie zaciskał palce lewej dłoni i gdybał nad tym, dlaczego właściwie Viorica mu to kupiła i ofiarowała (czy może była to jakaś głębsza sugestia?), gdzieś pomiędzy częstując Lestrange pomrukami i komentarzem świadczącym o tym, że tak, tak - słucha.

- Nie mam pojęcia kim jest Robert Mulciber, ale właśnie zanotowałem w głowie obok jego nazwiska stary grzyb. Chyba nawet mogę go sobie wyobrazić, tak...

Nie omieszkał obadać pomieszczeń spojrzeniem. Doszukiwał się w tym znajomych elementów, takich kojarzących mu się z Victorią. Przez to, jak wyglądało czyjeś mieszkanie, dało się wiele o nim zrozumieć, jednocześnie skoro przeprowadziła się tutaj niedawno, to te meble wcale nie musiały należeć do niej. Takie rzeczy się przecież dostawało „w spadku” po poprzednich właścicielach i lokatorach. A może była na tyle bogata, żeby się w miesiąc czy dwa tak urządzić?

- Żeby się we mnie zakochać, musiałby tu zostać, a za moment odpłynie w niebyt. Swoją drogą, czy twój kot świeci i... - Może ona smutna nie była, ale od ściągnął brwi ku sobie i zbadał ją uważnym spojrzeniem. - To może... zrobiłabyś mi herbatę? - Zasugerował. Chciałby ją o to zapytać, ale głęboka noc to mógł być jednocześnie najlepszy i najgorszy moment na dowiedzenie się, o co z tym narzeczonym chodziło i dlaczego do diabła tak mało o tym wiedział. Nie powinien o tym teraz myśleć, ale myślał, bo takie już było upierdliwe to życie. Nie powinien nie dlatego, że nie powinien się o nią martwić - broń go Matko - po prostu dobrze wiedział, czym karmiły się poltergeisty. Właśnie takimi myślami.

Dægberht chwycił stołek stojący pod jedną z roślin. Odłożył ją ostrożnie na podłogę i podsunął go sobie pod ten szyb wentylacyjny, żeby zajrzeć do środka.

- Hop, hop?


RE: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Victoria Lestrange - 20.08.2024

– W lustro? A co ma do tego lustro? – Lestrange ewidentnie nie zrozumiała, że właśnie dostała zawoalowany komplement, bo ciągle myślami była w kwestii zimna, która z jej obliczem nie miała zbyt wiele wspólnego jej zdaniem.

A przepraszała, bo zamiast umówić się na kawę czy kremowe piwo i porozmawiać spokojnie o tym, jak przebiegły ostatnie wojaże Flinta, czy o tym, co działo się w życiu Victorii, ona ściągnęła go do siebie w środku nocy, żeby jej pomógł. To wyglądało źle w jej własnych oczach, zupełnie jakby był jej potrzebny tylko do tego i mierziło ją to, przeszkadzało w jej własnej głowie. I tak, przepraszała, że jest w potrzebie - miała do tego tendencję, bo wolała nie zawracać ludziom głowy pierdołami - oczywiście pierdołami w jej własnym mniemaniu. I tak, zawsze miała w sobie ten chłód i dystans, ludzie mieli ją przez to za sztywniarę i “panią protokół” i dopiero przy bliższym poznaniu zyskiwała, bo okazywała się być osobą, która jednak dba o ludzi i wcale nie szczędzi dobrego słowa. Przywykła za to do sposobu życia Berhta, że raz jest, raz znika, że jest niestały jak morze i jednocześnie tak pewny jak przypływ i odpływ zależne od fazy księżyca – tak zgrane z modłami jakie do Pani Księżyca składał. Nic tu nie było dziełem przypadku, to że miał córkę też nie (wszak zbliżenia powodują ryzyko… aż dziwiło, że nie sięgnęli po jakieś eliksiry, by ewentualnej wpadce zapobiec), zaś to, że nie poświęcał jej odpowiednio dużo czasu… dzisiaj nie miał usłyszeć kazania na ten temat.

– Nie wiedziałam nawet czy jesteś już w pobliżu… ale nie poprosiłam nikogo innego – to była akurat prawda. Brenna od razu była gotowa ściągać tu jakiegoś swojego znajomego (który ewidentnie się jej bał), ale Victoria wolała w pierwszej kolejności dowiedzieć się, czy może Dægberht nie mógłby się tym zająć. Nie brała go za pewnik wtedy, kiedy go nie byłom pisał jej, że wraca do Londynu, ale nie wiedziała, kiedy to nastąpi. I miała cichą, och jakże cichą nadzieję, że jednak może już wrócił i po prostu nie zdążył dać jej znać, że jest. Nie pomyliła się, skoro dopiero co zawitał do domu i próbował się przespać. Już w momencie kiedy powiedział, że nie ma swoich rzeczy i to świeczka od Vior, wiedziała, że Flinty nie ma żadnych ukrytych motywów. Ale sama pomyślała, że jego współlokatorka może takie mieć.

– Jeden od Mulciberów po prostu – wzruszyła ramionami. – Jeden z tych, który najwyraźniej przywykł do wydawania rozkazów i myśli, że każdy będzie go słuchać – nie znała go jakoś dobrze, ale na tyle, żeby nie pałać dobrymi uczuciami i po prostu trzymać się z daleka. – W każdym razie zrobił niezły cyrk i jeśli chciał uchronić rodzinę przed wstydem, to zrobił jeszcze większy – a przynajmniej według niej. Bo można to było rozegrać z klasą, ale widocznie nie każdego było na nią stać.

Meble były nowe, bo tak, Victoria była na tyle bogata, żeby sobie na nie pozwolić, ale mieszkanie kupiła już jakiś czas temu, po prostu stało nieużywane z myślą, że “aaaa… może się kiedyś przyda”. Przydało. Znane były za to niektóre kwiaty, które zabrała z rezydencji rodziców, dużo było jednak nowych, powciskanych w chyba każdy kąt tego mieszkania, nie tylko salonu.

Podążyła za spojrzeniem Dægberhta, a jej wzrok padł na błękitnego kota.

– Tak. I tak, jest niebieski. To Błękitny Kwiatuszek, wzięłam go ze sobą z Kociego Azylu na Lammas. A to Luna – tu wskazała na całkiem czarną małą kulkę zwiniętą na fotelu. – Zrobię – obiecała, ale nim się ruszyła, przez moment obserwowała, jak Berht bierze sobie stołek, żeby zajrzeć do pechowej kratki. Łypnęło na niego złe, pełne nienawiści żółte oko istoty, która ewidentnie była zakneblowana… i rozwiązywana jak syneczka gotowa do wędzenia, wciśnięty w ten kanał wentylacyjny – Victoria nie kłamała. – Przystojniak, nie?

Chwilę później Victoria teleportowała się do kuchni, żeby przygotować Flintowi herbatę.




RE: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Dægberht Flint - 22.08.2024

- Vivi, chodziło mi o to, że jesteś jedną z najładniejszych dziewczyn, jakie znam. - To, co powiedział, było (jak zawsze) całkowicie szczere, pozwolił sobie jednak na zatajenie tego, że właściwie to ulokowałby ją na pierwszej pozycji, ale... jak cholernie niezręczne by było, gdyby zepchnął na dalszy plan matkę własnego dziecka. Okej, mógł być dziwny w opór, ale nie znaczyło to przecież, że musiał być przy tym pozbawiony resztek i tak kulawego przez te regularne podróże wyczucia. - I możesz być zimna jak lód, ale twoja natura jest ciepła jak letnia, włoska noc.

Widział w swoim życiu cieplejsze miejsca, ale okiem poety - nie posiadały one odpowiedniej estetyki. Ciepłe kraje kojarzyły mu się nieustannie ze wzorzystymi materiałami i zapachami odległymi od jego wyobrażeń o pannie Lestrange. Włochy czy Hiszpania były jej bliższe, ale wygrywały te pierwsze - bo gdyby miał ją sobie zwizualizować w jakiejś scenie, prawdopodobnie siedziałaby odziana w czarną, nieprzesadnie elegancką sukienkę, trzymając kieliszek wina na tle zabytkowych budowli oblanych sztucznym światłem latarni. To pasowało jej idealnie. Nawet bardziej niż rzeczywistość, w której żyła na codzień - pełna walk, przeludnionego Londynu i uprzedzeń - może dlatego w ogóle zaczął pisać, żeby wyrwać ludzi takich jak Victoria w należyte im miejsce, poprzez teksty pełne skojarzeń i metafor.

Kiedy powiedziała, że nie poprosiłaby nikogo innego, Dægberht nieco głośno przełknął ślinę, zmieszany i zaniepokojony burzącą się w głowie narracją. Bardzo wiele energii włożył w to, żeby ten odruch jakoś zamaskować, nie chcąc budować tutaj złego wrażenia. Mógłby rozwiać to słowami - istniały jednak rzeczy, o których nawet on nie chciał rozmawiać. Nawet on.

- Zauważyłem - chociaż jego obecność na sabatach ograniczała się zwykle w głównej mierze do obrzędów religijnych - że dużo starszych osób, które w czasach swojej młodości kłaniało się nestorom rodu, ma dzisiaj problem z pojęciem, dlaczego nie potrafili wychować swoich dzieci tak, jak ich wychowali ojcowie. Próbują zrzucić ciężar winy na mugoli i zły wpływ pokolenia Rock and Rolla, ale mi się wydaje, że jako czarodzieje sami w sobie przeszliśmy ogromną przemianę społeczną, tylko oni nie potrafią ruszyć się z miejsca. - Dmuchnął we włosy, oświetlając sobie różdżką szyb wentylacyjny. - Mogliby zatańczyć razem z nimi albo spróbować temu zapobiec, ale zamiast tego stoją w bezruchu, czasem krzyczą - stęknął, sięgając ręką tak głęboko, jak tylko mógł - i z każdym kolejnym dniem stają się coraz bardziej nieistotni.

Stęknął jeszcze raz, szarpnięcie za szarpnięciem. Ostatecznie wyciągnął poltergeista na zewnątrz.

- Cóż, wydaje mi się, że jesteś już na tyle zmęczony, aby samemu chcieć odlecieć w siną dal - powiedział, zatykając mu palcami usta. Następnie ułożył go na podłodze i otworzył najbliższe im okno. Jego oczy faktycznie przesunęły się pomiędzy wypoczywającymi w pomieszczeniu kotami, z zainteresowaniem zarejestrował też imię Luna, skupił się jednak na tym, kogo (a może raczej co) miał przed sobą. Złego ducha mącącego tutejszy spokój. - Nie mów nic, to odeślę cię w ciekawsze miejsce niż ta żelazna puszka.

[roll=PO]
Poltergeist wyszczerzył się upiornie i Flint odetchnął głęboko. Odliczył w głowie do trzech i po Pokątnej poniósł się niemal paniczny, okrutny i zapewne zwracający uwagę każdego wokół kobiecy jazgot.

- Na Matkę, na Panią Księżyyyca, pomoccyyyyyy, bijąąąą mnieeee - syczał, wijąc się i gryząc pętającą go linę. Dægberht ścisnął usta w wąską linię i napiął się, odpalając świeczkę. Nie pozwolił lontowi zapalić się powoli - on tej świecy zrobił małe ognisko, chcąc szybko ochlapać woskiem wypucowaną podłogę.

- Właśnie straciłeś jakieś pięć punktów aury - odparł, omal nie potykając się przy tym o przebiegającego obok panicznie kota. Nieszczególnie dziwiło to, że w tej sytuacji wolał znaleźć się bliżej swojej właścicielki i z dala od źródła tak silnego hałasu.

[roll=PO]
- PORWALI MI DZIECKOOOOOOO...

Odwrócił poltergeista na brzuszek.

- Mmmmoje mamalhleństfoooo....

- Wiesz, że nie posiadasz duszy, prawda? Jeżeli usunę cię z tego świata całkowicie, przestaniesz istnieć nawet jako koncepcja.

[roll=PO]
- Obdziehrają je ze skóry i karmią tym psy Śmielciożelfufff!

Flint potarł czoło ręką, wyraźniej zakreślając woskowy krąg. Z każdą kolejną sekundą rozważał jednak użycie tej świecy w inny sposób, skoro już ktoś fatygował się do nadania jej takiego kształtu. Odetchnął głęboko, wciągając w płuca kolejną porcję afrodyzjaku.

- Pani Księżyca ci tutaj nie pomoże. Może gdybyś wiedział, na czyje imię się powołujesz, nigdy nie stałbyś się złym duchem.

[roll=PO]
- Pani Księżyca ruchała małe dzie-

- MILCZ - warknął i tym razem warknął tak stanowczo, żeby poltergeist naprawdę się utkał. Flintowi to jednak nie wystarczyło i zdzielił go tą świeczką w obojczyk. Ten w gruncie rzeczy niepotrzebny akt przemocy z przykrością uznał za niezaprzeczalny moment swojej wewnętrznej słabości.

[roll=PO]
- Na srebrną tarczę unoszącą się nad naszymi głowami, obiecuję ci, że tam, gdzie zakończy się twoja wędrówka, nie istnieje już nic oprócz spokoju. Nie zrozumiesz cyklu dnia i nocy, nie zrozumiesz koła roku, nie zrozumiesz więc tego, co ci powiem, ohydny duchu, ale powiadam ci, że wracasz teraz tam, skąd przyszedłeś. Ten świat się ciebie wyrzeka, a ja wymazuję twój ślad z tej rzeczywistości. Jak ten płomień zgaśniesz w otchłani zapomnienia.

Zdmuchnął płomień świecy i... już. Bo kiedy płomień zgasł, tak samo zgasło to istnienie. Po obu pozostała jedynie kępa dymu, która odtańczyła swój taniec na nagłym podmuchu delikatnego wiatru i wyleciała za roztwartą okiennicę.


RE: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Victoria Lestrange - 25.08.2024

Victoria była czasami irytująco wręcz bystra i spostrzegawcza, a czasami koszmarnie niedomyślna – jak zresztą teraz, kiedy cały czas pewna, że chodzi o tę jej przypadłość, nie załapała komplementu, który Flint próbował przemycić.

– Och, naprawdę? – nie powinna się temu tak być może dziwić, nieraz widziała przecież, jak mężczyźni się za nią oglądają, czasami to też słyszała i niby była świadoma swojej urody, lecz nie przykładała do tego aż tak dużej wagi. I chyba słyszała to za rzadko od osób, od których chciała to słyszeć, łatwo można było więc stracić tę pewność siebie, a już zwłaszcza działo się to w ostatnim czasie. Piękno było względne, lecz kto nie chciał się podobać innym… Victorii zrobiło się więc jednocześnie głupio, że nie załapała od razu, i miło – bo to był bądź co bądź komplement. Nigdy też nie była tak próżna, by sądzić, że mogłaby się Dægberhtowi podobać bardziej, niż jego była żona. – Dziękuję – za taki komplement należało podziękować, tym bardziej że skojarzenie z Włochami też jej się spodobało. Pasowała tam – tak czuła, chociaż może było to wrażenie złudne, bo była tam raptem dwa dni na krótkim wypadzie z Laurentem. – Bardzo mi się tam podobało, niedawno byłam na Sycylii – ale pewnie też wiele osób by się z Dægberhtem nie zgodziło, bo tylko przed bliskimi jej ludźmi odkrywała tę swoją wcale nie taką chłodną i zdystansowaną naturę.

Być może źle się wyraziła i niedostatecznie dobrze się zrozumieli, ale Berht był jej pierwszym wyborem jeśli chodziło o egzorcyzmy. Lecz jeśli by go nie było – to wszak szukałaby pomocy u kogoś innego, nie zostawiłaby tego problemu tak, jak był, bo chciała się pozbyć lokatora na gapę.

– To w sumie trochę zabawne, bo jakiś czas temu z Brenną miałam podobną rozmowę. Coś jest z tym pokoleniem nie tak, nauczeni, by się kłaniać teraz myślą, że ich dzieci będą robić dokładnie to samo. Ale wydaje mi się, że są popsuci i nie potrafią inaczej – nie mogła oczywiście mówić o wszystkich i za wszystkich, a jedynie o tych, których widziała na własne oczy, albo o swojej rodzinie czy gdzieś tam znajomych… Niezaprzeczalnie była to prawda, a przynajmniej wedle jej własnego kodeksu i zdania.


Victoria przez moment przyglądała się, jak Dægberht siłował się z poltergeistem, by wydobyć go z wąskiej kratki, ale po chwili rzeczywiście znalazła się w kuchni, gdzie machnięciami różdżki wprawiła w ruch czajnik, który napełnił się wodą, a potem sam podleciał pod ogień, który zresztą zmusiła do tego, by był cieplejszy, a woda szybciej się nagrzała. Tak samo z szafki wyleciał porcelanowy dzbanek i puszka z herbatą, skąd nasypała się odpowiednia ilość. Znajdowała się właśnie dokładnie pod salonem i musiałaby być głucha, żeby nie słyszeć tych krzyków i syków, i aż głośniej wypuściła powietrze przez usta, kiedy zły duch darł się o porwaniu dziecka. W środku nocy. Z westchnieniem przywołała srebrną tacę, na której nalazła się też miseczka z ciasteczkami, filiżanki i spodeczki do nich, cukiernica, łyżeczki i wszystko czekało tylko na dzbanek z herbatą. I po chwili, gdy woda już się zagotowała, Victoria złapała tacę w ręce i teleportowała się na górę, by zobaczyć sam koniec tego przedstawienia, gdzie kotów już dawno nie były, bo zwiały gdzieś, gdzie było znacznie spokojniej. Ciemnowłosa z gracją położyła tacę na stoliku i wyprostowała się, a Dægberht zdmuchnął ogień i nagle zrobiło się tutaj tak… dziwnie cicho.

– Udało się? – zapytała cicho, nie ośmielając się podnieść głosu.




RE: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Dægberht Flint - 21.09.2024

Flinty uśmiechnął się tylko. Oczywiście, że była piękna i oczywiście, że nie kłamał - tak wiele można mu było zarzucić - niedopowiedzeń, czasami nawet złej woli, ale nigdy kłamstwa. Cokolwiek wymykało się z jego ust, choćby drobna myśl, musiała być czymś, co traktował jako fakt. Półprawdami nie lubił dzielić się nawet sferze uczuciowej, chociaż pewnie osobom, które go gorzej znały sprawiał takie wrażenie. Mylne - był poetą - wylew emocji na papier stanowił dla niego podstawę egzystencji.

- Oh i jak ci się podobało? Nieprzerwanie uważam Palermo za jedno z tych miejsc, do których zawsze dobrze się wraca - powiedział, chociaż powroty były mu dalsze niż poszukiwanie miejsc nowych i niezbadanych. Nie wspomniał też o tym, ale więcej czasu niż w Palermo spędził w Dolinie Świątyń i to z nią kojarzyła mu się ta przeklęta wyspa. Zakładał jednak, że Victoria wyruszyła tam w sprawach... bardziej przyziemnych.

- Tak myślisz? Że coś jest z nimi nie tak? - Te słowa go chyba ubodły. - W mojej opinii wszystko jest z nimi w porządku - bo zostali wychowani w sposób, który odcisnął piętno na ich psychice, a jednak nas, w większości przypadków, wychowywali inaczej. W ich odczuciu lepiej. Traktowali nas lepiej i teraz widzą tego efekty, to jak władza ją ich rodzice mieli nad nimi im... wymknęła się przez palce. Nie odnosi się to oczywiście do każdego przypadku - nie umknęła mu przecież twarda ręka, jaką wychowywano Victorię - ale kiedy kilka kart się już posypało, szczególnie tych stanowiących fundament... - Wykonał takie charakterystyczne ruchy ręką, te mówiące: wiesz o co mi chodzi, prawda?

- Taka dziwna jest to rzecz.

Ciężka do opisania w toku jednej rozmowy. Obnażająca złożoność ludzkiej psychiki. Te rysy na wychowaniu traktował jako dowód tego, że dobro i miłość zawsze walczyły o uwagę. Nawet w najbardziej zepsutych społecznościach. Rodzice powinni chcieć dla swoich dzieci jak najlepiej, szeptała mu często Matka. I starał się być jak najlepszy. Jego najlepszość nie była jednak wystarczająca - przynajmniej nie dla ogółu społeczeństwa. Czy była dla Viviane?

Kiedy Victoria wróciła do pomieszczenia, Dægberht zeskrobywał resztki wosku zaklęciem. Nie wyrzucił ich jeszcze, ale pomógł im zastygnąć i ułożył na śmierdzącym świecą i ziołami stosie. Nawdychał się tego za dużo, nawet mimo prób odgonienia oparów za otwartą okiennicę. Jego oblicze się zmieniło - nawet na ciemniejszej cerze było widać wyraźne zaczerwienienie zestawione z przyspieszonym oddechem.

- Udało się - sapnął, po czym przełknął ślinę, orientując się w tym, jak brzmiał teraz jego głos. Zbyt miękko i zbyt ciepło na jego upodobania. - Twoi sąsiedzi muszą być wniebowzięci.


RE: lato 1972, 7 sierpnia // ukarzę cię w imię księżyca i matki i chujoświeczek, amen - Victoria Lestrange - 30.09.2024

Nie pomyślałaby, że kłamał – nie widziała nigdy, by to robił. Mógł się nie odzywać, nie wypowiadać słów, nie przelewać ich na papier, ale gdy już otwierał buzię, to mówił prawdę i tak było zawsze, odkąd tylko się znali i ze sobą zadawali. Dlatego też dziękowała za ten komplement, bo był miły. Był też budujący, nawet jeśli to nie te usta, które powinny, to mówiły. I nawet jeśli to nie te oczy, które na nią patrzyły, to widziały.

– Było miło. Ludzie jacyś tacy bardziej otwarci. Ale nawet tam nie czułam ciepła. Piękne widoki, szkoda tylko, że nie miałam wystarczająco czasu, by wszystko obejrzeć. To były tylko dwa dni – i owszem, były to sprawy całkowicie przyziemne: chęć wyrwania się z tego smutnego momentu w życiu, dwa dni wakacji, prawdziwych wakacji, choć i tam nie obyło się bez smutku i poczucia, że jest się samotnym, małym człowiekiem, który nic nie znaczy dla ogromu świata. – Kawa była dobra.

Uniosła wyżej brwi, widząc wzburzenie Dægberhta, które chyba nie było potrzebne. Nie musieli się ze sobą zgadzać i przecież nigdy w pełni tak nie było. Wystarczyło spojrzeć na jego relację z córką – której nie pochwalała, bo czy tak to powinno wyglądać? Zresztą zawsze mu to mówiła. Albo relacja z Vioricą, równie pokręcona i dziwna, przy której mogła jedynie unieść brwi… Chociaż tu była trochę hipokrytką, bo z narzeczonym się rozstała, a jednak utrzymywała z nim kontakt; Lammas, wesele Blacków, danie mu kluczy do domu, by mógł zajmować się kotami…

– Tak, coś jest z nimi nie tak biorąc pod uwagę punkt widzenia, w którym się znajdujemy. Zamiast dopasować się do czasów, w jakich żyjemy, w jakich młodzi chcą kreować swoje życie, to trwają w zatwardzeniu, wzdychając do starych czasów i nie rozumiejąc, że coś się zmienia. Bo skoro oni się słuchali wszystkiego, co mówili ich rodzice, to my też musimy, bo… Z jakiej racji? – bo Matka tak chciała? Nie. Ale to był chyba po prostu wpływ czasów, postępu… czegoś, czego Victoria być może nie umiała nazwać, ale sama czuła to w sobie, ten bunt. Chęć zrobienia po swojemu, gdy tak długo słuchała się swojej rodziny w niemalże każdym aspekcie. Ach, dobra, grzeczna córka, która nigdy nie sprawiała problemów… Tupnięcie nóżką było tym mocniejsze, im bardziej rodzina wywierała na niej presję – a wywarła ją ogromną. Ale czy naprawdę byli tak zatwardziali jak mówiła? Owszem, bardzo pokłóciła się z matką, bardzo – tak, że w ręce poszły talerze, a następnie ciche dni. Ale ostatecznie… wyrwała się przecież z domu i nikt nie groził, że ją za to wydziedziczą. Prawda jednak była tez taka, że pomimo tej ciężkiej ręki i tego, w jaki sposób Victoria została wychowana, to… wyrosła na dość porządną osobę. Chłodną w obyciu, ale całkiem łagodnego usposobienia i wcale nie okrutną. Tak, rodzinę stawiała wysoko w swojej hierarchii priorytetów, była też trochę skrzywiona… ale na pewno nie była zepsuta. Dægberht miał wiec sporo racji, której nie dostrzegała.


Omiotła spojrzeniem otoczenie. Nigdzie nie było widać jej kotów, które musiały uciec do innego pomieszczenia, ale nie było też śladu po paskudnym duchu, który darł się wniebogłosy. Tylko dym… Lestrange widziała, że Flint poczerwieniał na policzkach, choć w tym momencie myślała bardziej, że to od wysiłku włożonego w egzorcyzm. Za to jego głos… Hmm…

– Hm, jest szansa, że nic nie słyszeli. To taki ostateczny test… Kilka dni temu zapłaciłam specjalistom za nałożenie na to mieszkanie wyciszenia. C prawda nic to nie dało na hałasy sąsiada i byłam bliska złożenia reklamacji, tylko nie miałam za bardzo kiedy, ale wychodzi na to, że to nie był wcale mój sąsiad – wzięła się pod boki i raz jeszcze spojrzała w kratkę, gdzie jeszcze do niedawna siedział zły duch. – Więc może jednak działa… A jak nie, no to cóż. Poskarżą się, pogadają i co mi zrobią? Nic. A ja zrobię małe piekło tym "specjalistom" – wzruszyła ramionami, po czym palcami wyrysowała w powietrzu cudzysłów. – Chodź, zrobiłam ci herbatę. I mam też ciasteczka, częstuj się – dodała zaraz ciepło i uśmiechnęła się delikatnie do Dægberhta. – I powiedz mi, jak mogę ci się odwdzięczyć?