Secrets of London
[1969] Florence x Atreus | Po marszu - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [1969] Florence x Atreus | Po marszu (/showthread.php?tid=376)

Strony: 1 2


[1969] Florence x Atreus | Po marszu - Atreus Bulstrode - 31.10.2022

adnotacja moderatora
Rozliczono - Florence Bulstrode - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty
Rozliczono - Atreus Bulstrode - osiągnięcie Pierwsze koty za płoty

Nic mu nie było, na prawdę. Przysięgał na własny honor, zaciągnięte pożyczki u Seraphiny i wszystko co najświętsze. Zapewniał siebie, kiedy przy każdym ruchu bok promieniował nieprzyjemnym bólem, który na moment zapewniał mroczki przed oczami. Atreus chodził się w sposób uważny, nagle nad wyraz siebie świadomy i ostrożny, chcąc upewnić się, by nie wykonać jakiegoś absolutnie niepotrzebnego gestu, który znowu zawirowałby jego światem.
Oczywiście, oprócz tego, że gorąco zapewniał siebie, że nic mu nie było, równie pośpiesznie i natrętnie postępował tak z każdym współpracownikiem, który znalazł się w zasięgu jego wzroku i próbował go wysłać dokładnie tam, gdzie powinien się właśnie znaleźć - na oddział Munga.
Na całe szczęście, w tym wszystkim brakowało Oriona, który nie tyle wykazywałby się odpowiednią argumentacją, która zachęciłaby go do wizyty u specjalisty, co zacząłby mu działać na nerwy do tego stopnia, że ten poddałby się z kretesem.
W końcu jednak surowe spojrzenie jednego z przełożonych trafiło na niego i jego kulawy sposób poruszania się, szybko analizując prezentujące się dowody i rozkazem odsyłając go by zasięgnął specjalistycznej pomocy, jaka była mu teraz potrzebna.
Odesłano go do jednej z wolnych sal, gdzie uzdrowiciele przyjmowali poszkodowanych w marszu, zarówno cywili, jak i przedstawicieli Ministerstwa, których wezwano tam by pilnowali porządku. Na korytarzu krzątał się personel, wpływając i wypływając z sal, gdzie znajdowali się ci w lepszym stanie, którzy nie potrzebowali natychmiastowej opieki. Pozostawało mu więc czekać. Jakkolwiek ten stan nie wydawał się dla niego nienaturalny, bezruch wydawał mu się w tym momencie najprzyjemniejszą rzeczą pod słońcem.


RE: [1969] Florence x Atreus | Po marszu - Florence Bulstrode - 01.11.2022

Florence znalazła się w okolicach Marszu przypadkiem.
Nie popierała praw charłaków, bo nie zajmowali oni specjalnie jej myśli. Nie zamierzała ich atakować, bo uznawała pozbawione magii dzieci czarodziejów za godne odrobiny litości, poza tym po prostu nie umiałaby podnieść różdżki na kogoś, kto nie próbował jej zaatakować. Nie była więc bezpośrednio w tłumie, nie groziło jej niebezpieczeństwo, za to zabrała się za udzielanie pomocy rannym. A potem zabrano ją wraz z jednym z nich, potrzebującym pilnie eliksirów, do szpitala świętego Munga. Ledwo napoiła mężczyznę stosowną miksturą, a już biegła do sali, w której zgromadzono tych uczestników marszu, którzy nie wyglądali wprawdzie, jakby mieli zaraz umrzeć, ale wciąż potrzebowali pomocy. A na pewno przyjrzenia się im i ocenienia stanu, bo pierwszy rzut oka bywał mylący.
I naprawdę nie miało żadnego znaczenia, że swój dyżur zasadniczo powinna zacząć dopiero za piętnaście minut.
Florence zwykle w pracy wyglądała nienagannie - włosy ciasno związane, szata w doskonałym porządku, baczne spojrzenie. Teraz jednak ciemne pukle były rozczochrane, luźno opadały na ramiona, a jej szata pozostawała lekko wymięta po wydarzeniach, do jakich doszło w magicznym Londynie. W jasnoniebieskich oczach zaś błysnęła niemalże panika, gdy przebiegła wzrokiem po zgromadzonych w pomieszczeniu, chcąc ustalić, kto potrzebuje pomocy najpierw... i pośród rannych dostrzegła brata.
Może wynikało to z tego, że Atreus był najmłodszy z rodzeństwa. Może z tego, że najczęściej pakował się w kłopoty. Albo że stanowił oczko w głowie matki, która powtarzała siostrze, że powinna się nim opiekować. Ale po prostu ciężko było się o niego nie m a r t w i ć. Zwłaszcza, w takiej sytuacji.
Ukryła jednak tę obawę bardzo szybko i zmierzyła go spojrzeniem, szukając ewentualnych ran albo oznak, wskazujących na to, że oberwał jakąś konkretną klątwą.
- Atreus, aż tak się za mną stęskniłeś? - spytała, podchodząc do niego i bezceremonialnie układając dłoń pod podbródkiem, by móc zajrzeć mu w oczy. - Mógłbyś poprosić, żebym wróciła wcześniej, a nie dawać się stratować. Oberwałeś zaklęciem, czy tylko się uderzyłeś?
Wolną ręką sięgnęła po różdżkę. Nie rzucała jednak na razie na niego żadnych czarów leczących, zamiast tego rozjarzyła jej koniec w zaklęciu lumos.
- Spojrzeniem za światłem, proszę. Jest ci niedobrze? Zawroty głowy? - wypytywała, powoli wiodąc różdżką w prawo i lewo, jednocześnie obserwując reakcję źrenic.


RE: [1969] Florence x Atreus | Po marszu - Atreus Bulstrode - 08.11.2022

- Mógłbym zapytać cię o to samo - odparł, próbując wysunąć podbródek z jej palców z miną jakby na prawdę nie rozumiał, czemu w ogóle musiała go dotykać. Każdemu swojemu pacjentowi patrzyła tak urokliwie w oczy, czy tylko on zyskiwał takie względy? Liczyła na to, że zgodnie z powiedzeniem, jakoby były one zwierciadłami duszy, wyczyta nagle całą historię tego, jak właściwie oberwał? - Dawno nie widziałem cię takiej nieuczesanej. Przysnęłaś na dyżurze czy może przybiegłaś na złamanie karku, żeby mnie ratować? Jeśli to drugie, to czuję się na prawdę ujęty za serce - rzekł nieco obruszony. Uderzył się? Sam?! Może jeszcze powinna go zapytać, czy coś przypadkiem własnej różdżki w oko nie wsadził. Może i dostał jakąś średnią klątwą w bok (a przynajmniej tak podejrzewał) i ktoś próbował go znokautować ręcznie, od czego bolała go szczęka, ale to jeszcze nie znaczyło, że sam sobie miał coś zrobić.
Wyglądał nieco jak naburmuszone dziecko, które wiedziało że nie ma drogi fizycznej ucieczki z zaistniałej sytuacji, ale nie znaczyło to, że miało zamiar nie okazywać niezadowolenia. Do całego obrazka brakowało jeszcze, żeby mu nogi nie sięgały do podłogi i dyndały z kozetki. Na szczęście jednak, matka natura dała mu trochę centymetrów, które uchroniły go od takiego losu.
Burknął coś niezrozumiałego pod nosem, najprawdopodobniej mląc brzydkie słówka, które same cisnęły się na język, ale nie wypadało rzucać ich tak prosto w twarz siostrze. Niewątpliwie winna była temu klątwa, czy inne cholerstwo, na równi jednak z niewyparzoną gębą, którą otrzymywało się z urodzenia w stosunku do potomków tych samych rodziców. Spojrzenie jednak posłusznie powędrowało za światłem różdżki. Po drodze jednak zrobił uciemiężonego zeza i wywrócił oczami.
- Nic mi nie jest. Daj mi jakiś syrop na ból i będę się zwijał, na prawdę nie ma co zajmować miejsca innym. To wszystko to w sumie nieporozumienie - rzucił. Wykręty były w tym przypadku jak najbardziej spodziewane. Florence nie pierwszy raz musiała się nim zajmować i za każdym razem bronił bardziej lub mniej przed tym, żeby mogła mu jak najlepiej pomóc. Wizyta u uzdrowiciela była dla niego zwykle synonimem porażki, a przecież nie mógł sobie na takowe pozwalać. Nie jego zdaniem. W poważnym stanie był tylko wtedy, kiedy nie mógł się jakkolwiek ruszać, a aktualnie, jeśli tylko zacisnął zęby, był w stanie udać się chociażby na nonszalancki spacer korytarzami szpitala. Najpewniej tylko po to, żeby wywrócić się przy drzwiach wyjściowych.


RE: [1969] Florence x Atreus | Po marszu - Florence Bulstrode - 08.11.2022

- Siedziałam właśnie w schowku, z bardzo przystojnym uzdrowicielem i on mnie tak rozczochrał, ale mi przerwano dobijając się do drzwi i krzycząc, że mój brat trafił na oddział i jest tak złośliwy, że żaden inny magomedyk nie chce do niego podejść – odparowała Florence, zacieśniając chwyt i ani myśląc pozwolić najmłodszemu Bulstrodowi wyrywać się z jej jakże czułego uścisku. Zachowywał się w miarę normalnie, doskonale, to znaczyło, że nie umierał. Gdyby przypadkiem był dla niej miły albo, o zgrozo, pozwolił się obejrzeć bez żadnych protestów i złośliwych uwag, Florence już wołałaby tutaj dwóch kolejnych uzdrowicieli i zabierała go na salę zabiegową, szepcąc pod nosem zaklęcia z tej jaśniejszej strony nekromanckiej magii, mające za zadanie utrzymać pacjenta przy życiu, zanim otrzyma profesjonalne wsparcie.
– Och, nie, skarbie, ten zez to jak nic objaw szczególnie paskudnej klątwy, teraz nie mogę cię stąd wypuścić do następnego czwartku – oświadczyła, pochylając się jeszcze bardziej, bo reakcja źrenic wcale się jej nie podobała. Atreus nie raczył odpowiedzieć na pytanie, czy mu niedobrze, próbowała więc wywnioskować coś z jego postawy i oczu właśnie.
– Sam jesteś nieporozumienie – mruknęła, zanim jeszcze zdołał wypowiedzieć to zdanie osobiście. Florence nie korzystała ze swojego talentu jasnowidza zbyt często, teraz jednak „uruchomiła go”, absolutnie celowo, sięgając w przyszłość Atreusa i za nic mając jego prywatność. Do tego też pewnie przywykł, skoro oboje starszego rodzeństwa dysponowało tym talentem, w młodości nie zawsze nad nim panując.
Tak czy inaczej, wychodziło jej niezbicie, z wiedzy jasnowidza oraz uzdrowiciela: jak go stąd puści, padnie trzy kroki przed wyjściem ze świętego Munga.
Może i lepiej? Może powinna po prostu pójść za nim, poczekać, zebrać go nieprzytomnego i zafundować mu pełną diagnostykę, gdy nie będzie mógł protestować.
– Coś ty robił na tym marszu? Wezwano cię do tłumienia zamieszek? Chyba nie miałeś go dziś obstawiać. Bo rozumiem, że byłeś tam, a nie pobiłeś się z Orionem albo z kimś w kasynie? – powiedziała, prostując się i machając różdżką, wykonując nią całą serię gestów. Skupiła się w tej chwili na rzucaniu czarów, które miały złamać ewentualne efekty słabszych zaklęć, jakimi Atreus mógł oberwać w tłumie. Środek przeciwbólowy? Chyba śnił. Syropek na ból dostanie w ostatniej kolejności, gdy już Florence upewni się, że nie ciążą na nim żadne klątwy, wyleczy wszystkie rany i każe mu godzinę posiedzieć na tym miejscu, na którym plecy kończą swoją szlachetną nazwę. Nie wcześniej. Bo w tym przypadku nie potrzebowała umiejętności jasnowidza, by wiedzieć jedno: ledwo dostarczy bratu środek przeciwbólowy, a on już będzie stąd uciekał, jakby się kurzyło.
Była równie uparta jak on i nie zamierzała na to pozwolić.


RE: [1969] Florence x Atreus | Po marszu - Atreus Bulstrode - 11.11.2022

- O widzisz i tak właśnie powinnaś żyć. Bez ograniczeń, nie przejmując się niczym, siedząc w schowku z przystojnymi uzdrowicielami. Ba! Jestem ostatnią osobą, która by cię w tych kwestiach rozliczała, więc powiem tak - możesz tam siedzieć nawet z praktykantami lub pacjentami. Baw się dobrze, a ja tym czasem... rozumiesz.. No przesuń żeż się... Uff... - Florence, sprawa oczywista, się nie przesunęła. Nawet w sumie nie musiała podejmować się tego, albo próbować go zablokować, bo gdy tylko nieco naprężył mięśnie by zsunąć się z kozetki, to ból wycisnął mu z płuc powietrze i powiedział, żeby może łaskawie usiadł z powrotem na dupsku. A on, o zgrozo, posłuchał. Spojrzenie i mina kazały jednak sugerować, że niedoczekanie żeby ten stan posłuszeństwa trwał dłużej jak pięć minut i kiedy tylko fala dyskomfortu odejdzie w zapomnienie, to on podejmie tę próbę znowu. A potem znowu i znowu, bo jak to zdążyła stwierdzić za pomocą medycznej wiedzy i jasnowidztwa jego siostra - był kompletnym osłem.
- Ej, ej ej ej ej, nie myśl że nie wiem co robisz - pogroził jej palcem, marszcząc groźnie brwi, chociaż oczywiście, na niezadowolonych gestach dłoni musiał poprzestać - Znam tę minę. Wypad z mojej głowy. A kysz - odwrócił twarz, jakby ten drobny ruch miał pomóc mu wypchnąć ją z jego przyszłości, albo odsunąć ją nieco dalej. Oczywiście, to absolutnie nie działało w tę stronę, a on był tego nad wyraz świadom. Nie przeszkadzało mu to jednak w prawieniu dyrdymałów.
- Słuchaj, znasz mnie, uwielbiam swąd klątwy o poranku, więc poszedłem sobie na spacer. Byłem właśnie na Nokturnie, kiedy dostałem cegłówką, która okazała się świstoklikiem, który przeniósł mnie w sam środek marszu - zmarszczył brwi, jakby zniesmaczony całą tą sytuacją. Jakby faktycznie ktoś ośmielił się deportować go bez pytania od spraw, którymi się zajmował. - Oczywiście, że wezwano nas to tłumienia zamieszek. Czasem na prawdę zastanawiam się, jak zdałaś egzaminy, bez urazy oczywiście. Pół departamentu tam wysłali, bo niektórzy zaczęli bawić się zbyt dobrze. Niech ich cholera wszystkich - ostatnie słowa wyrzucił pod nosem, wyraźnie niezadowolony. Ba, wściekły zwyczajnie. Jakby marsz nie mógł się odbyć bez żadnych problemów. Na prawdę, charłakami wszyscy tak mocno się przejmowali, że następnego dnia i tak nikt by o nich nie pamiętam, ale nie. Ktoś musiał uznać, że mu zależy i wyjść z kontr-transparentami, kontr-argumentami i kontr-zdrowym-rozsądkiem, który posłał klątwy w powietrze. Jemu samemu natomiast absolutnie nie zależało - charłaki interesowały go tyle, co zeszłoroczny śnieg, czyli wcale. Byli, istnieli, jako jakaś dziwna aberracja w magicznej genetyce, sprzyjająca zadawaniu sobie pytania; co było pierwsze? Czarodziej czy mugol?


RE: [1969] Florence x Atreus | Po marszu - Florence Bulstrode - 11.11.2022

- Tak mówisz? A może z policjantami? Doskonały pomysł, Atri. Od jutra odwiedzam cię w Departamencie trzy razy w tygodniu w porze lunchu, muszę poznać twoich kolegów z pracy i zwiedzić wszystkie tamtejsze schowki. Przy okazji będę wszystkich pytać, czy mój mały braciszek jest grzecznym chłopcem i załamywać ręce, gdy odpowiedzą, że nie - poinformowała Florence, a i owszem, kiedy Atreus postarał się wstać, nie tylko się nie odsunęła, ale bezlitośnie pchnęła go z powrotem na ławkę. Gdyby nie posłuchał, użyłaby po prostu różdżki, korzystając z tej przewagi, że przed jego oczyma zapewne wirował świat, a przed jej: nie.
Nie dziwiło jej, że wiedział, co robiła. W końcu odpowiedziała na jego słowa, zanim jeszcze je wypowiedział, więc nawet żadne miny nie były tutaj potrzebne. A znał ją dość długo, by taką ewentualnie móc wyłapać...
- Nie siedzę w twojej głowie, tylko w twojej przyszłości. A z niej wynika mi z niezbicie, że jak cię stąd puszczę, zemdlejesz najdalej na schodach. - I to pomimo tego, że rzuciła już zaklęcia, które powinny anulować efekty słabszych czarów. Florence tego nijak po sobie nie pokazywała, ale stan brata niepokoił ją coraz bardziej. On się nie wyrywał! Nie uciekał! Nie protestował nawet tak mocno, jak się już zdarzało. Nie musiała ani go unieruchamiać, ani grozić, że opowie kolegom o wszystkich dziecięcych, głupich wybrykach i pomysłach... Może i odpowiadała na jego złośliwostki, ale to wcale nie znaczyło, że nie martwiła się o Atreusa. Oczywiście, że się martwiła. Ba, gdyby nie sytuacja, już wolałaby tu innego uzdrowiciela, tak na wszelki wypadek.
- Do tego nie mogę dopuścić, będę się potykać o twoje ciało, przechodząc między oddziałami.
Oczywiście, że nie przestała szukać wszystkiego, co mogła znaleźć w jego przyszłości. Bo poza planami na jutro mogła przy okazji dowiedzieć się, jakie potencjalnie mają skutki klątw, którymi oberwał, skoro nie chciał współpracować i powiedzieć, co dokładnie go boli, jak bardzo i czym oberwał.
- Świetnie, cegłówką w łeb. Aby nie zmądrzałeś od tego? Czy to próżne nadzieje? Pokaż głowę. Na litość Merlina, mogli po prostu pozwolić temu marszowi przejść, przecież i tak by nic nie zmienił - mruknęła, upewniając się, czy Bulstrode faktycznie nie oberwał czymś w głowę. Sam sobie winny, skoro to zasugerował. Może przyjęła strategię, że będzie traktować wszystkie jego żarty poważnie, to on wreszcie wskaże jasno, jeśli ona coś przegapi?
Najwyraźniej ich zdanie o charłakach było podobne. Florence była trochę bardziej miękka od brata (w co jednak nie uwierzyłby nikt w szpitalu, a może i w rodzinie), nawet współczuła dzieciakom i dorosłym pozbawionym talentu, ale żyli w świecie czarodziejów, więc nikt nie mógł oczekiwać, że nagle dostosują go do osób magii nie posiadających. Za duże ryzyko ujawnienia. Ale ciskanie zaklęć w tłumie? Ryzykowanie życia i zdrowia? Jaki to miało sens? Tylko ten marsz zapamiętają na dłużej...
Nie wydawała się dotknięcia insynuacjami o tym, jak zdała egzaminy. Taki już był Atreus, a po prawdzie ona wcale nie ustępowała mu złośliwością aż tak bardzo. (Choć trochę owszem, w tej dziedzinie musiała oddać mu pałeczkę pierwszeństwa, była w końcu uzdrowicielką, nie mogła dobijać pacjentów na każdym kroku. W każdym razie w tej rodzinie najmilszą osobą ewidentnie był Orion.
- Teraz przed tobą poważne zadanie. Może największe wyzwanie w twojej karierze. Sześćdziesiąt sekund bez ruszania się i gadania, jeśli chcesz stąd wyjść w ciągu najbliższej godziny - ostrzegła. I najpierw znów zanurkowała w przyszłość, chcąc upewnić się czy posłucha - tylko jeśli tak, zabrała się za kolejne, bardziej skomplikowane zaklęcie.


RE: [1969] Florence x Atreus | Po marszu - Atreus Bulstrode - 17.11.2022

- Tylko proszę, z żadnymi BUMowcami. Wiem, że stać cię na aurora. I daj znać, kiedy masz wpaść, żeby wiesz... mogło mnie wtedy nie być - uśmiechnął się do niej jakże czarująco, a przynajmniej w swoim mniemaniu, bo poirytowanie promieniującym bólem skutecznie psuło całe przedstawienie. Ktoś mógłby pomyśleć, że to czarnoksiężnicy byli prawdziwym wrogiem w jego życiu. Co chwila jednak poprzez drobne interakcje, uświadamiał sobie, że prawdziwymi przeciwnikami jego żywota było jego rodzeństwo. Właśnie tak zaczynały się rozłamy w rodzinie i konflikty na całe życie - popychaniem cierpiącego na kozetkę.
- Do schodów? - rzucił absurdalnie wręcz oburzony, mierząc wzrokiem najpierw ją, a potem oglądając się na wejście do sali i starając się odtworzyć drogę, którą się tutaj doczłapać. - Mogę się z tobą założyć, że zajdę o wiele dalej! - wstałby pewnie tu i teraz, ale jakoś tak... no nie miał po prostu ochoty w tym momencie. Był też absolutnie przekonany, że dotarłby przynajmniej przez wejście do szpitala. Ale tam chyba też były schody? A może nie? W każdym razie, na pewno zaszedłby dalej, niż jej się to wydawało. Musiało jej się po prostu przewidzieć. - Potraktuj to wtedy jako codzienne ćwiczenia. W zdrowym ciele, zdrowy duch. Jak sobie poskaczesz tak nad kimś, raz w jedną, raz w drugą, to ci się od razu krążenie poprawi - a podobno dobre krążenie, to ważna rzecz była.
- Niestety, ale jestem powolnym uczniem - sarknął, krzywiąc się na jej słowa, jakby właśnie zadała jego dumie największy cios swojego życia. Kiedy tylko wyciągnęła do niego ręce, żeby sprawdzić jak tam głowa, o ile to zrobiła, trzepnął ją w dłoń, mrucząc coś pod nosem, że przecież tylko żartował, zostaw mnie kobieto.
Nawet jeśli bardzo chciał się aktualnie wyrywać, to niestety nie miał ku temu zbytnio możliwości. Nawet jeśli oberwał tylko troszkę, to wystarczająco i z takim skutkiem, że skutecznie utrudniało mu to zwyczajową obronę przed pomocą medyczną. Znajdował się, niestety, na przegranej pozycji. Zwykle bowiem wystarczyła butelka ognistej whisky, spanko i czuł się jak nowo narodzony. Może z paroma siniakami, obolałymi mięśniami i kacem, ale tak - niczym noworodek.
Gdyby miał się jakoś przyznawać do swojej opinii na temat charłaków to pewnie powiedziałby też, że tego typu akty agresji, były zwyczajnym marnotrawstwem. Marnowano czas BUMowców, aurorów, ministerstwa, służby zdrowia i każdego, kto przypadkiem znalazł się w okolicach marszu. Wszystko to było przede wszystkim uciążliwe, ale niektórzy uważali, że jak nie pierdolną w kogoś tak, jak w niego rodzice napierdalali za dzieciaka zaczarowanym kapciem, to świat w ogóle się nie zmieni.
- Błagam cię. Sześćdziesiąt sekund to gorzej jak jedna minuta. Miejże litość, kobieto - jęknął, wiercąc się jeszcze przez chwilę, co najmniej jakby miał owsiki, całkiem niedyskretnie próbując się z tej kozetki ześlizgnąć znowu. Kiedy jednak Florence ponownie mu to udaremniła, a na pewno to zrobiła, z miną obrażonego dzieciaka usiadł spokojnie na dupsku.


RE: [1969] Florence x Atreus | Po marszu - Florence Bulstrode - 17.11.2022

- BUMowiec to doskonały pomysł. Macie tam podobno jednego celebrytę. Jestem całkowicie przekonana, że żeby chcieć zostać łowcą czarnoksiężników, trzeba mieć coś z głową. Ewentualnie chcieć pilnować młodszego rodzeństwa. Poza tym co to za zabawa, romansowanie w Departamencie brata, jeżeli on nie może cię nakryć? Musisz być na miejscu – oświadczyła z żelaznym spokojem. Przywykła do charakteru Atreusa na tyle, że jego zaczepki raczej ją w tej chwili cieszyły niż martwiły. Skoro gadał, narzekał, wygłaszał tego typu komentarze, znaczy się: nie umierał. – Właściwie to chyba kilku z nich nawet jest na oddziale po Marszu – dodała jakby z namysłem, wcale nie porzucając prób obejrzenia jego głowy. Ba, gdy chciał dać jej po łapie, zabrała rękę i to wcale nie dlatego, że miała świetny refleks, bo wcale takim nie dysponowała. Ot dokładnie wiedziała, w którym momencie jego dłoń zostanie uniesiona do uderzenia… - Jeden oberwał w tłumie, drugi mnie tu przetransportował z rannym prosto z Marszu. Chyba poproszę go o adres sowiej poczty – oświadczyła takim tonem, że można by pomyśleć, że mówi poważnie.
Ale nie, nie mówiła. Nie dlatego, że BUMowiec nie był przystojny. Albo dlaczego, że miałaby coś przeciwko randce. Nie miała po prostu czasu na takie bzdury, jeżeli chciała poprawić swoją pozycję w Świętym Mungu. A na tym bardzo jej zależało.
– Atri, nieszczęście mojego życia, pozwól sobie przypomnieć złotą zasadę hazardu, bo chyba zapomniałeś, co powtarzała zawsze matka…
Florence pochyliła się, spoglądając mu prosto w twarz. Jej własne, jasne oczy wciąż zdawały się lekko zasnute: spojrzenie kogoś, kto spoglądał w przyszłość.
- Nigdy nie graj i nie zakładaj się z jasnowidzem – szepnęła, jakby zdradzała mu wielką tajemnicę. A potem wyprostowała się. - Żadnej litości.
Bardzo sprawnie blokowała mu próby ucieczki z kozetki. I to nawet nie dzięki jasnowidzeniu, a temu, że Atreus zdecydowanie nie był w najlepszej formie. Kiedy wreszcie usiadł na tyłku, wykonała kilka ruchów różdżką, przełamując ciążące na nim zaklęcia. Poza Atreusem na pomoc czekało całkiem sporo poszkodowanych. Gdyby znała myśli brata, pewnie – o zgrozo! – zgodziłaby się z nim nawet, bo owszem, ci uczestnicy kontrmanifestacji zmarnowali właśnie mnóstwo czasu uzdrowicieli i szpitalnych zasobów. I po co? By powiedzieć, że nie lubią charłaków? Jakby ktoś zwracał na nich uwagę.
– Dobrze. Jeśli teraz jeszcze zdołasz stąd nie uciec w popłochu, a jak grzeczny chłopiec wypijesz eliksir, będziesz mógł zaraz wracać do pracy i ścigać złych czarowników, napadających na marsze. Albo udać się do jaskini zła i rozpusty, czyli któregoś z rodzinnych kasyn.


RE: [1969] Florence x Atreus | Po marszu - Atreus Bulstrode - 24.11.2022

- Na prawdę? Nie znam. - odparł stanowczo, nawet nie próbując sobie zawracać głowy tym, czy faktycznie mogła mieć kogoś konkretnego na myśli. BUMowcy wystawiali mandaty za złe parkowanie mioteł, nic więc dziwnego, że kiedy tylko dostał błyszczącą plakietkę aurora, to przestał sobie zawracać nimi głowę. - Zrozum, praca nie wybiera, mam zawsze pełne ręce roboty. Tak, to bym bardzo chętnie nawet pomógł ci w tych swatach. To przecież już ten wiek, żeby znaleźć sobie męża - dobrze że nie rozmawiali o jakichś celebrytach aurorach, bo Merlin mu świadkiem, że rzuciłby jakąś niewybredną uwagę o Orionie w tym jakże niewłaściwym kontekście.
- Wiesz, gdzieś kiedyś słyszałem, że pacjenci szpitali często zaczynają żywić uczucia do swoich lekarzy. Ma to coś do czynienia z opiekuńczością i poświęcaniem uwagi. Widzisz, to twoja szansa. Nawet nie musisz łapać jednej sroki za ogon, bo masz pod ręką parę. - pokiwał głową, jakby właśnie obdarowywał ja swoim błogosławieństwem. Po części tak było, niech jej idzie na zdrowię, na prawdę, byleby się uwinęła z nim jak najszybciej. - Ale tobie nic nie jest? - łypnął na nią okiem, omiatając ją od stóp do głów, a przynajmniej na tyle, na ile pozwalała mu aktualna sytuacja. Wyglądało jednak, że nic jej nie było, a pewnie gdyby było, to podobnie jak on próbowałaby zacisnąć zęby i wrócić do pracy. To chyba było rodzinne.
Na jakieś tam pierdoły o niezakładaniu się z jasnowidzami, poprzedrzeźniał ją tylko pod nosem i to dodatkowo w jakiś pokrętny, nieartykułowalny sposób, który nijak dało się rozszyfrować. Nie mógł się z nią spierać, bo doskonale tężę zasadę znał, co nie zmieniało faktu, że nagminnie starał się jej niezachwialność poddawać próbie.
Kiedy wreszcie zabrała się na poważnie do roboty, poczuł rozchodzącą się po ciele ulgę. Bok zdawał się jeszcze trochę pulsować bólem jakby samym jego wspomnieniem i dla zasady, żeby zrobić mu na złość i nie puścić zbyt szybko z kozetki. Nie zmieniało to jednak faktu, że był on nagle znośny, umożliwiał normalne oddychanie, a nawet pozwalał na stanięcię prosto, a przynajmniej Atreus tak optymistycznie zakładał, bo wciąż siedział na swoim miejscu.
- No wreszcie. Nie wiem czemu tyle się guzdrałaś. Dostanę chociaż lizaka za bycie dzielnym pacjentem? - zapytał, unosząc lekko brwi, jakby była to jedyna rzecz, która miała go zmusić do wypicia eliksiru. Prawdę powiedziawszy jednak, na prawdę chciał już opróżnić fiolkę i zmyć się ze szpitala. Nie chodziło tutaj nawet o to, że miał zamiar pokuśtykać do jednego z kasyn i odreagować ten podły dzień, ale zwyczajnie chciał wrócić na trasę marszu. Część awantur powinna się już rozejść po kościach, ale tego typu wydarzenia często nosiły za sobą podjudzone niedobitki, które wędrowały ciasnymi uliczkami w głąb magicznego i niemagicznego Londynu, z zamiarem powodowania szeroko pojętego antencyjnego chaosu. Zająć się nimi natomiast, było robotą zarówno BUMowców jak i aurorów, zależy od delikwenta.


RE: [1969] Florence x Atreus | Po marszu - Florence Bulstrode - 24.11.2022

Wiele mówiło o Atreusie to, jak szybko zaczął ignorować dawnych kolegów i jak ich oceniał, chociaż Detektywi zdecydowanie nie zajmowali się samymi mandami za miotły – Florence dość regularnie musiała składać doniesienia, gdy do szpitala trafiał ktoś, kto wyglądał na ofiarę napaści.
Wiele mówiło o samej Florence, a raczej o jej słabości wobec najmłodszego brata, że doskonale wiedząc, dlaczego Atreus „nie zna”, ani myślała uznać tego za coś niewłaściwego. Może dlatego wyrósł na taką osobę, jaką wyrósł. Chyba to uzdrowicielka była dla niego najsurowsza z całej rodziny, a i tak najwyraźniej o wiele za mało… Świadczyło o tym choćby to, że choć stanowczo blokowała jego próby ucieczki, to nie sparaliżowała go po prostu, aby poddał się wszystkim procedurom medycznym. Mimo tego, że byli inni pacjenci potrzebujący pomocy, a usadawianie go z powrotem na tyłku sprawiło, że wszystko zajęło dwa razy więcej czasu niż by mogło.
- Kto mówił o mężu? – zdziwiła się fałszywie, sprawdzając czy zaklęcie zadziałało. Po czym machnęła różdżką, używając czaru przywołującego. Wolałaby powędrować po eliksir osobiście, ale trochę się bała, że Atreus jak uparty chłopiec, co odmrozi sobie uszy na złość mamie, ucieknie stąd wtedy przed wypiciem mikstury. – Tylko przelotne romanse. Nie mam czasu na męża. Muszę przewidzieć w swoich grafiku trochę czasu na zamienianie twojego życia w piekło, pamiętasz?
Żeby jeszcze miała czas na te przelotne romanse. Jej jedyną miłością nie bez powodu pozostawał szpital.
Pokręciła głową na pytanie, czy nic jej nie jest. Rzeczywiście, nie wyglądała na ranną, jeżeli więc nawet oberwała gdzieś po drodze, zapewne pozwoliła się grzecznie wyleczyć. O tym, że była na trasie marszu świadczyło głównie ogólne wygniecenie ubrań – codziennych, nie uzdrowicielskich – stopień rozczochrana, brudna spódnica: uwalana i błotem i krwią.
Nie jej, na szczęście.
- Gdybyś usiadł spokojnie na minutę szybciej niż po pięciu minutach, już by cię tu nie było. Do dna, proszę – poleciła, podając bratu fiolkę z eliksirem. Wcześniej szybko zerknęła na etykietkę i korek, upewniając się, że jest dobrze oznaczony i przechowywany.
Gdy zapytał o lizaka zaś…
Z kamiennym wyrazem twarzy machnęła ręką. Nie, nie wyczarowała lizaka, z jedzeniem zresztą było trudno. Zamiast tego z poważną miną wręczyła mu naklejkę. Przedstawiającą uśmiechniętego pieska, wystawiającego język, z podpisem Dzielny Pacjent.
Chociaż Atreus wcale na nią nie zasłużył.
- Gotowe. Uważaj na trasie Marszu. Nie chcę cię już tu dziś widzieć. I sprawdź sklep z miotłami, zdaje mi się, że ktoś korzystając z zamieszania próbował się tam włamać.