![]() |
|
[Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise (/showthread.php?tid=3831) |
[Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 01.09.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Okres świąteczny wiązał się z przyjęciami, na których warto się było pokazać. Czystokrwiści lubili hucznie świętować sabaty, często towarzyszyły temu bale, i inne podobne wydarzenia towarzyskie. Większa część śmietanki towarzyskiej oczekiwała tego okresu, bo niemalże codziennie coś się działo. Pogoda sprzyjała zimowemu świętowaniu, nastrój był wyjątkowo wyczuwalny w mroźnym powietrzu. Płatki śniegu tańczyły na zewnątrz. Jeszcze kilka dni temu raczej można było przyrównać zimowe poranki do czegoś zrobionego ze stali, jakby miały metaliczny smak i ostre krawędzie, jakby nie były stworzone dla człowieka, śnieg łagodził tą atmosferę. Otulał gałęzie drzew niczym ciepła pierzyna, zrobiło się przyjemniej, chociaż dni nadal trwały bardzo krótko. Ciemność nie miała litości, okrywała płaszczem świat wcześnie, to był jej czas. Bal u Macmillanów miał być jednym z większych wydarzeń tego sezonu zimowego. Warto było zaznaczyć na nim swoją obecność, chociaż przez chwilę przemknąć między innymi czystokrwistymi. Panna Yaxley zdawała sobie z tego sprawę, i chociaż zdecydowanie wolałaby spędzać ten wieczór w rodzinnej rezydencji w Walii, z kubkiem grzanego wina w dłoni, siedząc najpewniej przed kominkiem, to nie mogła się tutaj nie pojawić. Myślała o tym grzanym winie nawet kiedy przemierzała parkiet w poszukiwaniu kolejnego kieliszka whisky. Wydawało jej się nawet, że czuje zapach goździków w powietrzu i pomarańczy, musiała jednak wrócić całą sobą do tej sali balowej. Nie mogła bujać w obłokach. Jakoś tak się złożyło, że zjawiła się tutaj sama. Próbowała znaleźć jakieś znajome twarze, ale na parkiecie było tłoczno, co dosyć mocno to utrudniało. Jako, że była wysoka nie miała problemu z tym, żeby zlokalizować bar, chociaż tyle jej się udało. Skoro wokół było tyle ludzi, to oznaczało, że nie piła sama, prawda? Starała się nieco wybielić przed samą sobą. Tak naprawdę nie do końca pewnie czuła się pewnie między tymi wszystkimi poważanymi arystokratami. Musiała uważać na to, co mówi. Pilnować się, żeby nie palnąć jakieś głupoty i nie zostać ocenioną jako idiotka - mogło to nie sprzyjać temu, jak inni widzieli jej rodzinę, jedynie przez to martwiła się tym, jak mogą odebrać ją inni. Rodzina była dla niej najważniejsza. Udało się jej jakoś przemknąć do tego nieszczęsnego baru. Odetchnęła z ulgą, gdy znalazła się przed ladą. Bezpieczne miejsce. O ile nie nawinie się jej pod nogi ktoś, kogo nie chciała spotkać. Dopiero teraz, oparta plecami przez ladę mogła docenić piękno dekoracji, które ozdabiały salę. Ktoś naprawdę przyłożył się do sprawy, wystrój przypominał bowiem ten na zewnątrz, na suficie mieniły się gwiazdy (najprawdopodobniej była to jakaś magiczna iluzja), a reszta dekoracji była biała. Dostrzegła śnieg, miała ochotę wsadzić w niego rękę, żeby sprawdzić, czy jest zimny. Gdzieniegdzie na suficie można było zauważyć jemiołę i ostrokrzewy, które powodowały, że pomieszczenie nie wydawało się być przesadnie białe. Gdy skończyła podziwiać te piękne dekoracje odwróciła się znowu w stronę baru. Nim odezwała się do mężczyzny, który bardzo sprawnie mieszał drinki poprawiła swoją sukienkę, bo jedno z ramiączek jej się zsunęło. Nie do końca dobrze czuła się w takich oficjalnych strojach, ale miejsca jak to wymagały odpowiednich ubrań. Jej suknia, która sięgała niemal do ziemi była w kolorze butelkowo-zielonym, jej ulubionym, szyta oczywiście na zamówienie u Rosierów, bo trudno było dostać coś oficjalnego w pierwszym, lepszym sklepie na kogoś jej gabarytów. Długie rozcięcie ciągnęło się jej od samego dołu niemalże do końca uda. Wiele by dała, aby ta suknia nie była tak bardzo obcisła i nie ograniczała jej ruchów, trochę żałowała, że nie wybrała czegoś innego, jednak teraz nie miała już innego wyjścia, jak jakoś przeżyć ten wieczór. Nie zamierzała zresztą długo tutaj zostać. Macmillanowie ją widzieli, przywitała się z nimi na samym początku, zaznaczyła swoją obecność, więc wykonała swoje zadanie. Nie miała jednak zamiaru odmówić darmowego alkoholu, nie, żeby nie było ją stać na trunki, ale te za niektóre nie musiała płacić zawsze smakowały jakoś lepiej. - Podwójną ognistą, poproszę. - Rzuciła chrapliwym głosem do mężczyzny, który stał za barem, ubrany był w całkiem gustowny, biały smoking. Na czoło Ger spadło pasmo włosów, próbowała je zdmuchnąć, aby nie wchodziły jej do oczu, że też one musiały być tak bardzo niesforne, jak i ona. Najwyraźniej upięcie nie zamierzało przetrwać całej nocy. RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.09.2024 Ambroise Greengrass nie był fanatykiem wydarzeń społecznych. Szczególnie takich, podczas których należało się zachowywać, jakby każdy połknął co najmniej kij od małej miotełki. Mimo że macocha wychowała go na światłego, kulturalnego człowieka, takie spędy wymagały od niego znacznie więcej energii niż chciałby im dać. Oczywiście, nie mógł nie doceniać wszystkich niewątpliwych zalet przyjęć i balów. Wkład organizatorów w stworzenie wyjątkowej atmosfery zimowego raju był nie do podważenia. Wszystkie przygotowania do tego jednego wieczoru musiały zająć dłużej niż niejeden mógłby założyć. Już sam stopień dopracowania dekoracji daleko wyprzedzał wszystko, co przedtem widział. Miał wrażenie, że z roku na rok, z wydarzenia na wydarzenie czystokrwiste rody prześcigały się w tym, kto zorganizuje bardziej pompatyczne wydarzenie. Ironicznie, im bardziej napięta była sytuacja na zewnątrz na co dzień, tym bardziej wystawnie prezentowały się bale. Stoły gięły się od ilości jedzenia, którego różnorodność mogła jednocześnie oburzyć i zaskoczyć. To było wprost niemoralnie imponujące. Dokładnie tak samo jak wszystko inne. Ilość zaczarowanych dekoracji? Niemoralnie imponujące. Liczba skrzatów domowych i innych dyskretnych służących? Niemoralnie imponujące. Wszystkie te nowe strojne kreacje do jednokrotnego założenia? Niemoralnie imponujące. Zachowanie jedynej osoby, z którą tu przyszedł i która sprawiła, że niemal spocił się w swoim ciemnozielonym, niemal czarnym stroju? Właśnie. Niemoralnie imponujące. - Margaux - sapnął, sam nie wiedział, który raz tego wieczoru. - M a r g a u x - niemal był skłonny zrezygnować z obowiązku pilnowania wspomnianej czarownicy, bo odnosił wrażenie, że specjalnie znikała mu z oczu. Jednocześnie była ubrana w tak krzykliwie modny sposób, że zwracała na siebie uwagę jak latarnia morska nocą. Szczególnie, kiedy światła świec odbijały się w bogato zdobionej opasce na jej głowie. A równocześnie posiadła zdolność błyskawicznego ulatniania się w tłumie i nieprzewidywalności tego, gdzie się pojawi. Tym razem mignęła mu jak różowa bojka między ludźmi przy barze. - Cholera, Margaux - ni to sarknął ni to jęknął do wysokiej brunetki, która skwitowała to miodowosłodkim, wytrenowanym uśmiechem niewiniątka. O tak. Margaux Auclair została wyuczona sposobu zachowania, który zazwyczaj dawał jej to, czego pragnęła. W tym wypadku dwóch wysokich szklanek z grubego szkła wypełnionych czymś, co równie prawdopodobnie mogło być grzanym likierem jajecznym jak i czymś zupełnie innym. Nie wiedział, ale niewątpliwie przesadnie ustrojono to laską cynamonu i jadalnymi gałązkami z cukru z listkami rozmarynu. Jego towarzyszka była bezwstydnie bezczelna, perfidnie pewna siebie i wszystkie konwenanse traktowała z dużą dozą nonszalancji. Ambroise doskonale zdawał sobie sprawę z uciechy, jaką to jej sprawiało. Jego kuzynka nauczyła się wszystkich reguł społecznych. Tylko po to, żeby łamać je po kolei i bez skrępowania, gdy tylko mogła. Wiedziała, że roztaczana aura niewiniątka umożliwi jej wyjście lekką ręką w razie jakiejkolwiek sprzeczki. W swoich rejonach była aniołkiem o głośnym, śpiewnym głosie z akcentem powalającym czystokrwistych kawalerów z Wielkiej Brytanii na kolana. W tej chwili jego czcigodna towarzyszka najwidoczniej bez ceregieli wcięła się w kolejkę przy barze a oczarowany barman dał się owinąć wokół małego paluszka. Greengrass powstrzymał westchnienie i dał sobie wcisnąć pękatą szklanicę napitku. Wysoką i grubą a jednak po brzegi wypełnioną alkoholowym napojem. Był niemal przekonany, że czarodziej za barem standardowo wydawał pół porcji, natomiast ich szklanki prawie się przelewały. Puścił dźwięczny śmiech Margaux mimo uszu, mając nadzieję, że przyjęcie skończy się przedwcześnie. Zazwyczaj lubił spędzać razem czas, ale ich ostatnie spotkanie miało miejsce dwa czy trzy lata temu. Mógłby przysiąc, że Auclair nie była wtedy aż taką kokietką. Powoli zaczynał rozumieć czemu wuj posłał ją w jego towarzystwie. Nie chodziło o ich swaty. Byli na to stanowczo zbyt spokrewnieni, nawet jak na czystokrwistych czarodziejów. Rodzice Margaux wiedzieli, że córka potrzebowała całych pokładów zainteresowania, żeby poradzić sobie z uwagą, jakiej pragnęła a na którą nie była przygotowywana. Mógłby przysiąc, że mentalnie była młodsza niż podczas ich ostatniego spotkania. Nie potrzebowała alkoholu, żeby upajać się życiem towarzyskim. Tymczasem on dla konieczności upił łyczek zbyt słodkiego likieru z dodatkami, ponieważ nie chciał dawać kuzynce możliwości trajkotania o tym jak bardzo musiał tego spróbować, żeby zrozumieć dlaczego potrzebowała napić się tu i teraz. I dlaczego nie mogła spokojnie poczekać na swoją kolej. Natomiast, jeśli o to chodziło... ... to Ambroise zlustrował spojrzeniem najbliższe otoczenie. Był gotów przeprosić za zachowanie kuzynki, gdy ta zajmie się czymś innym i nie będzie mieć możliwości wcięcia się ze swoim "ależ przecież nic się nie stało", które niechybnie wypłynęłoby spod pomalowanych usteczek wygiętych w niewinny łuk. Na jego szczęście, nikt nie wyglądał na specjalnie oburzonego. Jedynie wysoka blondynka z paroma luźnymi włosami na twarzy mogła być bezpośrednią ofiarą wcięcia się w kolejkę. Greengrass westchnął i zrobił mały krok w tamtym kierunku, zastygając w połowie ruchu. - Geraldine - stwierdził z niemałym zaskoczeniem, instynktownie się uśmiechając, ale za sekundę przenosząc wzrok w dalszy kąt sali. Miał sto procent skuteczności w nazywaniu kobiet po imieniu. Praktycznie tylko to robił. Kręcił się po sali i nazywał ludzi ich imionami, co stanowiło klasyczną formę przywitania. Gdy nie witał się z innymi czarodziejami, nadal przedzierał się przez tłum, raz po raz wypowiadając imię kuzynki, która gdzieś mu umknęła. Właśnie tak jak teraz. - Poczekaj, proszę - odezwał się, posyłając spojrzenie w kierunku blondynki i trochę zbyt mocno odstawiając niemal pełną szklankę na blat baru. Napój zakołysał się, ale jakimś cudem nie wylał. - Za sekundę wracam - zapewnił. Oczywiście, liczył się z tym, że mogła go nie posłuchać i odejść. Nie byłby wielce zdziwiony z tego powodu. Mimo to miał nadzieję, że zdoła poprawić wydźwięk całej sytuacji zanim barman wyda Yaxley jej napitek i kobieta zniknie w tłumie. Była pewna nerwowość w tym, w jaki sposób oddalił się od kolejki, znowu szukając swojej kuzynki. A gdy tylko zlokalizował ją na samym środku parkietu, faktycznie obrócił się na pięcie. O dziwo, zajmując swoje wcześniejsze miejsce, które nadal było puste. - Wybacz - oparł się o blat, aby zwrócić uwagę barmana. - To samo, co pani, poproszę. Tak właściwie to dwa razy - równie dobrze mógł zaoferować jej już gotową drugą kolejkę. Miał nadzieję, że nie odmówi. RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.09.2024 Czuła spokój, bo barman wreszcie zwrócił na nią uwagę, jeszcze chwila, a szklanka wypełniona złotym trunkiem znajdzie się w jej dłoni. Będzie się mogła napić, zdecydowanie tego potrzebowała. Trudno było jej przetrwać spędy jak te bez odpowiedniej ilości alkoholu krążącej w jej krwi. Dzięki niemu spoglądała na to wszystko z mniejszą niepewnością, mogła przestać przejmować się tym, że przyniesie wstyd rodzinie. Miała świadomość, że nie może przesadzić. Wścibskie plotkary czekały na to komu powinie się noga, będą mogły opowiadać o tym kto zataczał się nieodpowiednio, kto mrugnął nie do tej osoby, której powinien. Zdecydowanie nie zamierzała zostać tej nocy bohaterką opowieści plotkar, na całe szczęście znała swoje granice i wiedziała na co może sobie pozwolić. Uśmiech wpełznął na jej twarz po tym, jak przypomniała sobie, że w poprzednim roku któryś z Averych tak się upił, że skończył pływając nago w fontannie, o czym nie dawali mu zapomnieć do dzisiaj. Okazało się jednak, że szklanka alkoholu o której marzyła musiała nieco zaczekać. Jakieś rozchichotane dziewczę wepchnęło się jej w kolejkę, bez najmniejszego zawahania. Odsunęła się o krok. Zastanawiała się, czy była w nastroju, by pokazać jej z kim zadarła. Potrafiła sprowadzać ludzi do pionu, nie miała z tym najmniejszego problemu. Gdyby tylko chciała mogłaby ją wystraszyć samym spojrzeniem, znała takie typy dziewcząt. Wiedziała, że uważają iż wszystko im się należy tylko i wyłącznie dlatego, że mają sporo uroku osobistego, miała też świadomość, że wewnątrz wcale nie są takie słodkie. Wypuściła więc jedynie ciężkie westchnięcie z płuc, bo zadecydowała, że nie będzie robić scen. Nie był to odpowiedni moment. Kilka kolejnych minut oczekiwania nic nie zmieni. Zaczęła z niecierpliwości wystukiwać jakiś rytm paznokciami o ladę. Wzrok uniosła dopiero wtedy, kiedy usłyszała swoje imię. Jej głowa powoli odwróciła się w stronę z której dochodził. Zmierzyła może trochę nazbyt oceniającym spojrzeniem mężczyznę, który stał niedaleko niej, a później wróciła wzrokiem do dziewczęcia, które chwilę wcześniej ją zirytowało. Chyba przyszli tu razem, na pewno się znali, to udało jej się odczytać po chwili w której na nich spoglądała. - Ambroise. - Powiedziała cicho wracając do niego spojrzeniem. Cóż, nie było nic dziwnego w tym, że i on znalazł się w tym miejscu. Wydarzenie sezonu, sama nazwa zobowiązywała. Pojawiła się tu naprawdę ogromna część socjety, nic dziwnego, że i uzdrowiciel znalazł się wśród nich. Nie znali się zbyt dobrze, jednak ich ostatnie spotkanie okazało się być całkiem przyjemne. Wzbudził jej zainteresowanie tym, jak lekko się z nim rozmawiało. Był całkiem przystępny jak na medyka. Zapamiętała to. Dziewczyna, która z nim stała rozpłynęła się jak mgła. Yaxley nie zauważyła, kiedy odeszła. Nadal nie miała w ręku swojego trunku, myślała, że Greengrass chce się z nią tylko przywitać i wróci do swojej towarzyszki, konsternacja więc pojawiła się na jej twarzy, gdy poprosił ją o to, aby poczekała. Czy miała coś lepszego do roboty w tej chwili? No nie, i tak była tutaj sama. - Dobrze. - Mogła nie odezwać się wcale, a gdyby przyszedł zobaczyłby, że czeka, chciała mieć jednak pewność, że będzie wiedział, iż nigdzie się nie wybiera. Dlaczego? Jego towarzystwo okazało się być ostatnio całkiem zabawne, może i tym razem tak będzie, to mogłoby przynieść nieco rozrywki, bo wieczór był póki co raczej nudny. No i nie będzie musiała pić sama, kolejny spory argument za tym, aby na niego poczekała. Odprowadziła go wzrokiem, wyglądał jakby się czymś denerwował, nie była jednak tego pewna, bo nie znała go na tyle dobrze, aby mogła odczytać emocje, które kierują jego zachowaniem. Zniknął gdzieś w tłumie, a ona odwróciła się do baru, na którym czekał na nią przygotowany przez barmana trunek. Sięgnęła po szklankę i jednym haustem wypiła jej zawartość. Nie było to szczególnie rozsądne, ale nie zdążyła dzisiaj wypić nic więcej niż lampkę wina. Odstawiła puste szkło na blacie. Odwróciła się ponownie w stronę parkietu. Nie zamierzała stąd odchodzić, póki Ambroise nie wróci, ale jaką miała pewność, że faktycznie zamierza to zrobić? Nie, żeby jej jakoś mocno zależało na jego towarzystwie, chociaż tliła się mała nadzieja, że zaraz się pojawi, trochę ciekawa była tego jaki jest poza Mungiem, gdzie widziała go po raz ostatni, bo nie pierwszy, ale o tym nie miała pojęcia. Znalazł się obok po krótkiej chwili. Dotrzymał słowa. Usta panny Yaxley drgnęły w uśmiechu, powiększył się, kiedy poprosił o alkohol. Nie będzie musiała pić sama. Zastanawiała się przez chwilę, czy zadać pytanie, które pojawiło się jej w głowie. - Zgubiłeś swoją uroczą pannę? - Nie, żeby ją to specjalnie obchodziło, nie mogła jednak się powstrzymać przed zadaniem go. RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 02.09.2024 Nie trudno było założyć, że Greengrass nie należał do wielbicieli wystawnych przyjęć w tak szerokim gronie. Od przesadnych uprzejmości, ściskania dłoni i całowania zasuszonych rąk starszych dam zaczynał czuć nadchodzący ból głowy. Pudrowy zapach wymieszany z wonią więdnących kwiatów, parafiną i lawendowymi kulkami na mole (jednorodna nuta zapachowa niemal każdej podstarzałej czarownicy) przyprawiał go o szczypanie nozdrzy. Szykowne stroje i drogie perfumy nie maskowały narastającego swądu spoconych, niedokładnie umytych ciał. Poza przyjemnymi, ale krótkimi podmuchami lodowatego wiatru wdzierającego się do sali, gdy ktoś wychodził zapalić na balkonie (nie było to wymogiem, niektórzy palili w jednym z pomieszczeń, szczególnie upodobawszy sobie boczną salkę niemal po brzegi wypełnioną gęstym dymem) powietrze już zaczynało stać. Niebawem ktoś z obsługi musiał podjąć jakieś kroki w celu wywietrzenia pomieszczenia. Wtedy miało się zrobić przyjemniej. To było pewne, ale ten moment jeszcze nie nadszedł. Ambroise dałby wiele, żeby ulotnić się przed dodatkowymi atrakcjami, jakie niechybnie miały mieć miejsce po przewietrzeniu pomieszczenia. Znał Macmillanów, więc wiedział, że nic na ich przyjęciach nie działo się bez potrzeby. Zaduch na sali miał być najpewniej jakąś zawoalowaną alegorią do niemal dwudziestolecia uwolnienia od ucisku czarodziejskiej wojny. W każdym razie, gdyby nie celowość, odpowiednie czary wspomagane przez skrzaty już dawno zapewniłyby skuteczną wentylację. Tymczasem musieli jeszcze poczekać, szczególnie że wyjście w tym momencie byłoby raczej niewskazane. Ku niewielkiemu niezadowoleniu, Greengrass zdawał sobie sprawę, że był odrobinę zależny od zabawy kuzynki. Nawet jeśli pozwolił sobie oddalić potrzebę towarzyszenia jej na każdym kroku, bo zdecydowanie wolał spełnić obietnicę daną Geraldine. Skoro już ponownie na siebie wpadli, szczególnie w okolicznościach teoretycznie idealnych towarzysko, postanowił nawiązać rozmowę. Kto wie, może nawet oboje mogli lepiej się tu bawić? Nie zarejestrował momentu, kiedy samoistnie zaakceptował myśl, że może ten wieczór nie miał być aż tak bezowocny. Oczywiście, nawet w samym wydarzeniu chodziło o nawiązanie interakcji z innymi istotnymi osobistościami (szczególnie ważnymi dla siebie samych) i pokazanie się od jak najlepszej strony. Nie raz uczestniczył w takich spędach, więc dobrze wiedział, jak powinien się zachowywać i ile czasu było dostateczne, żeby móc ulotnić się do domu. Bez wątpienia wolałby spędzać czas w zaciszu Doliny Godryka, która o tej porze roku wyglądała naprawdę sielsko. Kominek w domu był dużo bardziej zapraszający niż te w wielkim pomieszczeniu, którym brakowało tego specyficznego ciepła. Nie chodziło o grzanie (zaduch i tak zaczynał wdzierać się pod ubrania, a jeśli Ambroise mylił się co do wietrzenia, pod koniec wieczoru miał być nie do zniesienia), lecz o ogień, którego trzaskający dźwięk nie miał szans przebić się przez gwar rozmów. Ileż by dał, żeby znaleźć się we własnym zaciszu, pijąc tam dokładnie to samo, ale swobodniej. Kto wie, może nawet w tym samym towarzystwie? Wątpił, ale pokusiłby się o stwierdzenie, że nie byłoby to znowu takie niemiłe. Nieprawdopodobne? Pewnie tak. Ale nie niemiłe. - Wyrozumiałe założenie - skomentował z niewielką aprobatą, nie poprzestając na braku wyjaśnienia - że jest co nadrabiać. Niemniej jednak dziękuję, twoje zdrowie - może to była ich pierwsza wspólna kolejka, ale zdecydowanie nie jedyna tego wieczoru. Otaczając się wszystkimi tymi ludźmi i świadcząc usługi obstawy nadaktywnej kuzyki musiał przedtem coś wypić. Lawirowanie między starymi plotkarami i Najbardziej Męskimi z Czystokrwistych Mężczyzn (™) rządziło się swoimi prawami. Wymagało trzeźwego, ale nie zbyt trzeźwego umysłu. Raz na jakiś czas należało uzupełniać uciekające procenty, aby utrzymać odpowiedni poziom intoksykacji. Co prawda wieczór był jeszcze całkiem młody, ale Ambroise zdążył zauważyć, że w tej całej pompatyczności i popisowym przepychu Macmillanowie najprawdopodobniej chrzcili swoje najdroższe alkohole. Zresztą, nie mógł ich nie rozumieć. Czyż nie o to chodziło w tych czasach? Niemal każdy balansował na cienkiej granicy między zachowaniem pozorów a ich kompletnym zatraceniem. Utrata przywilejów była bliżej niż kiedykolwiek. Każdy tu trochę grał, wszyscy brali udział w wielkiej maskaradzie, która trwała dopóty dopóki nikt nie mówił o niej głośno. - Margaux ma ku temu naturalny dar - skwitował wzruszeniem ramion. Możliwe, że powinien pójść za nią, ale miał tego po dziurki w nosie. Był równorzędnym uczestnikiem wydarzenia, nie czyimś ochroniarzem. Szczerze wątpił, aby dziewczyna nie poradziła sobie sama przez kilka minut. Jego kuzynka była dużo sprytniejsza niż zakładano. - Znajdzie się, gdy odczuje potrzebę wypicia więcej tego - kiwnął palcem w kierunku szklanki, czymkolwiek to było. Wyglądało i smakowało jak coś sprzedawanego nieletnim w zimowych kurortach, gdy nie można było całkiem odmówić im alkoholu. Obrzydliwie słodkie, otępiające kubki smakowe, ale bardzo ładnie wpisujące się w klimat świątecznego raju. - Dobrze się bawisz? - spytał niezobowiązująco, postukując palcami o drewniany blat w rytmie, którego nawet nie skojarzył. Tym samym, który dotarł do niego kilka minut temu. - W tym roku zdaje się nie szczędzili atrakcji - machnął ręka, nie wskazywał nic konkretnego, ale gdzie by nie spojrzeli z pewnością coś by się znalazło. - Normalnie nie jest taka zła - dodał nieoczekiwanie, jakby na swoje usprawiedliwienie. - Margaux. To dobre dziecko - sam nie wiedział, czemu odczuł potrzebę, aby to zaznaczyć. Dla niego nadal była dzieciakiem. RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 02.09.2024 Zapewne znalazłoby się więcej osób poza ich dwójką, które nie do końca przepadały za tymi spędami. Ciekawe dlaczego więc jeszcze od tego nie odeszli, skoro nie wszyscy bawili się doskonale na tych przyjęciach. Spora część czarodziejów podchodziła do tego, jako do nie do końca przyjemnego obowiązku. Przestarzałe tradycje ciągle nie odchodziły w zapomnienie. Cóż, skoro arystokraci krzyżowali się głównie między sobą to musieli się gdzieś poznawać, a raczej prezentować swoje dzieci, niczym zwierzęta, które mieli sprzedać innym rodzinom, aby rosnąć w siłę. Przyjęcia, jak te był ku temu idealne - neutralny grunt, piękne stroje, trunki, wszystko wymuskane, no nie pozostawało nic innego jak się zakochać. Iluzja jednak z czasem mijała, ciekawe ile z młodych czarownic zawiodło się po tym, jak w końcu spotkało swojego wybranka w prawdziwym świecie, nie w tym wyidealizowanym. Oczywiście też można było spotkać wiele interesujących kontaktów, nawiązywać umowy biznesowe, tyle, czy faktycznie wystawne przyjęcia były ku temu potrzebne? Czuła, że robi się coraz cieplej. Wypity alkohol uderzał w tętnice osób bawiących się na parkiecie. Lodowe rzeźby niedługo zaczną się roztapiać, o ile ktoś nie zadba o to, aby wdarło się tu choć trochę zimnego powietrza. Sama czuła, że przyjemne ciepło zaczęło się rozchodzić po jej ciele, kiedy wypiła te podwójną porcję ognistej. Jeszcze chwila, a na jej bladych policzkach pojawią się rumieńce, jak zawsze gdy alkohol zaczynał krążyć w jej żyłach. Nie zakładała tak naprawdę niczego, gdy się tutaj pojawiła. Była pewna, że prędzej, czy później spotka jakąś znajomą twarz, już ich kilka minęła, tyle, że byli zajęci swoimi towarzyszami, a ona zjawiła się sama. Więcej nie popełni tego błędu, nie zamierzała bowiem nikogo odciągać od towarzystwa. Stąd stwierdziła, że wychyli te kilka drinków i zmyje się do domu, albo skończy w jakimś obskurnym pubie jak miała w zwyczaju. Tam przynajmniej nikt jej nie oceniał, mogłaby się nawalić tak, że straciłaby kontrolę i nikogo by to nie obchodziło. Nie zamierzała dzisiaj wracać do rodziców. Walia była zbyt daleko, to znaczy dzisiaj była zbyt daleko, normalnie teleportowałaby się tam w kilka sekund, ale nie wykorzystywała tej umiejętności po tym gdy piła. Pewnie rano odwiedzi rodziców i Astarotha, na pewno sporo urósł od czasu, kiedy ostatnio się widzieli. Jej myśli na moment skierowały się ku jej starszemu bratu, ciekawe, gdzie on spędza święta. Wyjechał kilka lat temu, pisywali regularnie, ale nadal listy przychodziły z opóźnieniem, więc nigdy nie mogła mieć pewności, gdzie się w danej chwili znajduje. - Zawsze dbam o swoich towarzyszy. - Nawet mógł uwierzyć w te słowa, bo przecież ostatnio spotkali się w szpitalu, gdy przyniosła tam niemalże na plecach swojego rannego kuzyna. Obojętne jej było, czy znajdowała się na polu walki, czy z szklanką walcząc z alkoholem starała się, aby każdy czuł się dobrze, niepominięty, ważny na swój sposób. Uniosła swoją szklankę w toaście, kiedy on sięgnął po swoją. Margaux. Zarejestrowała imię. To była ta dziewczyna, która jeszcze parę minut temu wepchnęła się jej w kolejkę, ta, która z nim tutaj stała. - Nie wyglądasz, jakbyś się tym szczególnie przejmował. - Przynajmniej w tym momencie, bo ledwie chwilę temu zniknął stąd zapewne w poszukiwaniu tej dziewczyny. Może faktycznie nie zamierzał jej szukać, albo znalazł i nie chciał jej w czymś przeszkadzać. Możliwości było wiele. Nie chciała jednak o to pytać, bo mogłoby to być uznane za wsadzanie nosa w nieswoje sprawy - całkiem słusznie zresztą. Przeniosła wzrok w stronę szklanki w której stronę kiwnął palcem. Skrzywiła się patrząc na jej zawartość. Nie był to najlepszy trunek dostępny w tym miejscu. - Możesz jej przekazać, żeby prosiła o czysty alkohol, te drinki nie mają go w sobie wcale, nie to co ognista. - Właściwie, czy to faktycznie była wada? Pewnie zależało od tego, jaki był cel picia tych trunków. Yaxley założyła, że ta dziewczyna ma podobny do tego jej - nawalić się w miarę szybko. Miała świadomość, że niektórzy woleli mieć jasny umysł, w ich przypadku sięgnięcie po to, co znajdowało się w szklance było bardziej zrozumiałe. Czy bawiła się dobrze? Sama tak naprawdę jeszcze nie wydała osądu. Był to początek wieczoru, póki co nikt nie zdążył jej nadepnąć na odcisk, więc nie było najgorzej. - W tej chwili? Tak, bo mam towarzystwo. - Nie musiała pić sama, a to wystarczało jej do szczęścia. - Przyszłam tutaj sama, zapomniałam, jak bardzo głupim to jest pomysłem na tych przyjęciach. - Ciężko było się przebić przez te tłumy osób, uwiesić się na kimś na dłużej, poczuć bezpiecznie. Wśród tych dalszych znajomych bowiem ciągle musiała być czujna, wiedziała, że będą ją oceniać - zawsze to robili. - A ty? Jak się bawisz Ambroise? - Wypadało zapytać o jego wrażenia, kultura tego wymagała. Usłyszała znajomy rytm, który wybijała palcami na blacie przed chwilą, teraz on robił to samo. Ciekawe, czy był to jeden z tych świadomych odruchów, czy wręcz przeciwnie. Nie skomentowała, że to wyłapała. - Mam wrażenie, że co roku próbują pokazać, że stać ich na więcej, to trochę głupie zważając na to, że nie mają żadnej konkurencji. - Macmillanowie zawsze robili najwspanialsze przyjęcia, nie powinno to nikogo dziwić, ciekawe, co się stanie, jak skończą im się pomysły na kolejne atrakcje. Yaxley kiwnęła głową do barmana porozumiewawczo, by podał jej całą butelkę ognistej, bez sensu co chwila zamawiać kolejną kolejkę, nie musieli przecież wypijać całej, ale będą mieli alkohol pod ręką. Butelka stała przed nimi nim zdążyła mrugnąć okiem. Margaux. Wrócił do tej dziewczyny z którą tutaj stał. Nie miała pojęcia kim dla niego jest, ale jej pierwotne założenia musiały nie być trafne. Skoro mówił o niej dziecko, to musiała być albo jego jakaś młodsza znajoma, albo ktoś z rodziny. - Robisz za niańkę? - Zapytała unosząc brwi, przy okazji sięgnęła po butelkę i zaczęła im wlewać whisky do szklanek, zdążyli opróżnić te swoje. RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.09.2024 - Wiem - przytaknął, jakby chciał się z nią zgodzić, jeśli jednak oczekiwała pochwały, szybko sprowadził to do prostego komentarza. - Dlatego piję alkohol od niego, nie od ciebie - jak na początek rozmowy, całkiem bezczelnie sugerował, że pamiętał ostatnie konsekwencje dbania o towarzyszy według słownika Geraldine. Napoić kogoś eliksirem, żeby nie mógł uciekać o własnych siłach. Dziękuje, postoi. Na własnych nogach. Lekko rozbawiony, troszeczkę pijany, ale wieczór dopiero się zaczynał. Mógł to jeszcze nadrobić, skoro przez chwilę nie musiał pałętać się za Margaux. - Nie sądzę, żeby ktokolwiek tutaj mógł wyrządzić jej większą krzywdę - uprościł tak bardzo jak tylko mógł. Nie poczuwał się do tego, żeby określić, co kryło się pod pojęciem większej krzywdy. Margaux zdecydowanie nie wyglądała na przesadnie skrzywdzoną, zastraszoną i straumatyzowaną. Była od tego tak daleka jak tylko mogła, ale nie o to chodziło uzdrowicielowi. Mógłby to rozwinąć, wyjaśnić coś o tym, że jego kuzynka bardzo płaczliwie zareagowała na wiadomość, że miała mieć przyzwoitkę (albo przyzwoitka, jak zwał tak zwał)... że chciała zabrać ze sobą którąś z najlepszych koleżanek i oburzyła się, gdy ojciec nie zgodził się na ufundowanie grupowego wyjazdu... że kiedy wreszcie zaakceptowała i doceniła możliwość pójścia na bal z Greengrassem, to zezłościła się, że nie pozwolił się ubrać jak jakaś żywa lalka... że szybko nazwała go nudnym i zachowawczym... że... że... że... że... że może to wszystko było jednym wielkim planem, żeby popsuć jej wakacje w Wielkiej Brytanii! Margaux twierdziła, że przeżyła wszystko, co najgorszego mogło się wydarzyć. Przy takim nastawieniu i z tym stanem mentalności to ona stanowiła największe zagrożenie dla tego, kto próbowałby wyrządzić jej coś złego. A jeśli ktoś spróbowałby ją porwać, niechybnie miał porzucić swoje plany zaledwie po opuszczeniu budynku. Gładko mówiąc, Ambroise nie przejmował się chwilowym zniknięciem kuzynki. Była jak magiczny bumerang napędzany małymi dawkami alkoholu i dużą ilością cukru. Jeśli chodzi o jego obecność, stanowczo wyczerpał zapas kroków, jakie mógł zrobić jako cień dziewczyny. Mając okazję, aby milej spędzić część wieczoru, postanowił z tego skorzystać. Planował od czasu do czasu rozejrzeć się za Margaux. W ramach obowiązku, nie przyjemności. Najgroźniejsza była prawdopodobnie intoksykacja, ale w tej kwestii nie mógł wiele poradzić, skoro sam nie zaprotestował przeciw całej butelce ognistej, która pojawiła się przed nim i Geraldine. - Nie wiem czy ktokolwiek jest na to gotowy - groźba zakamuflowana w wypowiedzianych słowach w rzeczywistości wcale nie była groźbą, lecz drobną uszczypliwością wobec tego, co mogło być skutkiem posłuchania Geraldine. Prawdopodobnie ostatnią atrakcją, jakiej chcieli podczas wypełnionego atrakcjami balu była upita nastolatka. Już teraz zachowywała się jak nieodpowiedzialne dziecko w sklepie ze słodyczami a zapoznanie ją z mocniejszymi trunkami byłoby jak otwarcie portalu do skrytki pełnej galeonów. Z drugiej strony, odcięcie jej od nieludzkich ilości cukru nie było aż tak głupie. - Mogłaś ostrzec mnie wcześniej - uniósł brwi, obdarzył ją nieco niepoważnym, niemalże spoufalonym uśmieszkiem i nachylił się bliżej. - Jeśli na początku byłaś obiektem plotek, bo przyszłaś sama, to wyobraź sobie, co teraz dzieje się w tych wszystkich głowach - szepnął porozumiewawczo, po czym haustem wychylił kolejkę. - Jesteśmy na językach, więc nie mogę bawić się lepiej - przynajmniej kilka osób musiało zauważyć ich alkoholową interakcję a także to, że chwilę wcześniej porzucił młodą kobietę, by teraz pić z Yaxleyówną. Nie znając faktów, można było sklecić z tego niezłą ploteczkę. Jedną z takich, dla których niezliczone stare ciotki krążyły po budynku jak sępy. Jak zdążyła zauważyć Geraldine, wcale nie chodziło o uczestnictwo w wydarzeniu, aby zainspirować się przed własnym przyjęciem. Od lat nikt nawet nie próbował dorównać przepychowi wydarzeń towarzyskich organizowanych przez Macmillanów. Nie podejmowano prób detronizacji nieoficjalnych królów wydarzeń towarzyskich. Konkurencja praktycznie nie istniała, zatem czystokrwiste panie domu musiały zająć się czymś innym. Było tym szukanie pożywki w cudzych interakcjach. - Spójrz na to z drugiej strony. Może nie mają konkurencji, bo rok w rok wyprzedzają sami siebie? - zasugerował nadal nie wracając do dystansu, jaki dzielił ich przed chwilą. Celowo zostawił go takim jaki był, odkąd skrócił go, żeby szepnąć do Geraldine. Teraz już nie szeptał, ale świadomie karmił drapieżców. Im więcej szklanek wychylał, tym bardziej go to bawiło. Przyjemny rauszyk był tylko kwestią czasu. - Pomyśl... co możesz zrobić, jeśli nie wiesz, co oni zrobią, żeby wyprzedzić siebie sprzed roku? - Niewiele. Odpowiedzią musiało być niewiele. Jeśli jego teorie były prawdziwe, to było naprawdę genialne posunięcie. Jeśli nie, to Macmillanowie nadal zasługiwali na specjalne oklaski. Stworzyli królestwo z mirażu i pozorów, które stało trwałej niż jakiekolwiek wymurowane z kamienia. Wszyscy tutaj (a było ich wielu) musieli być tego świadomi. Pozory były wszystkim nawet wtedy, gdy wszystko inne było niczym. Takie były reguły gry, w którą od wieków grały ich rody. - Eskortą - poprawił ją między łykami ognistej, wzruszywszy ramionami. - Albo faktycznie niańką. Jak zwał, tak zwał. Tylko, że mi za to nie płacą - w przeciwieństwie do wszelkich zawodów, on robił to w ramach rodzinnego obowiązku. Daleka, bo daleka, rodzina wiązała się z wymianą przysług. On właśnie pracował na swoją. RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.09.2024 Akurat upijała łyk trunku ze swojej szklanki, gdy usłyszała słowa mężczyzny. Zakrztusiła się whisky, gdy dotarł do niej sens jego słów. Udało jej się jednak dosyć szybko ogarnąć. - To był cios poniżej pasa. - Dodała, a po chwili na jej twarzy pojawił się uśmiech. Poniekąd miał rację, spotkali się przecież, gdy wlała w swojego kuzyna eliksiry, które nie były zdatne do spożycia. Tyle, że ponownie ona widziała tę sprawę inaczej, jej zdaniem było to konieczne, aby ukoić jego ból. Mniejsza o to, że powinna była sprawdzić datę ważności, o tym już zreszta dyskutowali ostatnio. Po tamtej pogawędce zaczęła nawet naklejać karteczki na fiołki, żeby faktycznie móc dostrzec, czy mikstury mogą zostać podane. Jak to się mówi? Człowiek uczy się przez całe życie. - Z tym nie mogę się zgodzić. - Kto wiedział, co kłębiło się w głowach osób obecnych na tym przyjęciu. Nigdy nie wiadomo, jakie mają zamiary, alkohol potrafił zresztą wyciągać to co najgorsze z ludzi, którzy go spożywali. Młoda, urocza dziewczyna była łatwym celem dla tych niegodziwych osobników. Z drugiej strony był to odpowiedni moment, aby nauczyć się, jak sobie z nimi radzić. - Potwory czają się wszędzie Greengrass, nawet w takich miejscach, a najgorsze z potworów to ludzie. - Nie, żeby zależało jej na tym, aby zmienił swoje zdanie, ale wolała, żeby nie zapominał o takiej prostej prawdzie. Z drugiej strony było tutaj tak dużo ludzi, że pewnie nikt nie próbowałby zrobić krzywdy przy nich wszystkich, może faktycznie nie było się czym przejmować? Łatwiej było mieć pewność po prostu, że jest się w stanie sobie poradzić z ludźmi, którzy nie mieli dobrych zamiarów, wtedy nie trzeba było się przejmować tym, że ktokolwiek może cię skrzywdzić. Najprostsza metoda. - Myślę, że oni widzieli już wiele. - Spojrzała na tłum czarodziejów bawiący się na parkiecie. Czy byli gotowi na to, aby pijana nastolatka kręciła się im po przyjęciu? Na pewno nie byłby to pierwszy taki przypadek, ale rozumiała podejście swojego towarzysza coraz bardziej, miał mieć na oku to drobne, pragnące uwagi stworzenie. Alkohol, szczególnie ten mocny nie sprzyjał powodzeniu tego zadania. Mogłaby narobić niepotrzebnego zamieszania, chociaż i bez tego świetnie sobie z tym radziła. - Nie sądziłam, że to takie istotne. - Nie przykładała wagi do tego, że mogą się nią zainteresować, póki nie plotkowali o jej rodzinie, a tylko o niej. Nie było to dla niej ważne. Zresztą była do tego przyzwyczajona. Jej dosyć ognisty temperament często był pożywką dla plotek, nie miała problemu z tym, aby dosyć mocno akcentować swoje zdanie, kiedy nadarzyła się do tego okazja, oczywiście nigdy nie dotyczyło to ich rodzinnej działalności. - To dobrze, już się bałam, że przejmujesz się tym, co będą o tobie gadać, z tego, co się orientuję nie cieszę się najlepszą opinią wśród nich. - Była tego świadoma. Chętnie podsycała te plotki, co by nie mówić nie miały często żadnego sensu, gadali byle gadać, nigdy nie spodziewała się, że dopowiadanie może sprawić komuś tyle przyjemności. Co jednak innego miały do roboty te wszystkie stare ciotki? Nic. To była ich jedyna rozrywka. Zbliżyła szklankę z alkoholem do swoich ust, nie wlewała teraz go w siebie w zbyt szybkim tempie, bo znała swoje granice, wolała powoli rozkoszować się jego smakiem. Noc była jeszcze młoda i dobrze by było gdyby doczekała do jej końca w miarę odpowiednim stanie. Nie przeszkadzało jej to zupełnie, że znaleźli się bliżej siebie, nie zwiększała dystansu. Chcą plotek - będą je mieć. - W końcu skończą im się pomysły, wtedy spadną z piedestału. - Na pewno znajdzie się ktoś w młodym pokoleniu, kto będzie w stanie zaskoczyć bywalców przyjęć. Prędzej, czy później się to wydarzy, zawsze tak było, przychodzili młodzi, którzy zajmowali miejsca tych, którzy zajmowali się tym od lat. - Chociaż nie sądzę, że Macmillanowie tak łatwo oddadzą pałeczkę, zbyt wiele lat się tym zajmują. - Czy w ogóle było istotne, kto organizował te przyjęcia? Służyły one tylko dla rozrywki, czy tak naprawdę to, jak wyglądała sala balowa było ważne? - Myślę też, że to dla wszystkich bardzo wygodne, oni organizują przyjęcia na których pojawiają się arystokraci, dzięki czemu nikt inny nie musi się tym zajmować. - Zapewne to też kosztowało sporo czasu. Yaxleyowie byli w stanie wyprawić co najwyżej polowanie, zresztą sama brała w ich udział, nie bawiły ich piękne sale i te wszystkie konwenanse, nie każda rodzina odnalazłaby się w stworzeniu czegoś takiego. - Kiedy mówisz o tym, jako eskorcie brzmi jakoś tak poważniej. - Dodała rozbawiona. Nie zmieniało to jednak faktu, że zmierzało do tego samego. Był opiekunem swojej nastoletniej kuzynki. Ciekawe kto go w to w robił i co będzie z tego miał. Dopiła zawartość swojej szklanki i dolała sobie whisky. Zawartość butelki się sama nie wypije. - Niańki więc chyba mają nad tobą przewagę, przynajmniej dostają za to zapłatę. - Wiedziała, że to nic nowego w świecie arystokratów. Często kuzynostwo było obarczane podobnymi obowiązkami. - Pozostaje jedynie szansa, że sam będziesz się choć trochę dobrze bawił, wtedy nie będziesz na tym zupełnie stratny. RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.09.2024 Nie mógł się powstrzymać przed wytknięciem Geraldine warunków w jakich się poznali i teraz bezczelnie pokazał zęby w uśmiechu. Nie chciał wprawiać jej w zakłopotanie. Nie zamierzał wytykać pannie Yaxley czegoś, co ostatecznie skończyło się dobrze. Jedynie pozwalał sobie na lekką uszczypliwość, która ku jego uciesze została odebrana dokładnie tak jak to zakładał. Potrzebowali trochę uśmiechu w tej sztywnej, wytwornej atmosferze, która nie pozwalała o sobie zapomnieć. - Nie zaprzeczę - odparł poważnie, bujając ciemnozłotą cieczą w szklance, zanim wychylił ją do dna, kierując spoważniałe spojrzenie na Geraldine. Szklanka stuknęła o blat, gdy w oczekiwaniu zabębnił palcami, by zaczekać na kobietę i nalać im kolejkę. - Dlatego przyszła tu ze mną. Odpowiedni ludzie to wiedzą - stwierdził wyniośle, nie dodając nic więcej. Nie był gangsterem. Nie próbował się w niego bawić. Tak jak ona dobrze wiedział, że na sali były dużo bardziej niebezpieczne osoby. Tak właśnie się składało, że to była jego karta przetargowa. Może bywał porywczy, umiał dokopać ludziom i nie wahał się wykorzystywać do tego zaawansowanej wiedzy anatomicznej, ale to było niczym w porównaniu do znajomości. Niemal jedna trzecia obecnych mieszała swoje palce w nieczystych interesach. Jedna druga z nich miała kosę z pozostałą połową. Wystarczyło uderzyć w odpowiednią strunę, by wywołać falę dźwięków. Jeśli mógł kiedykolwiek zaufać czyjejś lojalności (a nie zawsze było to rozważne), miał po swojej stronie potwory gotowe rozszarpać inne bestie. Tak się składało, że ci sami ludzie wymieniali teraz konwenanse i uśmiechy, szczycąc się ładnym ubiorem. Tak, duża część z nich na co dzień widziała różne rzeczy, teraz skutecznie maskując się pośród tych, którym tylko się wydawało, że są groźni i wpływowi, i że widzieli niemal wszystko. - Myślę, że większości tylko tak się wydaje - odrzekł z nutą rozbawienia. Starsi ludzie mieli tendencję do przerysowywania różnych faktów na temat swojego życia. Jako uzdrowiciel nasłuchał się najróżniejszych opowieści, czasem parokrotnie, z czego większość należało traktować z przymrużeniem oka. Szczególnie obrzydliwie bogaci czarodzieje lubili mówić jedno, a robić drugie. W dodatku nie zaniedbując sposobności, aby skomentować czyjeś karygodne zachowanie. - Choć może masz rację. Co najmniej połowa z nich robiła rzeczy, które teraz demonizują - zgodził się z nią. - Natomiast druga połowa chciałaby nadal to robić, ale za mocno obawia się bycia na językach - to było bardzo proste. Te same reguły rządziły ich światem od niemal stuleci. Prawdopodobnie niemal każdy zauważał większość podtekstów, ale wszystko było względnie proste, gdy się ich trzymano. Zasady ulegały zmianom, ale tak błahym i nielicznym, że nietrudno było za nimi nadążyć. Ktoś popadał w niełaskę i nie należało się z nim otwarcie zadawać. Ktoś inny w tę łaskę powracał i nagle był dopuszczony na salony, jakby nic się nie stało. Całe szczęście, Ambroise urodził się mężczyzną. Nie musiał śledzić wieści na bieżąco. Tylko od czasu do czasu aktualizować posiadaną wiedzę. Tym zajmowała się jego macocha i tym najpewniej powinna zająć się jego siostra, gdyby nie to, że ku irytacji pani Greengrass, Roselyn była bardziej ojcem niż matką. Czasem miał wrażenie, że odnajdywał się bardziej niż młodsza siostrzyczka, ale ona jeszcze miała czas. - Na przykład taka pani Rosier, czcigodna matrona - dyskretnie wskazał głową na poważną, wystrojoną w futro kobietę, która mimo ukropu ogarniającego salę ani myślała dać komuś zająć się jej wierzchnim okryciem. Paradowała po pomieszczeniu z zaciśniętymi ustami, raz na jakiś czas próbując dyskretnie zmazać kropelki potu z czoła. Wyglądała jak wielki, bardzo niezadowolony niedźwiedź, który wybudził się ze snu zimowego, żeby zaznaczyć swoją dominację i pokazać młodszym niedźwiedzicom, że powinny trzymać co najmniej pięciometrowy dystans od jej misiaczka. Tego samego, który najpewniej chętnie nawiązałby bliższe stosunki ze wszystkim, co nie było jego własną żoną, bo teraz ewidentnie starał się ukryć przed jej wzrokiem. Zaczerwieniony nos wyraźnie wskazywał, że był niedawno w tropikach, oczywiście. Szkliste oczy świadczyły o wzruszeniu z miłości do swej pani. - Założę się, że kiedyś była całkiem szalona - szepnął odważnie, gdy przechodziła niedaleko nich. W na tyle dużej odległości, żeby nie mogła tego usłyszeć, ale jednocześnie bardzo blisko, żeby wyłapała jego ton głosu, gdyby tylko odezwał się trochę głośniej. Nie wiedzieć czemu, było mu odrobinę szkoda tej kobiety. Mogła mieć góra dziesięć, nie więcej niż piętnaście lat więcej od niego a nosiła się jak podstarzała matrona. Sam ją tak określił, bo nie mógł jednoznacznie stwierdzić, kiedy zaczęła robić się stara i zgorzkniała. W tym momencie emanowała niezadowoleniem na kilometr, a przecież powinna bawić się i tańczyć, świecąc jak najbardziej kolorowy ptak. Rosierowie byli prekursorami mody. Tymczasem ona kurczowo trzymała się zbyt ciepłego futra. Może z nowego sezonu, ale wciąż futra. - Czy ja wiem - skwitował po chwili. Wielokrotnie słyszał, że prezencja była najważniejsza. Sobą można było być w ramach rodzinnego życia, choć również nie zawsze. Wszystkie niewygodne społecznie cechy charakteru należało zostawić pośród murów domu. Wyłącznie tereny rodzinnej posiadłości i miejsca dzikie, niezamieszkałe przez ludzi były miejscem, w którym można było pozwolić sobie na zrzucenie starannie dopasowanej maski. Zawsze miał z tyłu głowy to, jak się prezentuje, aczkolwiek nie z powodu własnej próżności. Podobnie jak Geraldine, niespecjalnie przejmowało go, co pomyślą sobie o nim ludzie. Ważniejsze było, żeby te negatywne opinie zatrzymały się wyłącznie na nim. Nie na jego bliskich, nie na rodzinie. Na nim. Mógł być obiektem najróżniejszych plotek, dopóki te nie uderzały w renomę Greengrassów czy (w mniejszym zakresie, bo jego pochodzenie już namieszało w historii) Mulciberów. Gdyby ktoś go o to zapytał, najprawdopodobniej powiedziałby, że gdyby zależało od tego dobro jego najbliższych, byłby pierwszy w kolejce do namawiania ojca do podjęcia najbardziej zdecydowanych kroków. W tym do wydziedziczenia go, jeśli tego wymagałaby sytuacja. Na ten moment starał się, by nie powinęła mu się noga. - Masz na myśli coś konkretnego, co powinienem wiedzieć? - Spytał z ostentacyjnym, niemal trochę bezczelnym zainteresowaniem. Oparł się łokciami o bar, unosząc brwi, jakby zachęcał ją do plotkowania na jej własny temat. - No dobrze, może inaczej - dodał po krótkiej chwili, nadrabiając kolejną straconą kolejkę. - Ploteczka za plotkę. Też mam całkiem niezłe w zanadrzu - rozłożył ręce, po czym sięgnął, żeby uzupełnić im szklanki. Równie dobrze mogli podzielić się najsmaczniejszymi kąskami zanim zrobi to publika. Był niemal pewny, że któraś ze starych sępów już szykowała swoje szpony, żeby złapać w nie Yaxleyównę, gdy tylko nadarzy się okazja. Przyprowadzenie młodej w towarzystwie kuzynki było dodatkowym pretekstem do świeżej porcji: kochana, nie chcę cię pouczać i martwić, ALE... - Tak, najpewniej masz rację. To będzie bolesny upadek, choć może to właśnie z niego zrobią swoje najlepsze show - uśmiechnął się nieznacznie. Macmillanowie nie byli głupcami. Mogli być próżni, ale zapewne przewidywali nadejście kogoś, kto mógłby zburzyć ich imperium. Niejednokrotnie dało się zauważyć, że bardzo chętnie przyjmowali takie osoby do swego towarzystwa, czasami do rodu. Byli mistrzami towarzyskich układów i układzików. Od tak dawna rozgrywali tę partię. - Właśnie dlatego - odparł, przyznając jej rację. - Tymczasem... niech żyje bal - zaakcentował w toaście za ich wytrawnych gospodarzy, którzy korzystali z chwały dopóki ta trwała. Wypełniali lukę, pławili się w byciu wygodnymi dla większości z reszty rodzin. Ewidentnie cieszyli się chwilą póki ta trwała. - Dlatego wolę eskortę. Niańki nie mają tej przewagi, że mogą zostawić swoje podopieczne, żeby pić z ładnymi pannami. Zielony to naprawdę twój kolor - nawet nie drgnęła mu powieka. Nie odpowiedział na jej życzenie udanego wieczoru. Na ten moment nie musiał, bo ten stawał się nawet niezły. RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.09.2024 Nie czuła się zakłopotana, bardziej zdziwiona tym, jak celnie potrafił strzelać. Powinna się tego spodziewać, już przy pierwszym spotkaniu zauważyła, że był całkiem bystry, nie bez powodu dyskusja z nim sprawiała jej wtedy przyjemność. Nie przepadała za miałkimi osobami, które tylko przytakiwały, zdecydowanie większą frajdę sprawiało jej to delikatnie podszczypywanie się nawzajem. Koneksje wiele znaczyły w ich świecie. Nie słyszała nigdy nic na jego temat, dlatego zmrużyła oczy i przyglądała mu się dłuższą chwilę. Był dosyć pewny swojej wypowiedzi, Odpowiedni ludzie to wiedzą zupełnie nie wahał się, kiedy o tym mówił, musiał być przekonany, że faktycznie nikt nie zrobi krzywdy jego kuzynce. Nie wyglądał jej na kogoś, kto obracał się w towarzystwie osób o nieodpowiedniej renomie, ale miała świadomość, że mogą to być tylko pozory. Uzdrowiciele pewnie świadczyli usługi najróżniejszym czarodziejom, sam wspominał jej o tym, że można sobie wykupić prywatne wizyty. Być może wiele osób wisiało mu przysługi. To mogło powodować tę pewność siebie. - Nie wyglądasz mi na kogoś kto otacza się potworami. - Powiedziała lekko dolewając sobie kolejną szklankę alkoholu. Powoli zaczynał ją dręczyć głód nikotynowy. Kiedy piła zmagał się, wychyli jeszcze z dwie, trzy porcje złotego trunku, a będzie musiała wyjść na zewnątrz. Tym się będzie jednak martwiła za chwilę. Szkoda było przerywać tę barwną rozmowę. Yaxley wiedziała, że nic nie łączyło arystokracji tak jak nielegalne interesy. Sama na sali widziała sporo osób, którym dostarczała ingredienty, które niekoniecznie można było dostać w sklepach. Czarny rynek kwitł, a ona była jednym z dostawców tych składników. Czy była z tego dumna? Niekoniecznie, ale ktoś musiał się tym zajmować, była to nisza w której się odnajdywała, a przy okazji przynosiła spore zyski. Biznes kwitł, jednak nikt o tym nie mówił. Wiedziała też, że te potwory, które znajdowały się na przyjęciu nie będą zamierzały narazić się jej ojcu, zresztą ona też zdążyła już pokazać im swój temperament. Nie bała się ich, nie tutaj, chociaż kto wie, co mogłoby się wydarzyć w ciemnej alejce? Nie sądziła jednak, żeby komukolwiek zależało na jej krzywdzie, była im potrzebna, co powodowało, że stała się nietykalna, przynajmniej jak na razie, dopóki mogła im dawać to, czego potrzebowali. - To musi być smutne, tęsknić za dawnym życiem i nie robić tego na co masz ochotę przez to, że nie chcesz, aby inni to komentowali. - Był to jej największy strach, że kiedyś skończy jako stara, zgnuśniała baba, która będzie żyła życiem innych osób. Póki co, wydawało jej się, że raczej się to nie stanie, nie pozwoliłaby na to, potrzebowała adrenaliny prawie tak jak tlenu, zawsze gdzieś z tyłu pozostawała gdzieś obawa, co jeśli? Co jeśli jej rodzice postanowią wbrew jej woli znaleźć jej męża, usidlą ją w jakiejś pięknej rezydencji z gromadą bachorów. Na samą myśl o takiej wizji przyszłości przeszedł ją zimny dreszcz po plecach. Kobiety miały zdecydowanie gorzej, były zależne od tego, czego wymagała od nich rodzina. W ostateczności mogłaby się od nich odciąć, ale to wiązałoby się z tym, że jej skrytka z rodowym bogactwem zostanie odcięta, dalsze konsekwencje niosły brak zagranicznych podróży, brak przygód. Tego nie była w stanie zaakceptować. Póki co była młoda, nikt nie męczył ją jeszcze wizją zamążpójścia jakoś zbyt mocno, ale wiedziała, że z każdym upływającym rokiem jej życia będzie się to zmieniać. Cała nadzieja w ojcu - liczyła na to, że będzie ją wspierał w ścieżce którą wybrała, gniew matki jakoś zniesie. Przesunęła dyskretnie wzrok w stronę kobiety, o której zaczął opowiadać. Nie przyglądała się jej nachalnie, żeby nie domyśliła się, iż o niej plotkują. - Cóż, teraz wygląda jakby miała zaraz zawinąć się w sen zimowy w jakiejś jaskini. - To futro. Musiało być jej niemiłosiernie gorąco. Gerry nigdy nie rozumiała poświęcenia kobiet związanego ze strojami. Ją naprawdę wiele kosztowało ubranie tej sukienki, ale przynajmniej nie było w niej gorąco, tylko nieco za bardzo ją opinała. W futrze... cóż musiało być w tej chwili bardzo gorąco. Dziwne, że jeszcze się nie roztopiła, chociaż wyglądała, jakby za chwilę miało się to wydarzyć. - Teraz chyba robi za ozdobę swojego męża, w tym już nie ma żadnego szaleństwa. - Miała świadomość, że w ten sposób kończyła większość kobiet, trochę jak przedmiot, biżuteria. Arystokraci lubili się chwalić swoimi pięknymi żonami, chcieli, aby inni im zazdroszczyli, szkoda, że mało który z nich zauważał, że kobiety są im równe i mają dużo więcej do zaoferowania niżeli ładna buzia. Mąż pani Rosier wydawał się w ogóle nią nie przejmować, może każdy z tych etapów był już za nimi. Teraz podążała za nim niczym cień, a on wydawał się nie zauważać jej obecności. Smutny owoc żywota czystokrwistych kobiet. - Czy to wyzwanie? - W jej oczach pojawił się błysk. Mogłaby sypać plotkami na swój temat z rękawa, wiele ich się pojawiło przez te kilka lat od kiedy zaczęła bywać na salonach. Przysunęła w jego stronę swoją szklankę, aby jej również dolał alkoholu, nie miała pojęcia, która to już szklanka, przestała liczyć. Nie wydawało się to w tej chwili ważne. Wypity alkohol spowodował, że zrobiło jej się ciepło i przyjemnie lekko. Humor jej dopisywał. - Zgoda, to może być całkiem ciekawe doświadczenie. - Nie miała problemu z tym, żeby dzielić się plotkami na swój temat, nawet jeśli niektórzy uważali, że w plotkach zawsze jest odrobina prawdy. - Opowiadają, że sprowadzam do siebie młodych chłopców, upijam i demoralizuję, piję ich krew, a następnie zostawiam, a gdy do mnie wracają to udaję, że się nie znamy. - Niesamowicie ją to bawiło, bo trochę porównywali ją do wampirów, którymi przecież gardziła, jak całą resztą przeklętych bestii. - Teraz twoja kolej. - Czekała przyglądając się uważnie Greengrassowi, nie miała pojęcia o tym, czym mógłby ją zaskoczyć. Sama Ger raczej unikała plotek, nie wchodziła w dyskusje na temat obcych osób, interesowało ją, co mogliby o nim opowiadać. - Chętnie obejrzę takie przedstawienie, upadki wydają się być zdecydowanie zabawniejsze od tego, gdy wszystko jest zaplanowane. - Na pewno będzie czekała na to gdzieś z boku. Kto wie jednak, czy wydarzy się to prędko.Póki co Macmillanowie nadal wydawali się być w całkiem niezłej formie. - Niech żyje.. - Uniosła swoją szklankę, aby zawtórować mu w toaście. Jej wzrok na chwilę zawiesił się na tlumie tańczących osób. Najwyraźniej całkiem nieźle się bawili. Ciekawe, jak oni by przeżyli bez tych wystawnych, macmillanowych przyjęć. Czuła, że mogłaby to być ogromna strata dla czarodziejskiej socjety. [a]Delikatne rumieńce pojawiły się na jej policzkach, kiedy usłyszała komplement. Tym razem nieco zgrabniejszy od tego, którym uraczył ją ostatnio. - Sądziłam, że pijesz ze mną ze względu na bystrość mojego umysłu, czy powinnam się czuć urażona, że to jednak nie to? - Uniosła pytająco brwi i nachyliła się nieco w stronę mężczyzny. Był to żart, Yaxleyówna nadal nie do końca radziła sobie z komplementami, dlatego próbowała odwrócić kota ogonem.RE: [Yule 1964]Even the strongest blizzards start with a single snowflake| Ger & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.09.2024 - To zależy, gdzie chciałabyś postawić granicę zgorszenia i dewiacji - spojrzał uważnie na Geraldine. - Kiedy tak właściwie bestia staje się bestią a przestaje być człowiekiem robiącym wszystko, aby przetrwać? - Spytał retorycznie. Dla niego to była bardzo krucha granica. Przyrównałby ją do cienkiej linii narysowanej kredą na piasku. Czy chodziło o poczucie satysfakcji z wyrządzania krzywdy? A może o niezdolność do czynienia bezinteresownego dobra? Jego pacjenci robili różne straszne rzeczy. Nie zadawał żadnych pytań, ale nie potrzebował wiedzieć, żeby widzieć. Ci sami ludzie z nie tylko swoją krwią na rękach wzywali go do opatrzenia ran, myli się i szli pocałować córki na dobranoc. Kupowali dzieciom miniaturowe kucyki i chodzili na recitale. Wychodzili ukradkiem, załatwiali szemrane interesy, żeby wrócić przed końcem drugiego aktu. I najgłośniej bili brawo, choć ich knykcie spuchły od rzeczy, które robili, gdy nikt nie patrzył. Byli dobrymi rodzicami. Świetnymi małżonkami. Troskliwymi dziećmi. Wspaniałymi przyjaciółmi. Wzorowymi sąsiadami. Szanowali wszystkie normy społeczne. Pojawiali się na takich wydarzeniach jak ten bal. Ściskali dłonie i dorzucali galeony do puli w zbiórce na biedne dzieci. Niektórzy posuwali się tak daleko, by budować wizerunek postępowych, dorzucając do tego okazjonalne napomnienie, że te mugolaki były zadziwiająco przyzwoitymi asystentami w sklepie lub pomocnikami porządkowymi w szpitalu. Nowocześnie, ale bez przesady. Nic, co przysporzyłoby im kłopotów albo naraziło na złe spojrzenia. Ambroise ich nie oceniał. Budował karierę na dyskrecji. Im więcej oni mieli za uszami, tym częściej potrzebowali jego pomocy. Walutą nie zawsze były galeony. W znacznej większości przypadków chodziło o mniej mierzalne benefity. Tu wkraczała lojalność i dotrzymywanie słowa. Zdarzało się, że musiał odpuścić, ale prędzej bądź później dostawał swoje korzyści. Moralność zostawała w domu, w szpitalu, na ulicy Pokątnej w jednym świetle dnia. Przed dyżurem oddawał szaty do pralni i prasowalni (tam też mugolaki były bardzo przyzwoite), żeby nie przynosić brudów do domu. Po prywatnej praktyce z tego samego powodu podrzucał ubrania do podobnego miejsca w innej części magicznego Londynu. Nigdy, przenigdy nie przynosił swoich brudów w miejsce, w którym żyła jego rodzina. W żadnym razie nie sugerował, że musiał na to uważać. W tej chwili naturalnie uniósł górną wargę w wyćwiczonym, luzackim uśmiechu i parsknął. - Kto by pomyślał, że tak łatwo dasz się wkręcić - jeśli miała jakieś spostrzeżenia, właśnie je dementował, popijając ognistą. - Co prawda, do Munga trafiają bardzo różni ludzie i na ogół nie odmawiamy im pomocy, ale w przypadku dzisiejszego wieczoru liczę na stróży prawa, którzy są tu jeszcze liczniejsi - powiedział gładko. Oto on: Ambroise Greengrass, światły człowiek święcie zawierzający prawu. Od czasu do czasu rzeczywiście wzywający Brygadę Uderzeniową na miejsce problemu, choć zawsze robiący to cudzymi rękami. Nie był głupi. Zgłoszenia były monitorowane a on i tak mógł potulnie porozmawiać ze stróżami porządku, przejmując inicjatywę i zapewniając sobie ich zaufanie, bo chętnie współpracował w przypadku pomniejszych kłopotów w szpitalu. Był bardzo zapracowanym uzdrowicielem, nie zawsze miał oczy dookoła głowy, ale nie wzbraniał się przed rozmową. - Czy ja wiem? - Zakwestionował. - Zauważ, że mało kto spośród tych ludzi może sobie pozwolić na swobodne zachowania już w pierwszej chwili. Robienie ich ukradkiem to niemal jak nie robienie wcale - złota klatka to wciąż klatka. Ucieczka na chwilę, jeśli się zdarzała, nie była warta utraty przywilejów. Przywileje usidlały tych wszystkich ludzi, ale na koniec dnia nikt nie kwapił się do tego, żeby z nich zrezygnować dla wolności. W teorii zawsze był wybór. Nawet te wszystkie piękne, smutne córki, siostry i żony mogły znaleźć ucieczkę, gdyby rzeczywiście chciały. Owszem. Poniosłyby bardzo duży koszt. Często niebotyczny i okropny. Czasami byłoby nim ich własne życie lub konieczność trwałej zmiany miejsca zamieszkania. Byłyby wydziedziczone i wyklęte. Straciłyby pieniądze, sławę, może urodę. To wszystko, ale byłyby wolne. Tak samo jak synowie, bracia i mężowie nie zgadzający się z wolą rodzin. Oni mieli równie, jeśli nie więcej możliwości wyboru. Tymczasem mało kto decydował o porzuceniu bezpiecznej niedoli. Kobieta w futrze tego nie zrobiła. - Szaleństwem jest porzucanie snu zimowego, żeby snuć się za mężem anemikiem - zaoponował, plotkując jak rozchichotana dziewuszka, ale robiąc to znacznie ciszej i ukradkiem. - Może ona nosi gigantyczne futro, ale to on rusza się jak mucha w smole. Przewróci się i nie wstanie a żona nie da rady go podnieść, tylko sama zaplącze się w swoim płaszczu. Będą jak dwa żuki w różnym stadium rozkładu - zażartował, mając oczywiście na myśli długie włosie na futrze matrony, które w odpowiednich warunkach mogło nasuwać na myśl meszek na pleśni. Całkiem podobało mu się, że mogli po cichu zachować się jak dwoje dzieci. Sprawiło mu to większą przyjemność niż cokolwiek dotychczas tego wieczoru. - To zależy, czy jesteś skłonna je przyjąć - uniósł brew. Zdecydowanie rzucał Geraldine wyzwanie. Tym bardziej głupie, że bardzo niedojrzałe i nie pasujące do tej oficjalnej aury wieczoru. Czyli idealne. Słysząc słowa Geraldine, Ambroise parsknął szczerym, szczekliwym i trochę za głośnym śmiechem, bez wątpienia zwracając na nich uwagę kilku osób w otoczeniu. Nie przejął się tym. Odwzajemnił je i ponownie spojrzał na blondynkę, kładąc sobie dłoń na piersi. - Jak dobrze, że nie jestem młody i moralny, i dałem ci o tym drugim znać - westchnął z "ulgą", nadal podśmiewając się z niedowierzaniem. - To jaka grupa krwi jest najsmaczniejsza? Wiesz, moglibyśmy trochę zarobić na dostawach, gdybyśmy znali preferencje klientów - w gruncie rzeczy to było nawet lepsze od teorii o tym, że była smoczym animagiem. - I kto ci robił trumnę na wymiar? Kiedyś dasz mojej rodzinie namiary - potrząsnął łbem, rozkoszując się tą małą ploteczką, która brzmiała tak nieprawdopodobnie, co prawdopodobnie. - Niestety, to oznacza, że nasza przyjaźń nie wypali - zacmokał niezadowolony. - Wiesz. Nasza rodzina jest przydupasami wilkołaków. Kryjemy ich w Kniei, sprzątamy odchody po pełni, przed pełnią rozstawiamy miski z wodą. Celowo zatrudniłem się w Mungu, żeby dostarczać im pokarm, bo tam nie mamy zbyt wielu turystów - mogła sobie wyobrazić, co wywołało ten stan rzeczy. - Oczywiście, eksperymentujemy z eliksirami, żeby kiedyś stać się jak oni, ale bez ryzyka poharatania tej pięknej buźki - wskazał na siebie i łyknął porcję alkoholu. Dla kurażu, oczywiście, żeby mierzyć się ze swoim naturalnym wrogiem. Mroczną, krwiożerczą wampirzycą z prawdziwego transylwańskiego lasu. - Do krwiożerczości dopisz żądze upadku płonącego świata - skomentował jej przemyślenia, z którymi zaskakująco się zgadzał. Nie będąc na tonącym okręcie, można było z fascynacją obserwować jego koniec. Kąt zderzenia z górą lodową (jakże to pasowało do bieżącego tematu przewodniego balu!), stopień zniszczeń, tempo zatonięcia. Nie przeczył, że wielu chciałoby zobaczyć upadek Macmillanów i to, co zamierzali wtedy zrobić. Czy odwróciliby się od nich nawet najwierniejsi przyjaciele? Chwilowo przedstawienie trwało. Wzniósł toast wodząc wzrokiem za spojrzeniem Geraldine. Nie wiedział, co chodziło jej po myślach. Nawet jeśli miał swoje podejrzenia, to nie był jeszcze ten moment, w którym był gotowy opuścić towarzystwo niemal pustej butelki. Jeszcze chwila i mogło się wydarzyć, że zmieni zdanie. Ale to nie był jeszcze ten moment. - Piękna i bystra - mruknął, uśmiechając się pod nosem i wzruszając ramionami. Mogła to odebrać jak chciała. Czy zaczął pić z nią, bo była tylko ładna a to jej spostrzeżenie świadczyło o bystrości? Czy pił z nią, bo była bystra a przy okazji mile cieszyła oczy? Oba na raz? Coś pomiędzy? Milczał jak grób. Bawiło go to. |