Secrets of London
[02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=3849)

Strony: 1 2 3 4


[02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.09.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Przemierzała w ciemności uliczki Nokturnu. Smród unosił się w powietrzu, jak zawsze. Bez względu na porę roku to miejsce było chyba skazane na ten nieprzyjemny zapach. Śnieg skrzypiał jej pod nogami, miała wrażenie, że z każdym krokiem coraz głośniej. Było mroźno, całkiem malowniczo nawet jak na Nokturn, chociaż śnieżyca wydawała się przybierać na sile. Wiedziała bardzo dobrze dokąd zmierza, czuła chłód rozchodzący się po jej ciele. Nie znikał, musiała się ogrzać, jednak wypadałoby nim to zrobi dostarczyć truchło, które miała przy sobie jego nowemu właścicielowi. Wcale nie tak łatwo było się przemieszczać w miarę cicho z ogromnym błotoryjem na plecach, na szczęście mrok i śnieg byli jej przyjaciółmi. Mało kto miał ochotę wychodzić na zewnątrz, kiedy panowała taka zawierucha.

Przejechała po swoim policzku lewą dłonią, czuła, że ma na nim zaschniętą krew, aczkolwiek tutaj nie powinna się tym przejmować. Księżyc oświetlał jej drogę, gdy zmierzała w kierunku jakże uroczego miejsca jakim był Biały Wiwern.

Nie czuła się nieswojo, może powinna, ale dosyć często trafiała na Nokturn z racji na swoją profesję. Był pełen osób, które potrzebowały ludzi jak ona. Takich, którzy mogli im dostarczyć wszystko to, czego potrzebowali od ręki, bez zbędnych pytań. Nie ujmowało jej świadczenie tych usług, najważniejsze, że odpowiednio płacili za jej zaangażowanie.

Udało jej się dotrzeć do drzwi Wiwerny. Otworzyła je z hukiem, a raczej hulający na dworze wiatr jej w tym pomógł. Wcale nie zrobiła tego umyślnie, wolałaby nie zwracać na siebie uwagi wszystkich osób, które siedziały w środku tej obskurnej knajpy. Póki co mało kto mógł dostrzec jej twarz, chowała się pod głębokim kapturem który miała naciągnięty na głowę. Kilka pojedynczych pasm włosów opadało jej na twarz posklejanych przez roztapiający się śnieg. Uwagę mógł przykuwać jej wzrost i pakunek, który miała ze sobą.

Nie martwiła się tym jednak zbytnio, osoby które znajdowały się w środku dosyć szybko wróciły do rozmów które prowadziły. Ona skierowała się ku stolikowi, który znajdował się w kącie, z dala od większości. Szła w jego stronę pewnym krokiem, jakby bardzo dobrze znała drogę. Nie musiała się przy tym rozglądać. Dopiero gdy znalazła się w miejscu, które uznawała najwyraźniej za bezpieczne, bo nie sięgało to zbyt wiele światła zdjęła z siebie płaszcz i zawiesiła go na oparciu krzesła. Teraz musiała czekać, miała jeszcze jakąś godzinę nim pojawi się jej klient. Mogła się rozgrzać, to chyba było najodpowiedniejszą czynnością na tę chwilę.

Miała świadomość, że napije się tu niczego ciekawego, skinęła jedynie barmanowi wzrokiem. Po chwili pojawił się przed nią z jedną pustą szklanką i butelką whisky. Nie była to ognista, bardziej jakiś samogon, który miał przypominać złocisty trunek. Nie zamierzała jednak wybrzydzać. Kiedy położyła dłoń na butelce, którą miała zamiar otworzyć zobaczyła, że jej knykcie są czerwone. Znowu zapomniała ubrać rękawiczek, na dłoniach też miała wiele śladów po zadrapaniach, najwyraźniej ta walka z błotoryjem wcale nie należała do najprostszych, oczywiście zwalała wszystko na warunki atmosferyczne, które panowały aktualnie na zewnątrz.

Nalała sobie tych szczyn do szklanki, po czym wreszcie wsadziła papierosa w usta, nie była w stanie palić przy tym wietrze. Będzie mogła napawać się smakiem tytoniu w spokoju. Co jakiś czas spoglądała na drzwi, jej klient miał się pojawić za godzinę, tyle, że jeszcze nie miała pojęcia, jak wygląda. Lepiej pozostawać czujną. Dostała krótką notatkę, że mają się spotkać w tym miejscu, przy tym stoliku, gdzie zazwyczaj przeprowadzała swoje nie do końca legalne interesy.




RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.09.2024

Miał nieduży problem. Nie planował dźwigać na plecach innego ciężaru niż torba z medykamentami, tymczasem nagle musiał sobie zawiesić całkiem obcego mężczyznę na ramieniu. Ciągnąc go, niemal dostał niezdrowej zadyszki. Płuca paliły go żywym ogniem a w ustach czuł posmak świeżej krwi zamiast przyjemnego posmaku ziołowego papierosa, który palił dosłownie sekundę przed tym jak ten człowiek zwalił mu się na głowę. Nie, nie w przenośni. Ambroise bardzo by chciał, żeby przypadkiem wpadł na swojego nieznajomego pacjenta, wszedł w niego leżącego w ciemnym zaułku albo był świadkiem samego ataku doprowadzającego obcego do utraty przyjemności. Niestety nie miał tego szczęścia.
Otóż zmierzał właśnie do domu z jednego z tych mniej oficjalnych wypadów do klientów na Nokturnie, gdy coś go rozproszyło. Próbując wyjąć papierosa z kieszeni, przypadkiem wytrącił z niej zapalniczkę, a że nie zwykł uciekać się do podpalania fajek różdżką (uważał to za drobną przesadę) postanowił podążyć za zgubą toczącą się po skutym lodem chodniku. Nie miał pojęcia jak to się działo, ale malutki przedmiot nie przestawał sunąć po świeżym, gładkim lodzie a on niemal za nim nie nadążał. Ostatnim, czego chciał było wywalić się na plecy i ośmieszyć w oczach szemranych typów, którzy z pewnością go obserwowali.
Choć miał na głowie gruby kaptur a wokół twarzy zawiązał ciemny szalik, nie umiał do końca nie odróżniać się od stałych mieszkańców tego rejonu. To były jego początki na Nokturnie. Dopiero zaczynał poznawać ten światek, nawet jeśli coraz sprawniej się w nim poruszał. Znał zasady i reguły. Wiedział, na co może sobie pozwolić a na co nie. Pokazanie słabości nie było dopuszczalne. Jeśli zaraz nie dogoni zguby, może się z nią pożegnać na zawsze i usunąć się w cień z podniesioną (metaforycznie) głową. W pewnych przypadkach lepiej odpuścić.
Z tą myślą zatrzymał się na boku wąskiej alejki, do której wszedł za zapalniczką. Musiał odpuścić. Tym bardziej, że im bardziej się zastanawiał tym mocniejsze odczuwał przekonanie, że ktoś próbował wciągnąć go w pułapkę. Nic nie poruszało się po lodzie w tak gładki, szybki i jednostajny sposób. Ambroise był tego pewien. Postanowił odpuścić, niemalże obracając się na pięcie w celu odejścia, ale wtedy coś go zaskoczyło.
Nie wiedział, co się dzieje. W jednej chwili stał obok przepełnionych kubłów na śmieci, w drugiej moczył rękę w niezidentyfikowanej rozkładającej się mazi, bo odruchowo złapał krawędź kosza, żeby utrzymać się na nogach. Inaczej niemalże na pewno zostałby przygnieciony przez czyjeś cielsko, które spadło na niego z nieba. Potrzebował chwili, żeby zorientować się, że nie dokładnie stamtąd a najpewniej ze schodów pożarowych starej kamienicy. Miał je nad głową. Były całkowicie puste, ale kątem oka zdążył zobaczyć tam ruch.
Co do zwłok (jak je określił na pierwszy rzut oka) były one nie za duże. Osoba mogła mieć z metr sześćdziesiąt kilka centymetrów wzrostu i nie ważyła zbyt wiele. Owszem, mógł odsunąć się od niej i pójść swoją drogą. Na Nokturnie nie byłoby to nic złego. Czasami lepiej było nie angażować się w czyjeś porachunki, ale skoro ktoś postanowił zrzucić na niego trupa, sprawa robiła się poważna i personalna. Greengrass przykucnął obok ciała, obracając je i przykładając nieznajomemu mężczyźnie palce do szyi dokładnie w tym samym momencie, kiedy tamten otworzył zakrwawione usta i wycharczał:
- Biały Wiwern - słowa z trudem wychodziły mu z gardła, ale starał się nawiązać kontakt wzrokowy z uzdrowicielem. Niestety, Ambroise nie mógł stwierdzić, czy cokolwiek widział przez spuchnięte, pobite oczy. - Muszę... Biały Wiwern... przesyłka... nie mogą...
Po czym dosłownie sflaczał w ramionach Greengrassa i stracił przytomność.
A więc znaleźli się w tym położeniu. Uzdrowiciel ciągnął na plecach mocno pobitego nieznajomego, zastanawiając się przy okazji nad tym, czemu to do cholery robił. Nie był zbawcą świata. Miał swoje problemy. Nie chciał angażować się w porachunki gangów z Nokturnu, ale czuł wewnętrzną potrzebę zabrania rannego tam, dokąd ten (chyba) zmierzał. W lodowatym zimnie przetaczali się bocznymi uliczkami, w których nie widziało ich aż tyle oczu. Ponadto Ambroise postarał się, żeby pobity został zasłonięty jego szalikiem i wyglądał na bardziej pijanego niż nieprzytomnego.
A choć ani przez chwilę nie zastanowił się jak wejdą do Białego Wiwerna, los najwidoczniej zaczął im sprzyjać, bo ktoś wychodzący przytrzymał za sobą drzwi. Zakapturzony Ambroise i opatulony szalikiem nieznajomi wtoczyli się do środka, niemal wywracając pierwszy stolik na drodze.
Starał się go utrzymać, serio, ale kiedy nogi odmówiły mu posłuszeństwa, Ambroise z hukiem puścił towarzysza na podłogę i sam osunął się na pobliskie krzesło, dysząc ciężko.


RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.09.2024

Nie przestawała obserwować drzwi. Czekała na mężczyznę, który miał się tutaj pojawić lada chwila. Już niedługo będzie mogła opuścić to obskurne miejsce i ruszyć do domu. Do swojej jaskini z której nie zamierzała się wyłaniać przez najbliższy dzień. Musiała odpocząć. Polowanie w taką pogodę kosztowało ją zdecydowanie więcej, niż było to warte. Nie mogła jednak zawieść swojej klienteli, musiała pokazywać, że zawsze jest do ich dyspozycji. To mogło w przyszłości przynieść jej więcej profitów, bardzo na to liczyła. Starała się jak najbardziej usamodzielnić, działać na własną rękę. Od zawsze pragnęła udowodnić ojcu, że miał co do niej rację, że była najlepszym, co go spotkało. Całe życie goniła za tym, chociaż nie miała pojęcia dlaczego jej, aż tak zależy. Może przez to, że nigdy jej nie skreślił, chociaż niektórzy nabijali się pod nosem, że próbuje z niej zrobić łowcę, ze słabej dziewczynki, która nigdy nie będzie miała szansy dorównać mężczyznom. Udowodniła im, że się mylili, ojciec miał rację, kiedy pozwolił jej podążać swoją drogą. Była mu za to wdzięczna i ciągle chciała pokazywać, że stać ją na jeszcze więcej. Kiedyś pewnie się przez to przekręci, ale to była zupełnie inna sprawa.

Wypiła może dwie szklanki tego dziwnego trunku, który miał przypominać whisky. Przyzwyczajała się do tego niezbyt przyjemnego smaku, jednak nie zamierzała się tutaj upijać. Interesy dobrze prowadziło się przy alkoholu, jednak nie można było się doprowadzić do stanu zamroczenia, lub nawet lekkiego rauszu. Musiała mieć jasny umysł, aby odpowiednio prowadzić rozmowę. W domu będzie mogła pozwolić sobie na więcej, czekał na nią tam spory barek z alkoholami z wyższej półki, dużo przyjemniej było się nimi upijać. Nawet tutaj bogacze mieli prościej, trunki które spożywali smakowały nie najgorzej, a przecież prowadziły tak naprawdę do tego samego, co szczyny podawane w takich miejscach, no przynajmniej mieli świadomość, że nie stracą od tego wzroku, co do alkoholi podawanych w Wiwernie nie byłaby taka pewna.

Dzięki alkoholowi, który piła robiło jej się cieplej. Ręce wróciły do swojego dawnego koloru, a i na policzkach pojawiły się różane rumieńce, musiały pięknie kontrastować z zakrwawioną szramą na jej policzku. Nabierała kolorów, najwyraźniej krążący w żyłach alkohol przyniósł oczekiwane skutki.

Co chwila spoglądała na drzwi, liczyła na to, że mężczyzna pojawi się wcześniej, że uda jej się szybko załatwić sprawę, bo była po ludzku zmęczona. Miała dość tego dnia i chciała aby się skończył. Powoli tęskniła za wiosną, wtedy wszystko było łatwiejsze, bardziej przystępne. Nie musiała się martwić o to, czy nie zamarznie podczas polowania, nie musiała się pilnować, mogła w pełni oddać się łowom. Zimą było zupełnie inaczej, powinna pamiętać o tych wszystkich aspektach, które mogły przynieść jej przypadkową śmierć, nie mogła się w tym pełni zatracić. Jednak już niedługo, jeszcze chwila, a wszystko wróci do normy. Nie mogła się tego doczekać. Zimą najchętniej zaszyłaby się w rodzinnej rezydencji rodziców i z niej nie wychodziła, grzała przy kominku i piła, pewnie długo by nie wytrzymała, zanudziłaby się na śmierć, ale po dniu spędzonym na mrozie taka perspektywa wydawała się być atrakcyjną.

Drzwi się otworzyły, przesunęła na nie spojrzenie i wyprostowała się niczym strzała. Czyżby to był mężczyzna, którego oczekiwała? Nadzieja jej nie opuszczała. Tyle, że wejście było nieco za bardzo efektowne, jak na kogoś kto miał z nią dobijać targu. Niejedna osoba, a dwie wtoczyły się do środka. Próbowała zrozumieć co się dzieje, co wcale nie było takie proste, kiedy siedziała dosyć daleko od drzwi i nie chciała rzucać się w oczy. Jedna z postaci wylądowała na ziemi, to lądowanie nie wyglądało na specjalnie przyjemne, aczkolwiek chyba było jej to obojętne, bo nie doszło do jej uszu nawet jęknięcie. Czy był, aż tak nawalony? Prawdopodobnie, chociaż mogło też chodzić o coś zupełnie innego. Mogła usiąść bliżej, łatwiej byłoby jej ocenić, co właściwie się wydarzyło. Druga osoba usiadła na krześle, a raczej osunęła się na nie. Musiała być zmęczona. Nie dziwiło jej to wcale, kto wie skąd właściwie przyniosła tego drugiego?

Wahała się chwilę, czy wstać, czy nie. Yaxleyówna jednak była dosyć mocno ciekawska, może ktoś potrzebował przysługi? Bardzo chętnie by mu pomogła, a później oczekiwała tego, że kiedyś odwdzięczy się tym samym. Nie było lepszej waluty od przysług. Przesunęła krzesło i wstała z miejsca, rzuciła jeszcze okiem na swój pakunek, nadal stał pod stołem, nie widoczny dla nikogo.

W kilka sekund znalazła się przy tym facecie, który leżał na ziemi. Przykucnęła przy nim, aby sprawdzić, czy jej założenia są prawdziwe, miał twarz opatuloną szalikiem, więc nie widziała zbyt wiele. Próbowała wyczuć zapach alkoholu, ale nie było to proste, kiedy sama śmierdziała lokalnymi trunkami. Uniosła wzrok, aby spojrzeć na tego, który walnął się chwilę wcześniej na krześle. Przeszedł ją dreszcz, gdy zobaczyła twarz, która chowała się pod kapturem. Znała ją, nie spodziewała się jednak spotkać go na Nokturnie. - Chujowo wyglądasz. - Rzuciła na dzień dobry, bo zdecydowanie widziała już Greengrassa w lepszej formi. - chociaż ten tutaj jeszcze gorzej. - Oczywiście mówiła o jego znajomym, zakładała bo wiem, że go zna z racji na to, że pojawili się w Wiwernie razem.




RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.09.2024

Nie zarejestrował nadejścia Geraldine. Nie dość, że się jej tutaj nie spodziewał to dodatkowo miał wrażenie, że przysnął na moment. Ciągnął tego gagatka kilka kilometrów, bo nie znał innego miejsca, do którego mógłby go zabrać niż to, o którym koleś wspomniał zanim zemdlał.
Najpewniej Greengrass mógł trafić znacznie gorzej niż na znajomą twarz. Stracił gardę, czego nie powinien robić na Nokturnie. Nawet o tym nie myślał.
- No co ty, kurwa, nie powiesz - burknął nie siląc się na bycie przyjemnym. Prawdę mówiąc ledwo zarejestrował, że odpowiedział komuś na wątpliwy komplement albo jawną obelgę. Zrobiła to podświadomość Ambroisa.
Miał półprzymknięte oczy i oddychał ciężko. Skupiał się na dźwięku buzującej krwi w żyłach, który wypełniał mu uszy. Miał wrażenie, że zaraz pęknie mu głowa. Ramiona miał zesztywniałe od zimna i ciężaru tamtego gościa. Prawdopodobnie powinien zainteresować się swoim przyszłym pacjentem (najpewniej, jeśli nadal żył), ale w tej chwili zaciskał zęby, żeby nie zacząć charczeć krwistą flegmą.
To był bardzo duży wysiłek fizyczny jak na to, co obecnie przechodził. Niecały tydzień temu wyleczył się z poważnej grypy i nadal czuł skutki choroby. Był znacznie słabszy niż zazwyczaj. Ten dzień bardzo mu się wydłużył, przez co niemal nie odpoczął. I nie zapowiadało się, że odpocznie przez najbliższe godziny. Jeśli ten mężczyzna miał szansę na przeżycie, potrzebował opieki uzdrowiciela a Ambroise nie sądził, żeby mógł trafić do Munga.
Na szczęście nieznajomego znał personel i właścicieli baru. Mógł dostać jakiś wolny pokój. Zapłaciłby za to wymianą przysług, nie pieniędzmi. Tak to już było w przypadku dyskretnych spraw w tej szemranej części Londynu. Rządziły się swoimi prawami. Greengrass to wiedział.
Oczywiście, nie życzył ofierze śmierci, ale to byłoby dla niego znacznie wygodniejsze. Nie musiałby kombinować ani dalej mieszać się w nieswoje sprawy. Lecząc delikwenta mógł narobić sobie problemów, których nie chciał. Zostawiając go pośrodku baru, mógłby być w tej samej sytuacji. Jeśli chciał porzucić pobitego, dawno przegapił jedyną możliwość. Zabierając go z tamtej alejki podjął wiążącą decyzję. Nieważne, że był skrajnie zmęczony.
Rany nie miały się same zaleczyć. No. Miały, ale nieprzytomny czarodziej mógł tego nie doczekać. W mroku nocy Greengrass nie mógł zbadać, co się stało i jak poważny był stan ofiary (a może oprawcy? nic o nim nie wiedział). Wydał z siebie cichy wydech, przetarł oczy i znowu westchnął.
- O ja, kurwa, pierdolę - skomentował do nikogo szczególnego ani nawet do siebie. Potrzebował wyrzucić z siebie to całe zmęczenie, zanim zmusi się, żeby ruszyć do akcji. Jeszcze chwila. Tylko sekundka.
W pomieszczeniu było całkiem ciepło. Dużo przyjemniej niż na zewnątrz. Już nie drętwiał tak bardzo. Czuł, że zaczyna odpływać i niewiele mógł temu zaradzić.


RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.09.2024

Nie powinna interesować się tym, co się wydarzyło, a jej ciekawość wiele razy sprowadzała na nią kłopoty. Najwyraźniej jeszcze się nie nauczyła, że nie warto wsadzać nosa w nieswoje sprawy, może kiedyś dotrze do niej, że to bezsensowne, szczególnie w miejscach jak Nokturn. Bez zastanowienia więc ledwie w kilka sekund znalazła się przy tym zupełnie obcym typie i jego koledze. Jej wybór, oby nie był niewłaściwy.

Nie spodziewała się spotkać Ambroise'a w takim miejscu. Nie do końca pasował jej do Nokturnu. Najwyraźniej tak jak ona chodził swoimi ścieżkami, miał swoje tajemnice. Nikt nie lubił się chwalić w towarzystwie szemranymi interesami, a po tym, jak wniósł tu tego mężczyznę zakładała, że raczej nie znalazł się tutaj przypadkowo. Tak jak ona. Łączyło ich więcej, niż mogłaby przypuszczać.

- Uważaj, złość piękności szkodzi. - Nie przejęła się szczególnie jego nieprzyjemnym tonem. Zapewne coś poszło nie po jego myśli, próbowała jednak póki co domyśleć się, co właściwie się wydarzyło. Gdy przyglądała się bardziej mężczyźnie który leżał na ziemi zauważyła, że wcale nie był nawalony. Ktoś musiał go pobić, nie było to niczym nadzwyczajnym na Nokturnie, czasem wystarczyło, że spojrzało się na kogoś w nieodpowiedni sposób i można było tutaj stracić życie.

W końcu wstała na nogi, odszukała wzrokiem barmana i przywołała go do siebie spojrzeniem. Działała szybko, wiedziała, że nie mogą pozwolić sobie na to, aby zajmować się tym mężczyzną na tej sali, gdzie znajdowało się poza nimi kilka osób. Mogli ją z tym połączyć, nie wysiliła się przecież nawet na założenie płaszcza i kaptura, stanęła przed nimi w całej okazałości, a co jeśli ktoś ją skojarzy? Tym będzie się martwić później.

Wiedziała, że Greengrass będzie potrafił mu pomóc. Był w końcu medykiem, nie miała pojęcia, czy z nim jest wszystko w porządku, nie wyglądał najlepiej. Wypadałoby się tym zainteresować. Podeszła do niego, zignorowała wiązankę, którą ją uraczył. - Jesteś ranny? - Tym razem ton jej głosu był zdecydowanie łagodniejszy, jakby nie chciała go bardziej interesować. Spokój mógł uratować ich wszystkich.

Barman w końcu do nich doszedł, więc Gerry szeptem poprosiła go o to, aby wyprowadził ich na górę, na pewno któryś pokój był wolny. Musiała jednak wrócić po swoje rzeczy, były zbyt cenne. Zapomniała też najwyraźniej o tym, że miała dostarczyć przesyłkę, miała nadzieję, że klient jej wybaczy niedyspozycję.

- Zaraz tu wrócę. - Rzuciła jeszcze przez ramię, gdy szła w kierunku stolika przy którym chwilę wcześniej siedziała. Wzięła swój płaszcz i pakunek, po raz kolejny w kilka sekund znalazła się przy tym niewielkim zgromadzeniu mężczyzn. - Pójdziemy do pokoju, tam nikt nas nie zobaczy. Pomóż mi. - Dosyć rozkazującym tonem odezwała się do barmana, zdecydowanie nie zakładała, że jej się sprzeciwi. Podniosła mężczyznę, który dalej był nieprzytomny i oparła o swoje ramię, barman złapał go pod drugie. - Dasz radę iść sam? - Zapytała jeszcze Ambroise'a, bo nadal nie wiedziała, w jakim do końca jest stanie.




RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.09.2024

Trudno było stwierdzić, co by się stało, gdyby nie postanowił bawić się w zamaskowanego bohatera. Prawdopodobnie popełniał bardzo duży błąd. Niedawna choroba, wyziębienie i zmęczenie coraz bardziej łączyły się z tępym bólem głowy i reszty ciała a ciepło pomieszczenia jeszcze bardziej go rozprężało. Gdyby widział się z perspektywy uzdrowiciela niechybnie zawyrokowałby co najmniej lekki wstrząs mózgu (całkiem słusznie, bo przecież pobity człowiek spadł mu niemalże na głowę). Tymczasem teraz był święcie przekonany, że wszystko było z nim w porządku. Potrzebował wyłącznie chwili odpoczynku w totalnej ciszy. Nic więcej. Później mógł zabrać się do spełniania powinności uzdrowiciela.
- Tak, tak - zbył komentarz machnięciem dłoni. Zbyt rozproszony, żeby przemyśleć, że nie miał do czynienia z dużą muchą. Kobiece słowa brzęczały mu w głowie. Bzyczała mu nad uchem i tylko na tym umiał się skupić.
Było tu za głośno. Przyjemnie ciepło, ale stanowczo zbyt głośno. Każdy cudzy krok odbijał się echem w jego głowie. Odruchowo mocniej oparł ją na dłoniach, niemal skrył w rękawach ubrudzonych nieswoją krwią.
- Poranny to on nie jest. Mamy wieczór. Chyba - odburknął, brzmiąc na bardziej rozkojarzonego niż to brzmiało w jego głowie.
Ponadto naprawdę dziwiło go pytanie o ranność, gdy ewidentnie mieli późny wieczór. Upewnił się co do tego poprzez rzucenie okiem na zakurzone, częściowo zalepione gazetami okno. Tak, było ciemno.
- Mamy wieczór - powtórzył z większym zdecydowaniem, chcąc utwardzić swoją pozycję. Nie mylił się co do pory dnia. W żadnym razie.
Nadal był wieczór, godziny wcale mu nie uciekły, a jednak czuł się całkowicie skołowany. Jak ktoś, kto dopiero wybudził się z głębokiego snu i nie umiał odnaleźć się w rzeczywistości. Nie rozumiał, dlaczego. Tak właściwie to niewiele rozumiał. Wiedział tyle, że strasznie drażni go światło i że każdy dźwięk zwielokrotnia się w jego głowie, jakby był falą uderzeniową w mózg.
- Ujdę - machnął ręką w nieokreślonym kierunku, bo nadal nie umiał się za bardzo skupić na niczym innym niż wirująca podłoga.
Oczywiście, miał na myśli coś między "dam radę", "dojdę tam, jakoś" a "mój stan ujdzie". Z tych wszystkich głębokich przekazów powstał On. Kapitan Ujdę. Nie potrafił zmusić się do niczego więcej niż tego zapewnienia. Przynajmniej zrozumiał, że potrzebowali wstać od stolika i gdzieś pójść. Nie do końca wiedział, gdzie by to miało być, ale nie myślał o tym. Coś wewnątrz mówiło mu, że musiał słuchać poleceń, więc otworzył oczy, przetarł je i podciągnął się do pionu. Miał wrażenie, jakby był pijany a przecież nic nie pił. Prawda? To całe skalowanie było nienaturalne. Zaburzało mu zmysły i sprawiało, że miał trudność z utrzymaniem resztek przytomności umysłu.
Do tego przez cały czas czuł tępe pulsowanie w głowie. Rzeczywistość trochę mu się rozmywała.
Szli gdzieś, prawda?
Czy już doszli i tam byli?
Tam tu?


RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.09.2024

Nie był to dobry moment na zbędne dyskusje. Musieli jak najszybciej zawinąć się na górę, tak, aby nikt nie zainteresował się tym, co się działo. Mogłoby to im to wszystko ułatwić. Nie wiedzieć czemu zakładała już, że jest to ich wspólny problem, a raczej stał się nim, kiedy postanowiła podejść bliżej. Nagle wzięła na siebie odpowiedzialność za to, aby ukryć przed obecnymi w pubie osobami to co się działo. Najgorsze było to, że tak naprawdę sama nie miała pojęcia dokładnie, co się wydarzyło, a i tak postanowiła się zaangażować. Pakowanie się w kłopoty, wspomniał jej o tym, że to jego talent, najwyraźniej dzisiaj miała potwierdzić tę umiejętność. Nie wiedzieć czemu zakładała, że nic dobrego z tego nie wyniknie, nie, żeby ją specjalnie to odrzucało od zaangażowania się w tę sprawę.

- Ja jebie.- Mruknęła właściwie do siebie, gdy usłyszała odpowiedź Greengrassa. Z nim też było coś nie tak, skoro mówił coś bez ładu i składu, nie dotarły do niego jej słowa. Najwyraźniej nie był jednak w pełni sił, niedobrze, bo nie będzie w stanie udzielić temu drugiemu pomocy. Powinna więc zacząć od niego, gdy znajdą się na górze.

Oczywiście nie miała pojęcia w jaki sposób będzie mogła im pomóc, jednemu, czy drugiemu. Nie potrafiła nawet do końca ocenić, co tak naprawdę im dolegało, co już samo w sobie nie ułatwiało sprawy. Będzie się tym martwić później, jak wreszcie znajdą się z dala od ciekawskich oczu. Musiała działać, a nie myśleć, to zresztą wychodziło jej najlepiej.

- Tak, jest wieczór. - Nie zamierzała ciągnąć rozważań na temat pory dnia. Wiedziała jedynie, że nie trafi do mieszkania tak szybko, jakby chciała, chyba się z tym już nawet pogodziła. Odpocznie po śmierci, czy coś.

- Nie wyglądasz, jakbyś miał ujść. - Nie mogła się powstrzymać przed kolejnym komentarzem, ale skoro twierdził, że sobie poradzi nie zamierzała mu pomagać, musiała zająć się jego znajomym, czy tam nieznajomym, typem, którego rzucił chwilę wcześniej na ziemię.

Mężczyzna, którego wzięła pod rękę i postanowiła zaciągnąć do jednego z pokoi znajdujących się na górze nie był zbyt ciężki. Gdyby się uparła pewnie dałaby radę sama zanieść go na piętro, może nieco by jej w tym przeszkadzała ta torba z pakunkiem, którą musiała  ze sobą zabrać, znaczy nie musiała, ale chciała. Szkoda jej było tych godzin, które spędziła na mrozie, w śniegu, żeby zostawić ją samopas. Była pewna, że prędzej, czy później któryś z bywalców Wiwerny postanowi się nią zaopiekować. Nie zamierzała na to pozwolić.

Miała jednak pomoc, trochę może wymuszoną, ale nie musiała targać go sama. Dzięki temu całkiem sprawnie zawinęli się z pubu i przeszli do części w której można było wynająć pokój. Gdy szła na górę, co chwila spoglądała za siebie przez ramię, żeby mieć pewność, iż Ambroise nie zniknął im po drodze. Zdecydowanie nie był dzisiaj w formie, zastanawiała się, co właściwie mu się przytrafiło, ale spróbuje to z niego wyciągnąć później.

W końcu znaleźli się przed drzwiami, pchnęła je, aby się otworzyły, dzięki czemu mogli wleźć do środka. Dosyć szybko pozbyła się barmana, nie potrzebowała go tutaj do niczego więcej. Nim wyszedł pomógł jej rzucić nieprzytomnego mężczyznę na obskurne łóżko. Swoje rzeczy zostawiła gdzieś pod ścianą, musiała się ich pozbyć, aby wygodniej jej się działało.

Nie widziała w pomieszczeniu Greengrassa więc wyszła jeszcze za drzwi, aby pomóc mu się dostać do środka. Nie wyglądał najlepiej, był dziwnie zagubiony. Czy tego chciał, czy nie, pociągnęła go za rękę, usadziła na krześle, które znajdowało się przy stole, a później rzuciła zaklęcie na drzwi, tak, aby nikt nie wszedł do środka, nie miała pojęcia, czy ktoś ich nie szukał. Przezorność czasem popłacała.

- Ja pierdole, ale gówno. - Powiedziała jeszcze do siebie spoglądając na dwójkę mężczyzn. Co miała właściwie teraz zrobić? Od czego zacząć? Chuj jeden wiedział.

Postanowiła trzymać się swojego pierwotnego planu, Ambroise wyglądał jakby był mniej poszkodowany, więc musiała od niego zacząć, miał doświadczenie i poradzi sobie z tym bardziej rannym. Znalazła się przed nim i pstryknęła mu palcami przed oczami, jakby chciała go obudzić, ale przecież do końca nie spał. Może ktoś rzucił na niego jakiś urok? Było naprawdę wiele możliwości, a ona średnio miała czas sprawdzać je wszystkie.




RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.09.2024

- To dobrze - zaakceptował odpowiedź, kiwnął głową dwa razy i odchrząknął. - To znaczy, że wszystko jest okay - nie, nie było.
Dla wszystkich prócz Greengrassa, który poczuł się znacznie lepiej z tym, że nie stracił żadnej znacznej ilości godzin. Miał wrażenie, że w jakimś momencie przysnął, ale to musiało być mniej niż na godzinę. Nie było najgorzej. Zastanawiał się tylko, co tak właściwie robił poza swoim łóżkiem w towarzystwie co najmniej dwóch osób. Trzecią leżącą na ziemi przestał rejestrować, zanim przypadkiem nie tracił czarodzieja nogą.
Spojrzał na zamaskowanego szalikiem mężczyznę i zmarszczył brwi. Było mu mdło. Odczuwał narastające gorąco zmieszane z niepokojem zwiększającym się, kiedy patrzył na tego człowieka. Im bardziej to robił, tym goręcej mu było. Niemal nie zauważył, gdy zrzucił z siebie płaszcz na podłogę. Wysunął ręce z rękawów i stracił wierzchnie ubranie za krzesło, jakby było niewygodnym, przeszkadzającym żukiem za kołnierzem. Rękawiczki trafiły tam chwilę później.
To nie wystarczyło. Wciąż było mu za gorąco. A dźwięki drażniły uszy, odbijając się echem w głowie.
- Uchodzę - sprzeciwił się przeciwko... czemuś. Nawet nie pamiętał, przeciwko czemu, ale przecież uchodził. To było w tym najistotniejsze. - Niby, że ja nie ujdę? Jasne, że ujdę - zapewnił nie do końca przytomnie. Biorąc sobie za punkt honoru to, żeby zrobić to, o czym mówił. Ujść. Dojść. Czy coś takiego. Mgliście pamiętał, że mieli gdzieś iść, ale po chwili wywnioskował, że może doszli.
A jednak nie doszli?
Nagle poczuł się dziwacznie zobowiązany do wstania i powiedzenia nogami za towarzystwem, które ruszyło w kierunku drzwi prowadzących po niesamowicie długich schodach. Szedł za nimi, opierając się o barierkę i ściany, bo czuł, że powinien. Tak ciężko mu było zebrać myśli...
Zawieszał się w najbardziej przypadkowych momentach, ale dzielnie brnął do przodu po nieskończonej ilości stopni i przeszkód. Cała ta wyprawa wydawała mu się drogą przez mękę. Nawet większą niż ta, którą przeszedł przed kilkoma chwilami, gdy chyba robił coś ważnego. To musiało być wtedy istotne, ale teraz niespecjalnie się liczyło. W obliczu zmęczenia i palącego ognia niewiele było ważniejsze.
Pamiętał, żeby iść, więc dlaczego nagle złapał się na tym, że stał i nie wiedział, gdzie powinien ruszyć. Gdyby nie kobieca ręka, która pociągnęła go przez wszechogarniający świat majaków na jawie, pewnie nadal stałby tak kompletnie zagubiony. Tymczasem nagle odnalazł się na krześle. Wciąż skołowany, ale siedzący, co było niemałą ulgą dla rozpalonego ciała.
- Huh? - wymamrotał, próbując skupić wzrok na znajomej twarzy. Po raz pierwszy tego wieczoru skupił się na niej na tyle, żeby spróbować wyostrzyć spojrzenie. Nie było to zbyt łatwe. Starał się wodzić wzrokiem za palcami przed oczami, ale w efekcie robił głównie zeza.
- Za szybko - zakomunikował, poddając się.
Zamiast tego zamknął oczy, pocierając skronie.
Musiał dojść do siebie. Wiedział to. W przeciwieństwie do tego, czego od niego oczekiwano. Pamiętał o pobitym mężczyźnie i o uderzeniu w alejce. Do tej pory czuł tamten odrzut, gdy nieprzytomny czarodziej spadł na niego ze schodów pożarowych, ale nie wiedział, co się stało później. Nie pamiętał czy mu pomógł ani jak właściwie znaleźli się w tym pokoju. Jedynym, czego chciał było padnięcie na łóżko i sen. W myślach już zrobił kilka kroków w kierunku materaca, po czym w rzeczywistości uniósł się i natychmiast z powrotem przysiadł na krawędzi krzesła. Co miał zrobić? Nie pamiętał? Pamiętał?


RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 08.09.2024

Nie miała pojęcia, czy próbował oszukiwać siebie, czy ją z tym, że wszystko jest w porządku. Jeśli ją - to mu się nie udało, nie była głupia, widziała, kiedy ktoś niedomaga. Nadal jednak, nie był to ich największy problem. Póki co, najistotniejsze było niezwrócenie na siebie większej uwagi. Niby prosta rzecz, a wcale nie tak bardzo. Mogłaby spróbować rzucić jakieś zaklęcie, które sprowadzi chwilowe zapomnienie na siedzących na dole ludzi, wiedziała jednak, że wspomnienia do nich wrócą, więc to nie miało większego sensu. Szkoda marnować na to czas. Nie było ich zresztą zbyt wielu, może akurat fortuna będzie im sprzyjać i nikt ich nie rozpozna. Tej wersji wolałaby się trzymać.

Słyszała, jak zapewniał siebie, że ujdzie, a może ją? Oby to na niego zadziałało, wolałaby, aby nie spadł ze schodów, bo to mogłoby tylko przysporzyć niepotrzebnych komplikacji. Szkoda by było, żeby się potłukł, dlatego też zaglądała co chwila, by sprawdzić, czy szedł za nimi. To była droga przez mękę, przynajmniej dla niego, wyglądało na to, że sporo go kosztowało wejście po schodach. Upewniło ją w tym, że z nim też nie jest dobrze. Może nie na zewnątrz, bo wydawał się nie mieć żadnych ran na ciele, ale jakby nie do końca ogarniał to, co działo się wokół niego.

Poczuła się bezpieczniej, gdy znaleźli się w środku pomieszczenia, jeden z problemów został rozwiązany. Nikt nie widział, co się działo. To była akurat najprostsza część tego wszystkiego, taka z którą była sobie w stanie poradzić. Znalezienie tymczasowego azylu, tyle co dalej? Myśl Yaxley. Próbowała jakoś się w tym odnaleźć, szło jej to raczej średnio, przez co zaczynała się irytować.

Machała mu tymi palcami przed twarzą, ale to nic nie dało. Nie udało mu się podążać za nimi, potwierdziło to jej obawy, do tego wszystkiego miała wrażenie, że jej nie rozpoznał, przynajmniej jak na razie. Nie, żeby czuła się jakąś bardzo znaczącą dla niego osobą, ale świadczyło to o tym, że był nie do końca świadomy tego, co działo się wokół niego. Dobrze, że trafił akurat na nią, przeszło jej przez myśl, bo ktoś inny mógłby się jeszcze bardziej zainteresować temat i spróbować to wykorzystać, ona nie miała złych zamiarów.

- Sięgnę do twoich rzeczy. - Wolała uprzedzić, bo nie miała pojęcia w jaki sposób może na to zareagować, lepiej, aby wiedział co zamierzała zrobić. Nie chciała, aby myślał, że chce go skrzywdzić.

Próbował wstać, to mogło się skończyć źle. Dlatego też wyciągnęła dłoń, żeby go powstrzymać, w miarę delikatnie, ale jej dłoń uniosła się w powietrzu, aby ograniczyć mu kolejne próby wstawania. - Spróbuję ci pomóc. - Czy coś wyjdzie z tej próby? To się dopiero okaże. Nachyliła się do jego torby z medykamentami z nadzieją, że skoro zrobił jej taki wykład o opisywaniu eliksirów, to te jego faktycznie będą dokładnie oznaczone. Bałaby mu się podać coś losowo, bo nie chciała go skrzywdzić. Od czego powinna zacząć? Od czegoś najmniej inwazyjnego. Wiggenowy zawsze był dobrym pierwszym wyborem, czy jednak pomoże na jego dolegliwości? Nie miała pojęcia, najważniejsze, że nie powinien dołożyć kolejnych.

Przeglądała zawartość torby z medykamentami w poszukiwaniu znajomej mikstury, wiele razy piła wiggenowy, wiedziała, jak wygląda, jak pachnie i bardzo dobrze znała jego smak. W końcu znalazła fiolkę z zieloną zawartością, otworzyła ją, nim mu podała to jeszcze nachyliła nad nią nos, aby sprawdzić zapach. To musiało być to.

Zbliżyła się do niego ponownie, nie miała pojęcia, czy będzie w stanie sam wypić eliksir, musiała mu go podać. - Musisz to wypić. - Trzymała fiolkę w dłoni, stała przed nim, musiała zrobić wszystko, aby to wypił. - Proszę, to powinno pomóc. - Rzuciła jeszcze, gdyby chociaż przez sekundę się wahał, a następnie wyciągnęła buteleczkę w jego stronę.




RE: [02.1965] Stay in the shadow | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 08.09.2024

Nie rejestrował świata na tyle dobrze, żeby być w pełni świadomy tego, co się działo. Nie było mu blisko do jednej czwartej naturalnej przytomności umysłu, bo wtedy zarejestrowałby swoje położenie i baczniej podejmował decyzje. W istocie miał niesamowite szczęście, że trafił na kogoś o dobrych intencjach, bo tych nie było zbyt wielu na Nokturnie i w okolicach. Niejeden wykorzystałby sytuację. Szczególnie, że na informację, że Geraldine (której w dalszym ciągu nie rozpoznawał) chce mu grzebać w torbie, paralitycznie machnął ręką, jakby mówił dalej, śmiało!, niewiele go to teraz obchodziło.
A przecież miał w swoich zapasach całkiem wartościowe medykamenty. Nie wszystkie, przed wyprawą na Nokturn wyjmował niektóre co cenniejsze, ale nadal przydałby się komuś na tyle zdesperowanemu, żeby okraść półprzytomnego uzdrowiciela. Szczególnie, że czarny rynek nie wybrzydzał. Brał wszystko a ludzie mogli mieć pewność, że jego zapasy były skrupulatnie skatalogowane, czyste i tak świeże jak tylko powinny.
- Mhm, okay - nie zarejestrował zgody na wypicie eliksiru, na którym próbował skupić wzrok. Własne słowa zabrzmiały mu tak, jakby ktoś z zewnątrz je wypowiedział, ale posłusznie (po paru nieudanych, pokracznych próbach) zacisnął rękę na fiolce i opróżnił ją haustem. Połowa eliksiru polała mu się po brodzie, część pociekła po palcach, ale jakaś ilość trafiła tam, gdzie miała.
Było to nie lada sukcesem, bo miał drżące, zesztywniałe palce. Zimno i wycieńczenie nierozsądną wyprawą chwilę po stanięciu na nogi nie były rozsądne, ale na swoją obronę miał to, że nigdy nie zapewniał, że taki jest. Był odpowiedzialny, rzetelnie wykonywał pracę, ale nie zawsze robił to pragmatyczny sposób. Czasami rzucał się do działania, którego w żadnym razie nie planował. A powinien. Dokładnie tak jak w tym przypadku, należało przez chwilę zastanowić się nad sensem jednoosobowej akcji pomocowej dla kogoś, kto najprawdopodobniej mógł być dla niego niebezpieczny.
Nawet w świecie magii ludzie nie spadali ot tak z nieba. Jegomość miał najprawdopodobniej wiele za uszami, które trwale zakrwawiły szalik Greengrassa. W cieple puchł (to był dobry znak, bo przynajmniej miał krążenie) i jeśli już wcześniej wyglądał nie do poznania, to teraz nie było szans, żeby słusznie określić jego tożsamość. Istniała bardzo nikła szansa na to, że miał przy sobie jakieś dokumenty. Jeżeli kiedykolwiek trzymał je w kieszeniach, bandyci najprawdopodobniej mu je stamtąd wyjęli. Mieli do czynienia z nieprzytomnym, być może umierającym Johnem Doe a Ambroise nie był w stanie skupić się na udzielaniu pomocy.
W jednej chwili pamiętał, że musi to zrobić. Jego myśli kierowały się ku rozwiązaniu kryzysu. W następnej ból wypełniał mu głowę, pulsując nie do wytrzymania i odwracając uwagę uzdrowiciela od wszystkiego, co nim nie było. Liczyło się to, że ledwo trzymał się na krześle a odrętwiałe dłonie nie ułatwiały mu przytrzymywania się w pionie. Słyszał łupanie w uszach, zalewało go gorąco. Pot ściekał po czole. A może tylko mu się wydawało? Miał wrażenie, że tysiące mrówek chodzą mu po skórze twarzy, schodząc w dół ciała. Najpewniej to mróz odpuszczał w cieple, przywracając pełne krążenie, ale było to naprawdę nieprzyjemne uczucie. Chciał się drapać, ale jednocześnie czuł, że musi powstrzymać się przed wymiotami i to na nich się skupić.
Nie chciał poddać się chęci zwrócenia kolacji a następnie odlecenia w sen na łóżku. Musiał trzymać fason, szczególnie że nie był sam. Bardzo ciężko było mu utrzymać spojrzenie w jednym miejscu. Próbował, mrugnął parę razy i odchrząknął, przecierając ciężkie powieki. Na niewiele to się zdało.
- Kurewsko pęka mi głowa - wymamrotał. Równie nieprzyjemnie, ale przynajmniej znacznie przytomniej, składnie.
Opierał się o oparcie krzesła w taki sposób, że gdyby nie ściana za nim najpewniej zbyt mocno bujnąłby się do tyłu i i tak wylądował na podłodze, do której go ciągnęło. Potrzebował położyć się na płasko. Na ten moment całkiem gdziekolwiek. Nawet na dywanie, jeśli łóżko nie wchodziło w grę.
- Co się z tym, do kurwy nędzy, dzieje? - spytał ciężko, znów opierając głowę w dłoniach, żeby pomasować skronie. Jego repertuar przekleństw na tę okazję nie był zbyt szeroki.