![]() |
|
[30.08.72, cmentarz w Little Hangleton] Śmierć i pogrzeb Chestera Rookwooda - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +--- Wątek: [30.08.72, cmentarz w Little Hangleton] Śmierć i pogrzeb Chestera Rookwooda (/showthread.php?tid=3852) |
[30.08.72, cmentarz w Little Hangleton] Śmierć i pogrzeb Chestera Rookwooda - Norvel Twonk - 07.09.2024 28 sierpnia 1972 roku, Chester Rookwood został znaleziony martwy w swoim gabinecie. Imogen chciała zaprosić teścia na obiad, więc zapukała i nie doczekawszy się odpowiedzi zajrzała do środka. Emerytowany auror wyglądał trochę jakby się tylko zamyślił głęboko, rysy jego twarzy złagodniały a sylwetka straciła sporo ze swojej zwyczajowej sztywności. Siedział w ulubionym fotelu, z na wpół przymkniętymi oczyma. W popielnicy na biurku wciąż tlił się niedopałek papierosa, jeszcze jednego zgubnego nałogu, którym – obok ślepej (i jak się okazało nieodwzajemnionej) miłości do Czarnego Pana – przesiąknięte było życie Chestera. Imogen zaczęła krzyczeć. Śmierć zawsze była niespodziewana, a jednak w przypadku najstarszego syna Edwarda Rookwooda, wydawała się jakąś smutną konsekwencją ostatnich miesięcy. W końcu wszystko miało swój kres: wierna służba Lordowi Voldemortowi, praca w Ministerstwie Magii, trzymanie twardą ręką trójki swoich dorosłych dzieci i wreszcie własne, nie dość docenione przez niego samego, życie. *
Noc z 30 na 31 sierpnia 1972 rokuSierpniowa noc była ciepła, choć w powietrzu dało się wyczuć zbliżającą już wielkimi krokami jesień. Wiatr smagał złocące się liście, zrzucał je z drzew, unosił w powietrze i w znudzeniu ciskał na ziemię, na pożółkłą trawę, na stare, powykrzywiane płyty nagrobne. Na bezchmurnym niebie widać było idealnie przecięty na wpół blady księżyc. Niewielki kondukt żałobny zmierzał przez cmentarz w Little Hangleton, by w rodowej krypcie Rookwoodów złożyć najstarszego syna Edwarda, Chestera Rookwooda. W pogrzebie uczestniczyli tylko członkowie najbliższej rodziny i bliscy zmarłego. Ubrani na czarno, z latarniami w rękach, stanowili widok tyleż niezwykły co interesujący. Pogrzeby zazwyczaj odbywały się z rana, ten z uwagi na obecność w rodzinie wampirów, musiał mieć miejsce w nocy. Kapłanka, rachityczna kobieta o posągowej urodzie i posiwiałych ze starości włosach, wygłosiła krótką modlitwę. Odśpiewano stosowne pieśni. Wreszcie trumna z ciałem spoczęła w rodowej krypcie, tuż obok trumny ukochanej żony, której Chesterowi nie udało się uratować. Bliscy złożyli kwiaty. To był standardowy pogrzeb, nawet jeśli odbył się o niecodziennej porze. ZASADY UCZESTNICTWA W SESJI
1. Każda postać może napisać w sesji tylko JEDEN post, ale dowolnej długości. W poście tym możecie odnieść się do samego pogrzebu (tego czy postać wzięła w nim udział jeśli nie to kiedy odwiedziła grób), jakie ma odczucia w związku ze śmiercią Chestera, jak się czuje – cokolwiek, byle miało związek z wydarzeniem, które właśnie ma miejsce. 2. Jeśli ktoś chce rozegrać pełną sesję o tematyce pogrzebu/śmierci postaci – oczywiście może to zrobić, ale po prostu załóżcie sobie ku temu oddzielny temat. 3. Sesja będzie otwarta do końca rozliczenia letniego kwartału. Potem ją zamknę. RE: [30.08.72, cmentarz w Little Hangleton] Śmierć i pogrzeb Chestera Rookwooda - Sauriel Rookwood - 08.09.2024 Pewne wydarzenia niekoniecznie są oczekiwane. Pewnych wydarzeń się nie spodziewasz. One nadchodzą szybko, uderzają jak dzwon. Dzwon - oj tak, na pewno. Nie ten weselny, bo przecież zaręczyny z Victorią zostały zerwane i Sauriel nie planował wprawiać niczego takiego w ruch raz jeszcze. To były dzwony żałobne. Brzmiące co najwyżej w wyobraźniach tych, którzy zalewali się łzami. Albo tych, co stukali się szklanicami whiskey, że kogoś wśród nas zabrakło. Bo na tym pogrzebie nie miało być dzwonów, churów, miała być kapłanka, co odprawi modły, odda ciało Matce Ziemi i wszyscy rozejdą się snuć swoje smutki z powodu tego, że kogoś dotknęła śmierć. Czysta krew nie powinna umierać, przecież była cenna - znając życie takie hasło wygłosiłby Czarny Pan. Albo przynajmniej coś w tym stylu. Czy to osobiście dotknęło tego wielkiego czarnoksiężnika? Być może. Zapytanie go o to wprost było możliwe, ale Sauriel nie miał powodu, żeby wchodzić tej personie bezpośrednio pod nogi, a przynajmniej nie teraz, kiedy z lekkim skonfundowaniem śledził to, co się działo. Bo działo się zwyczajnie za szybko. Więc gdzie dzwony? Żałoba? Gdzie oględziny ciała, sprawdzenie, czy wróg nie był wśród nas? To jakaś wielka wiara w członków rodziny, czy może nie było o czym mówić? Zwykła śmierć dla kogoś w tym wieku, kto za dużo palił, za dużo pił? W chwilach takich jak to powinna przyjść refleksja - Sauriela naszła. Spojrzał na swoją butelkę whiskey i zamiast się bać to dziękował Bogu, że jego już nic takiego nie ruszy. Mógł niszczyć swoje ciało, jak tylko mu się żywnie zapragnęło i ono zawsze wróci do dokładnie tej samej formy. Co najwyżej czasami regeneracja może być problematyczna, może boleć, może dziać się wszystko. Śmierć-śmierci potrafiła być obca, a na pewno w tym momencie było jemu, kiedy zetknął się z tak bezpośrednim pogrzebem członka własnej rodziny po... po paru dobrych latach. Kiedy ostatnio był na takiej "rodzinnej imprezie"? Pamiętał. Jasne, że pamiętał. I niekoniecznie chciał pamiętać. Więc jeśli cokolwiek miało być przygnębiającego w tym dniu to to, że odwiedził grób Fineasa i zastanawiał się, gdzie zniknęła druga osoba, którą uważał za swojego bliskiego przyjaciela. Wiedział, gdzie. Tylko fakt, że ludzie bliscy potrafią zniknąć jak mignięcie oka było przytłaczające. To nie strata obecna bolała. Bolało to, co zostało stracone i wymknęło się z palców lata temu. Być może świat wyglądałby dzisiaj inaczej, gdyby oni jeszcze żyli, gdyby byli, gdyby więcej było dłoni, które wyciągnął cię z bagna, kiedy toniesz. Być może nawet natchnęłoby go zastanowienie, czy był ktoś, kto pomógłby Chesterowi..? Tak, byli. Pewnie, że byli. A jednak nikt nie mógł powstrzymać nieuniknionego. Chester po prostu... zmarł. Z dnia na dzień, jakby to było mu pisane od zawsze. I z dnia na dzień odbył się jego pogrzeb. Szacunek. Magiczne słowo z jeszcze bardziej magicznym odbiorem, który pełzał i świergotał między ludźmi potrzebą posiadania go, wymaganiem jego okazywania. Szanuj nauczycieli, profesorów, swoich rodziców i dziadków, szanuj starszych i tę babcię z demencją, która wyzywa cię od dziwek od pięciu lat, bo przypominasz jej romans z młodości, o którym nawet nie chcesz wiedzieć. Szanuj swoją żoną i szanuj kobiety, przecież to delikatne kwiaty, które musisz potem za mordę zaciągnąć do kuchni, ale to nic - szanuj je przede wszystkim. Szanuj pieniądze, które dała ci rodzina i twoje własne ręce, zdrowie, bo szybko może go zabraknąć i szanuj tę porcelanę odziedziczoną po babci. Każdy chciał szacunku, a nie każdy potrafił dać go w zamian. Egzekwować - tak. Inwestować? Nie. Powieść o szacunku była całym poematem, który kręciłby się w głowie Sauriela, gdyby ten tylko miał ochotę pisać poematy na temat Chestera Rookwooda. Mądre słowa, które masz do powiedzenia na końcu języka były plugastwami wymiętolonymi przez piekielną kozę. Słyszeliście o niej? Wymysł mugoli, kto by słyszał takie rzeczy wśród szanujących-się-kurwa-Rookwoodów. Chciałabym powiedzieć, że to żal gościł między zwrotkami braku-wiersza. Choć nie, wiersz był. To po prostu była bardzo krótka fraszka znana wszystkim, którzy żyli 50 lat w przód: Chester, Chester, ty chuju. Brak talentu pisarskiego wcale nie powstrzymywał Sauriela przed tym, żeby czasami popisać się swoją NIE twórczością, ale hej - nie każdy artysta musi być doceniony. Nie każdy musi być nawet lubiony. Możesz też nie być artystą i być niedoceniany i nielubiany jednocześnie. Pytanie o to, kto tutaj lubił Chestera nie było jednym z pytań, które Czarny Kot zamierzał zadawać na głos. Odezwałby się ojciec, na pewno jeszcze parę osób, Augustus zawsze chciał sprostać wyzwaniu i dorosnąć do oczekiwań tej Skrzynki Rookwooda, ale nigdy mu się nie udało. Cóż, pech, teraz nie miał okazji. Niby trochę żal, ale gdyby czarnowłosy miał się wypowiedzieć to powiedziałby, że lepiej. Przynajmniej Agustus i reszta dzieciaków Chestera przeżyją swoją żałobę, a potem będą wolni od jego woli i jego jeszcze cięższej ręki. Oczywiście ktoś mógłby fałszywie oskarżyć Sauriela, że przemawia przez niego silna "antypatia", ale przecież to była nieprawda! Inaczej ten żal, o którym było wspomniane... jak to z tym żalem było? Miał być żal, bo przecież właśnie okazuje się, że zabraknie ci krewnego. On po prostu zniknął. Odszedł w spokoju, chociaż żył w bardzo niespokojnych czasach. Odszedł - i chuj wie, dokąd sobie potupta w tych swoich wypolerowanych, pedalskich bucikach. Miał być żal, miały być łzy... czy ktoś płakał? Anna płakała. Sauriel się nie powstrzymał i wywrócił oczami, kiedy zaszlochała, bo przecież nawet nie lubiła tego człowieka. Przerażał ją tak samo, jak przerażał ją Erik, ale z dwojga złego lepiej w tę stronę? Niech płacze, kolejna osoba, którą mógł wliczyć do "w końcu będzie wolna". To nie był jeden z tych pogrzebów, na których łzy płynęłyby po jego twarzy. Nie tak, jak rzecz miała się na pogrzebie Charliesa czy Fineasa, ale przecież to stare, bardzo dawne dzieje. Czy więc KTOŚ płakał? Potrzeba dowiedzenia się tego pokusiła do przesunięcia czarnymi oczami po znajdujących się tu jednostkach. Pogrzeb nie był wielki - nic dziwnego. Gdyby ktoś powiedział (szczerze), że jest przyjacielem Chestera, to i tak by w tę szczerość nie uwierzył. Tak samo nie wierzył w żadne łezki, co mogły się pojawić i zrosić ten cmentarny trawnik. Słodko, dołożymy właśnie trupa, niech zasili wszystkie te kwiatuszki. Na czymś muszą się rosnąć. Przynajmniej Chester się przysłuży czemukolwiek po śmierci. Erik stał niewzruszenie. Za nim stał Joseph, który przyglądał się z zaciekawieniem ceremonii, jak i wszystkim zebranym i bogowie jedni wiedzą, o czym teraz myślał. O przejęciu władzy nad światem, o pączuszkach z nadzieniem truskaweczkowym i piankom w dodatku, albo o tym, że ludzie miewali zatwardzenie i że całe szczęście, że nie miewa już kaca, bo przecież po stypie był zazwyczaj gwarantowany. Na nich się więc nawet nie oglądał. Nie było warto, zawsze ta sama bajka. Trochę naruszona, trochę zmieniona, przekręcona, jakby szczęście w końcu się uśmiechnęło, jakby Uniwersum wreszcie zaczęło wrzeszczeć: JESTEM NA TAK! O tka, Sauriel był na tak. Na TAK, że w końcu Chester Rookwood nie będzie go bolał w oczy. Miał być żal - był uśmieszek. Sauriel po prostu nie potrafił go powstrzymać. Tak jak nie potrafił powstrzymać satysfakcji w swoich oczach, kiedy ta trumna była ściągana w dół. Kilka krótkich słów padło ze strony Erika na pożegnanie jego drogiego brata (akurat temu spierdoleńcowi wierzył, ta dwójka była siebie warta), kilka krótkich słów padło ze strony Josepha. - Nigdy nie zapomnimy człowieka, który tyle swojej wiary i mocy tchnął w ród Rookwood... (...) - Ta, Joseph chyba sam w to nie wierzył, ale to w ogóle nie było istotne. Miało ładnie brzmieć, miało się dobrze zaprezentować przed wszystkimi krewnymi, którzy się tu znajdowali. Więc kiedy już Joseph też powiedział kilka słów to poczuł jego zimną rękę na swoim karku, która go naprostowała i ściągnęła część tego cwaniackiego uśmieszku z jego gęby. Ale tylko część. Tak, tak, umarł nam tu król - niech, kurwa, żyje król! Zobaczcie - usłyszcie - dźwięk trumny uderzającej o ziemię. Głuche tąpnięcie, najpiękniejsza muzyka dla uszu. Oczy Chestera musiały być piękne w tym krótkim momencie, gdy gasło w nich życie. Jaka szkoda, że tego nie zobaczyłem. I jak dobrze, że już nigdy więcej tych oczu nie będzie musiał oglądać. Pełna patetyzmu ceremonia dobiegła końca i każdy mógł się rozejść w swoją stronę. Mistrzowie Cieni, co? Ha... Zdaniem Sauriela to jeśli ktoś miałby mieć wypisane na czole "jestem Śmierciożercą" to byłby to właśnie Chester. Ale pewnie nikt tego nie dostrzegał, bo każdy widział pierwszą zwrotkę "Jestem chujem". Dłoń Josepha w końcu ześlizgnęła się z jego karku. Automatycznie się wzdragnął i poruszył ramionami, jakby coś, co bardzo przeszkadzało, dopiero zniknęło z jego zasięgu. To te nieprzyjemne wrażenie, że coś po tobie chodzi, chociaż dawno tego nie było. Że te robaki ciągle tam są, bo jeszcze przed momentem obłaziły cię całego. Obejrzał się na swoją rodzinę - tę najbliższą - kiedy odchodzili w swoją stronę, Anna jakże "czule" objęta przez swojego męża. Poklepał znajome twarze po ramionach, bo mógł być kawałek skurwysyna, ale dla bliskich zawsze miał kawałek serca. A przynajmniej... jeszcze miał. Na tej drodze zniszczenia, której kroczył: jeszcze miał. Stanął w końcu nad tym grobem i odpalił fajkę, spoglądając pod swoje nogi. - No w końcu. - Wymruczał sam do siebie, drwiąco się uśmiechając. Strzepnął popiół z papierosa i obrócił się, żeby odejść w swoją stronę. W końcu jesteś tam, gdzie powinieneś się znaleźć. Pod moimi nogami. Postać opuszcza sesję
RE: [30.08.72, cmentarz w Little Hangleton] Śmierć i pogrzeb Chestera Rookwooda - Ulysses Rookwood - 16.09.2024 Wiadomość o śmierci ojca, Ulysses otrzymał w chwili, w której pakował brzydkie, porcelanowe kury (kolejny element dziwacznej i niespójnej kolekcji matki Cathala) do kartonu. Jedna z nich upadła na drewnianą podłogę. Jej dziób odpadł. Ulyssesowi szumiało w uszach. Patrzył na krótki liścik – nic przesadnie wylewnego, Rookwoodzi byli popierdoleni, nie wylewni – i nie za bardzo wiedział, jak powinien zareagować. Jak właściwie reagowało się na takie wiadomości? Z jednej strony poczuł żal. Taki prawdziwy, głęboki i bardzo bolesny. Taki żal, który rozlewał się po całym ciele i który bolał niezależnie od całego ciała. Żal, bo naprawdę kochał swojego ojca. Żal, bo nie zdążyli porozmawiać. Żal, bo nie zdążył powiedzieć mu wszystkiego, co kłębiło się w jego głowie od miesięcy, co sprawiało, że się zmieniał i zmieniał, że w jakiś dziwny sposób zdołał się wyzwolić spod wpływu Chestera Rookwooda i teraz, teraz, teraz… teraz to wcale nie miało znaczenia. Ojciec umarł w swoim gabinecie. Ulysses był więcej niż pewien, że pewnie siedział przy biurku, że może opierał łokcie o blat, palce złożył w piramidę i myślał, myślał, myślał. I to na pewno nie były dobre myśli, ale już od dawna nie miał dobrych. Ulyssesowi z trudem przychodziło odczytywanie cudzych emocji. Od zawsze miał z tym wielki problem, bo obok nich miał w pamięci słowa (często bezwartościowe, wypowiedziane w pośpiechu i pozbawione sensu) i obrazy. Ale teraz, gdy stał nieruchomo, gładząc odruchowo nieszczęsny zwitek papieru, wydawało mu się, że rozumiał tragedię własnego ojca aż nazbyt dobrze. Pamiętał (nie mógł przecież, do cholery jasnej, zapomnieć) jaki był wcześniej, jeszcze za życia matki. Pamiętał, że wtedy uśmiechał się częściej, że jego życie miało więcej kolorów, że jeszcze nie przesiąkło ślepą wiernością wobec Czarnego Pana. Ale ojciec tracił wszystko po kolei. Był jak kot, który już, już, już miał opić się śmietanki, ale gdy dopadał do miski, ta niezmiennie okazywała się pusta. Najpierw, bezskutecznie, walczył o życie żony. Potem wiernopoddańczo zaufał Lordowi Voldemortowi, ale ten za nic miał jego lojalność. Chciał kontrolować swoje dzieci, ale wreszcie z całej trójki, w domu pozostał tylko Augustus. A Augustus miał Imogen a Imogen… Imogen mogła głośno schlebiać teściowi, ale władzę nad mężem chciała mieć sama. Vespera odeszła do męża. On sam uciekł do Cathala. Ojciec miał szansę na awans w pracy, był przecież dobrym aurorem, ale jego wybuchowy charakter pokrzyżował mu plany. Nawet ta nieszczęsna przyjaźń z Robertem Mulciberem. Ulyssesowi długo wydawało się, że była to znajomość niezniszczalna. Okazała się krucha jak wszystko w życiu Chestera Rookwooda. Dwójka przyjaciół zamieniła się w dwójkę zaciekłych wrogów. I tak było chyba ze wszystkim. Do pewnego stopnia, Ulysses był w stanie zrozumieć, że ojciec marniał, że coraz trudniej było mu się pogodzić z nieuchronnym przemijaniem własnego życia, własnej władzy i własnych zasług. Może nawet mu trochę współczuł i jakoś podświadomie, wolałby, odbudować potęgę Chestera Rookwooda niż pozwalać mu znikać. Ale ani nie potrafił wcześniej (tak, był czas, kiedy zrobiłby wszystko by uratować ojca, ale wtedy nie potrafił oddzielić własnego życia od jego życia) ani teraz to już nie miało żadnego znaczenia. Ulysses zmiął w ręku liścik. Nakreślił na czystym pergaminie kilka zdań, które uformowały się w dwa listy. Pierwszy odesłał bratu. Był krótki. Informował tylko o tym, że za chwilę pojawi się w domu. Drugi zaadresował do Cathala. * Wizyta w domu rodzinnym sprawiła, że śmierć ojca stała się jeszcze bardziej namacalna. Chester Rookwood naprawdę nie żył. Wiadomość nie była tylko nieśmiesznym żartem. Ulysses patrzył na ciało ojca i jeszcze bardziej nie wiedział, jak powinien się zachować. Mimowolnie zrównywał w pamięci widok zmarłych rodziców. Porównywał ich twarze. Sam nie wiedział, czego właściwie w nich szukał, ale czegoś na pewno. Nie tak dawno temu, ojciec powiedział mu, że kochał matkę. Ulysses pamiętał tamtą rozmowę. Tak naprawdę dotyczyła jego zaręczyn z Eunice (kolejnego wielkiego niepowodzenia Chestera Rookwooda), ale temat matki wypłynął całkiem naturalnie. Może wreszcie byli razem? Może gdzieś tam, po drugiej stronie, w Limbo, byli w stanie zacząć od początku? Wspomnienie rozmowy mimowolnie przywołało mu w myślach obraz Danielle. Teraz nawet nie wiedział, gdzie była, ale ciągle za nią tęsknił i w chwilach takich jak ta, chciałby ją mieć obok, chciałby objąć ją ramionami i przyciągnąć do siebie, schować głowę w zagłębieniu jej szyi i po prostu uciec od całego świata. Ba, paradoksalnie, ostatnia przeszkoda by mógł po prosić ją o rękę, właśnie umarła. Ale to była tylko mrzonka. Z jakiegoś powodu uzdrowicielka wolała wyjechać bez słowa niż cokolwiek mu wyjaśnić. Jak zwykle wszystko źle zinterpretował. Eunice też wyjechała. Wszystko się kończyło. Ulysses zajął się formalnościami związanymi z przygotowaniem pogrzebu. Napisał też nekrolog do Proroka Codziennego i dowiedział się o śmierci Roberta Mulcibera. I znowu, wydało mu się to jakieś takie znamionujące, że śmierć obydwu dzielił tak krótki odstęp czasu. Nawet pogrzeb mieli mieć tego samego dnia, choć w różnych godzinach. * Z uwagi na obecność dwójki wampirów w rodzinie, pogrzeb ojca odbywał się późną nocą. Ulysses szedł w orszaku żałobnym, tusz obok swojego rodzeństwa, na czele pochodu. Jak zawsze wyglądał nienagannie. Trzymał się prosto a jego twarz nie wyrażała zbyt wielu emocji. Było mu smutno. I przykro. Patrząc trzeźwym wzrokiem, widział wady ojca, ale też ciągle go kochał. Może już nie miłością tak ślepą jak wcześniej i nie tak wiernopoddańczą, ale nadal był synem, który stracił rodzica. Ostatniego rodzica. Rodzica, który się nim opiekował i mimo swoich wad chciał dla niego jak najlepiej. Wyłączył się w czasie przemowy kapłanki. Nie chciał słuchać niczego, co miała do powiedzenia. Nie słuchał innych przemawiających. W głowie miał własną przemowę, ale nie byłby w stanie jej wygłosić. Nie tego wieczoru, gdy ciało Chestera Rookwooda składano do rodzinnego grobowca. Chwilę przed tym, jak to się stało, jakoś tak odruchowo położył rękę na trumnie. - Trzymaj się, tato – wyszeptał. Jego głos zabrzmiał bardzo ludzko, wreszcie pełen bólu i prawdziwego żalu. A w myślach dodał: Przepraszam. Przepraszam, że nie byłem takim synem, jakiego potrzebowałeś, ale naprawdę zrobiłem wszystko, byś był ze mnie dumny. Tylko… tylko w pewnym momencie, musiałem pójść swoją drogą. I to nie była droga naznaczona twoimi śladami. Złożył kwiaty. Trochę odruchowo wybrał ulubione kwiaty matki. Racjonalnie wiedział, że nie miało żadnego znaczenia, co wybrał. A jednak… wolał by w tej ostatniej wędrówce towarzyszyła ojcu matka. Choćby tak metaforycznie. Po złożeniu trumny, był jednym z pierwszych, który pożegnał się z ojcem i wyszedł z cmentarza. Nie czuł się na siłach, by zostać tam dłużej, ale był pewien że jeszcze tu wróci któregoś dnia i w promieniach jesiennego słońca postoi przed rodzinnym grobowcem. Postać opuszcza sesję
|