Secrets of London
[01.08.1972] Niech Matka ma nas w swojej opiece - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [01.08.1972] Niech Matka ma nas w swojej opiece (/showthread.php?tid=3883)



[01.08.1972] Niech Matka ma nas w swojej opiece - Victoria Lestrange - 13.09.2024

Nie spodziewała się, że Lammas spędzi tak miło. Może to dlatego, że to nie był sabat? Po prostu kiermasz na Pokątnej, gdzie ludzie spragnieni odrobiny spokoju, przyszli się trochę posocjalizować. Co prawda ten dzień też nie był całkowicie spokojny, wystarczyło spojrzeć na to, co stało się przy stoisku rodziny Mulciber z tematem świeczek o bardzo charakterystycznym kształcie. Świeczek, których kilka nadal miała w torebce, pieczołowicie zapakowane, niczym to trofeum, a tak naprawdę to gorzkie przypomnienie, że Robert Mulciber wyżej sra niż dupę ma i wydawało mu się, że jak rządzi się w swoim domu, to to samo może robić też z innymi ludźmi. Nie. Victoria nie zamierzała pozwolić absolutnie nikomu na to, żeby przestawiano ją po kątach wedle czyjegoś widzimisię – miała dość, że robiła to jej rodzina, a całkowicie obcy ludzie? Nie ma mowy.

Sauriel odprowadził ją do domu, gdy już wydostali się z tłumu ludzi, porozmawiali chwilę, a Victoria odetchnęła, że to już w zasadzie koniec tego kręcenia się po kiermaszu. Było tak miło głównie z jego powodu – Rookwooda, który dotrzymał jej towarzystwa na zdecydowanej większości czasu spędzonego tam, przypilnował ją, nawet gdy poczuła się gorzej od tej całej rakiji, trzymał ją za rękę… Lestrange niewiele z tego rozumiała i nie chciała nawet dodawać do tego więcej, niż było, umniejszała więc wszystkiemu. Cieszyła się za to z tego czasu wspólnego, z lodów, które zjedli, z zakupów, które zrobili – a w większości to były całkowite pierdoły, bo przyniosła ze sobą nawet kolorowanki ze stoiska kowenu, ale też sporo słodkości od Nory. I naszyjnik, który wybrał i kupił dla niej Sauriel – różę z kamyczkiem w środku. Lestrange czuła, że to ważne i tak strasznie się cieszyła, że dostała od niego tak dużo. Jasne, to nie było nic drogiego i w ogóle nie o cenę w tym wszystkim chodziło, a o sam gest, pamięć, chęć i skojarzenie. A największym skarbem był kociak, którego cały czas nosiła w koszyku i z powodu którego tak po prawdzie chciała już opuścić teren całej imprezy. Nie zostali więc na pokaz Brygady Uderzeniowej, ani na koncert Eloise – były zdecydowanie ważniejsze sprawy.

Victoria podziękowała Saurielowi za wszystko, nawet wspięła się na palce, by delikatnym buziakiem w policzek tym bardziej podziękować za poświęcony jej czas i mnóstwo ciepłych chwil tego dnia, za podarunek, a później rozeszli się – on do swoich rzeczy, a ona do swoich.

A miała dużo do zrobienia: wprowadzenie Błękitnego Kwiatuszka do domu. Już od progu ciekawie wystawił nos z koszyka, czując obce zapachy i chyba przede wszystkim – drugiego kota. Victoria nie chciała tego utrudniać absolutnie nikomu, dlatego położyła koszyk w kuchni na podłodze, by kot mógł z niego wyjść sam, kiedy tylko będzie chciał. W tym czasie kobieta krzątała się po pomieszczeniu, wypakowując te wszystkie zakupy, jakie poczyniła na Lammas, wszystkie słodkości od Nory, świeczki, zapas kadzideł, książki kucharskie, które dopiero teraz przekartkowała… Przygotowała też miskę z czystą wodą i jedzeniem dla kota i mówiła do niego cały czas: że nie będzie tu sam, że jest jeszcze mała Luna, że będzie mu tu dobrze i tak dalej. W końcu teleportowała się też po małą kicię, którą miała u siebie od kilku dni, by koty mogły się ze sobą zapoznać. Może i to był ryzykowny ruch, zważywszy na to, że Kwiatuszek nie był jeszcze na swoim terenie i tak dalej, ale oba koty były przyzwyczajone do towarzystwa innych, więc… Zaryzykowała. Obserwowała tę dwójkę cały czas.

W końcu jednak postanowiła wziąć jeden z tych chlebów, które wczoraj piekła z Laurentem. Może i nie było to dzieło sztuki i nie było najsmaczniejsze, ale jak na pierwszy raz… Nie bez powodu wybrała próbę pieczenia chleba i zakup świecy rytualnej. To był w końcu jej dom. Tylko jej, nikogo innego, i miała ze sobą dwójkę małych podopiecznych – za nic nie chciała, by coś im się stało. Może i było to głupie, ale Victoria po majowym sabacie zaczęła zupełnie inaczej patrzeć na wszystkie rytuały i na to, czy Matka jest, czy jej nie ma. Była. Czuła, że była. I chciała oddać jej pod opiekę ten dom, domowników, wszystko, na co sama zapracowała.

Wzięła więc świecę w dłonie, zapaliła ją, stojąc przy stole, gdzie leżał własnoręcznie przez nią przygotowany chleb – trzymając świecę nad nim.

– Dobra Matko – zaczęła, przymykając na moment oczy. Westchnęła. – Pani Księżyca, która patrzysz na nas teraz, w tę sierpniową noc. Weź nas pod opiekę, ten dom i wszystkich jego mieszkańców. Niech płomień świecy oświetla nam drogę w ciemności. Weź ten chleb, upieczony ręką twojej córki i chroń nas, swoje dzieci.

Po tym odłożyła świecę, pozwalając jej się wypalić.


Koniec sesji