![]() |
|
[maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? (/showthread.php?tid=3951) Strony:
1
2
|
[maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Brenna Longbottom - 24.09.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Brenna Longbottom - osiągnięcie Badacz Tajemnic VI Po niebie przeleciał smok. Był daleko – na tyle daleko, że był tylko ciemnym kształtem na tle gór i nawet gdyby Brenna znała się na smokach (a nie znała się: chyba że na tych z fantastycznych krain z kart powieści fantastycznych) nie zdołałaby rozpoznać jego gatunku. I dobrze, bo gdyby znalazł się bliżej, to oznaczałoby, że świstoklik wywalił Brennę bezpośrednio na smoczych terytoriach, nie na obrzeżach rezerwatu, i że albo dokona bardzo szybkiej ewakuacji, albo wkrótce zostanie przekąską. Nie znała się na smokach, owszem, ale to że mogą cię zeżreć albo spopielić, i co do zasady lepiej się do nich nie zbliżać, wiedział każdy choćby średnio rozgarnięty czarodziej. Przysłoniła dłonią oczy, ochraniając je w ten sposób przed słońcem, jak na Walię całkiem ostrym, śledząc smoczy lot, póki bestia nie oddaliła się tak bardzo, że stała się niewiele większa od ptaka. Dopiero wtedy Brenna odwróciła się i ruszyła pośród wrzosów ku budynkowi, w którym obecnie mieszkała załoga rezerwatu, a przynajmniej część tejże załogi. Bardzo konkretna część, mianowicie szkolna koleżanka Brenny, Mona Rowlę, którą wyciągnąć z Walii i rezerwatu było raczej ciężko. Skoro jednak nie chciała przyjść góra do Mahometa, to Mahomet przyszedł do góry, i Brenna najpierw się teleportowała, potem skorzystała z sieci Fiuu i wreszcie ze świstoklika, aby dotrzeć do Walii. Na tę okazję zrezygnowała i z typowo czarodziejskich szat, jakie zwykle zakładała do magicznego Londynu, i z ubrań o mugolskim kroju, noszonych w Dolinie Godryka. Solidne buty na grubych podeszwach, wiązane za kostką, workowate spodnie i koszula z długimi rękawami wydawały się Brennie w miarę rozsądnym wyborem na walijskie wertepy. Włosy, sięgające mniej więcej do ramion, związała w krótką kitkę, a wiatr bawił się kosmykami, które umknęły z niewoli frotki. Zapowiadała się wcześniej, bo raz, w smoczych rezerwatach niekoniecznie kochali nieproszonych gości, dwa inaczej istniała spora szansa, że panna Rowle tkwiłaby akurat w jakiejś jaskini, przygotowując ją dla smoków, rzucała zaklęcia zabezpieczające czy robiła jedną z tych tajemniczych dla Brenny rzeczy, którymi zwykle zajmowali się opiekunowie smoczych rezerwatów. Wciąż jednak była jakaś tam możliwość, że Mona zapomniała albo że jakiś smok postanowił sobie podpalić pół lasu i trzeba było gasić pożar. Brenna uderzyła więc w drzwi (lewą ręką, bo pod pachą prawej dźwigała paczkę) trzy razy, zastanawiając się, czy nie przyjdzie jej posiedzieć sobie trochę na progu. Nie żeby nie była na to gotowa: na wszelki wypadek dokonała pewnych przetasowań w tygodniowym harmonogramie i zarezerwowała na wizytę cały dzień. RE: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Mona Rowle - 25.09.2024 Mona po raz kolejny próbowała zanurzyć się w stercie dokumentów, które zalegały na jej biurku od kilku tygodni. Światło padające przez wąskie okno w części mieszkalnej ledwo docierało do stosu pergaminów, a pióro najwyraźniej nie chciało z nią współpracować, gdy tylko probowała zabrać się za wypełnianie formularza dotyczącego nowych mieszkańców rezerwatu. Westchnęła ciężko, przecierając dłonią zmęczone oczy. Nie znosiła papierkowej roboty. Usłyszała znajomy szelest skrzydeł tuż obok siebie. Zębatek, jej nieustannie niesforny, miniaturowy towarzysz, przemknął przez powietrze i wylądował z gracją na samym środku jej pergaminów. Małe łuski smoczognika lśniły w blasku południa, a zębaty pyszczek skierował się prosto na nią. Po chwili ponownie podskoczył na łapach i wzbił się w powietrze, tym razem kierując się w stronę szafki z pojemnikami i innymi znajdującymi się tam pierdołami. – Mogło być gorzej – mruknęła pod nosem, przysuwając sobie bliżej kubek z zimną już kawą. — Zawsze mogłam… – przerwała, gdy Zębatek wpadł na półkę, zrzucając kilka fiolek. Szklane buteleczki poleciały w dół, rozbijając się o podłogę, a zapach roztartych ziół natychmiast wypełnił pokój. Kobieta szybko odłożyła dokumenty i podeszła do małego psotnika, który znowu próbował dopaść smakołyki ukryte na górnej półce. Jego małe, skrzydlate ciało wciąż miało w sobie lekkość, ale od czasu, gdy spędził tydzień pod opieką jej ojca, przybrał na wadze. Jasne, ognik był maleńki w porównaniu z… No…. Jakimkolwiek smokiem, ale w ostatnich dniach wyglądał jak nieco bardziej okrągła wersja samego siebie. – Nie mogę na ciebie patrzeć – westchnęła, podnosząc go z półki zanim zdążył przewrócić kolejną fiolkę. Spojrzała na jego lekko wypchany brzuszek i parsknęła. – Zaraz nie będziesz mógł latać, tylko toczyć, bo tak cię przytuczył… Mały smoczognik zamrugał wielkimi oczami, jakby wcale nie rozumiał, o co tyle hałasu. Być może poprzez wiercenie się w jej ramionach chciał pokazać swój ogromny sprzeciw. A potem szczebiotanie ucichło. Łepek jaszczurki uniósł się gwałtownie, a skrzydła zadrżały. Mona zmarszczyła brwi. Nim zdążyła się zorientować cisza zamieniła się w wyraźne i zdecydowane pukanie do drzwi. Papiery będą musiały poczekać. Zębatek najwyraźniej zorientował się, że jego przeczucia się sprawdziły, bo wzbił się w powietrze z triumfalnym szczebiotem i zawirował nad jej głową — jego własna, osobista misja strażnika rezerwatu. – No dobrze, wygrałeś – odparła z uśmiechem, podchodząc do drzwi. Kiedy je otworzyła, nie spodziewała się gościa. Na progu stała Brenna Longbottom! Poczuła, jak wspomnienia ze szkolnych lat powracają. Brenna, z jej podejściem do życia, zawsze potrafiła sprawić, że Mona uśmiechała się szerzej, nawet w najbardziej ponure dni. Miała w sobie coś, co rozpraszało napięcie i pozwalało na chwilę zapomnieć o ciężarze codziennych obowiązków. Nie mogła również się oprzeć zmartwieniu, że mogło być jej zimno. W końcu walijskie powietrze potrafiło być zdradliwe, a smoki krążące nad głowami mogły tylko sprawić, że człowiek się zakręcił. W tej samej chwili kobieta uświadomiła sobie, że rzeczywiście umawiały się na tę wizytę w maju. Chociaż dni w ostatnich tygodniach zlewały się w jeden, a jej umysł zdążył zapomnieć o tej informacji. – Brenno! – zawołała, nie mogąc ukryć radości. Szeroki uśmiech rozpromienił jej twarz. – Jak dobrze cię widzieć! Chodź, wejdź! Droga tutaj musiała być koszmarna, prawda? Wybacz mi te wszystkie papiery. Nie wystrasz się, on nie— Zerknęła w kierunku swojej małej latającej jaszczurki, która jeszcze przed chwilą dumnie krążyła po pomieszczeniu. Uświadomiła sobie, że jej tam nie ma. Kurwa, pomyślała. Przeczucie kazało jej spojrzeć ponownie na Brennę. Zębatek, wyraźnie zadowolony z nowego towarzystwa, zbliżył się do drugiej kobiety i zakręcił wokół jej nóg. Gotowy, by ugryźć ją w kostkę. RE: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Brenna Longbottom - 26.09.2024 – Cześć! – przywitała się Brenna radośnie, na zaproszenie przekroczyła próg i od razu wepchnęła Monie w ramiona paczkę. – Prezent urodzinowy. Najpierw myślałam, żeby kupić ci coś ze smokami, ale potem uznałam, że pewnie wszyscy dają ci coś ze smokami, więc postanowiłam wymyśleć coś innego, jak ci się nie spodoba, możesz mnie tym walnąć w łeb i następnym razem wrócę ze smokiem – zatrajkotała na dzień dobry, swoim zwykłym zwyczajem, i uśmiechały się przy tym jakby nie tylko jej usta, ale też ciemne oczy. Brenna miała dobry humor przez większość czasu, poza tymi momentami, gdy ślęczała nad jakąś co paskudniejszą sprawą, a nawet jak nie miała, to umiała to doskonale maskować. Teraz z kolei szczerze cieszyła się na widok Rowle, której nie widziała już ładnych kilka tygodni, jeśli nie miesięcy – Walia i Anglia niby były częścią Wysp i podróż nie była aż trudna dla czarodziejów, ale Mona zdawała się tak zajęta w rezerwacie, że raczej nie bywała często w Londynie. W paczuszce owiniętej w błękitny materiał w gwiazdki był torcik waniliowo – czekoladowy z Pokątnej, bo Brenna podejrzewała, że w Walii w pobliżu rezerwatu nie mają za wielu cukierni – smoki rzadko były mile widzianymi klientami w takich miejscach – a także ozdobna świeczka o zapachu lawendy i bergamotki, jak zapewniał sprzedawca z magicznym efektem, który miał ułatwiać skupienie i odganiać zmęczenie. – Nie było tak źle, teleportacja i świstoklik, chociaż pewnie gdybym miała przyjechać tutaj mugolskimi środkami transportu, to rzuciłabym się po drodze z jakichś klifów – przyznała, rozglądając się ciekawie. – Mam nadzieję, że nie oderwałam cię od super ważnych zadań, co? Bo liczę bezczelnie, że zaoferujesz mi herbatę. Ewentualnie spacer po wietrznych wrzosowiskach, obie rzeczy będą równie dobre. A gdzie… och… – Chciała zapytać oczywiście o smoczoognika Mony, którego w pierwszej chwili nigdzie nie mogła dostrzec, i którego omal nie kopnęła niechcący ciężkim butem, gdy robiła krok do środka. Spojrzała jednak w dół i pogroziła mu żartobliwie palcem. – Nawet o tym nie myśl, wredna bestio, uszkodzisz mi buty – stwierdziła, tak z odrobiną rozbawienia, a może nawet tę inwektywę wypowiadając trochę pieszczotliwym tonem. Pewnie by mu wybaczyła nawet gdyby ją w tę kostkę faktycznie użarł, w ramach misji obrony rezerwatu, chociaż na szczęście dla siebie specjalnie na wizytę w Walii wzięła buty zaiste porządne, nad kostkę, więc dziabiąc materiał spodni w tej okolicy, biedny Zębatek wbiłby kiełki prosto w skórę butów. – Obiecuję, że nie będę porywać żadnych smoków. Swoją drogą, widziałaś artykuł w ostatnim Proroku? Pisali, że podobno w rezerwacie planują usługę jazdy na smokach… Zważywszy na to, że Rowle’owie chcieli stworzyć smokom warunki jak najbliższe naturalnym, i dopiero jak te umierały pobierali łuski czy smocze serca i smoczą krew, to Brenna jakoś wątpiła, by postanowili stawiać nagle na smoczą turystykę. RE: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Mona Rowle - 27.09.2024 Zaskoczona Mona zamrugała, kiedy Brenna wręczyła jej paczkę. Przez chwilę popatrzyła na prezent, a potem na przyjaciółkę. Poczuła ciepło rozlewające się w piersi. Miło było wiedzieć, że ktoś o niej pamięta, bo pracowała w takim miejscu, gdzie odwiedziny były raczej rzadkością. Oczywiście, tutejsi przyjaciele i rodzina dbali, aby dzień jej urodzin nie przeszedł bez echa, ale to było co innego. Wizyta kogoś z czasów szkolnych… To wywoływało w niej falę nostalgii. — Och, Brenno, naprawdę nie musiałaś – ścisnęła podarunek mocniej. — I nigdy bym cię nie uderzyła, nie tak się tak traktuje dobrą koleżankę, która przyjechała do mnie taki kawał, prawda? Posłała jej uroczy uśmiech i z czułością spojrzała na zapachową świeczkę lawendową. Mały gest, a jednak znaczył tak wiele w tamtym momencie. — Nieczęsto mamy tu gości – dodała po chwili, rozglądając się po pomieszczeniu, w którym panował pewien chaotyczny porządek. Pokój, w którym znajdowały się Mona i Brenna, było jednym z dwóch większych w części mieszkalnej rezerwatu, przeznaczonej dla opiekunów. W rogach stały regały pełne ksiąg i dokumentów związanych z opieką nad magicznymi stworzeniami. W kącie przy kominku, który zapewniał ciepło i łagodny blask w chłodniejsze dni, stały dwa wygodne, nieco sfatygowane fotele. Na jednym z nich zawsze można było znaleźć porzucone notatki. Na środku pokoju znajdował się prosty, dębowy stół, pełen papierów, map i raportów. Miejsce to służyło nie tylko jako przestrzeń do wypoczynku, ale także jako centrum dowodzenia codziennymi zadaniami. Było również parę innych mniejszych biurek. Klimacik był… na upartego. — Herbaty tu nie brakuje, ale najpierw cię nakarmię. A może… obie rzeczy? Herbata na wynos? Zrobimy rundkę po rezerwacie, pokażę ci, co tu nowego. Mogę wziąć jakiś koc i talerzyki, jeśli masz ochotę, chyba że wolisz zjeść tutaj w środku? Bo spacer po wrzosowiskach brzmi jak idealny pomysł. Zwłaszcza, że ten stos papierów – wskazała na biurko zasypane dokumentami – nie daje mi spokoju. Przysłało je biuro. Jakbyśmy nie mieli tu nic innego do roboty. Chociaż to tutaj to pewnie nic z waszym administracyjnym koszmarem, co? Mona w duchu dziękowała za to, że nigdy nie dotknęła biurokracji. Stłumiła westchnięcie, bo w jej oczach błysnęła iskra rozbawienia, kiedy jej wzrok przeniósł się na Zębatka. Wredna bestia krążyła po pokoju, ale wciąż bliżej Brenny. Podchodził do niej ostrożnie, z ciekawością badając buty. Szukał czegoś do podgryzienia. Uśmiechnęła się przepraszająco. – Przepraszam, Zębatek ma tendencję do gryzienia wszystkiego, co napotka, ale uwierz mi, robi to z sympatii. Nie oddaj tylko butów bez walki. A potem Mona prychnęła na wzmiance o „usłudze jazdy na smokach”. Więc i w towarzystwie starej przyjaciółki pozwoliła sobie na tyradę. – O tak, widziałam to – powiedziała, przewracając oczami. – Absolutna bzdura. Pewnie znowu próbują napisać coś sensacyjnego, bo ostatnie tygodnie były zbyt spokojne. Żadnych wybuchów, żadnych skandali, to wymyślają, że oferujemy przejażdżki na smokach. Chyba to jakiś pomysł kolejnego miliardera, który nie ma co zrobić z nadmiarem pieniędzy. Chcą zrobić z smoków atrakcje turystyczne, a potem co? Smocze taksówki? To nie są stworzenia, które po prostu dadzą się okiełznać dla kilku galeonów. Przez chwilę popatrzyła się przez okno. A potem znów zaczęła od nowa: — Dorosłe smoki? Nie ma mowy. Agresja u niektórych ras jest zbyt głęboko zakorzeniona, to instynkt. Ale smoki wychowane od wyklucia... Być może dałoby się z nimi pracować. Chociaż wiele miesięcy zajęło mi wychowanie tego, o tu, małego głodomora. Już nie wspominając o tym, że to nie smok, i ile trwało nauczenie go najprostszej komendy. Ale wracając do ciebie – Mona zmieniła temat, nalewając herbaty do kubków. – Co u ciebie? Jak ci idzie z tymi sprawami, którymi się zajmujesz? Coś ciekawego na horyzoncie? Nie wierzę, że nie masz żadnej fascynującej historii do opowiedzenia. Podała naczynie z ciepłym naparem Brennie, postawiła cukierniczkę gdzieś na środek dębowego stołu z papierami. Jej stres z ostatnich dni powoli topniał w towarzystwie drugiej kobiety. Nawet Zębatek, który dumnie krążył po pomieszczeniu, wydawał się mniej kłopotliwy. RE: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Brenna Longbottom - 27.09.2024 – Ale chciałam – odparła Brenna bez mrugnięcia okiem. Był maj, to oznaczało urodziny Mony, a ona po prostu lubiła dawać prezenty. Przy okazji i bez okazji, chociaż zawsze starała się i dobrać je do osoby i zadbać o to, aby obdarowano nie czuł się niezręcznie. Nie była pewna, czy trafiła, ale tort wydawał się jej dobrym wyborem, skoro tutaj pewnie nie mieli czasu na wymyślną kuchnię i w pobliżu nie było cukierni, a świeczka… po prostu potraktowała ją jako miły dodatek. – Podejrzewam, że może trochę ich przerażać sąsiedztwo – stwierdziła z poważną miną, mając rzecz jasna na myśli smoki. Drobny bałagan i chaos? Nie były to rzeczy, które mogłyby jakkolwiek odstraszyć Brennę. W Warowni zawsze panował chaos, nie wspominając już o Biurze Brygady, a Brenna zawsze była osobą, która błyskawicznie odnajdowała się w niemal każdych warunkach. – Dlaczego nie? Ja się chętnie rozejrzę, jeśli ty nie wolisz posiedzieć w środku, jestem pewna, że ty zadbasz, żebym przypadkiem nie weszła prosta do jakiegoś leża smoka. Pewnie gdybym chodziła po rezerwacie sama, jakimś cudem poszłabym prosto do takiego, jak po sznurku. Zresztą jak masz tu papiery, to może faktycznie wyjdźmy na zewnątrz, takie sterty mają skłonności do patrzenia na człowieka oceniająco, i nikt mi nie wmówi, że to niemożliwe, bo nie mają oczu. W Ministerstwie Magii papierów i dokumentacji nie brakowało, ale Brenna nauczyła się już, że spora część była konieczna, choćby po to, by potem ułatwić pracę kolejnym osobom. Wkurzało ją, kiedy musiała uzupełniać jakieś niepotrzebne papierki, ale większość raportów smarowała bardzo sumienne i starała się, żeby były uporządkowane. Zwłaszcza, że jedno cholerne niedopatrzenie w papierach mogło sprawić, że jakiś przestępca wyjdzie na wolność. Nie oznaczało to jednak, że pokochała tę część swojej roboty – Brennę zawsze ciągnęło przecież w teren. – Czasem wymagają od nas takich bzdur, że mam ochotę walić głową o ścianę, ale trochę się przyzwyczaiłam – przyznała szczerze. – Nie przejmuj się, on jest cudowny. Powstrzymuję się, żeby go nie wygłaskać, bo jeszcze dorwałby mi się do palców – roześmiała się, obserwując przez moment podchody smoczoognika. Uśmiechnęła się mimowolnie, kiedy Mona rozpoczęła swoją tyradę: nie był to uśmiech w żadnym razie złośliwy, ani jakichś szczególnie rozradowany – raczej lekki, i wywołany myślą o tym, że to bardzo do Rowle pasowało, natychmiast powiedzieć, co o tym myśli i jeszcze tak się zapalić na ten temat. – Współczuję komuś, kto stanie na twoim progu z uprzężą w jednym ręku i galeonami w drugim – stwierdziła, gdy Rowle już skończyła mówić. – Sama nie wiem, czy to dobry pomysł… to znaczy… no może by i się dało, ale to jednak zwierzęta chyba nie przeznaczone do udomawiania. To jest fajne w mugolskich powieściach, ale te nasze smoki to jednak chyba trochę inne? Mam coś wziąć albo coś pomóc spakować? – spytała, gotowa pomóc przyjaciółce przygotować tę herbatę czy cokolwiek jeszcze chciałaby zabrać z nimi. Co jakiś czas kątem oka zerkała też na Zębatka, by być gotową na wypadek, gdyby faktycznie postanowił spróbować odgryźć jej palce. – Hm… Zamyśliła się na moment, szukając jakiejś ciekawej opowiastki – takiej, którą mogłaby podzielić się z Moną. Rowle zawsze była dziewczyną bardzo szczerą, a to oznaczało, że Brenna pewne szczegóły swojej pracy wolała zachowywać dla siebie. – Opowiadałam ci, jak oberwałam klątwą sprowadzającą na człowieka pecha? Aresztowanie w Little Hangleton, z jakichś powodów tam wszystko jest na opak, gość musiał mieć w domu coś obłożonego klątwą, jak dokonywaliśmy przeszukania… i potem omal nie przygniotło mnie drzewo, mało brakowało, a utknęłabym w studni, furtka rozpadła się pod moim dotykiem… RE: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Mona Rowle - 01.10.2024 Mona posłała przyjaciółce promienny uśmiech, po czym postawiła na stole małe pudełeczko z tortem. Sięgnęła po nóż, starannie krojąc ciasto na równe kawałki. Zawsze myślała, że może powinna lepiej radzić sobie z takimi rzeczami – bardziej elegancko, subtelniej. Choć może nie było to aż tak ważne, skoro czekała je chwila na świeżym powietrzu? Może Brennie to również nie przeszkadzało? — Smoki nie są takie złe – odparła Mona, przekrzywiając lekko głowę. — Jako lokatorzy, znaczy się. Oczywiście, trzeba być trochę elastycznym. Na przykład nie można zostawiać na widoku łatwopalnych rzeczy, mają swoje humory, ale... kto ich nie ma? Wyliczyła z rozbawieniem, ale była szczera! Nic innego nie dawało jej tyle satysfakcji w życiu, co codzienne obcowanie z magicznymi stworzeniami. Ludzie byli skomplikowani, emocjonalnie zawiłości mieli nie do ogarnięcia, ale zwierzęta? Być może niekoniecznie łatwe, ale dla niej zawsze były prostsze. Uwielbiała swoją pracę, plus miała kochającą rodzinę i wspaniałych przyjaciół, więc naprawdę nie miała na co narzekać. Życzyła takiej perspektywy każdemu. W szczególności Brennie, ale również średnio wiedziała, jak to powiedzieć i czy w ogóle to robić. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, gdy wysłuchiwała jej frustracji z biurokratycznymi absurdami Ministerstwa. Ale wiedziała też, że Brenna ma w sobie dozę zawziętości, która pozwalała jej radzić sobie nawet w najtrudniejszych sytuacjach. — Ale poruszanie się po rezerwacie nie jest takie trudne. Mamy specjalne zaklęcia ostrzegawcze na każdym kroku. Możesz je zobaczyć, jeśli tylko wiesz, na co patrzeć — wyjaśniła, z pełnym przekonaniem, że każdy potrafiłby rozróżnić jeden zielony pagórek od drugiego bardziej zielonego i się nie zgubić przy okazji. Jako że Zębatek był małym, ciekawskim drapieżnikiem, który myśli, że poluje, krążył między Brenną a Moną, to bardziej przypominał dumnego aktora na scenie. Miał w sobie coś z elegancji, mimo że jego małe łapki unosiły ciało, a ogon ślizgał się po ziemi. A jak nie wędrował to, to raz po raz przewracał się na plecy, prezentując swój delikatny, lśniący brzuch jakby oczekiwał oklasków. Jego małe oczy również śledziły każdy ruch Brenny, a mimo że po jakimś czasie przestał próbować ją ugryźć, nie można było powiedzieć, że nie miał tego w planach. Był dumny z samego siebie, ale Mona wiedziała, że była to raczej oznaka zrelaksowania. Naprawdę dobrze się czuł w towarzystwie panny Longbottom. Przyglądając się gadowi, dodała: — Lubi być głaskany pod brodą. Poza tym, że gryzie, nie powinien zrobić nic złego. W porównaniu do swoich większych kuzynów jest bardzo łagodny. Dałabym ci coś, żeby go nakarmić, ale... cóż, od dziś przechodzi na dietę. Zębatek był jednym z kilku smoczogników, które Mona przygarnęła. Jednak ten tutaj wyróżniał się nawet na tle tej odważnej gromadki. Ogniki były znane z tego, że ich ogony wytwarzały iskry – to właśnie one stały się źródłem ochronnych zaklęć w posiadłościach jej rodziny. Ale jej Zębatek tego nie potrafił. Ona sama spędziła wiele godzin, próbując odkryć, dlaczego jej jaszczurka była inna, ale żadna analiza, żadne zaklęcie czy rozmowa z innymi magizoologami nie dały konkretnych odpowiedzi. Mimo tej pozornej ,,wady’’ nadrabiał za to w innych aspektach. Jego ulubioną formą interakcji było gryzienie – i to nie byle jakie, ale za każdym razem z pełnym zaangażowaniem. O dziwo, nie znaleziono żadnego związku między gryzieniem a brakiem zdolności do wytwarzania iskier. — Wezmę koszyk, a ty kocyk? Na pewno dorwę tu coś — zaproponowała, odrywając się od krojenia, aby rozejrzeć się po pomieszczeniu. Po chwili stał przed nią zwykły pleciony beżowy koszyczek z naczyniami w środku. — Może uda nam się zorganizować mały piknik? Przy smoczym towarzystwie na pewno będzie ciekawie! O! Może pokażę ci klify… Są piękne o tej porze roku… Zamrugała i przerwała. Spojrzała na drugą kobietę z wyraźnym niepokojem. — Klątwa sprowadzająca pecha? — powtórzyła. Musiała się upewnić, że dobrze usłyszała. — Drzewo? Studnia? Brenno, to brzmi... tak strasznie niebezpiecznie. Ale nic ci się nie stało, prawda? Wyszłaś cało z tego… Jak to się skończyło? — naprawdę się zmartwiła! Mona wiedziała, że prawie Brenna zawsze znajdowała się w centrum akcji, ale klątwa pecha? To było coś, co trudno było przewidzieć czy nawet zneutralizować. Nieświadomy powagi rozmowy Zębatek trącił łebkiem Brennę nosem w but. Chciał przypomnieć o swoim istnieniu. Mona uśmiechnęła się delikatnie na jaszczurkę, ale jej oczy wciąż pełne były zatroskania. RE: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Brenna Longbottom - 02.10.2024 Gdyby Brennie przyszło kroić tort na balu, zapewne starałaby się zadbać, aby kawałki były równe i dobrze wyglądały. W tej chwili jednak jeśli szło o nią, mogły wziąć łyżki i jeść torcik nawet bez krojenia, od dwóch stron, a skupiona na obserwacji ciekawskiego smokoognika, nawet nie zwróciła uwagi, jak Mona kroi przysmak. W końcu i tak go zaraz zjedzą, prawda? Miał ładnie wyglądać tylko w tej chwili, w której obdarowana otwierała pudełko, potem to już zdaniem Brenny liczył się wyłącznie smak. – Wierzę na słowo, chociaż do tych sąsiadów na pewno trzeba przywyknąć i bardzo, bardzo uważać, żeby ich nie wkurzać. Żadnych awantur o żywopłot. Miałam kiedyś taką sprawę w Brygadzie, wielka, sąsiedzka awantura, zakończyła się zamianą jednego czarodzieja w robaka… Ale wyglądają majestatycznie, to chyba odpowiednie słowo, chociaż widziałam jednego z baaaardzo daleka. Brenna nie mogła narzekać na swoje życie. Miała kochającą rodzinę, dom, w którym nigdy niczego nie brakowało, przyjaciół, z którymi mogła spędzać czas i pracę, którą lubiła i którą sama sobie wybrała. Nie zastanawiała się nawet czy jest szczęśliwa - nie przyszłoby jej to do głowy, a to chyba najlepiej świadczyło o tym, że była ze swojej egzystencji usatysfakcjonowana. I tylko coraz bardziej niepokojące sprawy w pracy zasnuwały dla niej horyzont. Nadchodziła wojna, o której Brenna jeszcze nie wiedziała, ale której zapowiedzi już powoli wychwytywała, i która dla niej miała zmienić niemal wszystko. Popatrzyła na Monę z uśmiechem, jakoś dziwnie pewna, że poruszanie się po rezerwacie wcale nie było takie proste, jak ta przedstawiała. Brenna umiała odnajdywać ścieżki w Kniei Godryka, ale już miała dziwne wrażenie, że tutaj naprawdę wlazłaby szybko prosto do smoczego leża. - Możesz mi więc wskazać, czego szukać, chociaż chyba takie samotne przechadzki po rezerwacie sobie daruję, smoki mogą mieć do mnie uraz, jest taka rodzinna legenda, że jeden z moich przodków zabił jednego w pojedynku. Chociaż trochę ciężko mi w to uwierzyć, bo ponoć zrobił to mieczem - stwierdziła, obracając się znowu do Zębatka. - To jak? Dasz się pogłaskać po brodzie czy jak spróbuję, to nadrobisz braki w diecie moim palcami? Pewnie nie powinna nawet próbować, ale cóż, w głębi serca wciąż była Gryfonką, a to zobowiązywało, trochę do głupoty, trochę do odwagi. Kiedy więc smoczoognik trącił jej but, przykucnęła i ostrożnie wyciągnęła rękę, gotowa zabrać ją, gdyby mały smoczek postanowił, że jednak od drapania pod brodą woli przekąskę pod postacią jej palca wskazującego. - Piknik oznacza jedzenie, więc jestem absolutnie na tak, a klify brzmią świetnie. Chętnie zobaczę, jak wyglądają te walijskie. Pewnie wieje tutaj bardziej niż u nas. Byłaś kiedyś na klifach w Devon? - plotła sobie, mówiąc o hrabstwie, w którym leżała Dolina Godryka - tamtejsze klify więc Brenna w przeciwieństwie do walijskich znała całkiem nieźle. – Macie jakieś zamki na klifach? Czy to bardziej Szkocja, zawsze jak słyszę klify i Szkocja, to wyobrażam sobie kamienny, złowieszczy zamek, wznoszący się na klifach… Nic mi nie jest, doprowadziłam tylko do małego załamania nerwowego klątwołamacza. Wiesz, tak z perspektywy czasu to zabawne? Nie mogliśmy dotrzeć do jego gabinetu, bo ciągle coś się działo, a jak już dotarliśmy, to lampa zrobiła na mnie zamach, jeden z eliksirów okazał się przeterminowany... Ale nikomu nic się nie stało. Miałam tylko trochę uwalony mundur, no i musiałam pozbyć się butów - opowiedziała, a jeśli smoczoognik nie postanowił uwiesić się na jej dłoni, w próbie odgryzienia kawałka, to Brenna wstała, gotowa wziąć koc. - A tobie trafił się ostatnio jakiś ciekawy przypadek? RE: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Mona Rowle - 08.10.2024 — W robaka mówisz. Smoki mogą być mniej subtelne — uśmiechnęła się jeszcze raz. — Minęłaś go? To pewnie była Fiona, nasz walijski zielony. Ma taki nawyk, że lubi latać nisko, prawie na wysokości koron drzew, żeby sobie popatrzeć z bliska. Kiedyś myśleliśmy, że szuka pożywienia, ale chyba po prostu lubi straszyć dla zabawy. Dla Mony rozmowa o smoczych figlach była jak pogaduszka o pogodzie. — Jasne, spróbuję ci pokazać co i jak! Smoki mają dobrą pamięć. A jeśli twój przodek rzeczywiście zabił jednego w pojedynku, to znaczy, że miał niezłą odwagę, a może i… no, niezły talent. Chociaż miecz to trochę archaiczne podejście do sprawy, a my mamy odrobinę przyjaźniejsze. W mojej rodzinie krążyła legenda o ujeżdżaniu smoka, a więc tak w nawiązaniu do tego o czym rozmawiałyśmy — wyszczerzyła się. Legendy i mity nigdy nie były jej mocną stroną. I chociaż czasami wydawały się odległe, jak echo dawnych czasów, które nie miały nic wspólnego z jej rzeczywistością, to je lubiła. Opowieść o przodku panny Longbottom, który miał zabić smoka, była ciekawym wątkiem, który zatrzymał na chwilę jej myśli. W końcu to w jej rękach leżała odpowiedzialność za ochronę tych stworzeń, a nie ich zabijanie, prawda? — A jeśli chodzi o Devon, tak, byłam tam kilka lat temu. Klify były niesamowite! I te widoki… — zamyśliła się na chwilę, a w jej głosie słyszeć było nutę sentymentu. — Włosy nawalają ci w twarz, ale nasze też mają swój urok, obiecuję! Właściwie dzisiaj jest naprawdę słonecznie, więc nie powinno być problemu z piknikiem… Bogowie, chcę już to ciasto zjeść. Jeśli chodzi o zamki na klifach… hmm, nie mamy zbyt dużo na samych klifach, raczej nie w tej części rezerwatu. Chyba Szkocja ma ich trochę więcej. Lubisz tego typu zabytki? Mały łobuz był bardziej ciekawski niż niebezpieczny, więc jeszcze przez moment badał dłoń Brenny z zainteresowaniem. A potem otarł się łebkiem o nią. I tak oto dumna bestia padła… uległa. Jego oczka zabłysły z zadowoleniem, przysiadł bliżej wyraźnie gotowy na pieszczoty. Mona zaśmiała się, wyobrażając sobie chaotyczną scenę w gabinecie klątwołamacza. — A co do butów… no cóż, zawsze to wymówka, żeby pokazać nowe skarpetki. Ale tak na poważnie, to dobrze, że nikomu nic się nie stało i cieszę się, że jesteś cała i zdrowa, Brenno. Pochyliła się nad plecionym koszem, który wzięła znikąd, starannie układając do środka pokrojony torcik. Wrzuciła sztućce oraz talerzyki dla dwóch osób. Naszykowała koc obok do wzięcia. Zignorowała stosy papierów w tle, bo miała w głowie wizję przyjemnego pikniku z Brenną. I Zębatkiem. I torcikiem od Brenny. Gdy wszystko było już gotowe, Mona wyprostowała się i westchnęła z satysfakcją. — Gotowe, możemy iść… Och, zdecydowanie! Jedna z naszych młodych smoczyc, wiesz, taka czerwonawa, postanowiła, że nasz rezerwat to za mało i uciekła. Powędrowała za daleko. No i wyobraź sobie, podobno pożarła parę owiec jakiegoś biednego farmera-czarodzieja — rudowłosa uśmiechnęła się krzywo. Właściwie to była lekko znużona na to wspomnienie. — Facet był w szoku. Przyszedł do nas, cały blady i powiedział, że widział coś, co wyglądało jak 'wielki latający potwór', który zniknął z jego owcami. Musiałam osobiście z nim porozmawiać, wyjaśnić, że 'wielkie latające potwory' to... smoki, i że to się czasami zdarza. Chociaż, prawdę mówiąc, nie powinno. Als jakoś nie zorientował się, że całe życie mieszkał na granicy rezerwatu. RE: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Brenna Longbottom - 10.10.2024 – Na szczęście nie minęłam, a tylko oglądałam z daleka. Muszę przyznać, że jakbym miała mijać smoka z bliska, to nie jestem pewna, czy dostałabyś dzisiaj ten torcik - przyznała Brenna żartobliwym tonem. To nie tak, że nie lubiła smoków albo bała się ich jakoś szczególnie. Raczej... odczuwała przed nimi pewien mores, i miała wrażenie, że lepiej nie chodzić na spacery tak, że się z nimi miniesz. Zwłaszcza jeśli twoja wiedza o magicznych stworzeniach była znikoma. – Chodzi o Gryffindora, więc pewnie brawury i umiejętności mu nie brakowało. Ale wiesz co? Wasza legenda podoba mu się bardziej. Powiedziałabym, że naprawdę odważni ludzie nie zabijają smoków, tylko na nich jeżdżą, gdyby nie to, że smoki to jednak dzikie bestie, które powinny żyć ma wolności... Ale mugole bardzo lubią sobie wyobrażać więzi ludzi ze smokami. Wiesz, że mają całą serię książek o smoczych jeźdźcach? – paplała Brenna po swojemu, jednocześnie głaszcząc smoczoognika. Roześmiała się, kiedy nadstawił się do pieszczot i podrapała go pod brodą, skoro Rowle instruowała, że właśnie to najbardziej lubił. No cóż, może prawdziwy smok odgryzłby jej w takiej sytuacji rękę, ale ten maluch był naprawdę uroczy. – Jeśli kiedyś się stąd wyrwiesz i mnie odwiedzisz, to chętnie zabiorę cię tam w jedno miejsce, kawałek plaży jest trudno dostępny, więc mugole raczej tam nie chodzą, a w załomie zebrała się woda, która podobno jest zaczarowana… Zębatku, mówił ci ktoś, że jesteś absolutnie uroczy? – rzuciła, zanim ostatni raz pogłaskała go, tym razem po łuskach na łebku, by chwilę potem wstać i zabrać koc. – Hm… ja chyba ogólnie lubię prawie wszystko – przyznała Brenna uczciwie. Nie była historyczką, niewiele o samej historii wiedziała, ale lubiła opowieści, lubiła baśnie, lubiła też historie o ludziach, którzy kiedyś żyli. Wiekowe zamki były piękne, kryły różne tajemnice, a poza tym krążąc po takich prawie te wszystkie rzeczy, których stały się świadkami, jakby dawne życia wniknęły w mury, zostawiając niewidoczny świat. W pewnym sensie faktycznie je czuła, bo choć się tym nie chwaliła, była przecież widmowidzem. Lubiła więc stare zamki, lubiła klify, lubiła lasy, ale lubiła też mugolskie klubu, czarodziejskie posiadłości, wesołe miasteczka i… można by tak wyliczać. Umiała bawić się dobrze praktycznie wszędzie, brak wielkich, mrocznych zamków ani trochę więc jej nie rozczarowywał. – Och – mruknęła Brenna, bo trochę trudno było sobie wyobrazić, jak można przegapić rezerwat w pobliżu. – Nie zauważył wszystkich znaków ostrzegawczych? Chociaż… hm… w sumie, to miewałam w Biurze takich ludzi, że chyba jednak mnie to nie dziwi. Może nigdy w życiu nie wyściubił nosa poza swoją farmę, a smoki zwykle jednak były pilnowane, aby nie uciekły za daleko i nie wylądowały sobie na środku na przykład jakiejś mugolskiej wioski. – Jedna pani na przykład regularnie zgłasza, że nad nią działa nielegalny burdel, a po prostu wynajmuje tam mieszkanie trzy osoby po Hogwarcie, które robią różne kursy w Londynie, i tak się składa, że dwie to dziewczyny, a jeden chłopak… Przychodzi regularnie, co piątek i złożyła na mnie już ze trzy skargi, a na jednego Brygadzistkę to już jest tych skarg całe pudełeczko. Czasem to chyba te wasze smoki są prostsze w obsłudze niż ludzie – stwierdziła, gdy wychodziły z domu. Tonem lekkim raczej, najwyraźniej kłopotliwa kobieta niezbyt poruszała Brennę. Współczuła raczej biednym sąsiadom pani Turpin. RE: [maj 1970] Dzień dobry, czy możemy porozmawiać o smokach? - Mona Rowle - 14.10.2024 — Dopilnuję, żebyśmy to my zjadły torcik, nie Fiona — odparła, kiedy wcześniej tylko parsknęła na słowa panny Longbottom. Właściwie to przez momencik się zmartwiła, że i jej ognik dorwałby się do ciasta, ale zostawienie go bez opieki nie wchodziło w grę, więc i pewnie może będzie musiała dać mu ten malutki kawalątek deseru. Mona tylko uniosła brew, słuchając słów o mugolskich książkach i smoczych jeźdźcach. A to ciekawe. Kiedyś była bardziej zaznajomiona z mugolską literaturą, a zwłaszcza… czasopismami. Nie była pewna, czy kiedykolwiek wspomniała Brennie o swojej dziwnej obsesji do legendarnych jaszczuro-ludzi. — No nie gadaj! Kojarzysz tytuł może? Ciekawe czy łatwo bym go dorwała — myślała na głos, bo aż ciekawość ją zmuszała, aby do nich zajrzeć i następnie przeanalizować to z badaniami nad ewentualnymi przejażdżkami na smoczym grzbiecie. Wątpiła, żeby mugole wpadli na jakiś lepszy pomysł niż magizoolodzy, ale kto wie? Tak, los małego smoczognika zdecydowanie był przesądzony. Odkąd tylko Brenna pojawiła się w progu jej drzwi, na twarzy Mony nieustannie gościł uśmiech, więc właśnie z szerokim uśmiechem wciąż obserwowała drugą kobietę i jak z beztroską łatwością głaskała Zębatka. Mały gad był przyzwyczajony do codziennych pieszczot, wręcz z utęsknieniem czekał na swoje drapanki. Najnormalniejsza rutyna w jego małym świecie, nie? — Zaczarowana woda na odludnej plaży? Brzmi jak coś, co warto zobaczyć – powiedziała zainteresowana. — Wiesz, zawsze myślałam, że najpotężniejsze czary to te, które tworzy natura, a nie te rzucone różdżką. Zastanawiała się, jakim cudem Brenna miała tyle cierpliwości do takich sytuacji. — Ludzie potrafią być naprawdę niepojęci – dodała, wzruszając ramionami. – Taak, plus zajęło to więcej czasu niż bym chciała i byłoby to konieczne. Trzeba było wysłać ekipę tropiącą. A smoczyca wcale nie była zadowolona, kiedy ją znaleźliśmy. Złapała jeszcze kilka dzikich zwierząt nim wróciła. Noooo więc… gdybym miała kiedykolwiek wybierać między takimi przypadkami a małym Zębatkiem, to wybór chyba jest prosty, prawda? Z nim przynajmniej można się dogadać bez składania skarg co piątek. Mona jeszcze raz omiotła wzrokiem otoczenie, upewniając się, że wszystko zostało na swoim miejscu. Przez chwilę zastanawiała się czy na horyzoncie nie pojawi się zaraz jakiś pożar, ale nie – nic nie wskazywało na to, żeby cokolwiek miało się zapalić. Chwyciła koszyk i uśmiechnęła się do Brenny, która trzymała kocyk. Mogły ruszać. Ale o mały włos by zapomniała. — Chodź, Zębatku! — odwróciła się i zawołała, a mały smoczoognik z entuzjazmem wleciał jej na ramię. Rudowłosa raczej nie obawiała się, że mógłby odlecieć. Nie, kiedy przecież trzymała żarcie w koszyku. Mo z uśmiechem zerknęła na swoją towarzyszkę. — Spacerkiem to może z parę minutek do klifów – powiedziała. — I wiesz co? Nie wieje aż tak mocno jak się obawiałam. Ruszyły więc w stronę klifów. W oddali słychać było szum fal rozbijających się o brzeg, gdyby się nadstawiło dobrze ucho. Zębatek na jej szyi wydał ciche mruknięcie. Mona pogładziła go po miękkich łuskach, czując pod palcami jego przyjemne ciepło i jak gad lekko lekko unosił się, i opadał z każdym krokiem. A kiedy dotarły na miejsce, powitało je rozciągające się morze! |