Secrets of London
[03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=3956)

Strony: 1 2 3 4 5


[03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Ambroise był zmęczony. Czuł się wyczerpany psychicznie, choć fizycznie wszystko powinno z nim być w porządku. Rana na nodze zagoiła się niemal do końca.
To dlaczego czuł, że nadal tam jest?
Prawie nie widział po niej śladu, ale bolała go tak jak fantomowe kończyny potrafią boleć ludzi po amputacji. Czuł jej obecność. To nie był normalny uraz, to było jak jakieś czarnomagiczne przekleństwo, które nie chciało dać się zmyć. Jasne. Mógł udać się do szpitala na oddział i skorzystać z dyskretnej, zaprzyjaźnionej pomocy, ale nie chciał wyjaśniać, co się stało. Nie zniósłby myśli o tłumaczeniu się. Poza tym nie chciał narażać Geraldine, której obecność w życiu zaczynał powoli akceptować. Tak jak chyba ona jego, bo również nie stroniła już tak bardzo od kontaktu.
Siedząc w swoim niewielkim, jednopokojowym mieszkanku wynajętym na potrzeby uniknięcia pytań ze strony rodziny, niemalże nie dostrzegał zmian pogody i nadejścia wieczoru. Przynajmniej dopóki nie usłyszał kroków i pukania do drzwi, na które zareagował bezmyślnym machnięciem różdżką w stronę zamka. Nawet nie zakrzyknął, że już było otwarte.
- Próbuję dojść do czegoś więcej - wyjaśnił nie odrywając wzroku od starego pergaminu, który niemal sypał mu się w palcach.
Jakikolwiek bibliofil załamałby ręce na ten widok. Greengrass nie korzystał ze specjalnych rękawiczek (choć jak najbardziej je miał - leżały rzucone na stole obok) ani nie przykładał wielkiej wagi do ostrożnego obracania tekstu. Wręcz przeciwnie. Miętosił pożółkły arkusz w palcach. Nawet podczas wypowiedzi przerzucając go z jednej na drugą stronę i (o zgrozo!) przyglądając mu się bezpośrednio nad płomieniem świecy. To aż prosiło się o wypadek przy pracy. Co najmniej o niechybne zniszczenie tekstu, po którym na pierwszy rzut oka było widać, że nie dało się go kupić w byle księgarni.
Jeżeli o te księgarnie zresztą chodziło to Ambroise wyglądał tak, jakby przygotowywał się na wielkie otwarcie. Niemalże wszędzie coś leżało. Książki o różnych rozmiarach i grubościach walały się po podłodze. Kiedyś musiały być stertami, ale dawno się zawaliły a on to tak zostawił. Nie przykładał zbyt wiele uwagi do ponownej segregacji, bo raz na jakieś pięć, góra dziesięć minut potrzebował odgrzebać którąś z nich i przeczytać stamtąd dosłownie dwa słowa. Potem znowu trafiała na kupkę pogardy, dopóki nie uznał, że jednak mogła być przydatna. Znowu po nią sięgał a ona ponownie go zawodziła.
Do książek dochodziły odręczne notatki, karteczki z kilkoma nakreślonymi słowami, jakaś mapa czy dwie, zmięte kulki z papieru. I te wspomniane potencjalnie drogocenne zwoje, z którymi bezbożnie się obchodził. Nie planował wyjaśniać, skąd je pozyskał. Miał nadzieję nie usłyszeć takiego pytania, szczególnie że oboje wiedzieli już o swoich wzajemnych koneksjach z czarnym rynkiem.
Powinien spojrzeć na Geraldine, witając ją w jakiś normalniejszy sposób, ale tak teraz wyglądały ich relacje. Chyba nigdy nie miało być między nimi normalnie. Przynajmniej nie według powszechnych standardów. To, że przestali sobie skakać do gardeł było całkowitą nowością, do której jeszcze nie przywykł, ale nie próbował zmieniać nowego stanu rzeczy. Tak właściwie to nie zarejestrował momentu, w którym wdrożyli w życie jakąś nową normalność. Znajomość 3.0.
Zaakceptował tę zmianę, bo nie była jedyną i zdecydowanie nie tą najgorszą. Przez ostatnie dwa tygodnie tylko kilka razy pomyślał, że to mogła być część właśnie Tej Drugiej zmiany, ale szybko odrzucił tę możliwość. A przynajmniej próbował to zrobić, nie chcąc całkowicie pogrążyć się w podejrzliwości.
Już i tak czuł, że wariuje, fiksując się na czymś, na co nie mógł znaleźć odpowiedzi w książkach. Były bezużyteczne. Nie wiedział czy powiedział to na głos, kiedy zrzucił kolejny tom na ziemię i kopnął go nogą w kierunku donicy z kwiatem. Dlatego profilaktycznie to powtórzył.
- Żenada. To żenada. Nikt nic nie opisuje - nareszcie skierował wzrok ku Geraldine, przymykając oczy i biorąc głęboki wdech. - Banialuki z Nokturnu. Cenne woluminy w dupę psu jebane.
Nie chodziło o finanse, jakie na to przeznaczył a o to, jak bezsensowne były jego poszukiwania odpowiedzi. To były długie dni wypełnione tylko tym, co teraz robił i dyżurami w Mungu. Niemal nie wrócił do swoich szklarni. Cały czas czuł To pod skórą, jakby miało tam swoje gniazdo. Nie mógł się tego pozbyć. Nie dało się tego wydrapać. To siedziało w nim, ale nim nie było.
Czym było, jeśli nie nim i nie jego małą ciemną stroną?


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

Starała się jakoś w tym wszystkim odnaleźć. To nie należało wcale do tych prostych rzeczy. Po pierwsze nadal nie potrafiła tego nazwać, co okropnie ją irytowało, po drugie musiała przywyknąć do tego, że z Greengrassem znowu połączyło ją coś więcej niż tylko zlecenie. Aktualnie wcale jej to nie przeszkadzało, no i właśnie to też było zastanawiające. Bardzo lekko przyszła jej zmiana nastawienia do jego osoby. Nie miała pojęcia na ile było to prawdziwe, bo wiedziała, że na pewno nie jest naturalne. Te spotkania nie były wcale takie bolesne, zważając na to, że pojawiła się też zmiana w jego zachowaniu. Łapała się na tym, że nawet lubiła spędzać z nim czas na szukaniu odpowiedzi, chociaż póki co nie udało im się zbytnio ruszyć do przodu.

Musieli współpracować, tym razem nie mogli działać osobno z leczeniem swoich traum i pozostałości po wizycie w nawiedzonym dworku. Znaczy pewnie by mogli, ale nie potrafiła się trzymać od niego z daleka. Nie chciała rozwiązywać tej zagadki sama, co też było w swój sposób wyjątkowe. Gdy opuścili pałac pojawiła się dziwna pustka, ciężar, którego nie potrafiła określić, póki co to nie znikało. Obawiała się, że może tak zostać. Było to przytłaczające, nie zniosłaby chyba żyć wypełniona tymi emocjami do końca życia.

Zazwyczaj przychodziła do niego wieczorami. Dni spędzali na swoich typowych zajęciach, te spotkania ułatwił fakt, że Ambroise przeniósł się do Londynu, odpowiadało jej to, że był bliżej. Mogła tu wpadać zawsze, kiedy znajdowała wolną chwilę. Przestała się nawet zapowiadać, co najważniejsze nie czuła się intruzem. Byli w tym razem, musieli działać wspólnie.

Pojawiła się przed jego drzwiami z papierową torbą w ręku. Spodziewała się, że nic nie jadł, gdy zatracał się w tych książkach zapominał o całym świecie. Musiał jeść, jeśli chciał jasno myśleć, głód nie był przyjacielem. Zastukała, nie byli jeszcze na tym etapie znajomości, żeby wchodziła do środka, jak do siebie.

Otworzyła drzwi, kiedy się odezwał. Nie mówił, że ma nie wchodzić, a w ich stronę chyba pofrunęło jakieś zaklęcie, które miało wpuścić ją do środka.

Rozejrzała się po niewielkim pomieszczeniu oceniająco. Książki zajmowały chyba każdą wolną przestrzeń w tym niewielkim mieszkaniu. Widać było, że mocno zafiksował się na poszukiwaniu odpowiedzi. Yaxley nie była zbyt dobrym pomocnikiem, jeśli chodzi o takie sprawy. Nie umiała się skupiać zbyt długo na materiałach źródłowych, książki ją nudziły, nigdy nie wybierała ich jako głównego źródła wiedzy.

- Niedługo na pewno do tego dojdziesz. - Czuła jego frustrację, zresztą nie dziwiła jej wcale. Nie odpuszczał, dokupywał kolejne tomy, widać było, że się starał. Zaczęła się obawiać tego, że nie znajdą odpowiedzi, że będą musieli z []tym[/i] żyć.

Z drugiej strony nie było możliwości, że coś podobnego się jeszcze nikomu nie przytrafiło. Może nie słyszała o podobnych przypadkach, ale to wcale nie oznaczało, że nie istniały.

Przyglądała się mężczyźnie dłuższą chwilę, drgnęła, kiedy książka, którą jeszcze przed chwilą trzymał w dłoni posunęła się po podłodze. Miała wrażenie, że trochę za bardzo się w to angażował, bała się, że popadnie w jakiś obłęd. Zdecydowanie tego nie chciała.

- Na pewno coś znajdziemy. - Próbowała mówić spokojnym tonem, któreś z nich musiało łagodzić atmosferę, padło na nią, co dziwne zaskakująco lekko to przyjęła. Będzie dla niego tym, czego potrzebował.

- Nie wiedziałam, że z ciebie taki poeta. - Kącik ust drgnął jej w uśmiechu, kiedy tak kolorowo określił swój księgozbiór.

Ruszyła do wnętrza pomieszczenia, omiajając zgrabnie wszystkie tomy, które leżały na ziemi. Strasznie dużo ich tutaj było, nie miała pojęcia skąd brał te książki, wyglądało na to, że miał ich niekończącą się studnię.

- Łap! - Powiedziała krótko, kiedy w końcu na nią spojrzał. W jego stronę poleciała papierowa torebka, z kanapką z kurczakiem w środku.

- Podejrzewam, że nic nie jadłeś, co? - Zapytała nieco oceniającym tonem, bo nie do końca podobało jej się to jak się zafiksował. Powinien żyć, a miała wrażenie, że zamykał się w tym mieszkaniu i egzystował.

W końcu usiadła na krześle, fotelu, czymkolwiek co znajdowało się w pomieszczeniu i sama sięgnęła po jedną z książek. Rzuciła okiem na podkreślone fragmenty, jakby mogła wyczytać z nich coś więcej.




RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

Nie zajęło mu zbyt długo przywyknięcie do obecności Geraldine. Nigdy wcześniej by tak o tym nie pomyślał. Zarzekałby się przed sobą, nią i wszystkimi, że prędzej się pozabijają niż dogadają. Tymczasem jej wieczorne wizyty stały się naturalną częścią dnia. Nie przyznałby, że na nie czeka, ale kiedy nie miał nocnej zmiany w Mungu a ona z jakiegoś powodu nie mogła wpaść do jego mieszkania, odczuwał...
...pustkę? Jakby ta dziura w nim (mentalna i fantomowa rana) była jeszcze bardziej naruszona. To nie była tęsknota. Nie posunąłby się tak daleko. Bez przesady. Nadal daleko im było do przyjaciół, ale czuł się trochę lepiej, kiedy siedzieli nad tym razem. Nie musieli rozmawiać. Nierzadko wcale tego nie robili i spędzali godziny w ciszy i szeleście kartek. Chodziło o obecność i ciężar nieobecności zarazem.
- To nie to samo, co zaraz - odrzekł ponuro bez podnoszenia głowy znad jednej dużej, ciasno zapisanej kartki papieru, która nie dość, że rozsypywała mu się w palcach to była bezużyteczna.
Dla innej osoby musiałaby mieć jakieś znaczenie. Nie wydał na nią fortuny, ale to tylko dlatego, że nie była na sprzedaż. Nie miała kopii do kupienia ani nie dało się jej wypożyczyć. Zdobycie tego konkretnego papieru wymagało od niego dużego kosztu, ale nie fizycznego. A tymczasem znów doszedł do wniosku, że znalazł się w ślepym zaułku. Mógł obracać to do woli. Patrzenie z każdej strony i pod światło świecy nic nie dawało, bo nic tam nie było. Ani trochę przydatnego. Westchnął, sarknął, jęknął - coś pomiędzy.
Nie zauważył, kiedy stało się coś zupełnie przewidywalnego. Przysunął papier zbyt blisko źródła ognia a on błyskawicznie zajął brzeg. Bezcenny tekst stanął w płomieniach. Swąd palonego papieru wypełnił powietrze nie po raz pierwszy tego wieczoru. Ani w tym tygodniu. Jego mieszkanie zaczynało stałe pachnieć jak palone woluminy, dym ziołowy i nuta ognistej.
Greengrass, gdy tylko dostrzegł swój błąd, rzucił kartkę na ziemię i bezceremonialnie przydeptał ją butem. Zadusił ogień zanim się rozprzestrzenił, ale zrobił to kosztem wypalonej plamy na dywanie i zniszczeń starodruku. Jak na coś, co wymagało od niego tyle uwagi, ratował tekst w najbardziej niedopuszczalny sposób. Zresztą go nawet nie podniósł. Mógł tam leżeć. Zamiast tego sięgnął po inną zakurzoną książkę.
- Kiedy? Jutro? Pojutrze? Za pół roku, rok, piętnaście? - Wcale nie czepiał się jej zapewnień.
Odechciewało mu się łapać Geraldine za wszystkie słówka, bo miał świadomość, że kobieta się stara. Oczywiście. Nie zawsze był dla niej przemiły. Nie stał się lepszym człowiekiem, odkąd ktoś wetknął mu coś w mózg. Doznane zmiany były bardziej na innej stopie. Nie były znaczące. Przynajmniej nie dla osób z zewnątrz. Nie zmieniły jego charakteru o sto osiemdziesiąt stopni. Był tym samym trudnym człowiekiem, ale musiał na nowo radzić sobie z samym sobą. Próbował być elastyczny i nauczyć się czegoś więcej, co ułatwiłoby mu poruszanie się w ciemnościach. Stał się pierdolonym bibliofilem nie bez powodu.
Aczkolwiek oczekiwał skutków i odpowiedzi a tych nie było. Miał wrażenie, że przeczytał wszystko, co mógł. Jasne. Gdzieś na pewno było coś więcej. Tak jak już wspominał w myślach: mógł udać się do Munga. Ba! Miał możliwość prywatnego wzięcia kogoś na stronę. Basilius na pewno spróbowałby mu pomóc i nie zadawałby zbyt wiele pytań. W ostateczności była również Florence. Choć w tym wypadku chyba wolałby dać sobie kopnąć w czaszkę w nadziei, że wszystko wróci do normy zanim spotkanie dojdzie do skutku.
Problem w tym, że nie był pewny czy to rzeczywiście klątwa. Nie spełniało wszystkich kryteriów bycia nią. Kiedy był sam, zdarzało mu się sięgać na kupkę, którą ustawił z daleka od wzroku Geraldine. Nie wiedzieć czemu (przecież rozmawiali o wielu możliwościach) nie chciał, żeby widziała te konkretne książki. To były rzeczy, które brukały. Im więcej w nich ślęczał, tym bardziej czuł, że wypełnia go niewłaściwy rodzaj wiedzy a jego palce zaczynają mu czernieć na opuszkach. Zupełnie, jakby brudziły się od tych treści.
Czytał je na próżno. Tam również nic nie było. Do tej pory nie trafił na nic przydatnego. Ona najpewniej także nie miała szczęścia, bo przecież by mu powiedziała. To było dziwne, ale ufał jej wkładowi. Wierzył, że nie zataiłaby czegoś przed nim. Gdzieś poza jego czy jej kontrolą stali się zespołem, którym najwyraźniej musieli być. Nie wierzył w aż takie działanie przeznaczenia, ale nie kwestionował przeświadczenia, że chyba tak miało być. Drugi raz wpakowali się wspólnie w bagno. Tym razem nie miał siły (a może serca? serce mu dziwnie biło na tę myśl) odtrącić wyciągniętej dłoni.
- Co najmniej połowa tego gówna jest napisana wierszem. Jak tak dalej pójdzie, zacznę rymować starożytną greką - prychnął, ale odpowiedział jej tym samym.
Uniósł kącik ust. To, że nie miał zbyt dobrego nastroju nie oznaczało, że nie doceniał ironii losu. Nienawidził poezji. Toteż mu przyszło grzebać w wierszach i rymowankach. Próbował analizować głębokie fragmenty o przepowiedniach. Czuł się jak na wróżbiarstwie w Hogwarcie. Tyle tylko, że tu on sam wystawiał sobie kolejne trolle i poniżej oczekiwań.
- Nie musiałaś - stwierdził, kiedy złapał rzuconą mu torbę.
Ku uldze szybko sobie uświadomił, że nie stracił refleksu. Utracił coś innego (gdyby był lepiej nastawiony mógłby co prawda dodać, że zyskał przyjaźń, ale no nie). Refleks był na swoim miejscu a jemu może trochę zaburczało w brzuchu. Przetarł powieki ręka i wzruszył ramionami. Przyłapała go. Co miał powiedzieć?
- Dzięki - spojrzał na nią i nawet posłał jej nieznaczny uśmiech. - Czasami trochę... ...mi się zapomina. No - nie zaprzeczał ani nie próbował się tłumaczyć, wracając do wertowania najnowszej książki.
To było trudne. Ciężko mu się prowadziło rozmowy na temat tej derealizacji, która szczególnie wieczorami sprawiała, że zapominał o podstawowych sprawach. Palił, chodził się ogarnąć, nie pijał jakoś przesadnie dużo, ale jedzenie i sen nie były na jego liście naturalnych priorytetów. Nawet w tym momencie był zmęczony, ale zamiast po poduszkę sięgnął po papierosa, którego odpalił od tej samej świecy, co wcześniej pergamin.
Nie mówił Geraldine, że może się częstować. Tak samo jak alkohol i szklanki, wszystko leżało na małym okrągłym stoliku przy fotelu. Pomiędzy nim, jego biurkiem i całkiem wygodnym siedziskiem. On z jakiegoś powodu wolał krzesło. Fotel instynktownie należał do Yaxleyówny. Zostawił jej tam miejsce, czasami za dnia orientując się, że kieruje wypowiedź w tamtą stronę a nikogo tam nie ma. To był niewątpliwie postęp w stosunku do tego jak zachowywali się jeszcze niedawno. Choć Ambroise wolałby, żeby to się odbywało na jego zasadach. Nie na regułach czegoś.


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

Stało się to trochę jej codziennym rytuałem, trochę jak mycie zębów, wypicie kawy z rana, tak wyglądały teraz te jej wieczorne wizyty u Greengrassa. Kiedy się tutaj nie pojawiała, czuła, że czegoś jej brakuje. Nie umiała tego nazwać, bo przecież to nie była też taka paląca potrzeba, jak te wszystkie podstawowe czynności, które wykonywała, jednak podskórnie odczuwała inaczej. Jakby naprawdę musiała się tutaj znaleźć każdego wieczora, wręcz towarzyszył jej dziwny niepokój, kiedy tego nie robiła. Nie próbowała tego zrozumieć, bo wiedziała, że nie jest w stanie tego pojąć. Czasem lepiej nie nazywać rzeczy po imieniu, a nawet bez sensu było próbować je nazwać, kiedy nie miała zielonego pojęcia, co to własciwie oznaczało.

- Nie wszystko można osiągnąć zaraz. - Na pewno zdawał sobie sprawę. Rozumiała jednak jego niecierpliwość, sama miała w zwyczaju domagać się wszystkiego od razu. W tym wypadku jednak nie było to możliwe, pomimo nakładu pracy i zaangażowania. Niektóre sprawy były zdecydowanie bardziej skomplikowane, a ta należała do jednych z nich. Szkoda, bo sama była ciekawa odpowiedzi, jakie znajdą. Nie próbowała jednak tego ponaglać, czuła, że jak pogrzebią odpowiednio głęboko to dostaną to czego potrzebowali, nawet ją to nieco przerażało, bo nie miała pojęcia z czym zadarli, co jeśli odpowiedzi im się nie spodobają? Z drugiej strony zdecydowanie lepiej było mieć świadomość z czym przyszło im walczyć, mogliby przynajmniej spróbować odzyskać nad tym kontrolę. Nie ukrywała już nawet przed sobą, że ma jakikolwiek wpływ na to, co się z nią stało. Nie walczyła z uczuciem pustki, które się pojawiło, pogodziła się z tym, że ono w niej istnieje.

Poczuła specyficzny zapach, który unosił się w powietrzu, uniosła głowę w poszukiwaniu jego źródła, wtedy dostrzegła ogień, a raczej płomienie, którymi zajęła się kartka. - Nie mów mi, że tak cię to drażni, że wybierasz podpalenie. - Jasne, było to irytujące, ale chyba nie prosiło się o aż takie radykalne kroki. Oczywiście nie zakładała, że Ambroise zrobił to celowo, ale nie mogła się powstrzymać przed tym, jakże błyskotliwym komentarzem. Nadal nie brakowało jej upierdliwości.

Obserwowała go, gdy gasił ogień, na całe szczęście całkiem szybko sobie z tym poradził, chociaż kartka, którą przed chwilą trzymał w dłoni zdecydowanie już się do niczego nie nadawała. - Poproszę inny zestaw pytań, bo to wylosowało się trochę zbyt trudne. - Nie zamierzała gdybać nad tym, kiedy znajdą odpowiedzi na nurtujące ich pytania, nie była jasnowidzką, nie wiedziała, czy w ogóle istnieją. Naprawdę doceniała to, co dla nich robił, ale to mogło go doprowadzić do granicy, mógł się w tym całkowicie zatracić, a nie chciała widzieć jak w tym tonie, bała się, że nie potrafiłaby mu pomóc.

Sama Yaxleyówna próbowała podchodzić do tematu mniej agresywnie. Jasne, ją też to irytowało, ale gdyby we dwójkę zafiksowali się tak mocno, to mogłoby się skończyć wspólnym ześwirowaniem. Ktoś musiał odpuścić, aby ewentualnie móc wyciągnąć pomocną dłoń w stronę tej drugiej osoby. Nie zamierzała z tym walczyć, zresztą Ambroise zdecydowanie dużo bardziej odnajdywał się w temacie, wiedział gdzie szukać ksiąg, skąd brać te wszystkie materiały. Ona nie posiadała takiej wiedzy, trochę też przez to postanowiła nieco odsunąć się w bok. Nie w pełni, bo przecież tutaj przychodził, wertowała z nim te książki, jednak nie oszukujmy się nie była w to wszystko, aż tak zaangażowana.

Spodziewała się, że mogłoby to być coś czarnomagicznego, jednak nigdy nie interesowała się tym rodzajem magii, nie miała pojęcia, kogo mogliby o nią wypytać, nie wiedziała, gdzie szukać ksiąg z tym związanych. To nie był temat, który interesował ją kiedykolwiek. Zresztą wolała odrzucać od siebie te myśli, przerażało ją to, że mogłaby zostać zbrukana tym rodzajem magii.

- Nie mogę się doczekać, kiedy do tego dojdzie, nie zapomnij mnie zaprosić na wieczorek poetycki, będę twoją największą fanką. - Próbowała nieco rozluźnić atmosferę, odsunąć jego myśli od tego, że nie do końca udawało mu się znaleźć rozwiązanie. Nie chciała, żeby się tym denerwował. Potrzebowali czasu, zdecydowanie i jeszcze więcej książek? Nie, tych mieli pod dostatkiem. Zdawała sobie też sprawę, że większość tej literatury nie należała też do tych specjalnie przystępnych dla każdego czytelnika, miała w rękach bardzo stare księgi, których interpretacja zajmowała godziny. To nie ułatwiało sprawy.

Wzruszyła jedynie ramionami. - Wiem, przecież wiele razy już dyskutowaliśmy o tym, że ani ja, ani ty nic nie musimy, ale chciałam. - Dźwięk, który po chwili rozbiegł się po pomieszczeniu utwierdził ją w tym, że miała rację. Pewnie nic dzisiaj nie jadł, nie zamierzała tego komentować, jej sumienie będzie spokojne bo dzięki niej zaspokoi głód. Kolejny dobry uczynek odhaczony.

- Wiem, znam to. - Miała tak samo, kiedy skupiała się na czymś zbyt mocno zapominała o całym świecie. Nie jadła, nie spała, żywiła się kawą i szlugami, może czasem dokładała do tego alkohol. To nie było zdrowe, nie pomagało w myśleniu, wręcz przeciwnie, mogło jedynie zaszkodzić.

Zachęcona tym, że sięgnął po papierosa zrobiła to samo, wyciągnęła jednego ze swojej papierośnicy i wsadziła go sobie do ust. Odpaliła go swoją srebrną zapalniczką, którą zawsze miała przy sobie, zaciągnęła się dymem, a po chwili wypuściła niewielki kłębek.

[Rozsiadła się wygodnie w fotelu, miała w zwyczaju siadać bokiem, dzięki czemu nogi zwisały jej za jeden z podłokietników, mogła sobie nimi machać w powietrzu. Nie umiała usiedzieć bez ruchu, więc było jej to potrzebne do pełnego skupienia. Wertowała książkę szukając czegoś, co mogłoby się im przydać. Przypadkowo popiół spadł jej na kartkę, przetarła go od razu palcem, nie chciała zniszczyć tej książki.

Zamyśliła się na moment, widać to było po jej twarzy. - A co jeśli to nie jest żadna klątwa? - Chodziło jej to po głowie od jakiegoś czasu, co jeśli w ogóle szukali w złym miejscu?




RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

- Wiem - głośno wypuścił powietrze z płuc, strzelając knykciami. - Byłoby znacznie łatwiej, gdybyśmy wiedzieli, czego tak właściwie szukamy - dopowiedział z rozgoryczeniem.
Może wtedy skupiłby się na celu a nie na czasie, żeby do niego dotrzeć. Nienawidził poruszać się we mgle. Błądzili jak dzieci. Tam, gdzie powinny być wszystkie odpowiedzi (wedle logiki!) wcale ich nie było. Odczuwał rosnącą irytację i bezsens wszystkiego, co robi. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Geraldine, on był gotowy splamić się czarną magią, jeśli musiałby to zrobić. Czytanie o tym nie sprawiało mu żadnej przyjemności. Nie odczuwał ekscytacji na myśl o eksploracji tej dziedziny, ale posiłkował się wszystkimi środkami. Jeśli te źródła miały im coś dać to był w stanie do nich ponownie sięgnąć. W jego duszy ziała pustka. Czarna magia nie musiała mu wyrządzać tej szkody. Traktował ją jako potencjalne narzędzie.
Gdyby spojrzał na siebie od tej strony, mogłoby mu się nie spodobać to, co by zobaczył. Mógłby być sobą przerażony. Szczególnie wtedy, kiedy zobaczyłby się ślęczącego nad tymi księgami, wpatrzonego w nie jak w fanatyk w czarną Biblię. Otoczony światłem świec w zawalonym książkami mieszkaniu. Z cieniami przesuwającymi się po twarzy.
Nie dostrzegał tego, ale instynktownie nie chciał, żeby Geraldine o czymkolwiek wiedziała.
Nie chciał być czarnoksiężnikiem. Nie próbował zdobywać władzy, której pożądali ci ludzie. Jego przypadek był inny. Ich sytuacja była wyjątkowa. Wymagała poświęceń. Mieli ją rozwiązać i wszystko miało wrócić do normy.
To dlaczego wracał do tych ksiąg? Nawet jeśli już je wykluczył, bo nie traktowały na interesujące ich tematy? Dlaczego czuł iskry pod palcami, na które wkradała się czerń przypominająca pył z kadzidła?
Ambroise szukał wyjaśnień. Te dla siebie samego przychodziły mu najłatwiej. Był przekonany, że pozbędzie się tego. Zmyje niewidoczną sadzę z palców. Gdy tylko rozwiążą problemy. Był silny. To nie miało na niego żadnego wpływu.
- Czasem łatwiej byłoby, gdyby zapłonęło - odmruknął bez zastanowienia, pogrążony we własnym świecie, o którym pomyślał, gdy dostrzegł ogień.
Nie trwało to długo. Spokój i świadomość szybko zagościły na jego twarzy. Nie było nic nienormalnego w wyrazie i w oczach, którymi spojrzał na kobietę. No, poza ciepłem, którego nie było tam zanim nie wkopali się w to wszystko.
- A żeby to było takie łatwe - prychnął z westchnieniem. Gdyby mogli zmienić zestaw pytań byłoby znacznie lepiej. A jeszcze lepiej, gdyby sami ustalali, na co chcieli mieć odpowiedzi bez konieczności walki z tym, co zaczynało wyglądać jak pole wiatraków.
Niestety. Kurwa nie. Niestety kurwa nie.
Nie musiał tego mówić na głos, szczególnie że Geraldine próbowała rozładować atmosferę. Może to od papierosów i dymu z cholernych spalonych papierzysk, ale dało się kroić powietrze nożem. Taka była ta atmosfera. Chyba faktycznie wymagała rozluźnienia.
- To może: co robisz dzisiaj do białego rana? - Zasugerował nowe pytanie.
Tak właściwie to nie dało się powiedzieć, że było podchwytliwe, bo nawet nie ukrywał, że oczekiwał jednej odpowiedzi. Ta noc mogłaby być mniej męcząca, gdyby spędzili ją razem. Bez żadnych podtekstów. Nie pozwalał sobie na takie ruchy względem kobiety. Ignorował podszepty i fizjologiczne reakcje. Jak już stwierdził: powoli robił się mistrzem w udawaniu, że czasami nie zawieszał na niej zbyt długiego spojrzenia, kiedy na niego nie patrzyła. Ani że nie łomotało mu serce, kiedy pochylała się, żeby pokazać mu coś odkrytego w książce. Wcale nie czuł suchości w gardle na myśl o tym - takie były oficjalne wersje. Nie spoufalali się bardziej niż na stopie koleżeńskiej.
Bywało, że ciężko było o tym pamiętać.
- Nie możesz być moją największą fanką, skoro jesteś moją -muzą, całe szczęście zdążył się przymknąć zanim powiedział to na głos - koleżanką po fachu, którą jeszcze wciągnę we wspólną naukę zapomnianych języków. Będziesz mieć swój segment rzymski czy rumuński. Zobaczysz - wybrnął z tego gładko.
Z dnia na dzień uczył się kłamać odnośnie swoich odczuć i tłumić reakcje ciała.
- Swoją drogą nigdy bym nie pomyślał, ile tego natworzyli po rumuńsku. Wiesz jak ciężko znaleźć rumuńskiego tłumacza, który nie zadaje pytań? - Spytał, ale nie oczekiwał odpowiedzi.
Od razu kopnął w stertę książek pod nogami. Celowo na nie wskazywał, bo w większości były słownikami i publikacjami językowymi. Te na samej górze były dokładnie tym, o czym mówił Ambroise. Rumuńsko-angielskie tłumaczenia i grube tomiszcze w starożytnej grece z powtykanymi notatkami i zakładkami.
- Kurewsko - prychnął pod nosem, kręcąc głową z niedowierzaniem.
Byłoby łatwiej, gdyby nie musieli tego robić w takiej tajemnicy. Bez sekretów z ich strony na pewno mieliby więcej możliwości. Każde z nich miało w gronie znajomych utalentowanych językowo. Mogliby sięgnąć po zasoby Ministerstwa albo udać się do odpowiedniej instytucji lub stowarzyszenia, które przyjęłoby wyzwanie. Z entuzjazmem! Greengrass tego entuzjazmu nie miał za knut.
Ich sytuacja była znacznie bardziej skomplikowana.
- Wiem - pokiwał głową. W gruncie rzeczy był wdzięczny za troskę o jego niejedzenie. - Daj mi chwilę. Potraktuj mnie jak abraskana - wzruszył ramionami, niepomny faktu, że to były abraksany a nie abraskany.
Zajął się rozpakowywaniem kanapki. Trochę po to, żeby na nią nie patrzeć. Trochę dlatego, że rzeczywiście poczuł nagły przypływ głodu nie do zagłuszenia przy pomocy papierosa i szklanki ognistej. Wgryzł się w chleb, znowu wzruszając ramionami.
- Doceniam to, ale to nie jest dla mnie normalne - stwierdził nie rozumiejąc, od kiedy byli ze sobą bardziej szczerzy.
Zazwyczaj nie próbowałby wyjaśniać swojego punktu widzenia. Nie w ten sposób. Uniósłby się honorem. Stwierdziłby, że potrafi o siebie zadbać, bo nie jest dzieckiem a tak w ogóle to już jako dzieciak właściwie dbał sam o siebie. Skorzystałby z kanapki, bo pachniała i wyglądała zbyt dobrze, żeby ją odtrącił. Natomiast najpewniej zrobiłby to w akcie łaski, jakby jadł ją tylko dlatego, że nie lubił marnotrawstwa. Tymczasem usiłował przekazać Geraldine, co leżało mu na myśli. Oswajał się z nią jak ten cholerny abraskan... ...abraksan.
Pochłonął kanapkę w oka mgnieniu. Jeszcze raz podziękował jej poprzez kiwnięcie głową. Mógł zapalić i wrócić do pracy bez ryzyka, że wyzionie ducha nad woluminami i zacznie nawiedzać tom rumuńskiej translacji. Nie zniósłby być na wieczność przywiązanym do słownika. Wystarczy, że za życia się do tego przyczepił w poszukiwaniu odpowiedzi.
- To musi być coś takiego - zaprzeczył od razu.
Wkraczali na grząski grunt. Oczywiście. Mogli a nawet musieli rozważyć wszystkie możliwości. Geraldine mogła mieć rację. Sam także już doszedł do wniosku, że jak na potencjalną klątwę to miało trochę zbyt mało cech wspólnych wymienianych w pismach i podręcznikach. Nie znał się na tych tematach tak bardzo, żeby wypowiadać się w roli eksperta. Zawsze ciągnęło go w innym kierunku. Po stażu w Mungu znalazł swoje miejsce nie na najbardziej obleganym oddziale (tam mieli dostatecznie dużo ludzi) a na zatruciach roślinnych i eliksiralnych. Tam od początku było jego miejsce. Nawet tego nie kwestionował.
Jakże przydatne by teraz było, gdyby wybrał inny kierunek na ścieżce zawodowej. Krzywo patrzył na młodych przyszłych uzdrowicieli, którzy fiksowali się na punkcie zrobienia kariery w leczeniu skutków klątw. Zawsze z przekąsem komentował, że tamten oddział mógłby raz na jakiś czas dać innym oddziałom trochę forów i przestać przyjmować nowych pracowników.
Chyba dostało mu się za to po dupie. Przekorność losu - coś w tym stylu. Przecież sam sądził, że życie nie lubiło drwienia sobie z tego, co wybierało dla ludzi. Niektóre decyzje były z góry podjęte. Wiedział, że niektórych faktów nie należy kwestionować, ale on od zawsze miał ku temu skłonność. Czy to była kara za butność? Czy to miało mu pokazać jak niewielki był wobec rzeczywistości? Nie chciał tak sądzić. To dlatego sprzeciwiał się nowemu stanowi rzeczy zamiast zaakceptować zmiany. Wolał kłapać zębiskami I drzeć pazurami powietrze.
To była klątwa. To musiała być klątwa. Inaczej nie czułby się omotany jej skutkami. Świadomość, że od wielu dni szukali w niewłaściwym miejscu była czymś, na co nie był dziś gotowy. Mimo to coraz bardziej skłaniał się ku akceptacji tej sugestii. Potrzebował czasu, żeby przełknąć gorycz porażki i zaczynania od zera. To nie tylko brzmiało źle. To było równie ciężkie.
Tym bardziej, że mimo wszystkich poczynionych starań popełniali jeden diametralny błąd. No. Przynajmniej Ambroise robił to z pełną świadomością. Wiedział, że powinien porozmawiać z Geraldine o wszystkim. Zachowywanie rzeczy dla siebie wyłącznie utrudniało im poruszanie się w przestrzeni poszukiwań. Być może, gdyby jej wszystko powiedział byłaby w stanie wpaść na coś, czego on ani razu nie wziął pod uwagę. Mogła rozważyć coś oczywistego, ale na co on był ślepy. Jeśli to działało w obie strony, on także mógłby dostać pełniejszy obraz sytuacji.
Problem w tym, że to wymagałoby zagłębienia się w grząski grunt, po którym i tak poruszali się z trudnością. Musiałby otworzyć przed nią swoją głowę. To znaczyłoby, że znowu ktoś by mu w niej grzebał - nawet, jeśli tylko metaforycznie. Nie musiał dosłownie przekazywać jej myśli i wspomnień. Rozmowa o tym by wystarczyła. Żeby do tego doszło, musiałby zrobić tylko serię bardzo nieprzyjemnych czynności, z którymi się nie zgadzał. Przede wszystkim sam musiałby rozgrzebać własne uczucia.
Czyli bycie z nią szczerym zawieszało się na tym punkcie, bo nie mógł tego zrobić. Wolał przetrząsać księgi niż dopuścić się zmierzenia się z własnymi uczuciami. A tym bardziej później wyciągnąć je na wierzch, jakby miał być otwartą księgą. Nie mogli rozmawiać o wszystkich skutkach wydarzeń w dworku. Nie był z nią stuprocentowo szczery. Nie wiedział czy Geraldine zdaje sobie z tego sprawę. Odnosił wrażenie, że tak i że ona również nie pali się do obdarcia się ze swojej intymności.
Byli jak białe myszki w labiryncie. Nie kręcili się na kołowrotku, ale nie umieli wyjść z pułapki. Współpracowali. Prawdopodobnie w niewłaściwy sposób, bo chcieli wyjść, ale nie chcieli widzieć wszystkiego co jest ponad murem. Ambroise świadomie wolał mieć klapki na oczach.


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

- Łatwiej nie zawsze znaczy lepiej. - Jasne, każdy lubił od razu znajdować rozwiązanie zagadki, tyle, że czy nie czerpało się większej przyjemności, kiedy udawało się zmierzyć z czymś naprawdę trudnym, przeszkodą, która wydawała się być z tych raczej nie do pokonania? - Zauważ, jak wielką satysfakcję będziemy mieć, kiedy wreszcie uda nam się znaleźć odpowiedzi, jasne, może trwać to dłużej, ale sądzę, że będzie warto. - Mówiła o tym, jakby czekała na końcu jakaś nagroda, co najmniej niesamowita, a może odzyskanie kontroli faktycznie było taką nagrodą?

To nie tak, że bała się splamić czarną magią, lękała się zupełnie czegoś innego, dlatego trzymała się z dala od tej dziedziny. Co jeśli by jej się to spodobało? Jeśli by się w tym zatraciła tak jak wielu przed nią. Wybrała więc najprostszą metodę z możliwych - trzymanie się od tego z daleka. Nie chciała sprawdzić, czy jest od tego silniejsza, opowieści, które słyszała skutecznie odsuwały od niej ten pomysł. Znała siebie, wiedziała, że bardzo łatwo potrafi się zatracać, a nie chciała sprzedać swojej duszy, nie była na to gotowa. Wydawało się to być bardzo racjonalne, jak na nią, bo zazwyczaj nie przejmowała się konsekwencjami czynów, które robiła. Tutaj zdawała sobie sprawę z niebezpieczeństwa, jakie to za sobą niosło. Wolała więc nie próbować, nie grzebać w tym, nie szukać, chociaż mogłaby tam znaleźć odpowiedzi.

Nie miała pojęcia o tym, że Ambroise interesował się tym tematem. Na pewno by zainterweniowała, nie, żeby sądziła, że coś by sobie z tego zrobił, bo przecież zawsze robił to na co ma ochotę, jednak nie chciała, aby przez ich problem to on się w tym zatracał, bo to mogło być zdradliwe. Mogło mu się wydawać, że jest silniejszy od tego, że ma nad tym kontrolę, ale to wszystko mogło być złudne. Nie chciałaby widzieć, jak go to pochłania.

- Ogień nie jest rozwiązaniem, może chwilowym, na pewno nie na dłużej. - Przecież zależało im na tym, aby dotrzeć do źródła problemu, a nie chwilowo się go pozbyć.

- Dlaczego ciągle chcesz iść na łatwiznę, cooo? - przeciągnęła ostatnie słowo. Nie spodziewała się po nim, że będzie aż tak pragnął tego, żeby wszystko dostawać od ręki. Jasne, tak byłoby prościej, szybciej, mogliby się dzięki temu rozejść, ale czy faktycznie właściwiej? Czuła, że nie, może nawet obawiała się, że za chwilę znajdą odpowiedź i nie będzie miała już tu po co przychodzić, że nie będzie chciał z nią spędzać więcej czasu, bo przecież teraz mieli powód, aby się spotykać, co się stanie jeśli go zabraknie? Czy znowu się od siebie oddalą, aktualnie bardzo by tego nie chciała, bo zdążyła go znowu polubić, kiedy zaczęła się tutaj pojawiać.

- To zależy. - Nie do końca potrafiła znaleźć odpowiedź na to pytanie, które jej zadał. Zdecydowanie było prostsze od wcześniejszego, ale nadal migała się od odpowiedzi. Właściwie dlaczego w ogóle go to obchodziło, jaki miał cel w zadaniu go poza tym, że chciał nieco rozładować atmosferę. - Zależy od tego o której stąd wyjdę i czy w ogóle chcesz, żebym wychodziła. - Miała ochotę uciec od niego wzrokiem, bo może nie powinna ujmować tego w ten sposób, ale nadal się w niego wpatrywała, nieco zawstydzona, skoro zadał jej to pytanie, to może miał jakąś propozycję? Postanowiła dać mu pole do popisu. Zazwyczaj wychodziła stąd późnym wieczorem, wracała do siebie, gdzie nie robiła nic ciekawego, ostatnio nie mogła się na niczym skupić, więc nie miało to większego sensu. I tak o nim myślała, kiedy była w swoim mieszkaniu, gdyby została tu na noc miałaby go tuż obok siebie. Nie zastanawiałaby się, czy śpi, czy dalej siedzi z nosem w książkach, mogłaby to wszystko kontrolować, upewnić się, że nie zatraca się w tym dalej. Mogłaby też dalej się mu przyglądać, obserwować dyskretnie, gdy tego nie widział. To była naprawdę interesująca perspektywa. Ignorowała wszystkie sygnały, które wysyłało jej ciało, miała wrażenie, że kiedy znajdował się zbyt blisko zaczynało płonąć, nie chciała sprawdzać przyczyny, dlatego wolała trzymać się na dystans, wybierała ten nieszczęsny fotel, który pomagał jej go utrzymywać.

- Pffff. - Wymsknęło jej się, kiedy wspomniał o tym, że czegoś nie może. To było rozczarowujące, bardzo. Nic się jeszcze nie nauczył. - Sugerujesz, że nie mogę robić tych dwóch rzeczy jednocześnie? - Nie zamierzała odpuścić, już nastawiła się na to, że będzie stała w pierwszych rzędach podczas jego występów. Nie miała zamiaru zmienić zdania. - Obiecuję, że za to nauczę się dla ciebie tego rumuńskiego. - Mogłaby to zrobić, na pewno. Nie miała póki co pomysłu kto mógłby ją nauczyć tego języka, jednak nie wydawało jej się to aktualnie problemem. Gdyby potrzebowała pewnie pojechałaby do Rumunii i przywiozła sobie stamtąd kogoś, kto mógłby pomóc jej przyswoić ten język, nie widziała w tym najmniejszego problemu.

- To nie brzmi zachęcająco. - Jasne, spodziewała się, że nie będzie kolorowo, ale może nie aż tak bardzo? Szkoda, że nikt nie przekładał tych książek na bardziej aktualny język, jakby zapomnieli o tych wszystkich różnicach, które pojawiły się na przestrzeni lat. Może nikt w nich za bardzo nie grzebał, jak widać jednak znalazły się wyjątki w ich postaci, które musiały to robić. Dlaczego nikt nie myślał o takich zdesperowanych jednostkach?

- Nie ma szans, nie będziesz się żywił tylko whisky, zapomnij. - Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, jakby szukała jakiegokolwiek innego podobieństwa między nim, a tymi skrzydlatymi koniami poza tym, że aktualnie wybierał alkohol jako główne pożywienie. - I psst, to są abraksany, Słońce, nie abraskany. - Będzie musiała faktycznie zrobić mu jakąś przyspieszoną lekcję na temat magicznych stworzeń, nie wiedziała, jak to właściwie możliwe, że był w stanie przekręcić niemalże każdą nazwę. Dopiero po chwili dotarło do niej jak go nazwała, zawiesiła wtedy wzrok gdzieś na ścianie i zaciągnęła się dymem, nie było szans, aby znowu na jej policzku nie pojawiły się rumieńce, dlaczego nie potrafiła nad tym zapanować?

- A czy tutaj cokolwiek jest normalne? - Rzuciła pytanie w eter, chociaż znała na nie odpowiedź, nie oczekiwała więc, że on postanowi udzielić jej Geraldine. Nic tutaj nie było normalne, miała tego świadomość. Zaczęła się o niego martwić, chciała mu pomagać, znajdować się obok, najlepiej jak najczęściej. To nie było normalne, tak samo jak to, że przyglądała mu się ukradkiem, ani to, że zastanawiała się czasem, czy o niej myślał, gdy była gdzieś indziej.

Uśmiechnęła się ciepło, kiedy zobaczyła, że zjadł kanapkę, chociaż tyle udało jej się w niego wmusić. Uznawała to trochę za swój sukces, nie odrzucił jej wyciągniętej ręki, co jeszcze jakiś czas temu zapewne by nie przeszło, nawet jeśli chodziłoby tylko o głupią kanapkę.

- Skoro mówisz, że musi, to zapewne tak jest. - Nie zamierzała teraz się z nim kłócić, że może być inaczej. Poświęcili sporo czasu grzebiąc w tych książkach, bardzo chujowo by było, gdyby się okazało, że zaczęli nie tam gdzie trzeba, że pominęli coś na starcie.

Nie podzieliła się z nim ze wszystkim, nie łatwo jej było o tym mówić. Zresztą jeśli ona się tak czuła, to on zapewne miał podobnie. Jedno i drugie zmieniło swoje zachowanie, co było odpowiednim argumentem na to, że nie musiała o tym wspominać, bo przecież byli tam razem, w tym przeklętym dworku. Na pewno przechodzili teraz taką samą gehennę, to nie mogło spotkać tylko jej. Jasne, że łatwiej byłoby powiedzieć o tym na głos, skonsultować się, wymienić doświadczeniem, ale to wcale nie był łatwy krok. Najwyraźniej póki co nie była gotowa na to, aby go zrobić.

Yaxleyówna miała problem z mówieniem wprost o swoich uczuciach, tym bardziej, że teraz nawet nie zdawała sobie sprawy z tego, czy były to jej uczucia, czy kogoś innego. Nie wiedziała, co jest prawdziwe, a co nie. Gdy będzie miała pewność pewnie spróbuje się tym podzielić, póki co jednak wolała tego nie robić. Bała się, że mogłaby się za bardzo odsłonić, że mógłby ją zranić, znowu od siebie odsunąć, albo wziąć za idiotkę. Nie chciała, żeby tak się to wszystko potoczyło. Odpowiadało jej to, jak wyglądała ich relacja aktualnie, no, może nie do końca, może czasem zbyt długo próbowała sobie przypomnieć smak jego ust, który kiedyś już poznała, ale to wszystko. Nie zamierzała tego spierdolić.




RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

- Łatwiej brzmi jakkolwiek zamiast nijak. Nie szukam fajerwerków i satysfakcji, tylko rozwiązania - zaprzeczył, nie podłapując tej lekkości w głosie Geraldine.
Może ujawniał pewną desperację tymi słowami, ale kto jak kto. Powinna spróbować go zrozumieć. On szukał jakiegokolwiek rozwiązania nie wiążącego się z ich wiecznym cierpieniem. Nie musiało być idealne. Po dniach bez jakiegokolwiek tropu czuł, że może się złapać wszystkiego. Nie widział nawet pułapki, w którą przy tym wpadał. Nie był pierwszym, który w obliczu trudności zwracał się w kierunku potencjalnie najszybszej i najłatwiejszej opcji, która wymagałaby tylko niewielkiego obkupienia jej ofiarą. Przecież już ją ponosił.
Jak ćma do ognia.
- A wciąż oczyszcza - odmruknął w zamyśleniu, spotykając się z nią spojrzeniem. - Ogień. Wciąż oczyszcza. Jest niebezpieczny, kiedy płonie, ale z popiołów zawsze wyrasta nowa, mocniejsza roślinność - jakkolwiek to brzmiało, naprawdę uważał, że ma rację.
Jasne. Nie planował zabrzmieć jak psychol. Zresztą w tonie jego głosu nie było fanatyzmu. Raczej specyficzna nostalgia, żeby nie powiedzieć smutek. Miał wrażenie, że ten pożar i tak prędzej czy później ich spali. Smażyli się w ogniu. Czy tego chcieli czy nie. Wolał, żeby to było za nimi. Jak mieli się odrodzić, skoro nie było popiołów tylko parzące jęzory ognia. Zamrugał i pokręcił głową, parskając rozbawiony na przeciągnięte pytanie.
- Jestem prostym człowiekiem. Mów co chcesz. Jestem prosty i przewidywalny, stąd lubię jak mi wszystko przychodzi łatwo - odrzekł gładko. To było wielkie uogólnienie, ale przecież próbowali żartować. - Poza tym nie zapominaj, co mówią o takich bogatych skurwysynach jak ja. My, czystokrwiści dupkowie nie umiemy czekać. Zawsze dostajemy co swoje. Jesteśmy szarańczą magicznego świata - skwitował szerszym uśmiechem i rozłożeniem rąk.
To było zdanie wielu czarodziejów innego pochodzenia. Normalnie mu przeczył. Złościł się, kiedy ktoś mu zarzucał takie przywileje. Nie przeczył, że miał fory w życiu, ale nie tak duże jak mu usiłowano wmawiać. Gardził ludźmi, którzy wygłaszali podobne bzdury. Szczególną niechęć żywił do innych czystokrwistych. Otwarcie promugolskich zbawców. Osób, które przepraszały za to, kim się urodziły.
Nie miał wpływu na to, że miał szczęście urodzić się szlachcicem w Wielkiej Brytanii. W najpotężniejszej grupie społecznej. Poza tym to nie było tak, że wszystko mu podano na złotej tacy. Mieli srebrne zastawy. No i musiał wszystko sam odziedziczyć. Wydumane oczekiwania przeprosin na klęczkach za czystą krew uważał za godne pogardy. Szczególnie, kiedy płynęły od osób równych mu pochodzeniem. Mugolaki i półkrwi czarodzieje spotykali się wyłącznie z politowanym spojrzeniem. To słabość jego własnych ludzi najbardziej brzydziła Greengrassa.
Może dlatego tak niechętnie patrzył na najnowsze społeczne zmiany. Wolał, żeby nikt nie wzbudzał w nim wymuszonych wyrzutów sumienia w imię nowoczesnych poglądów. Liczył, że te nie miały przyjąć się w przestrzeni społecznej. Wszyscy mogli razem funkcjonować, ale czarodzieje niezupełnie magicznego pochodzenia nigdy nie mieli być im równi. Powinni to rozumieć i z tym żyć. Był w stanie kłócić się o swoje poglądy. Nie miał żadnego problemu z wypowiadaniem ich na głos. Brał za nie pełną odpowiedzialność (i czasem lepę na mordę).
Wbił wzrok w Geraldine, unosząc brew na znak, że czeka na rozwinięcie tego, od czego zależą jej plany. Nic nie mógł poradzić na to, że mocniej zabiło mu serce.
Chciała stąd zaraz wyjść? Przyszła tu tylko na chwilę, żeby odbębnić powinność? Zaczęła się nudzić ich spotkaniami? Miała inne, ciekawsze plany? A może...?... ...nie, tego nie dopuszczał.
Spróbował nie wypuścić głośno powietrza przez zaciśnięte zęby ani nie okazać ulgi w inny sposób, kiedy do niego dotarło, że trochę zagalopował się w obawach. Nie rozumiał po co w ogóle dopuścił je do głowy. Oczywiście. Jego postawa świadczyła o wyluzowaniu. Nic na siłę. Chciała zostać to mogła. Nie to nie. Nie zależało mu na jej towarzystwie aż tak bardzo, żeby robić z tego wielką sprawę.
- Możesz zostać do której chcesz - odparł z wymuszoną, ale wyuczoną i ćwiczoną przyjemną dla ucha obojętnością. Złożył dłonie i wygiął palce, strzelając knykciami. - Jeśli będzie zbyt późno, odstąpię ci łóżko albo odprowadzę cię do domu. Oczywiście, o ile się zdecydujesz - nic na siłę, nieprawdaż?
Przeciągnął się na siedząco, wracając wzrokiem do książki. Równie dobrze mógłby ją trzymać do góry nogami. Nawet nie próbował rozumieć co czyta a książka wyjątkowo nie była po rumuńsku ani w grece.
- Rzucam ci wyzwanie? - Odbił sugestię, choć nie planował jej na nic wyzywać. - Tylko ostrzegam, że rumuński to bardzo paskudny język, ale jeśli chcesz. Nie zarzucaj mi, że cię nie ostrzegałem - z oczami nadal na tekście, uniósł kącik ust.
Lubił te wieczory. Polubił je bardziej i szybciej niż w ogóle sobie uświadomił. Czuł się przy niej równie swobodnie, co dziwacznie. Trochę nie na miejscu podczas bycia na miejscu.
- Ognista też ma kalorie, co nie? Robi się ją z jakichś zbóż czy czegoś, więc to niemal jak aromatyzowany chleb w płynie - zażartował, bo oczywiście - jako uzdrowiciel wiedział, że głosi dyrdymały godne alkoholika, którym wcale nie był. Jeśli chodziło o nałogi, tylko palenie było jego jednoznacznym.
Gwałtownie zaciągnął się mocno wypalonym papierosem, którego niedopałek w efekcie sparzył palce uzdrowiciela. Nie spojrzał w stronę Geraldine. Poza tym gestem nie dał po sobie poznać, że go zaskoczyła ani co o tym myślał. W każdych innych okolicznościach przyczepiłby się do tego jak go nazwała. Byłby uszczypliwy albo otwarcie by ją wyśmiał, żeby ją sprowadzić na ziemię. Nie dopuściłby do aż takiego spoufalania. Nie planował kierować tej ani żadnej innej relacji w stronę, która dopuszczałaby tak pieszczotliwe określenia.
Ale nie zainterweniował. Wzdrygnął się, kiedy żar dotarł do czubków palców i puścił niedopałek. Zaraz potem musiał przydusić go pierwszą z brzegu książką (świetny pomysł - nie ma co), bo papiery na biurku zaczęły się dymić.
Słońce bez powodu przyprawiało go o cięższy oddech. Czuł się jak łowna zwierzyna, której co prawda udało się uciec przed śmiercią, ale widziała pogrom w stadzie. Gdzieś tam pod spodem skryło się ciepło i czułość, której też nie rozumiał. Nie powinien reagować w ten sposób na tak powszechnie używane słowo. Niemniej było przeciwnie. Gdyby się nad tym zastanowił, najpewniej doszedłby do wniosku, że ostatnio codziennie słyszał to w kontekście pogody i za żadnym innym razem nie poczuł palenia w płucach. Dopiero, kiedy do padło z ust tej konkretnej kobiety.
Nie pomyślał o tym. Na swoją upierdliwą modłę męskiego mężczyzny nie odniósł się do tego, co przed chwilą padło. Nie chciał bardziej komplikować sytuacji między nimi. W gruncie rzeczy było nieźle. Nie chciał psuć tego, że zaczynali potrafić się porozumieć. Oboje nadal strzelali towarzyskie gafy i właśnie za to uznał jej przejęzyczenie. Potrafił być wyrozumiały, kiedy tak mu było wygodniej. Natomiast musiał przyznać, że:
- Nie, nie jest - wciągnął powietrze do płuc i powoli je wypuścił, odetchnął ciężko ze zmrużonymi, zmęczonymi oczami - w sumie nie dziwne z tym wszystkim. Gdybyśmy to uznali za normalność, mielibyśmy największe podstawy do niepokoju - zawyrokował.
To by znaczyło, że odpuszczają i zaczynają sobie ścielić posłanie w bagnie. A on nie chciał na stałe przeprowadzić się do miejsca, w którym nie czuł się komfortowo. Jednym z jego największych ukrytych lęków było właśnie to. Nie chciał odpuścić i oddać kontroli nad życiem. Równie mocno nie chciał być powoli gotowaną żabą, która zbyt późno zorientuje się, że nie ma dla niej ucieczki.
Znowu podniósł spojrzenie z nad książki. Jednym ruchem wrzucił ją do pobliskiego suchego kosza. Raz na jakiś czas opróżniał metalowy śmietnik, żeby zrobić miejsce na nowe ofiary. Poprzednie trafiały pod ścianę. Kiedyś je wyrzuci, ale to nie była odpowiednia pora. Służyły mu jako przypomnienie, ile już zrobili i jak blisko mogli być i nawet o tym nie wiedzieć. Wstał, żeby rozprostować kości, przeciągając się przy biurku z papierosem między zębami. Zaciągnął się powoli w kompletnym milczeniu zanim nie ruszył w kierunku niskiej szafy, z której ściągnął gruby koc. Bez słowa rozłożył go, żeby okryć kobietę na fotelu. Nie pytał o pozwolenie. Opatulił ją razem z książką na jej kolanach. Bez gadania, bo następnym, co zrobił było otwarcie drzwi balkonowych i wyjście na nieduży balkonik stykający się z dachem.
To nie było zbyt luksusowe miejsce. Nie wybrał tego mieszkania z uwagi na komfort. Poza walającymi się książkami sprawiającymi wrażenie, jakby w kawalerce było dużo rzeczy, tak naprawdę nie miał zbyt wiele innych przedmiotów. To miało być tymczasowe lokum. Nie dbał o to, żeby było nowe i piękne. W efekcie miało niewygodne skosy, o które czasami zapominał się i walił głową. Było dosyć jasne, ale wyłącznie z uwagi na to, że znajdowało się na poddaszu w wysokiej kamienicy. Poza tym mogło sprawiać wrażenie ciemnego i zagraconego nie jego niedopasowanymi, starymi meblami. Sepia - to był kolor momentalnie przychodzący na język na myśl o kolorze i atmosferze lokum.
Wychodząc na balkon uświadomił sobie, że musiało być później niż przewidywał. Stary zegar na ścianie w mieszkaniu przestał działać kilka dni temu. Londyn spowijał mrok. Zimowe śnieżne chmury wisiały nisko nad budynkami. Po chodnikach niemalże nikt nie chodził. Stojąc tam w słabym świetle docierającym z mieszkania. Wysoko nad lampami ulicznymi, które dawały charakterystyczne pomarańczowe światło i nie docierały nawet do połowy pięter kamienicy. Z żarzącym się papierosem. Czuł się jak ostatni człowiek na świecie a jednocześnie przez cały czas czuł wzrok kobiety na plecach i jej obecność. Ta ostatnia wyryła się głęboko w jego nowej rzeczywistości. Czy tego chcieli czy nie.


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

- Jasne, rozumiem. - Powiedziała nadal spokojnym tonem. Skoro to było dla niego najważniejsze, nie zamierzała tego negować. Zrozumiałe, że chciał się pozbyć tego kłopotu jak najszybciej. Ją też to okropnie irytowało, chociaż próbowała podchodzić do tego lekko. Dało się z tym żyć, to nie było nic, aż tak naglącego, może trochę mieszało im w głowach, ale zawsze mogło być gorzej, czyż nie? Mogli ucierpieć fizycznie, zostać przykuci do łóżka, zapaść w śpiączkę, a jedynie mieszało im się w głowach, mogło się to skończyć zdecydowanie mniej przyjemnie.

Nie wierzyła jednak, że rozwiązanie spadnie im z nieba, to nie tak, że na to czekali, ale te pierwsze próby nie przyniosły żadnych efektów, co oznaczało, że błądzili, zaczęli szukać w złym miejscu, przecież powinni do tej pory znaleźć jakiekolwiek poszlaki, które pomogłyby im ustalić, co właściwie im dolega. Tak się nie stało. Czuła, że Ambroise jest naprawdę zdesperowany, że bardzo chciałby mieć to już za sobą. Może to i lepiej, przynajmniej nie będzie między nimi niedopowiedzeń, które zaczęły się pojawiać.

- Tak, tylko najpierw niszczy wszystko, co stanie mu na drodze, nie wiem, czy nowa, silniejsza roślinność jest tego warta. - Bała się tego, że ogień ją poparzy i zniszczy, że nic nie będzie w stanie narodzić się z popiołów. Najwyraźniej brakowało jej nadziei mężczyzny, który raczej widział w tym możliwość odrodzenia. Ona nie była co do tego taka pewna.

- Nie zgadzam się z tym, nie jesteś wcale prostym człowiekiem. - Gdyby takim był, to nie miałaby problemu z tym, żeby go rozgryźć, a takowe się pojawiały. Nie do końca potrafiła odczytywać jego intencje, przewidywać kolejne ruchy, nie miała pojęcia, co siedzi w jego głowie. Mógł o sobie mówić wiele, ale na pewno nie to, że był prostym człowiekiem, nie w oczach Geraldine. - Wszystko zależy od tego kto o nas mówi. - Chciała zwrócić jego uwagę na to, że i ona do nich należy. Do bogatej arystokracji, która lubiła zadzierać nosa, która zawsze dostawała to, na co miała ochotę. Może pasowała do nich raczej średnio, ale była wychowana w duchu wyższości takich jak oni nad innymi. Sami siebie traktowali jako wyjątkowych, przecież wiele razy była świadkiem różnych wysrywów na przyjęciach, zawsze ją strasznie bawiły. Nie komentowała tego nigdy, ale czystokrwiści wcale nie byli takim małym procentem czarodziejskiego świata, mnożyli się niczym chochliki kornwalijskie. Jasne, mugolacy nie patrzyli na nich przychylnie, często drwili z tego, że ich pozycję mogą zawdzięczać tylko i wyłącznie koneksjom, że sami nie mają nic do zaoferowania. Uważała, że to gówno prawda. Wiedziała, że tacy jak ona też muszą ciężko pracować nad tym, aby utrzymać się na piedestale, bo można z niego spaść w mgnieniu oka. Najważniejsze to mieć tego świadomość i działać.

Nie przejmowała się specjalnie tym, co aktualnie działo się w czarodziejskim świecie. Nie bała się, że ktoś będzie miał chęć wykurzyć ich ze stanowisk, jakie zajmowali. To wbrew pozorom wcale nie było takie proste zadanie, nie miała też jakiejś obsesji na punkcie czystości krwi. Było jej to wszystko obojętne. Inne rzeczy zdecydowanie wzbudzały w niej większe zainteresowanie. Miała w swoim gronie znajomych czarodziejów różnorakiego pochodzenia, co więcej nie zauważała między nimi żadnych różnic w tym, w jaki sposób obchodzili się z magią. Jasne, ci, którzy byli tutaj od zawsze mogli korzystać z łatwo dostępnej wiedzy, którą mogli czerpać od swoich rodzin, ale ci inni nie mieli problemu, aby im dorównywać. Najlepiej by było, aby nie wchodzili sobie w drogę i po prostu ze sobą koegzystowali. Oczywiście nie mogli zacząć lekceważyć arystokracji, bo przecież to oni kształtowali ten świat od pokoleń, to była by jawna pogarda dla tego, co udało im się osiągnąć.

Dostrzegła, że uniósł brew i czekał, aż się określi. Nie miała pojęcia, jak zareaguje na jej słowa, czy w ogóle miał chęć, żeby tutaj została. Postanowiła spróbować, chciała zobaczyć, czy spodoba mu się ten pomysł. Nie miała przecież nic ciekawszego do roboty, ostatnio skupiała całą swoją uwagę na jego osobie. - Nie odstąpisz mi łóżka, bo to ty wyglądasz na kogoś kto potrzebuje porządnie się wyspać, bez urazy oczywiście. - Nie chciała mu dokładać i sugerować, że wygląda chujowo, czy źle, jakoś tak samo wyszło. - Mogę spać tutaj. - Zerknęła na fotel, w którym się tak wygodnie ułożyła, nie widziała problemu by spędzić w nim całą noc. - albo faktycznie wrócę do domu, chociaż pytałeś co będę robić do białego rana, więc nie będziesz musiał mnie odprowadzać, skoro dzień już wstanie. - Nie chciała go fatygować, wydawał się potrzebować odpocząć, a odprowadzanie jej wiązało się z marnowaniem czasu, który mógłby wykorzystać na sen. Miała nadzieję, że nie będzie negował tego, co mówiła, bo zaraz się pewnie znowu zaczną przerzucać argumentami. Nadal nie do końca pozwalała mu decydować o wszystkim, nie byłaby sobą, gdyby nie dodawała do tego swoich wizji, czy pomysłów.

- Teraz trochę się boję przyjąć wyzwanie, z drugiej strony, im trudniej będzie je wykonać tym lepiej, zwycięstwo ma wtedy lepszy smak. - W przeciwieństwie do tego, co Ambroise mówił jej chwilę wcześniej ona naprawdę lubiła się przemęczyć. Sprawiało jej ogromną radość przyjmowanie wyzwań, których nie dało się na pierwszy rzut oka wykonać. Z każdym takim nie do końca prostym zadaniem, które udawało jej się pokonać czuła się coraz bardziej silniejsza.

Pokręciła przecząco głową, gdy wspomniał o właściwościach odżywczych ognistej. Zdecydowanie się z tym nie zgadzała, nie była, aż takim laikiem w tej dziedzinie. - Bujać to my Ambroise, ale nie nas. - Na pewno spodziewał się, że zwątpi w to, czym się odżywiał. Nawet ona wiedziała, że musi jeść, żeby mieć siłę. To nie tak, że gardziła alkoholem, nie ma się co oszukiwać, Yaxleyówna za kołnierz nie wylewała, ale pamiętała o tym, żeby od czas do czasu przyjąć coś w formie stałej.

Ulżyło jej, gdy nie zareagował na jej niefortunny dobór słów. Pewnie tego nie zauważył, może nawet nie słuchał jej do końca, skoro to zignorował, albo usłyszał i nie chciał o tym wspominać? Nie zamierzała tego roztrząsać, musiała bardziej się skupiać na tym, jakie słowa opuszczały jej usta. Nie chciała po raz kolejny powiedzieć zbyt dużo, lub w nieodpowiedni sposób. Nie zauważyła nawet, że się zmieszał, że sparzył sobie palce. W odpowiednim momencie odwróciła wzrok, dzięki temu była bezpieczniejsza. Nie musiała widzieć efektów, jakie przyniosły jej słowa. Grunt, że nie wykorzystał tego przeciwko niej, bo wiedziała, że byłby w stanie to zrobić, gdyby tylko chciał.

- Podaj mi proszę definicję normalności, tej twojej normalności. - Chciała wprowadzić do tej dyskusji nieco życia, pociągnąć go za język, może też poznać jeszcze bardziej, bo niby wiedzieli o sobie wiele, a jednak nie tak wiele. - To, czyli co konkretnie? - Nie do końca podobało jej się to, że krążyli wokół tematu i nie nazywali rzeczy po imieniu, może był to idealny moment na drobną konfrontację, może mogli wreszcie dość do tego, o co faktycznie im chodziło i czy w sumie było to to samo. Tak, jeszcze chwilę wcześniej wydawało jej się, że nie chce poruszać tego tematu, ale teraz zmieniła zdanie, zupełnym przypadkiem. Kobieta zmienną jest, czy coś.

Obserwowała go, kiedy rzucał książkami, nie sądziła, że żonglowanie nimi będzie mu wychodziło tak uroczo. Widać było rosnące z czasem spędzonym między księgami doświadczenie. Nie miała pojęcia ile ich przewertował przez te ostatnie dwa tygodnie, ale na pewno były to ogromne ilości, pewnie nie byłaby ich w stanie policzyć, podejrzewała, że sam Ambroise również.

Wbiła wzrok książkę, kiedy podniósł się z krzesła, nie czytała jej, ale nie chciała, żeby widział, że go obserwowała, tak było prościej, kiedy o tym nie wiedział, chociaż pewnie mógł się tego domyśleć, te spojrzenia były coraz bardziej nachalne. Usłyszała, że zbliża się w jej kierunku, a gdy poczuła ciepło koca, którym ją okrył uniosła jedynie głowę do góry, aby na niego spojrzeć. W jej oczach mógł zobaczyć ciepło, zareagowały odruchowo na ten miły gest.

Oddalił się od niej równie szybko, co się pojawił. Odprowadziła go w stronę balkonu, na którym postanowił zniknąć, widziała ze swojego miejsca jego sylwetkę, bo to mieszkanie nie należało do największych. Zimne, chociaż już nieco pachnące wiosną powietrze wdarło się do środka. Zachęcało do tego, aby poczuć je w pełni. Nie zastanawiała się ani sekundy, ześlizgnęła się z fotela jednym, zwinnym ruchem i opatulona w ten koc postanowiła do niego dołączyć. Ledwie kilka sekund później stała u jego boku, wpatrując się z nim w ulice, które znajdowały się tuż przed nimi. Nie mówiła nic, nie widziała sensu, aby przerywać tę krótką chwilę. Zresztą słowa czasem nie miały żadnego znaczenia.




RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

- Nasz świat płonął już wiele razy. Zapłonie znowu. Może nawet teraz gdzieś zaczyna się kolejny pożar większy od naszych małych tragedii - odpowiedziedział w zamyśleniu, obdarzając Yaxleya spojrzeniem, ale na nią nie patrząc. Patrzył przez nią na wylot. - Można się tego wypierać, próbować go gasić a można dać mu być w zgodzie z naturalną koleją rzeczy.
To brzmiało całkiem filozoficznie i głęboko. Ambroise nie spodziewał się, że będzie go stać na takie słowa. Tak właściwie to nawet nie pasowały do jego charakteru. To on pierwszy zazwyczaj rzucał się w wir wydarzeń, próbując zawrócić bieg rzeki przy pomocy łyżeczki do herbaty. To coś... ...ktoś inny przez niego przemawiał? Odtrącił tą myśl. Nie chciał tego analizować. Nie chciał nie poznawać siebie.
- Po prostu jeszcze mnie nie znasz - wciął jej się w słowo, robiąc to w tak przerysowany sposób jak się dało. - Nawet nie wiesz, jaki jest mój ulubiony kolor czy inne gówno - skwitował wzruszeniem ramion, ale nie czepiał się tego braku wiedzy.
Nie musieli wiedzieć o sobie wszystkiego. Cokolwiek ich łączyło, dopiero nawiązywali jakąś relację. Pokrętną i skomplikowaną, więc mogli sobie darować wyliczanie ulubionych kolorów, zwierząt czy podejścia do zupy pomidorowej z ryżem albo z makaronem. Poznawali ważniejsze fakty. Te, które się naprawdę liczą.
- Nie jesteś czystokrwistym dupkiem, Geraldine - zaprzeczył pobłażliwie, uśmiechając się pod nosem. - Jesteś za dobra i wyrozumiała, żeby tak naprawdę być czystokrwistym dupkiem - nie mógł jej zaliczyć do tego grona.
Najprawdopodobniej nie powinien mówić na głos tego, co o niej sądzi. To była zupełna nowość, bo jeszcze kilka tygodni temu zarzekałby się, że Yaxleyówna była złem wcielonym, rozpuszczoną księżniczką i kapryśną córeczką tatusia (ale wciąż nie dupkiem!) a teraz poprawiał ją, kiedy próbowała się wliczyć w niechlubne grono bogatych buców. Mimo to nie minął się z prawdą. Widział w niej tą inność kryjącą się pod pozorami i pod przykrywką twardej, niewzruszonej osoby.
Była troskliwa. Czasami na swój własny sposób. Pokrętnie, ale kto by nie był? Nie czuł się upoważniony, żeby oceniać jej umiejętności społeczne. Tym razem się nie czuł, bo przecież zazwyczaj nie miał z tym najmniejszych problemów. Kategoryzował ludzi bez wahania. Na jego nieszczęście, Geraldine coraz mniej umiał gdziekolwiek przypisać.
- To moja twarz. Stan permanentny - stwierdził z przekąsem, żeby trochę zbić ją z tropu. Zakładał, że tego się nie spodziewała. - Jeśli masz coś do mojej twarzy to powiedz mi to prosto w nią - wbrew pozorom brzmiał na rozbawionego a nawet trochę rozluźnionego ich rozmową.
Przynajmniej w tym momencie, bo jeszcze chwilę wcześniej czuł, że obawia się odpowiedzi. Gdyby chciała wyjść, nie mógłby zaoponować. Była wolnym człowiekiem należącym tylko do siebie. Ironiczne, bo jeszcze kilka miesięcy temu oburzał się na samą myśl, że mieliby ze sobą współpracować. Odtrącił dokładnie to, co teraz się działo, żeby niecały rok później obawiać się, że ich nowa naturalność zostanie cofnięta. To byłaby niezła kara za tamte zachowania. Musiałby ją uznać, nieważne z jaką goryczą.
- Wiele przykrych rzeczy dzieje się o świcie - odpowiedział bardzo poważnie.
Nie groził jej tylko ostrzegał. O brzasku bywało nawet bardziej niebezpiecznie niż pod osłoną nocy. Wtedy jedni jeszcze spali, drudzy zdążyli położyć się spać. Mało kto był aktywny, kiedy słońce dopiero się wznosiło, ale nie było jeszcze jasno. To sprawiało, że ci, którzy byli zazwyczaj byli niebezpieczni.
I tak by ją odprowadził. Czuł, że musiałby to zrobić. On też był za nią równie odpowiedzialny. Może dlatego łatwiej mu przyszło zaakceptować spotkania. Tym razem tkwili we wszystkim po równi. Tak mu się wydawało. Nie odczuwał przewagi albo niedowagi sił.
- Wobec tego zobaczmy, które z nas pierwsze wymięknie, pasuje? Wtedy bierze łóżko - zaproponował po chwili zastanowienia.
Oczywiście. Tylko dlatego, że nie przewidywał być tą osobą. Geraldine o tym nie wiedziała, ale na ten czas zaopatrzył się w cały zapas eliksirów. Może był uzdrowicielem i powinien się zachowywać odpowiedzialnie, ale wciąż wkraplał sobie co nieco do szklanki z ognistą, żeby przymaskować obrzydliwy smak z pomocą alkoholu. Swobodnie mógł nie spać jeszcze parę godzin.
- Czyżbyś szczególnie teraz szukała wyzwań? - Uniósł brew.
Odnosił wrażenie, że im gorzej im szło, tym bardziej ekscytujące to było dla Geraldine. Nawet tego wieczoru parokrotnie powtarzała mu o rzekomych korzyściach przechodzenia przez trudne wyzwania i szukania innych dróg niż najłatwiejsze. Zaczynał się zastanawiać czy nie była masochistką. Z drugiej strony, może to był jej sposób radzenia sobie z tym wszystkim? Kimże był, żeby ją strofować? Nawet nie przyjacielem. Kimś niekonkretnym, nie przyjacielem, ale nie nieznajomym ani już nie wrogiem. Ich relacji nie dało się łatwo nazwać.
- Zatem zapewniam cię, że rumuński z tych książek będzie ci smakować wręcz wyśmienicie. Ci autorzy to crème de la crème - kląsnął językiem o podniebienie, robiąc najbardziej francuski akcent, na jaki go było stać.
Może wyszłoby mu lepiej, gdyby miał coś wspólnego z rodzoną matką. W końcu siedziała gdzieś na południu Francji. Od lat. Praktycznie kilku dekad. Mógłby płynnie mówić w tym języku, gdyby nie to, że Philippa go nie chciała. Nawet nie mógł powiedzieć, że jest jej enfant terrible, bo w rzeczywistości był dla niej bardziej jak poubelle - odrzut, śmieć. Nie roztrząsał tego. Ta kobieta niemalże dla niego nie istniała. Tak samo jak nauka francuskiego, który miał raczej fatalny. Już starogrecki prawdopodobnie wyszedłby mu lepiej, szczególnie że nie było wielu, którzy zweryfikowaliby ewentualną poprawność językową.
No. Przynajmniej liczył na to, że Geraldine by tego nie zrobiła, bo najwidoczniej miała naturalną skłonność podważać wszystkie jego opinie. Tym razem już się nie powstrzymał. Wywrócił oczami i machnął ręka z politowaniem. No, złapała go na przeinaczaniu prawdy. No, co miałby powiedzieć?
Nadal zamierzał mieć swój chleb w płynie, skurwysynie.
Ponadto żywił przekonanie, że przyda im się w przyszłości wiele butelek skondensowanego chleba.
- Nie mam widmowych, fantomowych ran i nikt nie miesza mi w głowie, Geraldine, mam pewność, że wszystkie paskudne myśli, jakie myślę są wytworem mojego własnego obrzydliwego charakteru - zdefiniował z zadziwiającą łatwością.
Coś takiego nawet go bawiło. Gdyby nie okoliczności, pewnie chętniej bawiłby się w definiowanie różnych aspektów świata, ale w tym wypadku poprzestał na tym, czego chciała Yaxleyówna. Wyjaśnił jej, co było jego normalnością. Niestety, nie był w stanie tego zrobić z drugim pytaniem. Tu poczuł ścisk w gardle i nie umiał dłużej bawić się w żadne wymysły.
- Nie wiem - odburknął niemalże natychmiast, przyjmując niezamierzenie obronną pozycję na krześle.
Ze skrzyżowanymi ramionami i odwróconym wzrokiem. Mocniej pokręcił głową. Po cholerę mieli cokolwiek definiować? W tym nie było jasności koniecznej do utworzenia jakiejkolwiek definicji. Te granice były zamglone, jeśli nie zatarte. Czego od niego oczekiwała? Nie był otwartym człowiekiem. Mówił o sobie, że jest prostą osobą. W gruncie rzeczy się za taką miał. Natomiast tym razem znaleźli się w innych okolicznościach. Nie chciał, nie potrafił, nie zamierzał przyznać, że się w nich nie odnajdywał. Wręcz, że może z tego wszystkiego to właśnie odnalezienia się w nich tak bardzo się obawiał. To znaczyłoby, że ich nowy stan jest trwały. Gdyby to wszystko wypowiedzieli, byliby na prostej drodze do akceptacji. Nie chciał akceptować czegoś, co mogło nie być jego.
Miał mętlik w głowie. Z czasem coraz trudniej było mu odgrodzić nieznane uczucia od tych, które były dla niego normalne. Im więcej czasu ze sobą spędzali tym bardziej czuł się splątany. Trudno mu było powiedzieć, co należało do niego a co było wytworem umysłu. Klątwy? Czasami zawieszał się i robił coś nieświadomie. Miewał momenty, kiedy coś przez niego przemawiało. Może nie tak jak wtedy na galerii w opuszczonym pałacu. Nie tracił świadomości i nie budził się w innym miejscu. Pamiętał wszystkie chwile i to, co robił. Natomiast niektóre odruchy, szczególnie te w stosunku do kobiety były jakby nie do końca jego własne. Niektóre reakcje nie działy się u niego nigdy wcześniej ani przy nikim wcześniej.
Nie chciał, żeby zmarzła w mroźnym podmuchu. Na zewnątrz dało się wyczuć wiosnę, ale wciąż było zimno. Potrzebował tego orzeźwienia, żeby trochę otrzeźwieć. Czuł się wyczerpany ślęczeniem nad książkami. W mieszkaniu cały czas pachniało starymi stronnicami, nieważne ile by tam wypalił. Potrzebował mrozu na twarzy i cichego szumu miasta. Świateł rozmazujących się przed oczami. Migających kolorów. Mugolskich samolotów odległych na niebie. Czasami zastanawiał się, dokąd lecieli i czemu tyle im zajęło rozpowszechnianie tego transportu. Na niebie wszystko było łatwiejsze.
Bezwiednie przesunął się na ciasnym balkonie. Nie czuł dłużej wzroku Geraldine na swoich plecach, więc zrobił jej miejsce obok siebie. Z początku próbował nie stykać się z nią ramionami, ale to było niemożliwe. Odpuścił.
Wcisnął zapalony papieros między zęby i jedną ręką wyciągnął papierośnicę w kierunku kobiety w milczeniu oferując jej go. Drugą rękę odruchowo przesunął tak, żeby przytrzymać koc, którym była otulona. Nie objął jej. To byłoby zbyt wiele, ale samymi czubkami palców dotknął materiału na jej ramionach.


RE: [03.1966] Little Dark Age || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

- Tyko, czy faktycznie zgadzanie się na to jest zgodne z naszą naturą? - Z jej raczej nie było. Należała do osób, które walczyły z czym tylko się dało, czasem tyko po to, żeby walczyć, żeby poczuć cokolwiek. Taki już miała styl życia, lubiła znajdować się w niebezpieczeństwie. Nie przepadała za akceptowaniem prostych rozwiązań, gdyby mogła pewnie sama weszłaby w ten ogień i pozwoliła się spalić, aby tylko poczuć, jak to jest spłonąć. Nie była to szczególnie przyjemna wizja, no ale tak już miała.

Nie przywykła do takich filozoficznych rozmów, to nie było w jej stylu, próbowała się w tym odnaleźć, ale czuła, że trochę błądzi, nie do końca odnajdywała sens w tym, co on mówił i co ona myślała. Miała nadzieję, że nie wytknie jej tego.

- Naprawdę uważasz, że takie pierdoły mówią najwięcej o człowieku? - Jasne, nie miała pojęcia, jaki był jego ulubiony kolor, nie wiedziała nawet kiedy miał urodziny, nie posiadała takich informacji, ale to nie one były dla niej najważniejsze. Na swój sposób udało jej się go poznać, a przynajmniej takie miała wrażenie. Nie sądziła zresztą, żeby on przykładał wagę do takich drobnostek, może się myliła? Może faktycznie znała go słabo, tak jak jej sugerował. Trochę jej się nie podobało, że mogłoby faktycznie tak być, bo nie chciała, żeby uważał ją za obcą, chciała wiedzieć o nim wszystko. Wiedziała jednak, że do tego jeszcze długa droga, przecież dopiero poznawali się po raz trzeci, w zupełnie innych rolach, w nowej sytuacji.

- Pff, jeśli tylko chcę potrafię być prawdziwym dupkiem, takim, że inni nie są w stanie mi podskoczyć. - Potrafiła przybierać taką rolę, szczególnie, gdy ktoś nadepnął jej na odcisk. Umiała uprzykrzać innym życie, nigdy jednak nie robiła tego dla czystej przyjemności. Ktoś musiał ją sprowokować, aby pokazywała tę stronę siebie, tak naprawdę była wrażliwa i całkiem przystępna, jeśli dostawała ku temu szansę. Nie jej wina, że najczęściej na jej drodze pojawiali się ci, którzy lubili zadzierać nosa, również nie jej winą było to, że przyjemność sprawiało jej ścieranie im tych głupich uśmiechów z twarzy.

Starała się nie pokazywać swoich słabości i tego, co kryło się pod tymi pozorami nikomu, kto na to nie zasługiwał, bo wiedziała, że przez to bardzo łatwo było ją zranić. Przywiązywała się do ludzi, chociaż wolałaby tego nie robić, bo to nie ułatwiało egzystencji na tym świecie.

Przewróciła oczami, kiedy usłyszała kolejny, jakże wspaniały argument, jakim postanowił ją uraczyć. Naprawdę spodziewał się, że to wystarczy? - Nie mam nic do twojej twarzy, przynajmniej zazwyczaj, dzisiaj tylko trochę mi się nie podoba. - Nie, żeby miała coś złego na myśli, po prostu się o niego martwiła, szkoda, że nie chciał tego zrozumieć, tylko znowu postanowił potraktować to tak lekko. Naprawdę zależało jej na tym, żeby zaczął o siebie dbać, tylko tyle.

- Wiesz, że jestem dużą dziewczynką i potrafię o siebie zadbać, prawda? - Lubiła to podkreślać, nie było wiele rzeczy, których się bała, a już na pewno nie należał do niej samotny powrót nad ranem do domu. Robiła to wiele razy, czasem naprawdę mocno pijana i nigdy nie przydarzyło jej się nic złego. Nie sądziła, że tym razem mogłoby być inaczej. Była naprawdę pewna tego, że nic by się jej nie stało. Kolejną rzeczą, której była pewna było to, że wiedziała, że jeśli Ambroise by się uparł, to nie byłaby w stanie mu wyperswadować tego pomysłu z głowy, więc zapewne i tak by ją odprowadził, nie chciała jednak, aby czuł się zobowiązany, czy coś. Nie znosiła myśli, że ktoś czuje się za nią odpowiedzialny, chociaż przecież sama robiła to samo w stosunku do niego.

- To całkiem uczciwy układ. - Gdyby tylko wiedziała, że na starcie miał nad nią przewagę, to pewnie nigdy by go nie zaakceptowała. Niestety nie miała pojęcia o tym, że dolewał sobie do alkoholu eliksirów, nie była jasnowidzką, a szkoda, mogłaby mu wtedy wytknąć, że jest oszustem. W tym wypadku jednak zaakceptowała tę propozycję. Naiwna Geraldine, nie przewidziała, że może przegrać to z kretesem.

- Teraz? Coś ty, ja zawsze szukam wyzwań, taka już moja natura. - Oczywiście, kiedy paliła się jej dupa, coraz więcej gówna działo się w jej życiu to robiła to jeszcze z większą intensywnością. Wtedy najchętniej łapała się wszystkiego, czego tylko mogła, aby zająć czymś swój umysł i ciało. Potrzebowała tego, aby zbyt wiele nie myśleć, to oczyszczało jej umysł. Uwielbiała wyzwania w każdej postaci.

- To się dopiero okaże, trochę wstyd będzie, jak wymięknę na samym początku. - Wiedziała, że jeśli sobie coś założy to raczej mało prawdopodobnie będzie to, że odpuści. Nigdy jednak nie przykładała się do języków, z angielskim radziła sobie dobrze, ale to przez lata nauki w Hogwarcie, udało jej się nawet zgubić walijski akcent, pojawiał się wyłącznie wtedy, kiedy była naprawdę wkurwiona i zaczynała mówić bardzo szybko.

Nigdy nie przykładała wagi do nauki innych języków, nie wydawało jej się to potrzebne, szczególnie, że nie miała jednego kraju do którego najczęściej podróżowała, raczej plątała się po całym świecie, nie potrafiła nawet stwierdzić, który z języków mógłby się jej najbardziej przydać, dlatego cóż - nie wybrała żadnego. Idealne rozwiązanie.

Westchnęła ciężko. Czuła rozgoryczenie w tym co mówił. Tak, coś mieszało im w głowach, tak to nie było normalne, ale dobrze było znaleźć chociaż odrobinę normalności w tym wszystkim, żeby do reszty nie zwariować i nie skupiać się tylko i wyłącznie na tym szaleństwie. - Nie masz obrzydliwego charakteru. - Znowu postanowiła negować to co mówił. Nie rozumiała zresztą dlaczego tak o sobie mówi, na tyle na ile zdążyła go poznać, to raczej trudno jej się było doszukać w nim czegoś obrzydliwego. Wręcz przeciwnie, szczególnie ostatnio zauważała jego wiele zalet, mogłaby mu je tu nawet zacząć recytować, chociaż trochę przerażało ją to, że zaczęła w nim widzieć tyle dobrych stron. Nie mogła się oszukiwać, patrzyła na niego od tej wizyty w dworku zupełnie inaczej.

- Mhm. - Nie wiedział, to dobrze, było to nawet pocieszające, bo ona też nie wiedziała. Nie lubiła być jedyną osobą, która nie dostrzegała oczywistych rzeczy. W tym wypadku jednak najwyraźniej oboje nico się gubili w tym co się działo. Tracili kontrolę, ale byli w tym razem, nie zostali skazani na babranie się w tym gównie w samotności. Cieszyła się zresztą, że tym razem postanowili współpracować, nie miała pojęcia, czy dałaby radę przetrawić to sama.

Sytuacja była mocno skomplikowana, bo nie mieli świadomości, co w tym wszystkim było prawdziwe, sama gubiła się w swoich myślach, łapała na czymś, czego nigdy by nie powiedziała, czy zrobiła. Jakoś to akceptowała, wiedziała, że nie da rady z tym walczyć, czy to było odpowiednie podejście, pewnie nie. Proste, to na pewno, ale czy faktycznie miało sens? Najmniejszego, powinna z tym walczyć z całych sił, nie dać sobie mieszać w głowie, najwyraźniej jednak nie była zbyt silna.

Mroźne powietrze było naprawdę przyjemne, przynosiło spokój, którego teraz potrzebowała. Balkon może nie należał do największych, jednak jakoś udało im się zmieścić na nim we dwójkę. Nie było jej zimno, bo koc skutecznie ogrzewał jej ciało. Kiedy znajdowała się tak blisko niego miała ochotę oprzeć swoją głowę na jego ramieniu, aby jeszcze bardziej zbliżyć się do mężczyzny, nie zrobiła tego jednak, bała się, że zaczną się za bardzo spoufalać, to nie tak, że tego nie chciała, obawiała się jednak, że mogło to by im tylko jeszcze bardziej namieszać w głowach, a i tak już byli mocno niestabilni.

Poczęstowała się fajką, chociaż przecież przed chwilą skończyła palić swoją. Nie przeszkadzało jej to jednak w tym, aby od razu sięgnąć po następną. Wsadziła ją sobie w usta, pomógł jej z kocem, przytrzymał go, aby się z niej nie zsunął kiedy wyciągała dłoń po papierosa. Nie miała przy sobie zapalniczki, wybrała więc najprostszą opcję do odpalenia swojej fajki. Zbliżyła swoją twarz do jego, przytrzymała przy tym dwoma palcami fajkę którą miała w ustach, żeby przypadkiem jej nie wypadła i skorzystała z żaru, którym tlił się jego papieros. Zaciągnęła się przy tym głęboko dymem, żeby to faktycznie doszło do skutku. Plan się powiódł, mogła więc truć się razem z nim w całkiem urokliwej atmosferze.