Secrets of London
[12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Ulica Pokątna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=19)
+--- Wątek: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise (/showthread.php?tid=3961)

Strony: 1 2 3 4 5


[12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Roselyn Greengrass - 25.09.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I
[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/30/77/22/307722b46451f2828d37ac68df46042f.jpg[/inny avek]
12 lipca 1972
Kawiarnia na Pokątnej

Monster
How should I feel?
Creatures lie here
Looking through the windows

Kawiarnia na Pokątnej, którą wybrała Roselyn, nie była specjalnie duża i wykwintna - jej poziom jednak był więcej niż akceptowalny. Niewielka główna izba zdolna była pomieścić siedem stolików, które obecnie stały puste: wszystko za sprawą pogody i ulokowanych na zewnątrz miejsc, które to były dużo chętniej zajmowane przez ludzi. Wnętrze było jednak przytulne, wypełnione roślinami i świeżym powietrzem o delikatnym, ziemistym zapachu, który przetykała woń świeżo palonej kawy. Kawiarnia, bo przecież nią była, serwowała różne wariacje tegoż napoju, skupiając się głównie na nim. W menu można było oczywiście znaleźć kilka herbat, wodę i soki, ale to właśnie kawa wiodła tu prym. Nie ciasta, które można było dokupić (aż cztery rodzaje!), nie inne rzeczy, a właśnie kawa. Na modłę niemalże włoską serwowała przeróżne odmiany, idąc jednak nieco bardziej w amerykańskim, bardziej komercyjnym kierunku. Na półce za ladą znajdowało się bowiem dużo syropów w różnych smakach, których kolorowe butelki przyciągały wzrok.

Roselyn nie bez powodu wybrała właśnie to miejsce. Było w porządku, serwowało dobrą kawę (mocną i słabszą, czarną i białą, smakową z bitą śmietaną i bez niczego - dla każdego coś miłego) i raczej ludzie woleli siedzieć na zewnątrz i palić papierosy, racząc się tym napojem, niż przesiadywać w środku. Zapewniała więc jako taką prywatność, a jednocześnie nikt tu nie mógł liczyć na odosobnienie, a właśnie tego potrzebowała ona sama: ludzi. Ludzi wokół, którzy jeszcze nie słyszeli o tym, co się zdarzyło 10 lipca. Ludzi, którzy nie będą szeptać za jej plecami, zerkając na dłoń, czy aby na pewno nie ma na niej pierścionka zaręczynowego.

Ach, ten cholerny pierścionek! Roselyn zacisnęła dłonie w pięści, stając niedaleko kawiarenki. Dopalała właśnie papierosa, nie chcąc wchodzić z nim tak po prostu do środka. Stała też w miarę daleko od stolików, by nie dmuchać na innych: nie każdemu przecież ten zapach mógł odpowiadać. Bo dzisiaj wybrała zwykłe papierosy, te ciężkie i śmierdzące, chociaż cienkie i zalatujące miętową wonią. Brunetka zerknęła na zegarek, upewniając się, że była przed czasem, a potem skorzystała z popielniczki niedaleko. Raz-dwa i już była w środku, zerkając czy Ambroise tam był. Jeżeli nie, a spodziewała się że nie, bo przecież był niezwykle zajętym facetem i miał bardzo poważną, wymagającą pracę, to po prostu zajęła stolik gdzieś tam w głębi. I czekała, nerwowo bawiąc się łańcuszkiem, zawieszonym na szyi.


RE: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 25.09.2024

Ambroise nie lubił się spóźniać. Cenił sobie swój czas, toteż zawsze starał się przychodzić o wskazanej godzinie. Szczególnie wtedy, kiedy działo się coś tak istotnego jak to, co już zadrżało jego nerwami w posadach. Jednocześnie rzadko kiedy udawało mu się być przed czasem i tego dnia również tak nie było. Taki moment miał kiedyś nadejść. Roselyn miała zaskoczyć się jego widokiem przy stoliku. Rozkraczonym, rozłożonym ze swoją dawno zamówioną herbatą i ciastem, bacznie obserwującym nadchodzących klientów. Ale to nie był Ten Dzień.
Tego dnia wszystko składało się tak, że niemal wszędzie przybywał dokładnie w punkt. Nie był spóźniony, ale nie miał nawet minuty, żeby złapać oddech zanim wda się w rozmowę. Tym razem było nie inaczej. Do kawiarni wszedł energicznym, zdecydowanym krokiem. Trochę zbyt niepokojąco żwawym jak na niego i jego dolegliwości. Co oznaczało mniej więcej jedno: może miał neutralny wyraz twarzy, ale w głębi duszy był zły.
Do pewnych przypadków nie dało się podchodzić ze spokojem. Choć nigdy nie brał podobnego scenariusza pod uwagę, właśnie ten był jednym z takich. Mógł go swobodnie dopisać do listy rzeczy, które wpierw wywoływały u niego niedowierzanie i konsternację. Po otrzymaniu pierwszego listu przez dłuższy czas tępo wpatrywał się w literki na papierze. Kiedy podstawowe informacje zaczęły do niego docierać wciąż miał nadzieję, że coś niewłaściwie interpretuje. Wysłał odpowiedź, w której nawet nie próbował się patyczkować, ale był skłonny przeprosić siostrę za to, że zaczęło go ponosić.
Przynajmniej do czasu drugiej wiadomości a potem jeszcze następnej. Nawet nie za bardzo odnotował moment, w którym nasmarował wiadomość do Borgina. Wstrzymał się jedynie z wysłaniem chłopakowi kolejnej sowy, która najpewniej byłaby już wyjcem. Usiłował zrobić to dla Rosie i zaczekać na to, co mu miała do powiedzenia.
Niełatwo było słychać plotek w szpitalu, kiedy te już się rozeszły i nie wiedzieć, co powinien na nie mówić. Całe szczęście nigdy nie był uważany za szpitalnego plotkarza a jego pochmurna mina prawdopodobnie powstrzymywała ludzi przed próbami kontaktu tudzież nawiązania pogawędki i złożenia gratulacji, które miałby przekazać siostrze.
Natomiast jeśli o to chodziło, kiedy dostrzegł ją przy jednym ze stolików i ruszył w jej stronę, doskonale wiedział, jakie będą jego pierwsze słowa.
- Gratulacje, Roselyn. Kiedy ślub? Kiedy dzieci? - Spytał wsuwając się na krzesło przy stoliku; niby uprzejmie, jednak twardo i z gryzącym przekąsem, nie dając jej wejść mu w słowo. - Borgin pofatygował się z pierścionkiem? Zasłużyłaś na coś wyjątkowego. Mógł do mnie wpaść, dałbym mu coś odpowiedniego - dopiero teraz uraczył ją spojrzeniem.
Tak. Pił do tego, że Borgin nie był tak zwaną dobrą partią ani w żadnym stopniu człowiekiem, z którym Ambroise widziałby swoje oczko w głowie. Ponadto również do tego, że gdzieś tam w odmętach jakiejś szafy czy szuflady miał coś, czego mógłby pożądać kandydat do zaręczyn. Dla niego to były stare czasy sprzed lat, kiedy faktycznie planował się oświadczyć, ale szybko zweryfikował te plany i wrócił do hulaszczego trybu życia, zmieniając kobiety niczym rękawiczki. Czemu więc nie miałby usłużnie oddać przysługi przyszłemu szwagrowi?
O tak. Był zły. Wyraz twarzy o tym nie świadczył, ale układ ust krył wściekłość a zielone oczy ciskały gromy. Oczekiwał rozjaśnienia tego, co się odstawiało. To nie było ani trochę normalne.


RE: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Roselyn Greengrass - 25.09.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/30/77/22/307722b46451f2828d37ac68df46042f.jpg[/inny avek]

strike one Ten żwawy krok nie pasował do jej brata. Zbyt energiczny, zbyt żywiołowy - był pozbawiony życiowej zblazowatości, którą prezentował Ambroise całym swoim jestestwem. To ten typ zblazowania, w którym ruchy stają się płynne i leniwe, kocie wręcz, jakby ćwiczono je od wieków. Jednocześnie zawsze są miękkie i zdradzają gibkość ciała oraz sprawność mięśni, gdyby przyszło im nagle się spiąć do skoku. Teraz jednak przez Greengrassa przemawiała sztywna żwawość chodu. Niedobrze.

strike two Mina. Neutralna, a przecież zawsze cieszyli się na swój widok. Teraz jednak on był neutralny i chłodny na pierwszy rzut oka, a ona zdenerwowana, strzelająca oczami na prawo i lewo, jakby bała się spojrzeć w jego orzechowe tęczówki. Czy te oczy, które patrzyły na nią z braterską miłością, zmiażdżyłyby jej niebieskie, pełne strachu spojrzenie? Przecież powinna być pewna, tak mu pisała w liście: że to załatwi. Co prawda nie miała absolutnie żadnego planu, ale zwykła udawać że było inaczej nawet jeśli znajdowała się głęboko w czarnej dupie. Teraz jednak z jakiegoś powodu unikała spojrzenia brata nawet w chwili, gdy ten podszedł do stolika, przy którym siedziała.

strike three Nie wstała, by go uściskać. Miast tego uśmiechnęła się nieco nerwowo, a uśmiech ten zbladł natychmiast, gdy Ambroise otworzył swoje usta.

Strike

Na początku była niepewna. Ubrana w zwykłe dżinsy i koszulkę z falbaną wokół dekoltu w kolorze głębokiej czerni zdawała się być raczej żałobniczką niż osobą, która świętuje narzeczeństwo. Ciemnobrązowe włosy rozsypane były miękko wokół jej twarzy i spływały na ramiona, tak by Rose w każdej chwili mogła ukryć za nimi bladą twarz. Na stoliku leżały ciemne okulary, chociaż to było nic nowego dla niej i jej jasnych tęczówek: przypominały niebo, lecz słońce które wędrowało po tymże niebie raniło je niemiłosiernie.
- Skończyłeś już? - wycedziła, zaciskając zaraz po tych słowach usta w wąską, ciasną kreskę. Jej jaśniutkie i pogodne oczy kryły teraz kłębiące się w tym chudym, drobnym ciele emocje. A było ich naprawdę, naprawdę dużo. Wstyd, żal, rozbawienie, gniew. Ale gniew przede wszystkim. Nie spodziewała się słownego ciosu od brata, przynajmniej nie już na wstępie. Oczywiście, że się dowiedział, byłby idiotą gdyby nie słuchał plotek po tym, co mu napisała. Zrobiła to przecież celowo: by nie wierzył w to, co ludzie mówią, bo i do jej uszu kilka z tych skrawków nieprawdziwych informacji dotarło. Zależało jej po prostu na tym, by Ambroise zderzył się z tym wszystkim - w jej wyobrażeniu miała być filtrem, który przekaże to, co prawdziwe i słuszne. Jedyną i prawdziwą: jej wersję. - Czy może mam wstać i wyjść, skoro nie można z tobą normalnie porozmawiać, Ambroise?
Ton jej głosu przypominał teraz lód. Jeszcze chwilę temu była nieco przygarbiona, niepewna siebie i otaczającej jej rzeczywistości. Jednak z chwilą, gdy słowa opuściły krtań brata, ona się wyprostowała i dumnie uniosła podbródek, jakby podejmowała to wyzwanie. Jakby potrzebowała tego słownego plaskacza, by się obudzić z letargu.
- Przez pierścionek znaleźliśmy się oboje w tym dziwnym położeniu - oznajmiła sucho, nie zaszczycając spojrzeniem kelnerki, która podeszła cicho do stolika. Spojrzała na tę niecodzienną, podobną do siebie piękną parę. Nie zadała pytania, wyczuwając grobową atmosferę. - Białą kawę poproszę.


RE: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.09.2024

Nie szykował się na wojnę, kiedy tu do niej przychodził. Mimo to zachowywał się, jakby mógł kogoś odstrzelić jednym szybkim ruchem różdżki. Bezmyślne trzask! puff! i kontynuowałby drogę do stolika. Tym bardziej z satysfakcją im podobniejszy do konkretnego człowieka byłby ten nieszczęśnik. Aczkolwiek jemu najchętniej porachowałby kości.
Co do siostry? Z siostrą rozgrywał mentalny mecz, w którym najpewniej nie mieli wyłonić zwycięzcy, ale to było nieistotne. Mogła wyglądać na nieprzygotowaną, ale znał ją. Wiedział, że w ich konfrontacji mogła mieć równie krótki lont. Nie raz i nie dwa był dumny z tego jak sobie radziła. Teraz odczuwał gniew.
- Mniej więcej - skwitował po nieznacznym, trwającym niespełna może sekundę zastanowieniu.
Nie uśmiechnął się. Mrużył oczy. Tak właściwie to nawet na nią nie patrzył. Skupiał wzrok na okularach przeciwsłonecznych leżących na stole i swoim własnym odbiciu w szkłach. Starał się nie zionąć ani ogniem, ani chłodem. W gruncie rzeczy przyszedł tu dla Rosie. Nie po to, aby wylewać na nią swą gorycz tylko, żeby wysłuchać tego, co miała do powiedzenia.
Naprawdę chciał ją chronić. Próbował być łącznikiem między nią a ojcem czy jej matką. Skoro obawiała się wrócić jak gdyby nigdy nic do domu, czuł się w obowiązku stanowić barierę między nią a Starszymi. Jeśli ktoś miał już strzelać to w niego - w posłańca. To było nie do podważenia. Taki był naturalny stan rzeczy. Ambroise tego nie kwestionował ani nie analizował. W tej roli po prostu się odnajdywał, jakby był z nią już urodzony. Poniekąd nie było to kłamstwem. Różnica wieku wyłącznie to ugruntowywała.
- Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz, Roselyn - starał się zapanować nad warkotliwym tonem, ale twarde Roselyn świadczyło samo za siebie. Praktycznie nigdy nie używał jej pełnego imienia w ten sposób, to było raczej zarezerwowane dla Staruszka i to w fatalnym humorze. Ewentualnie dla jej Starszej.
Ambroise nie próbował przyjąć roli żadnego z rodziców ani tym bardziej nie planował dalej na nią najeżdżać. Przynajmniej nie tak od razu. Wcześniejszy wyrzut na parę chwil dał ujście jego irytacji. Bądź co bądź wcale nie chciał kończyć ich rozmowy w ten sposób. Jedynie nie umiał się zachować. To było coś, do czego się przed sobą przyznawał. Przed Roo nie zamierzał. Nie było mu w smak przepraszać. Przynajmniej jeszcze nie teraz.
Na jej kolejne słowa niemal parsknął rozgoryczonym śmiechem. Nie ma co. Wszystko właśnie się wyjaśniło. Zaczęło się od pierścionka. No, kurwa wyjątkowe zrządzenie losu.
- Zaręczyny na ogół zaczynają się od pierścionka - stwierdził sucho, jakby dodawał coś w rodzaju: powiedz mi mniej oczywistą oczywistość, jeśli chcesz mieć moją uwagę.
Oczywiście i tak ją miała. Nie zapominał celu ich spotkania, które gładko przechodziło od konfrontacji do rozmowy i z powrotem w konfrontację. Dla kogoś z zewnątrz musieli brzmieć i wyglądać naprawdę nieprzystępnie. Obsługująca ich kelnerka była dowodem na to, że nie emanowali rozluźnieniem. Kobieta nie była w oku cyklonu, ale wyraźnie chciała jak najszybciej umknąć od stolika.
- Irish coffee - Ambroise również nie zaszczycił jej spojrzeniem.
Gładko zapomniał o uprzejmości takiej jak proszę. Ponadto nie cackał się tak bardzo z zamówieniem. Był po dyżurze. Nie planował pracować, więc kawa po irlandzku była słusznym wyborem. Oparł się łokciami o stół, wbijając surowe spojrzenie w Rose. Oczekiwał jakiejś kontynuacji, jakakolwiek by nie była. Czuł, że dopiero zaczynali lot bez trzymanki.


RE: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Roselyn Greengrass - 26.09.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/30/77/22/307722b46451f2828d37ac68df46042f.jpg[/inny avek]

Rose zmrużyła oczy. Nie wiem czego ode mnie oczekujesz, Roselyn odbijało się echem w jej głowie. Praktycznie nigdy nie używał jej pełnego imienia, tak samo jak ona nie używała jego pełnego imienia. Teraz jednak atmosfera pomiędzy nimi gęstniała, a ona nie wiedziała jak sprawić, by się przerzedziła. Przecież nie przyzna mu się do popełnienia błędu - to nie było w jej stylu. Ona NIE popełniała błędów. Co najwyżej zaliczała drobne potknięcia na linii życia. Nawet jeżeli ta linia była prosta jak drut.
- Tak... To właśnie przez ten pierścionek jestem teraz w takiej a nie innej sytuacji - mruknęła, ściągając brwi w wyrazie gniewu. Jej dłonie spoczywały na udach, pod stolikiem, więc brat nie mógł dostrzec, że w tej chwili Roselyn zaciska je mocno na materiale spodni. Tak mocno, że aż jej kostki pobielały. Jeszcze chwila a zacznie skubać skórki wokół paznokci, a przecież od lat nie myślała nawet nad tym, by wrócić do tego nieeleganckiego nawyku. - Znalazłam pierścionek w łazience. Był ładny, ale za duży. No i kompletnie nie w moim guście, więc postanowiłam go zwrócić właścicielce. W drzwiach, gdy wchodziłam do łazienki, minęłam się z pewną kobietą więc założyłam, że to jej. Wiesz, zdjęła go do mycia rąk.
Zaczęła w końcu, wbijając bezlitosne, zimne spojrzenie w brata. Kłamała: łgała jak z nut. Prawda była taka, że nałożyła pierścionek na palec, bo postanowiła go ukraść. To była jej pięta achillesowa - była małą sroką i gdy widziała cokolwiek, co uznawała za warte jej uwagi, robiła wszystko by to zdobyć. Tak było i tym razem. Powinna była go schować do torebki, ale była nieuważna, zapomniała się. No i... Wszystko szlag trafił.
- Gdy wychodziłam, wpadłam na Anthony'ego. Pierścionek wypadł mi z rąk, a on uklęknął i po niego sięgnął. Ktoś zaczął bić brawo, a ja... Wypiłam trochę za dużo. To było przyjęcie zaręczynowe, Roise, wszyscy utworzyli wokół nas kółko a ten idiota zapytał się, czy za niego wyjdę. Zaczynałam się dusić i chciałam, by to wszystko się skończyło. Nie chciałam nic powiedzieć, ale samo mi się wyrwało - dodała już ciszej, spuszczając w końcu wzrok. Jej postawa ciała była cała napięta, lekko drżały jej ramiona. Cholera, mogła go wyśmiać - wtedy to Borgin by oberwał, nie ona. Ona by zyskała jakiś głupi przydomek i wszyscy by się od niej odjebali. A tak...? - Musiałam za dużo wypić. Albo czegoś dolali do alkoholu.
Dodała jeszcze ciszej, skubiąc rękaw cienkiego swetra. Było jeszcze kilka rewelacji, ale na razie postanowiła zaczekać na kawę. I dać bratu czas na przetrawienie tych informacji.


RE: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.09.2024

Tym razem już jej nie przerywał. Nie był przystępny. Nie wyciągnął ręki, żeby ją pocieszyć. Nie poklepał siostry po ramieniu ani nie obdarzył jej uśmiechem, który rozluźniłby napiętą atmosferę. Ambroise w tym momencie w dupie miał to, że zachowuje się jak ostatni dupek. Potrzebował usłyszeć od niej historię, więc siedział i słuchał. Z uniesionymi brwiami I szczękościskiem, ale bez swoich uwag.
Roo się wpierdoliła, ale była dorosłą dziewczynką. Kobietą. Oczekiwał od niej konkretów. Tylko tak mógł spróbować ją zrozumieć. Nigdy nie obiecywał, że podejdzie do tego luźno i przyjemnie.
- Jak zamierzasz to rozwiązać? - Spytał twardo, ciężko i biorąc głęboki wdech.
Nie zauważył, kiedy podano im zamówione napoje. Nie zaczął także obiecywać, że zaraz wpadną razem na najlepsze możliwe rozwiązanie. Miał być przy niej. Wiedziała to, ale potrzebował usłyszeć z jej ust to, w jaki sposób ona planowała to rozwiązać. Bowiem on widział kilka możliwości. Nie podobało mu się, że drżała w jego obecności, była nerwowa ani czuła potrzebę bronienia się przed atakiem. Jasne. Sam to wywołał, ale miał ku temu swoje powody. Musiał dać jej odczuć powagę sytuacji. Próbował być w tym stanowczy.
- Wiesz, że to poważne oskarżenia - uprzedził ją zaciskając wargi w wąską kreskę. - Jeśli czujesz, że to mógł nie być wyłącznie alkohol to należy to sprawdzić - co prawda jeszcze nie wiedział, w jaki sposób, ale jako uzdrowiciel z konkretnego oddziału brał takie sprawy na poważnie.
Poza tym to nie był byle podtruty pacjent. To była jego siostra, której słów uważnie słuchał i brał pod uwagę wszystko, co mu mówiła. Miał ugruntowany stosunek do pojęcia rodziny. Wszystkich, których do niej zaliczał był w stanie osłaniać własną piersią, nawet jeśli niebezpieczeństwo było wynikiem ich durnego postępowania. To działało szczególnie w przypadku Rosie. Niemal nikogo innego nie obdarzał tak wyraźną troską, choć nie miał w zwyczaju o tym mówić.
To dlatego był na nią zły. Nie przez to, że go zawiodła. Nie przez to, że zrobiła coś tak absurdalnego. Nawet nie przez to, że obawiała się z nim rozmawiać i próbowała go ugłaskać listownie zanim się spotkają (swoją drogą całkiem słusznie). Najbardziej drażniło go to, że zadawała się z ludźmi, których uważał w najlepszym przypadku za złe towarzystwo.
Tak. Był hipokrytą. Sam robił dużo gorsze rzeczy w gronie dużo gorszych ludzi. Leczył mendy społeczne. Pomagał bandytom. Kupował rośliny na czarnym rynku. Prowadził nielegalne interesy i hodowle. Poznał kręte ścieżki Nokturnu i podziemi. Merlin był mu świadkiem, że kogoś zabił. Z litości, żeby przynieść umierającemu ulgę, ale tak - był mordercą. Jednokrotnym, choć liczne burdy kilka razy uczyniły z niego kandydata do wbicia kolejnego poziomu. Miał swoje sekrety i tajemnice, którymi nie dzielił się nawet z kimś, kto był dla niego najważniejszy.
W tym momencie nie miał nikogo bliższego. Dlatego był tak wściekły. Znał Borginów, choć z tym konkretnym nie miał wcześniej związku. Ledwo potrafił powiązać twarz z nazwiskiem. Natomiast nie żartował, kiedy pochopnie, jadowicie poinformował ją, że miał wcześniej bliskie kontakty z tamtą rodziną.
Kiedyś dawno temu i niemal w zupełnie innym życiu był blisko z kobietą, której matka była Borginówną. Chcąc nie chcąc widział część tamtych genów. Z jego niedoszłą wybranką (niemalże panią Greengrass, choć tylko on o tym wiedział) łączyło go dużo gówna. Jeszcze więcej bólu. Odkąd to ukrócił, bo próbował być tą Większą Osobą w jego duszy ziała pustka. Wypełniał ją kobietami, z którymi nie planował układać przyszłości. Nawet Roo to przecież zauważała.
Nie chciał dla niej czegoś podobnego. Zrządzenie losu lub nie. Ambroise nie chciał, żeby miała cokolwiek wspólnego z tamtymi ludźmi. Z którejkolwiek odnogi pochodzili i jakiekolwiek były ich historie. Greengrassów i Borginów łączyły już jedne nieudane zaręczyny. Może Rosie nie była tego świadoma, ale Ambroise próbował ją ustrzec przed błędami. Kochał tę małą łajzę. Nie miała cierpieć przez żadnego Borgina.


RE: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Roselyn Greengrass - 26.09.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/30/77/22/307722b46451f2828d37ac68df46042f.jpg[/inny avek]

Roselyn kiwnęła głową, gdy kelnerka wróciła i podała im ich zamówienia. Z ulgą otoczyła filiżankę, skrywającą kawę z mlekiem, dłońmi. Zaczynała żałować, że nie wybrała stolika na zewnątrz. Mogłaby swobodnie zapalić i zająć czymś ręce, a tak? Westchnęła ciężko, słyszalnie, unosząc wzrok na brata.
- Jest kilka wyjść - powiedziała, nie podnosząc jeszcze naczynia do ust. Na razie kawa była zbyt gorąca, a ona sama była zbyt roztrzęsiona, by próbować unosić filiżankę. Jeszcze Ambroise to zauważy i uzna, że jest słaba. A przecież Roselyn całe życie walczyła z tym wizerunkiem: słabej, chudej ale ładnej dziewczyny, którą byle wiatr mógł połamać. Robiła wszystko, by dumnie kroczyć przez życie i tkać wokół siebie sieci, mogące kiedyś przyciągnąć do niej obrońcę w najgorszej chwili. Byli jak muchy, gdy w nie wpadali, lecz Greengrassówna nie pędziła od razu, by wyciągnąć swoją ofiarę. Najpierw dawała im skruszeć. - W zasadzie to Anthony zabrał mnie do swojego brata, żeby to omówić.
Czy mu się wydawało, czy kącik ust Rose drgnął w odruchu uśmiechu? Nie, to niemożliwe. Przecież nie mogła na samo wspomnienie tego spotkania się uśmiechać, nie w chwili, kiedy tak mu się tak spowiadała. To musiał być cień, który zatańczył pod wpływem promieni słonecznych.
- Nie powiem, żeby nam jakkolwiek pomógł, ale... Rozważyliśmy zerwanie zaręczyn. To jednak mocno odbiłoby się na mnie samej. Już nie chodzi o reputację, Roise, ale o to, że w oczach mężczyzn będę znowu "wolna". Wiesz, że odkąd zaczęły spływać gratulacje, a minęły niespełna dwa dni, to urwały się niechciane listy od adoratorów? - Rose podniosła wzrok. W jej tęczówkach grało światło, wpadające przez wielkie, czyste okno. Spojrzenie miała tak poważne, jak nigdy. I chociaż patrzyła mu w oczy zaledwie przez kilka sekund, to nie mógł tego spojrzenia pomylić z niczym innym. Czyżby podjęła już decyzję? - Jeżeli będziemy ciągnąć tę farsę jeszcze przez kilka miesięcy, zyskam spokój. A potrzebuję spokoju do swoich badań.
Zaczęła cicho, akcentując każde słowo. Po ostatnim nastąpiła cisza, przerwana podniesieniem filiżanki ze spodka. Rose upiła łyk kawy, przenosząc wzrok za okno. Nie była pewna, czy to był dobry pomysł, ale nie miała innego na podorędziu.
- A potem... Potem możemy powiedzieć, że zdecydowaliśmy się być przyjaciółmi. Albo że mnie zdradził. Anthony jest świadomy idiotyzmu, który zrobił, a przynajmniej tak mówił swojemu bratu. Mam wrażenie, że są blisko, tak jak my, wiesz? I że Stanley ma na niego ogromny wpływ. Nie kłamałby mu, a obiecał, że nie wywinie więcej żadnego numeru. Jednocześnie jest w stanie przyjąć najgorszą opcję wyłącznie na siebie, żeby tylko moja reputacja nie ucierpiała - dodała, odkładając ostrożnie kawę. Nie zdecydowała się ponownie spojrzeć na brata, jednak sens jej słów był jasny: zdecydowali się kłamać. Grać przed publiką. Z Borginem. Kimś, z kim w ogóle nie powinna mieć do czynienia. Jasne, ten konkretny Borgin miał normalną pracę i był kimśtam chyba ważnym, był także dziedzicem z tego co wywnioskowała z ich słów. Ale wciąż to był Borgin.


RE: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 26.09.2024

Patrzył na siostrę jakby właśnie odkrył, że rozmawia z kosmitą. Choć znając jego charakter najpewniej byłby dużo bardziej podekscytowany na taką możliwość niż na to, co docierało do niego z ust Rosie. Mówiła, mówiła, mówiła. Jej wargi się poruszały a jemu opadały ręce.
- Nie wierzę - sarknął, a w jego ustach wybrzmiała pogarda, nad którą Ambroise nie umiał zapanować. Tak właściwie to chyba nie planował nad nią panować. - Pierdolisz, Roo, nie wierzę, że tak łatwo ci przychodzi wygadywać takie absurdy - spiął się i choć instynktownie nie nazwał ją już oschłą Roselyn to ani myślał patyczkować się w tym, co miał do powiedzenia.
Nie dało się tego przekazać w inny sposób. No. Nie, jeśli się było nim. Nie należał do najlepszych negocjatorów. Nie potrafił robić dobrej miny do złej gry, kiedy nie chodziło o niego samego i jego popierdolone interesy. W tym wypadku nie próbował być łagodny dla siostry, bo najpewniej nie zdołałby dobrać odpowiednich słów, których przerywnikami nie byłoby ja jebię i ja pierdolę w różnych wariantach.
Jak miał dać Rosie do zrozumienia, że to nie było żadne wyjście z sytuacji?
Na dodatek zaczęła spoufalać się z rodziną fałszywego (dla Ambroisa jak najbardziej rzeczywistego, bo opis sytuacji był jeden do jednego zaręczynami, nie żadną farsą) narzeczonego! Widział uśmiech na jej twarzy. Widział błysk w oczach. Widział coś, czego nie chciał widzieć. Miał ochotę ją złapać za ramiona i zacząć potrząsać jej szczupłym ciałem.
- Roselyn - tak, znowu pojawiła się ta jebana, brzmiąca jak jego ojciec Roselyn, ale poprawił się niemal od razu, kiedy to powiedział - Roo, to Borgin. Borgin - położył taki nacisk na podkreślenie tego słowa, że równie dobrze mogłoby zabrzmieć jak bogin.
Myśl o tym, że jego ukochana siostrzyczka mogłaby mieć coś wspólnego z jakimś Borginem, nawet tylko na niby i na chwilę mogłaby swobodnie nasycić mu jakiegoś bogina. Nigdy żadnego nie spotkał, więc nie wiedział, jaką przyjmował u niego formę, ale tak - to nadawało się na bogina.
Borgin Anthony Bogin, kurwa jego jebana mać, tak, Philippa zasłużyła sobie na udział w inwektywach. Była naprawdę chujową matką.
Próbował być spokojniejszy i dostrzec to, co mogło przekonywać siostrę do rozważania tego planu. Starał się być wobec niej wyrozumiały, ale to po prostu nie mieściło się w jego granicach pojmowania. To on powinien być tu tym bardziej skorym do ładowania się w kłopoty. Zawsze sądził, że Roselyn zdoła się bardziej ogarnąć, bo jest kobietą. Wcześniej dojrzewała i takie tam.
Może byli do siebie przerażająco podobni z charakteru i nie powinien być specjalnie zszokowany, że popełniała swoje absurdalne błędy. W jej wieku daleko mu było do bycia świętym. Mimo to uważał, że jeśli on weźmie na siebie próby ochrony jej przed pewnymi rzeczami to ominie ją wiele gówna, przez które on przeszedł. Nie docenił genów Greengrassów. Tak. To nie były geny Mulciberów ani Rowle'ów. Najczystsze zakichane greengrassowanie. Musieli się sami sparzyć, wszystko sami wypróbować, bo a nuż, widelec nagle Ziemia zaczęła się kręcić w drugą stronę i czarne było zielone.
- Naobiecuje ci wszystko, byleby tylko przykryć swój błąd. Wmanipuluje cię w umysłowe gierki. Wywróci ci wszystko do góry nogami. A wiesz, czemu? Bo. To. Borgin - jak miał jej przemówić do rozsądku, żeby nie wierzyła w zapewnienia o braniu winy na siebie ani inne bujdy?
Nie chciał, żeby ją skrzywdzono. Był wściekły, zły, ale w tej chwili przemawiała przez niego desperacja, bo nie mógł jej zobaczyć ładującej się w to samo bagno co on przed laty. Roselyn była twarda. Miała sobie poradzić, ale czemu... ...czemu?... ...nie mogła skorzystać z jego wsparcia. Jeżeli tak bardzo ciążyło jej kółko adoratorów mógł znaleźć jakiegoś miłego uzdrowiciela bądź nawet stażystę (stażystę! nie lubił stażystów, ale stażystę!), który byłby skłonny trochę podawać.
Jasne, te zaręczyny może były przypadkowe. Wierzył, że była z nim w większości szczerą. Znał ją i wiedział, że wiele przeinaczyła, trochę mu niedopowiedziała, nieco wygładziła brzegi zarysu sytuacji. Mimo to jej wierzył, ale na Merlina! Nie musiała zostawać z Borginem, bo tak było złudnie wygodniej!
Jednym dużym haustem wypił kawę po irlandzku, zostawiając tylko połowę w kubku. Nim ich rozmowa dobiegnie końca pewnie zamówi jeszcze przynajmniej ze trzy.


RE: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Roselyn Greengrass - 27.09.2024

[inny avek]https://i.pinimg.com/564x/30/77/22/307722b46451f2828d37ac68df46042f.jpg[/inny avek]

Pogarda. Coś, czego nie spodziewała się od niego usłyszeć - a przynajmniej nie teraz. W jej niebieskich oczach zapłonął ogień. Jak on śmiał? Jak śmiał się tak do niej zwracać?! Jak śmiał w ogóle używać tego tonu w jej obecności?!
- Wiesz co, Ambroise? Pierdol się - syknęła, mrużąc ślepia. Cisza przed burzą - tak można było określić jej wcześniejszy spokój. Można też było śmiało stwierdzić, że po prostu była typową babą, bo jej emocje zmieniały się w tej chwili jak w kalejdoskopie.

Co mógł zobaczyć oprócz złości, wymalowanej na jej twarzy? Rozczarowanie.

Rozczarował ją. Rozczarował tym, że nie stanął po jej stronie. Że użył najcieńszych, najboleśniejszych szpilek, które wbił prosto w jej serce. Jeżeli nie chciał, żeby ją skrzywdzono, to wybrał cholernie, cholernie zły sposób na okazanie swojej troski. I owszem, była przyzwyczajona do tego, że Roise się tak zachowywał, ale nie w stosunku do niej. Naprawdę ją to zabolało i przez kilka sekund to było widać jak na dłoni, bo nie potrafiła ukryć swoich emocji, kłębiących się w środku jej chudego ciała. Dłonie jej zadrżały, gdy chciała chwycić filiżankę: ta zakołysała się, a biało-brązowa ciecz wylała się na stolik.
- Nie będę się więcej przed tobą tłumaczyć - powiedziała lodowato, sięgając do torebki. Jeżeli spodziewał się, że wyciągnie paczkę papierosów, to musiał obejść się smakiem. Roselyn wyciągnęła pęk kluczy, który wysłał jej sową, a potem położyła je na blacie stolika. Nie przesunęła ich w stronę brata. Rzuciła mu zimne, wściekłe spojrzenie i wstała. - Sama sobie poradzę.
Ruszyła do wyjścia, nie oglądając się za siebie. Jej postawa wyrażała absolutną wściekłość, ale prawda była taka, że nie chciała by Ambroise widział łzy, zbierające się w jej oczach.


RE: [12.07.1972] That's all I ask for: love me, love me | Roselyn, Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 27.09.2024

Nie wiedzieć czemu nie spodziewał się wybuchu ze strony siostry. Wiedział, że oboje mieli krótki lont, ale w swojej złości nie wziął pod uwagę, że mogła chcieć tak po prostu zakończyć ich dyskusję wyjściem. To wprowadziło go w konsternację, później w irytację, na koniec w niezbyt mocne, ale kłujące poczucie... ...winy? Nie umiał sobie radzić z poczuciem winy.
- Roselyn - wszedł jej w słowo ciężkim, posępnym tonem, wzdychając, bo co miałby z tym zrobić? Ona ewidentnie podjęła swoje decyzje. - Roo, do kurwy nędzy. Nie zachowuj się jak urażony bachor - nie warczał na nią.
Brzmiał raczej na coraz bardziej zrezygnowanego i nie mniej zirytowanego, ale głównie to pierwsze. Był krótkowzroczny i nazbyt optymistyczny (o ironio losu) sądząc, że mógł ją ot tak powstrzymać. Jak chciała wsadzić palce w kwas to nie przychodziła go spytać o pozwolenie. Wręcz przeciwnie. Raczej dawała mu znać, że już spróbowała z trochę mniejszym stężeniem i było fajnie. Dawała mu znać, że leci próbować dalej a on mógł jej co najwyżej potowarzyszyć w eksperymentach.
Z oślim uporem ignorowała jego poparzone, porozpuszczane palce z niewiele dającymi bandażami. Nie jęczał jej o tym, że go boli. Miał w zwyczaju bagatelizować swoje problemy (no, chyba że akurat potrzebował wyciągnąć je do rangi Największych Dramatów; wtedy co innego) robić dobrą minę do złej gry. Bywały tematy tak drażniące jego demony, że nie wyciągał ich w stosunku do nikogo, na kim mu zależało. Na swój sposób chciał być dla Rosie oparciem a nie kimś, kogo widziałaby w zbyt wielu chwilach słabości.
Pomijał pewne tematy a teraz ewidentnie nie był w stanie powiedzieć tego w taki sposób, żeby jakoś na nią wpłynąć. Jedyne co zrobił to dał jej do zrozumienia, że jest chujem, nie oparciem. Nie planował tego. To nie było zamierzone. Chciał mieć w stosunku do niej klapki na oczach, wierząc w to, że wystarczy kilka ostrzejszych słów, żeby się ocknęła.
Ale czy on by się ocknął na jej miejscu?
Oczywiście, że kurwa nie.
Wiele lat gonił króliczka. Ranił siebie i osobę, na której mu przecież zależało. Skakał sobie do gardeł. Mówił rzeczy, których nie myślał, ale wiedział o nich, że zabolą. Odwdzięczał się pięknym za nadobne. Kłamał, zatajał, manipulował w imię dobra, którego nie było. Kuźwa, gdyby to do siebie dopuścił prawdopodobnie mógłby dojść do wniosku, że wcale nie był lepszy od takiego Borgina. Po prostu lepiej udawał czarownego i miał to szczęście przyjść na świat w bardziej szanowanym rodzie.
Oczywiście, że nie wziął tego pod uwagę. Ambroise był ślepy na wszystko, co nie zgadzało się z jego narracją.
Mimo to nie chciał kończyć ich rozmowy w taki sposób. Jeśli był w stanie ugiąć przed kimś karku (przynajmniej trochę) to raczej nie było wielu osób istotniejszych od Roselyn. Poza tym był świadomy akurat tego, że na jej miejscu pewnie zachowałby się równie teatralnie. Też by siebie nie słuchał. Mieli to we krwi.
Nie dopił zamówionego napoju. Bez patrzenia wyjął garść pierwszych lepszych monet (kwota była stanowczo zbyt duża, ale nawet nie zwrócił na to uwagi) i rzucił je w sam środek otwartego menu na stoliku. Nie miał zamiaru gonić Roselyn, ale skoro nie zniknęła mu z zasięgu wzroku to wstał, póki miał taką możliwość.
- Roselyn Adelaide Greengrass, możesz tak tego nie robić? - Rzucił za nią podniesionym głosem, ale nie krzykiem.
Niemal nigdy nie krzyczał. I niemal nigdy za nikim nie biegał. Miał nadzieję, że tym razem to się nie zmieni.
- Zatrzymasz się na chwilę? - Powinien ją przeprosić za tego bachora i pewnie wiele innych rzeczy, ale na ten moment był zbyt zły, żeby się tym przejmować.