![]() |
|
[27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Niemagiczny Londyn (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=22) +--- Wątek: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=3983) Strony:
1
2
|
[27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 29.09.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Cmentarze były specyficznymi miejscami. Niektórzy unikali ich jak ognia. Kojarzyli je jedynie z mrokiem, żalem i śmiercią. W kulturze ich kraju przyjęło się, że śmierć stanowi koniec historii a nie jej początek. Jako czarodziej podchodził do tego w trochę inny sposób. Traktował to raczej na wzór innych kultur, w których śmierć stanowiła jedynie zamknięcie jakiegoś rodzaju. Historia trwała dalej. Nie traktował śmierci z błogością, ale też się jej nie obawiał. Szczególnie nie teraz. Duchy przodków nie znikały. Niewłaściwym byłoby przestać kochać kogoś tylko dlatego, że umarł. Dla Greengrassa było to dużo bardziej złożone. Pojęcie śmierci nie było czymś, co da się zamknąć w jednej definicji zamieszczonej w encyklopedii. Na co dzień stykał się z chorymi i umierającymi. Widział wiele ludzkich tragedii. Tak dużo, że każda z nich mogła zlać się w jedną i spowszechnieć, zobojętnieć mu tak jak to bywało w wypadku starszych uzdrowicieli. Może łatwiej byłoby spoglądać na to od tej strony. Nie bez powodu magimedycy z biegiem czasu robili się coraz bardziej niewrażliwi na ludzką tragedię. Nie mogli traktować każdej jak własną. Nie przeżyliby dziesiątek, jeśli nie setek straconych istnień odprowadzonych w ostatniej drodze do śmierci. To by ich załamało. Mimo to dla niego stracenie pacjenta (przewidziane lub nie, to nie robiło takiej różnicy) to zawsze było coś odróżniającego się od innych przypadków. Każda historia rodziny przeżywającej stratę bliskiego człowieka była na swój sposób wyjątkowa. Nie było dwóch takich samych żalów. Nie angażował się w nie. Składał kulturalne kondolencje, wypełniał dokumentację i zamykał ten rozdział a jednak tam wewnątrz pamiętał każdą osobę, którą przyszło mu odesłać w worku. Szczególnie ostatnio częściej wracał do tamtych wspomnień. Odkąd w jego życie wdarł się kolejny huragan; tym razem wewnętrzny, Ambroise zaczął godzić się z przypływami nostalgii i filozoficznymi myślami. Praktycznie z nikim o tym nie rozmawiał, ale zdarzało mu się przystawać na chwilę w jakimś miejscu, które emanowało specyficzną energią zaświatów i pomyśleć tam przez chwilę. Tego wietrznego czerwcowego poranka postanowił celowo skrócić sobie drogę przez cmentarz, kiedy zobaczył go na horyzoncie. Nie znał tego miejsca. Równie dobrze mógł nie być w stanie dotrzeć do bramy na drugim końcu, bo mogło jej tam nie być, ale podjął to ryzyko. Wracał spacerem do domu. Tym razem z mugolskiej części Londynu przez Pokątną, na którą musiał wstąpić po drodze. Miał dużo czasu. Było jeszcze wcześnie i najprawdopodobniej wcale nie musiał wychodzić z ciepłego wnętrza mieszkania jakiejś półkrwistej panny (tu jego przekonania odnośnie pochodzenia były znacznie luźniejsze), ale nie chciał zostawać u niej do białego rana. Wpadli tam na krótko przed czwartą a on chwilę po piątej już był na zewnątrz. Chowając ręce do kieszeni zadziwiająco mugolskiej kurtki, powolnym krokiem przechadzał się wzdłuż rzędów nagrobków. Było wietrznie i chłodnawo, ale słońce dopiero niedawno wstało. Dzień mógł być całkiem ciepły i ładny. Nie patrzył na godzinę i możliwe, że w którymś momencie zawiesił się w swoich myślach, bo klimat sprzyjał kontemplacji. Na chwilę przysiadł na ławeczce pod dębem a kiedy się zorientował, że siedzi tu już długo, na cmentarzu zaczęli pojawiać się ludzie. RE: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.09.2024 Ger nie bała się śmierci. Znaczy dotychczas. Gdy poczuła na karku jej oddech nieco zmieniła zdanie. Czuła, że nie chciała odejść, jeszcze nie teraz, a przecież wiele razy patrzyła jej w oczy. Jak widać wszystko mogło się zmienić zupełnie znienacka. Nie miała pojęcia z czego to wynikała, bo ryzykowała, ale zawsze było to na jej własne życzenie, może właśnie o to chodziło. Tym razem to coś polowało na nią, role się odwróciły. Wiele razy zastanawiała się nad tym, czy ktoś przyszedłby na jej pogrzeb, czy znaczyła coś w życiu kogokolwiek poza swoją własną rodziną. Oni chyba nie mieliby innego wyjścia, musieliby się pojawić, chociaż, czy aby na pewno i czy wszyscy? Zastanawiała się nad tym, czy było coś później, czy faktycznie śmierć wiązała się z końcem. Widywała na swojej drodze duchy, nie miała pojęcia, czy stałaby się jednym z nich, pewnie tak, aktualnie miała na ziemi wiele niezałatwionych spraw, gdyby teraz miała odejść to pewnie coś by ją tutaj zatrzymało, zbyt wiele się tego nawarstwiło. W jej życiu działo się ostatnio naprawdę wiele, nie panowała nad nim zupełnie, pogodziła się już z tym i nie zamierzała nawet udawać przed sobą, że ma jakąkolwiek kontrolę. Poza tym, że musiała sobie radzić z tymi wszystkimi problemami, które okazały się być raczej długotrwałe to nie mogła przestać pracować. Wypadało, aby udawała, że wszystko jest u niej w porządku, szczególnie, że nie podzieliła się tym, co działo się w jej życiu praktycznie z nikim, wolała trzymać to w sobie, niż się nad sobą użalać. Zaciskała zęby, uśmiechała się i udawała, że wszystko jest w porządku, tak było zdecydowanie prościej. Noc spędziła w jednym z okolicznych lasów. Teleportowała się niedaleko mugolskiego Londynu, bo tutaj znajdowała się miejscówka do której miała dostarczyć jajo hipogryfa, które znajdowało się w jej plecaku. Wyglądała zwyczajnie, znaczy nie dało się nie zauważyć, że nie przespała tej nocy, miała podkrążone oczy, była też blada, najważniejsze jednak, że udało jej się wykonać zadanie. Szła niedaleko mugolskiego cmentarza, gdy zauważyła sporą grupę osób, która zmierzła alejkami. Zaciekawiło ją to. Niedługo mogło spotkać ją to samo. Weszła więc za ogrodzenie zaciekawiona samym przebiegiem ceremonii, nigdy nie widziała mugolskiego pogrzebu. Zastanawiała się, czy bardzo różnią się od tych czarodziejskich. Szła kilkanaście kroków za tłumem, bo nie chciała niepokoić osób, które przyszły pochować zmarłego, wolała zachować dystans. Cóż, śmierć przytrafiała się każdemu, czarodziejom, mugolom, w tym przypadku nie było różnicy z którego świata się pochodziło. Przystanęła przy niewielkim drzewie, wzrok skierowała w kierunku żałobników. Zimny dreszcz przeszedł jej po plecach, to faktycznie niedługo mogło się jej przytrafić, ta świadomość nie należała do przyjemnych. Powoli zaczęła się wycofywać, bo chyba jednak nie chciała na to patrzeć. Odwróciła się dosyć gwałtownie, nie zauważyła ławki, która wyrosła jej dosłownie znikąd. Kiedy na nią wpadła zauważyła, że ktoś na niej siedzi. - Ja pierdole. - To nie był jej szczęśliwy dzień. Zdecydowanie. Była gotowa zrobić krok do tyłu i udać, że jej tu nie było, ale była mu winna wyjaśnienia. Ich ostatnie spotkanie przebiegło dosyć gwałtownie, później udawała, że wcale do niego nie doszło, myślała, że uda jej się go unikać na tyle, że zapomni o całej sprawie. Cóż, los chyba tego nie chciał. Stała więc przed nim niczym kołek, i próbowała zebrać myśli w słowa, ale póki co nic poza tym jakże przyjemnym japierdole nie wyszło z jej ust. RE: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.09.2024 Nie kontrolował zegarka tak samo jak otoczenia i tego, co dzieje się dookoła niego. Prawdopodobnie powinien być czujniejszy, ale pogrążył się w myślach i pozwolił sobie na wyczucie się w klimat tego miejsca. Wywoływało w nim specyficzną nostalgię. Nigdy nie lubił rozważać na temat kruchości życia, ale ostatnio to się zmieniało. Pewnie powiedziałby jeszcze przez chwilę, żeby nie podnosić się od razu, kiedy w pobliżu pojawił się pogrzeb. Chciał uszanować ciszę, która nagle zapadła, nawet jeśli nie do końca wiedział jak to robić. Planował dyskretnie usunąć się w pierwszym dogodnym momencie. Czyli wtedy, gdy ktoś zacznie wyć i zawodzić, rzucając się do trumny albo stanie się coś podobnego. Wydawało mu się, że to stały element mugolskich pogrzebów. Na każdym były jakieś płaczki. Rzeczywiście. Tym razem niewiele się pomylił. Co prawda nie było tam opłaconych płaczek; to założenie było całkiem bezsensowne, ale w pewnym momencie wśród żałobników coś zaczęło się dziać. To była dobra chwila, żeby się usunąć. Toteż zaczął podnosić się z miejsca, skupiając wzrok w innym miejscu, żeby nie wyglądać na zainteresowanego dramatem. Miał to raczej gdzieś. Gdyby należał do bardziej wścibskich ludzi najpewniej nie znalazłby się ponownie na ławce, łapiąc równowagę po tym, jak prawie na kogoś wpadł. Uniósł wzrok, żeby obdarzyć tego kogoś pogardliwym, złym spojrzeniem, po czym niemal od razu się zreflektował. A może raczej: zdziwił, skonsternował. Na ułamek minuty uniósł brwi, otwierając usta, po czym od razu je zamykając i znowu otwierając. Naprawdę urocze spotkanie. Szczególnie zważywszy na to, że Geraldine nie spełniła swojej obietnicy o spotkaniu i trzeźwej rozmowie następnego dnia po ich małym miksie dramatycznym z oboma braćmi Yaxley (brakowało tylko angażu Jamesa). Jednym żywym, ale martwym a drugim żywym, ale prawdopodobnie nieistniejącym. Zignorowała go. Nie zastał jej w mieszkaniu, kiedy z łaską dostarczył torby krwi dla Astarotha. Następnego dnia nie ponowił próby. Oczekiwał chociaż jakiegoś listu - tu również nic. Chyba jednak go nienawidziła. Nie zdziwiłby się tym bardziej niż tym, że w ogóle udało im się normalnie porozmawiać wtedy w barze. Ignorowanie bardziej pasowało do reakcji na ponad roczną nieobecność. Nieważne co się stało, Ambroise zreflektował się na tyle, żeby maska znowu wróciła na jego twarz. - Usiądź wygodnie - stwierdził, jakby spodziewał się, że do niego (niemal na niego) wpadnie i oczekiwał na nią w tym miejscu. Uprzejmie przesunął się na ławce, żeby zrobić Geraldine więcej miejsca i zapewnić im obojgu komfortowy dystans. Jak to było możliwe na stosunkowo wąską ławeczkę. Z odległości mogli wyglądać jak para żałobników opłakujących niedawno zmarłego bliskiego i rozmyślających nad kruchością życia. Mieli nawet całkiem adekwatne ubrania, przynajmniej jeśli chodziło o kolor, bo dłuższe spojrzenie w kierunku Geraldine uświadomiłoby obserwatora, że jeśli była częścią jakiegoś pogrzebu to raczej nie umiała się elegancko nosić. Jak to kiedyś nazywał: ubrania poszukiwaczki przygód. Ciemne, ale wygodne. On sam wyglądał trochę bardziej pogrzebowo, bo nosił się tak na co dzień. Może był w mugolskiej części Londynu, ale na takie okoliczności tylko trochę dostosowywał wybór garderoby. Poza pogrzebem mógł wyglądać przesadnie elegancko, jakby wyrwał się z ważnego spotkania biznesowego albo tylko mu się tak wydawało. No właśnie. Z drugiej strony wystarczyłby taki sam czujny wzrok, żeby dostrzec, że był trochę wczorajszy. Nieogolony i bardziej wymiętolony niż zazwyczaj. W tym kontekście jego ubrania swobodnie mogły być donacją z jakichś skrzyń a on sam mieć nie po kolei w głowie. Całe szczęście (uroczy dobór słów biorąc pod uwagę płaczących żałobników) nie byli w centrum uwagi. Całkiem słusznie, bo w tym miejscu to śmierć była gwiazdą. - Znałaś tego człowieka? - Spytał zniżonym głosem, bo w takim wypadku wypadałoby złożyć Geraldine kondolencje. Co prawda nie widział jej jako bliskiej jakiegoś mugola albo mugolki, ale ostatnim razem go zaskoczyła. Jej życie wyglądało teraz inaczej. Czuł, że gdyby chciał znaleźć w nim miejsce dla siebie musiałby przepchać się pomiędzy wieloma nowymi trupami wiszącymi w szafie. Ona zresztą też. W przeciągu roku pozyskali całkiem wiele nowych eksponatów do makabrycznej wystawki. RE: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.09.2024 Powinna się spodziewać, że ją zauważy, chociaż gdzieś tliła się jednak nadzieja, że może jej nie rozpozna? To było całkiem przyjemne rozwiązanie, przeprosiłaby, że na niego wpadła, a później grzecznie opuściła to miejsce. Jasne, nie spodziewała się, że byłby w stanie udawać, że jej nie zna. Szczególnie po tym, jak ostatnio go potraktowała. Na swoją obronę miała jedynie to, że w jej życiu naprawdę wiele się działo. Czas ją naglił, musiała załatwić wiele spraw, wśród nich niestety nie znalazł się list do niego. Wierzyła, że jej wybaczy, że doceni to, że nie zamierza być jego kłopotem, w końcu sam zadecydował o tym, że nie chce jej w swoim życiu. Akceptowała to, wiedziała, że z nią może być trudno, rozumiała więc, że nie była osobą która mogła wydawać się odpowiednia do wspólnej egzystencji, naprawdę. Zresztą to wszystko, co działo się u niej teraz tylko to potwierdzało. Była chodzącym rozpierdolem, który ledwie trzymał się kupy, to dziwne w ogóle, że jeszcze udawało jej się normalnie funkcjonować. Nie zastanawiała się szczególnie nad tym, jak właściwie było to możliwe, po prostu budziła się rano, nakładała maskę z uśmiechem na twarz i udawała, że jest dokładnie tak, jak sobie wymarzyła. Niestety Ambroise, miał to niesamowite szczęście, że spotkał ją akurat wtedy, kiedy tę maskę zdjęła, ależ był z niego farciarz. Ona sama próbowała wyprzeć ze swojej pamięci istnienie tego wieczoru, kiedy się poznali. Do dzisiejszego dnia nawet jej się to udawało. - Nie mam innej opcji? - Wolałaby jednak nie siadać, tylko spierdalać stąd w podskokach, ale czuła, że jest mu to winna. Odetchnęła więc głęboko, po czym usiadła na tej nieszczęsnej ławce, o którą przed chwilą prawie się potknęła. Brakowało tylko tego, żeby przypadkiem rozbiła to jajko, które miała w plecaku, wtedy ten dzień mógłby zostać całkowicie spisany na straty. Cóż, nie tylko dla niej, najwyraźniej ten ktoś w trumnie też nie miał najlepszego dnia, bo dzisiaj wsadzali go pod ziemię. Spojrzała na niego, jakby urwał się z ozdobnego yulowego drzewka. Przez chwilę zastanawiała się o jakim człowieku mówił, dopóki do niej nie dotarło, że chyba chodziło mu o tego trupa. - Nie, na całe szczęście nie, znaczy nie wiem, czy szczęście, bo w sumie to może na nieszczęście? - Trochę zaczęła się miotać. Powinna bowiem mieć szacunek do zmarłego, wypadałoby, bez względu na to, czy był mugolem, czy czarodziejem, kiedy przychodziła śmierć wszyscy byli równi. No może poza wampirami, bo trzeba było sporo cierpliwości, aby pozbyć się ich z tego świata. Z drugiej strony byli trochę martwi nawet jeśli jeszcze żyli. Za dużo ostatnio myślała o życiu i śmierci, zdecydowanie. - Chodzi mi o to, że go nie znałam. - Postanowiła się nieco zreflektować, bo przed chwilą gadała jak poparzona, zdecydowanie nie był to jej najlepszy dzień. Dopiero teraz spojrzała na mężczyznę, wcześniej uciekała wzrokiem. Zwróciła uwagę na to, że nie był w najlepszej formie, zazwyczaj wyglądał na bardziej zadbanego. - Tak właściwie, to co ty tu robisz? - Mogła zapytać o to na początku, siedział sobie na ławce, jakby nigdy nic. Miał coś wspólnego z tym zmarłym, czy o co właściwie chodziło? RE: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.09.2024 - Nic nie musisz, Geraldine. Przecież wiesz - stwierdził spokojnie, wpatrując się w nią bez żadnego konkretnego wyrazu twarzy. To mógłby być całkiem miły żarcik. Nawiązywał do tego, co kiedyś niemal było ich wspólną życiową maksymą. Tyle tylko, że teraz nie było już żadnego wspólnego życia, więc ta maksyma również straciła znaczenie. Ambroise nie miał zamiaru powstrzymać Geraldine przed czymkolwiek, co chciała zrobić. Jeśliby odeszła, nie goniłby za nią. Jeśli miała zostać, nie musieli rozmawiać. Mogli posiedzieć tak przez chwilę, nie dając słowom żadnego ujścia a potem rozejść się nadal w zupełnym milczeniu. Mieli w tym doświadczenie, prawda? Swego czasu niemal profesjonalnie trudnili się ukrywaniem swoich przemyśleń przed tą drugą osobą. Co z tego, że to jeszcze bardziej ich fiksowało i doprowadzało do wewnętrznego szaleństwa. Przemilczane słowa truły wnętrze i wypełniały powstałe rany gryzącym jadem. Istotne, że to nie byłby pierwszy raz, kiedy zrobiliby coś takiego. To byłoby wręcz ukoronowanie ich doświadczeń. Klejnot koronny w cierniowej koronie zjebania. Mimo ich niedawnych rozmów i tego, że wydawały się całkiem przyjacielskie i szczere... ...no... ...szczere do momentu, kiedy zapomniała mu napomknąć o wygłodniałym bracie wampirze czekającym w ciemnym mieszkaniu, do którego ją odprowadzał. Ot. Dodatek do tego drugiego brata, przez którego upiła się niemal do granic możliwości i w pierwszej kolejności doprowadziła do tego, że ich wspólny znajomy zaczepił Greengrassie, żeby pozbierał ją z barowego stolika. Ambroise w żadnym momencie nie zakładał, że rozmowa na trzeźwo (jej trzeźwo, bo co dziwne on nie był pijany w żadnym z tych momentów) pójdzie im równie gładko. Wtedy w barze trafił na Yaxleyównę w wyjątkowo łaskawym nastroju. Choć trudno byłoby to tak nazwać, skoro jednocześnie opowiadała mu o tym, że załamał jej się cały świat. Sądził, że dalsza część dyskusji może im pójść trochę logiczniej, ale jednocześnie równie chaotycznie. Tyle tylko, że nie doszła do skutku. To, że on obiecał Rinie swoje wsparcie najwyraźniej nie równało się temu, że ona nie mogła wycofać się z tego układu. Miło byłoby, gdyby raczyła go o tym poinformować. Z drugiej strony nie mógł mieć do niej otwartych wyrzutów, bo to on w pierwszej kolejności zachował się jak śmierdzący tchórz. Nieważne, że to było ponad rok temu i że chociaż spróbował zostawić jej jakieś wyjaśnienia. Liczyło się to, że mogła odtrącić jego wyciągniętą dłoń a on mógł zrobić równe okrągłe nic. Był zbyt dumny, żeby prosić o to, aby dała mu szansę bycia tymczasowym przyjacielem i kompanem w trudnościach. Nawet, jeśli obiecał jej, że odsunie się zaraz potem. Ponownie: nie specjalnie mógł się dziwić. Przyjaźń wychodziła im raczej średnio i była drogą przez mękę. Mimo to chciał dla niej dobrze. Chciał, żeby była bezpieczna i szczęśliwsza niż teraz. Nawet tamta krótka interakcja uświadomiła go jak bardzo zżerały ją te wszystkie okoliczności. Mimo to nie spytał o to i nie poruszył kwestii nieodbytego spotkania. Świadomie to przemilczał, choć przez cały czas miał przy tym flashbacki z przeszłości. Nie było dobrze, gdy nie rozmawiali wprost. Ale przecież zawsze mogli po prostu wstać z tej ławki i rozejść się każde w swoją stronę? Czułby się niewiele gorzej. Przynajmniej do czasu, gdy usłyszałby, że stało się coś, czemu mógłby zapobiec, gdyby otworzył mordę. O ironio, zazwyczaj tak niewyparzoną. - To chyba zależy - zamyślił się na moment, bo to, co mówiła było mniej więcej zbieżne z jego własnymi myślami sprzed chwili. Dla ciebie to na szczęście, bo nie musisz nikogo dziś opłakiwać. Dla nich to nieszczęście, bo nie mają jeszcze kogoś z kim mogliby podzielić swój żal -[/b] odrzekł. Odkąd zrobił się filozoficzny? Tego dnia miał wrażenie, że ciężar na jego piersi był większy niż zazwyczaj. Siedział mu na niej jak nocna mara. To chyba było to: dlatego skłaniał się ku podobnym nostalgicznym wypowiedziom zamiast wzruszać ra... ...no dobrze. Nie zamiast, bo szybko to zrobił. - Myślę - wzruszył ramionami, bo nie było mu w smak mówić jej o tym, co go tu doprowadziło. - Wracam do domu i myślę. Mimo wszystko nie chciał opowiadać o swoim nowym życiu. A może raczej o powrocie do starego? Już kiedyś zachowywał się dokładnie w taki sposób. Wrócił do korzeni. Do płonącego, nawiedzonego domu. Tylko tym razem trochę bardziej świadomie i w konkretnym celu. Przygotowany na to, co tam zastanie, bo to było dobrze znane bagno. RE: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.09.2024 Właśnie nie do końca. Ostatnio łapała się na tym, że znajdowały się rzeczy, które faktycznie musiała robić, a przynajmniej wypadałoby je zrobić. Brakowało w niej tej dziecinnej butności, która kiedyś była dla niej bardzo oczywista. - Tak, wiem. - Nie zamierzała z tym dyskutować. Mimo wszystko postanowiła tu zostać, chociaż na chwilę, a nuż spróbuje sięgnąć po jakieś wyjaśnienia, powinna była mu je dać już wcześniej. Wybrała jednak najłatwiejszą opcję z możliwych - udawała, że problem nie istnieje, że do ich rozmowy nie doszło. Całkiem rozsądne zachowanie, takie dla nich typowe. Powinna nauczyć się, że nie warto jest zmierzać w tym kierunku, cóż, jak widać nie była najlepszym uczniem. Nie, nie, nie. Nie brakowało jej szczerości. Wspominała mu przecież, że jej brat jest potworem. Może nie powiedziała wprost o jaką bestię chodzi, nie sięgnęła po konkrety, ale na pewno padło słowo potwór. Pamiętała o tym. Jasne, nauczona doświadczeniem powinna była sięgnąć po całą prawdę, ale zachowała się jak zawsze. Mieli w tym przecież doświadczenie, niezbyt wiele się zmieniło. Nadal łatwiej było sięgać po półsłówki i niedopowiedzenia. Tym razem jednak nie skończyło się to dobrze, mogło jeszcze gorzej, więc i tak miała więcej szczęścia, niż rozumu - jak zawsze. Na trzeźwo trudno jej było wrócić do sytuacji, która miała miejsce. Czuła nawet trochę żal do siebie, że się przed nim rozsypała, dlaczego to musiał być akurat on? Nie powinien jej widzieć w takim stanie. Jasne, miło, że wpadł, że ją ogarnął, ale to nic nie zmieniało. Nie chciał jej w swoim życiu, musiała to zaakceptować. Zresztą już to zrobiła. Pogodziła się z tym, a przynajmniej wydawało jej się, że to zrobiła. Nie powinien teraz znowu włazić w jej życie ze swoimi buciorami, jakie by ono nie było. Musiała sobie radzić z tym bałaganem sama. Na szczęście póki co nie zamierzał poruszać niewygodnego tematu, bardzo dobrze, ona na pewno nie przejdzie do tego pierwsza. Nie chciała dyskutować na temat tego, jakim chaosem było jej życie. Bała się, że znowu zacznie ją oceniać. Miała w zwyczaju pakować się w kłopoty i nic się nie zmieniło, może nawet pod tym względem było tylko gorzej, bo chyba jeszcze nigdy dotąd nie wdepnęła, aż w takie bagno. Jak widać, Geraldine była w wyśmienitej formie, jeśli o to chodzi. Ten rok był dla niej paskudny, chyba nie mógł być gorszy, nie miała pojęcia, czego jeszcze powinna się spodziewać, ale była gotowa przyjąć kolejne komplikacje, jakoś to dźwignie, poradzi sobie, zawsze przecież sobie radziła. - Tak, akurat dzisiaj nie muszę. Codziennie zdarzają się małe tragedie, których nie widzimy. - Odparła z lekkim przekąsem. Akurat teraz mogli to zobaczyć, bo znaleźli w tym miejscu. Żałobnicy żegnali kogoś bliskiego. Śmierć była czymś, co miało przytrafić się każdemu, nigdy nie zna się dnia, ani godziny. Yaxleyówna coraz bardziej sobie to uświadamiała, ba w przeciwieństwie do innych miała świadomość, że Kostucha na nią polowała. Czyż to nie udogodnienie? Mogła przynajmniej nastawić na to, że jest możliwość, że niedługo odejdzie. Oczywiście nie zamierzała przestać walczyć, ale nadal czuła, że ta walka może ją przerosnąć. - Ciekawe sobie miejsce wybrałeś na przemyślenia. - Nie wypytywała go skąd wracał, nie było to jej sprawą, już nie. Pozostawała im jedynie lekka pogadanka o niczym, na nic więcej nie było ich stać po tych wszystkich latach, które razem spędzili. - Uchylisz rąbka tajemnicy, o czym tak myślisz? - Nie miała pojęcia, czy zechce to zrobić, czy raczej powie jej, żeby się nie interesowała, bo kociej mordy dostanie, ale skoro już siedzieli tutaj razem, to może warto było sobie pogawędzić. RE: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.09.2024 Nie umieli ze sobą rozmawiać. Stare zabiegi nie miały słuszności. To, co kiedyś brzmiało jak wspólny język teraz było tylko spletkiem bezsensownych słów dwójki ludzi, którzy znaleźli się po dwóch stronach długiego, ciemnego korytarza. Naprawdę myślał, że daje jej to, czego potrzebowała. Tyle rozmawiali o wolności. Chciał, żeby mogła oddychać pełną piersią. Ambroise tylko próbował rozkuć ich łańcuchy. Nie chciał, żeby to zamieniło się w duszący woal narastającej obojętności. Taka była naturalna kolej rzeczy. Był ślepcem, że tego nie dostrzegł zanim nie było za późno, ale nauczył się z tym żyć. Powoli z dnia na dzień. Gdyby się nie spotkali w tamtym barze nadal mógłby utrzymywać, że podjął najlepsze możliwe decyzję, nie był Głupcem. Mógł jej dać to, o co pytała. To nie było coś, przed czym musiałby się wzbraniać. W gruncie rzeczy ich rozmowa toczyła się na neutralnym gruncie. Nie musiał odsłaniać przed nią nic ponad to, co chciałby powiedzieć. To nie było niewygodne (było). Przynajmniej ta część tego spotkania mogła mieć całkowicie neutralny wydźwięk. - Bywamy ślepcami, gdy to komfortowe - przytaknął. Kiedyś by tego nie zrobił. Nie zaliczyłby się do grona ślepców. Nawet teraz przez większość czasu wypierał tę możliwość. Po prostu Geraldine trafiła na jego bardziej melancholijny dzień, kiedy próbował zaprzyjaźnić się ze swoimi demonami w inny sposób niż zazwyczaj. Zdarzało się, że ludzie siedzący mu w pamięci byli tak głośni, że nie słyszał teraźniejszości. Ona zawsze była tam najgłośniejsza. Umościła sobie wygodne miejsce w jego umyśle i nie dawała mu zapomnieć o tym, że choć nie jest tam tylko tymczasowym gościem to nie powinien cieszyć się z jej długotrwałej obecności. Była tam, żeby przypominać mu, że zawiódł. Nie po to, żeby łagodzić jego męki. Już za życia była najgłośniejszym trupem w jego szafie. - Zdziwiłabyś się, jak to bardzo do mnie pasuje - spojrzał na nią kątem oka, nie uśmiechnął się - to było idealne miejsce dla nowego, nieznanego jej Greengrassa. Nie chciał tak o niej myśleć. Myśl o tym, że to mogłaby nie być wyłącznie metafora przerażała go do głębi. Ta chaotyczna rozmowa w barze uświadomiła Greengrassa o jego własnej bezsilności wobec konsekwencji tego, że oddał całą kontrolę nad tym elementem życia. Chcąc być odpowiedzialny, nieświadomie odrzucił całą odpowiedzialność, ale to nie znaczyło, że wszystko magicznie zaczęło się poprawiać. Wręcz przeciwnie. Zbyt późno zorientował się, że to po prostu oznaczało, że przedwcześnie poddał grę. Turniej nadal trwał, tyle że bez niego. Mógł obserwować wszystko z boku, ale nie miał wpływu na przebieg rozgrywki. Dużo czasu zajęło mu uświadomienie sobie tego, ale w pewnym sensie wolałby dalej być ślepcem. Na to miał wpływ. - Nad kruchością tego wszystkiego - mógł jej dać swoje ciche, smutne spostrzeżenia w oprawie niewyraźnego, równie smutnego uśmiechu nie ogarniającego oczu. Ostatnio coraz rzadziej uśmiechał się oczami. W jego życie wkraczała obojętność. Powoli wkradło się w nie coś, nad czym nie miał kontroli. On sam nieświadomie otworzył temu tylną furtkę i nie zorientował się zanim nie było na to trochę za późno. Nie przyznałby tego przed sobą, ale jego życie zaczęło obracać się wokół tych dwóch słów: za późno. Mierząc do przodu i napawając się przewagą tak naprawdę nie zauważał, że inni robią już trzecie kółko, podczas kiedy on był jeszcze przed końcem pierwszego. - W świetle dnia wszystko nabiera nowej perspektywy - cicho się odezwał, wbijając wzrok w żałobną grupę ludzi chowających bliskiego człowieka. W tym momencie nie mogli być mu solą w oku, choćby chciał. Patrząc na ich czarne sylwetki, tym razem nie widział w nich grupy marnych, bezsilnych jednostek o ograniczonych umysłach. Paradoksalnie teraz byli mu bliżsi i bardziej ludzcy niż kiedykolwiek. Nie znał nikogo stamtąd. To nie był jego świat. A jednak czuł się jakąś cząstką tego kolektywu, nawet jeśli nikt inny nie był tego świadomy. Miał nadzieję, że rozpacz tych ludzi ustąpi równie szybko, co ich ogarnęła a desperackie pragnienie przywrócenia życia krewnemu czy przyjacielowi powoli rozpłynie się i zrobi miejsce na łatwiejsze, bardziej melancholijne uczucia i dobre wspomnienia o wspólnie spędzonych latach. Zasługiwali na to. To śmieszne, że w obliczu śmierci wszyscy byli sobie jakby bardziej równi. Nie nazwałby ich braćmi, nie posunąłby się tak daleko, byłoby to całkowicie sprzeczne z jego normalną filozofią życiową, ale w tym momencie mieli jego sympatię. Choć może było to za mocne słowo. Mieli jego dobrą myśl. Życzenie zaznania spokoju, szczególnie że zmarły na pewno doznał go po śmierci. - Pozwól mi sobie pomóc jeszcze ten jeden raz -nie chcę cię stracić w ten sposób, zwrócił się jeszcze ciszej szeptem przyrównywalnym do głośniejszego powiewu wiatru. Nie ruszył się, nie spojrzał na nią, gorycz wypełniała mu gardło jak trucizna sącząca się w dół piersi. Sam wybrał, żeby ją wypić. Był odpowiedzialny za swoje czyny. W tym momencie czuł to aż zbyt mocno. - Wiem, że nie musisz, ale mi na to pozwól. W imię wszystkiego, co między nami było? Proszę - brzmiał spokojnie, ale mimowolnie spinał się na myśl, że miałby usłyszeć odpowiedź, która by mu się nie spodobała. Spodziewał się, że może tak być, ale prosił. Prosił, co niemal się nie zdarzało. Ostatnie dni były wielkim znakiem nadchodzącej porażki. Tym bardziej najprawdopodobniej nie powinien poruszać tego tematu ani pytać o podjęte bez niego decyzję. Bardzo dużo działo się teraz wbrew jego woli, ale poza wszelkimi władzami, jakie miał nad tym Ambroise. Tu nie miał żadnych. Na własne życzenie został wykluczony z hierarchii. Nie to, że znajdował się gdzieś nisko i po prostu spadł tam niemalże ze szczytu (ona była dla niego na szczycie). Nie. Wypisał się z rankingu wypisując się z życia Geraldine. Nie mógłby robić jej wyrzutów, że nie było dla niego miejsca ani że nie chciała jego gościnnego występu w swoim dramacie. Mógłby się wściekać, czuć, że nie ma kontroli, która była najważniejsza w jego życiu. Mógłby być zły i rozgoryczony. Martwić się, miotać, wyklinać ile wlezie, spróbować stłumić myśli w jakiś destrukcyjny sposób. Napisać coś pełnego goryczy, czego nigdy by nie wysłał (na niewysłane listy powinien mieć osobny pokój, gdyby nie to, że kończyły jako smętne kupki popiołu w kominku), ale to nie zmieniało faktu, że otrzymywał dokładnie to, na co złożył zamówienie: wolność; nigdy nie była tak gorzka. RE: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.09.2024 Pogodziła się z tym, podjął decyzję, właściwie z dnia na dzień. Wtedy, kiedy akurat było dobrze. Kiedy wydawało jej się, że jest dla nich nadzieja. To było najgorsze. Naprawdę sądziła, że są w stanie coś razem stworzyć. Wiele razy chciała go zapytać dlaczego ją tak podle zostawił, nie spojrzał jej w oczy, nie powiedział z jakiego powodu to zrobił. Tak, był ten cholerny list, który niczego nie wyjaśniał, właściwie to nie można było tego nawet nazwać listem, krótka notatka, która miała jej wystarczyć. Po tym wszystkim co przez lata razem budowali i niszczyli. Uniosła się jednak dumą i chociaż miała chęć wiele razy się z nim skonforntować, to tego nie zrobiła. Może nie zasługiwała na wyjaśnienia, oswoiła się z tą myślą, chociaż z początku była bardzo bolesna. Musiała się skoncentrować się na czymś innym. Ból który jej wtedy towarzyszył był pochłaniający, niemalże tak jak powietrze, znajdował się wszędzie. Mogła się tylko wyłączyć. Uciec przed tym bólem serca w najczystszej postaci. Myślała, że gorzej być nie może, musiała z tym walczyć. Zaczęła się zatracać po to, aby poczuć coś innego. Nie, żeby jej to pomogło, ale z czasem rana się zabliźniła, to musiało wystarczyć. Starała się podchodzić do niego z obojętnością, oczywiście nie zapominała, jak przez niego cierpiała, ale gdzieś w tym wszystkim były też te przyjemne wspomnienia, przecież nie wszystko co razem przeżyli kojarzyło jej się z destrukcją. Stąd obojętność wydawała się być odpowiednia, taka nijaka. - Niestety, muszę się z tym zgodzić. - Czy tego chciała, czy nie, też tak postępowała. Patrzyła, ale nie zawsze chciała widzieć. Tak było często wygodniej, zaczęła lubić wygodę, kiedyś okropnie jej przeszkadzała. - Czy ja wiem, zawsze potrafiłeś zaskakiwać. - Nie było nic dziwnego w tym, że miał jakieś swoje nowe przyzwyczajenia o których nie wiedziała, nie była już częścią jego życia, nie mogła więc zauważyć zmiany. Nie spoglądała teraz na niego, zdecydowanie ciekawsze wydawały się być jej buty, w które wpatrywała się z ogromną intensywnością. - Nie spodziewałam się, że zrobisz się taki sentymentalny, kruchość, naprawdę? - Nie chciała powiedzieć, że to do niego nie pasowało. Nie miała prawda tego robić. Zawsze był niczym tornado, niczym się nie przejmował, nie miał problemu z uderzaniem silnie w miejsca, które miały zaboleć, kiedy coś mu się nie podobało. Wtedy nie wydawało jej się, aby robiło to na nim wrażenie. Cóż, czas płynął, ludzie się zmieniali, najwyraźniej on też. - Chyba wolę nocną perspektywę. - Mimo, że to dzień kojarzył się jej z prawdą, bo przecież praktycznie nic nie mogło się ukryć przed światłem. Noc wydawała się więc być bezpieczniejsza, skutecznie ukrywała to, co miało nie zostać dostrzeżone. Aktualnie chyba wybierała taką wersję, unikała konforontacji, chowała się w cieniu, tak było wygodniej. Gerry przestała się skupiać na żałobnikach, wolała nie zastanawiać się dłużej nad ich cierpieniem. Nie było niczym nadzwyczajnym, to miało spotkać każdego. Śmierć nie wybierała, czekała na odpowiedni moment i zabierała to, co do niej należało. Wypuściła głośno powietrze, kiedy usłyszała jego kolejne słowa. Nie spodziewała się, a powinna. Nie zapomniał o tym, co się wydarzyło podczas ich spotkania. Naprawdę miała nadzieję, że postanowi trzymać się z boku, pozwoli jej się babrać w tym błocie samej. Tak byłoby lepiej. Rozsądek podpowiadał jej jednak, że tym razem faktycznie może potrzebować wsparcia, chociaż zdecydowanie wolałaby, aby tak nie było. - Stąpasz po niepewnym gruncie, że też właściwie masz czelność mnie o to prosić w ten sposób. - Nie działały na nią te ckliwe słowa, w imię tego, co między nimi było? Dobre sobie, teraz jej o tym przypominał? Teraz, kiedy ledwie rok temu wzgardził tym, co mu dała. Starała się nie irytować, mówiła cicho z racji na szacunek do miejsca, w którym się znajdowali. Wiedziała, że te kilka dni temu, gdy z nim rozmawiała nie była do końca sobą, a do tego była nawalona, ale teraz to się zmieniło. Wzięła się w garść, a przynajmniej próbowała udawać, że to zrobiła. - Rozważę to, jeśli obiecasz mi, że to będzie ostatni raz. - Nigdy więcej nie wlezie ze swoimi brudnymi buciorami w jej życie, musiał jej to zagwarantować, bo nie była w stanie sobie radzić z raną, która niby była zabliźniona, a jednak zaczynała chyba znowu krwawić. RE: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 30.09.2024 - Sama to powiedziałaś: zaskakuję - stwierdził ponuro, ale nadal nie pozwolił sobie na gorycz. Wiedział, że to nie komplement z jej strony. Geraldine mówiła to w formie bolesnej prawdy odnośnie tego, co o nim sądziła. Był ludzkim uosobieniem chaosu, nawet jeśli z zewnątrz sprawiał wrażenie oficjalnego, chłodnego, opanowanego i ze wszech miar profesjonalnego. Tego dnia wyglądał trochę tak, jakby zatrzymał się gdzieś pomiędzy wewnętrzem a zewnętrzem. Na pierwszy rzut oka wyglądał jak dumny czystokrwisty czarodziej w starannie dopasowanym a'la mugolskim ubraniu (mugole raczej nie zwykli nosić rodowych sygnetów, przypinek do mankietów, butów z połyskującej, ale jednocześnie matowej skóry magicznych zwierząt (te ostatnie przyciągały zdziwione spojrzenia, bo nie zachowywały się normalnie w świetle). Z drugiej strony był nieogolony, jego zwyczajowy zarost nie był starannie przystrzyżony, miał podkrążone i przekrwione oczy a włosy zsuwały mu się na twarz w nieładzie, choć powinny trzymać się sztywno w upięciu. Osobliwy widok człowieka tkwiącego między dwoma światami. Czy naprawdę tak bardzo dziwiło Geraldine, co tu robił? Czasami czuł się martwy już za życia. Był chodzącym przykładem tego, że dało się żyć bez funkcjonującego serca. Może miał więcej wspólnego z jej młodszym bratem niżeli chciał mieć. - Światło dnia obnaża - skwitował krótko. Ostatnio wolał żyć w znacznie łagodniejszym świetle nocy, dni spędzając na dyżurach, na których mógł zapomnieć o własnych problemach. Zajmowanie się ranami i zatruciami innych czarodziejów przynosiło ulgę jego własnym. Przynajmniej do tej pory, bo teraz coś się zmieniło. Miał wrażenie, że znowu zaczyna krwawić na wszystko i wszystkich dookoła siebie a tym razem naprawdę tego nie chciał. Robił złe, wątpliwe moralnie rzeczy, ale nie chciał być złym człowiekiem. Szczególnie nie teraz. Nie dla Riny. - Stary, dobry grząski grunt huh? - Mógłby się uśmiechnąć, ale byłoby w tym zbyt dużo goryczy. Nierozsądne. Przełknął ślinę. Miał nadzieję, że tego nie dostrzegła. Nie wiedział, bo unikał jej spojrzenia. Cały czas patrzył na żałobników. Przyszli tu na jego własny pogrzeb? Miał przyjaciół, miał rodzinę. Umiał podtrzymywać te relacje. To nie tak, że zawalał na wszystkich frontach. Na pewno by po nim płakano. Miałby piękny pogrzeb zgodny z magicznymi tradycjami. Byłoby na nim wielu drogich mu ludzi. Nie od razu by o nim zapomniano. Jego siostra na pewno przychodziłaby do Kniei. Wierzyli w te rzeczy. Sądzili, że ich dusze połączą się z tamtymi drzewami, więc Roselyn by to pielęgnowała. Przynajmniej dopóki nie zaczęłaby żyć dalej, czego dla niej chciał. Wtedy rzadziej by tam bywała. Nie mógłby być na nią zły, zresztą pewnie byłby wtedy jakimś lepszym bytem bez tych paskudnych naleciałości na charakterze. Choć kto to wiedział. Może zostałby cisem? Kłującą akacją? Czarnym bzem - ochronnym, ale jednocześnie zwiastunem szykowania się na nieszczęście? Zawsze to ignorował. Miał ugruntowane, sztywne poglądy, ale kiedy patrzył na tamtych ludzi, dostrzegając sylwetkę kogoś, kto niemal rzucił się w ziemię razem z trumną i musiał zostać odciągnięty przez dwie inne roztrzęsione osoby... ...uświadomił sobie, że nikt by tego dla niego nie zrobił. Nie chciałby tego, nie chciał być przyczyną czyjejś targającej otumaniającej rozpaczy do szaleństwa, ale ta myśl bolała. - Mówię serio, Rina - odezwał się wyrwany z zamyślenia w podobnym tonie - cicho, bo przecież byli na cmentarzu. Kto jak kto, on miał ostatnio narastające pokłady respektu przed zmarłymi. To też było gorzkawe. Pozostawiało gorycz na jego języku. Zmarły za życia? Był nim? - Wiesz, że staram się dotrzymać danego słowa - powiedział, choć oboje wiedzieli, że to była półprawda, która nie sprawdziła się w ich przypadku. Ambroise nie miał problemu z obietnicami, które składał w jakimkolwiek innym kontekście. Był słownym człowiekiem. Przyrzeczenie złożone przez niego na głos lub nawet niewypowiedziane, ale mające miejsce w jego głowie było niemal święte. Niemalże stanowiło gwarancję, że zostanie dotrzymane. Niestety był ten jeden naczelny problem, o którym oboje wiedzieli. Obietnice, które im złożył były skazą na jego przekonaniach. Nie dotrzymał niemal żadnego z tych, które powinny być nienaruszone. Dla swojej interpretacji jednego złamał wszystkie inne, w tym te, które najbardziej chciał uszanować. Geraldine miała święte prawo twierdzić, że Greengrass wyciera sobie twarz pustymi słowami jak szmatą, szczególnie, że nie znała jego logiki. To było pokrętne myślenie zagubionego człowieka nie umiejącego przyznać, że się pogubił. Nawet przed sobą, co dopiero przed kobietą, dla której usiłował być najlepszą wersją siebie. To też mu nie wyszło. Mimo to tym razem znowu składał jej przyrzeczenie. Tym razem było zbieżne z tym jednym, którego nie złamał. Stanowiło jedność z gwarancją, że chciał jej dać spokojne życie, na które zasługiwała. Bez krzywdzących dramatów i powtarzalnych ran. Domyślał się, że jego obecność znowu je u niej otwiera. Robiła to samo u niego, ale nie zamierzał na nią krwawić ani pozwolić Geraldine wykrwawiać się przez niego. Był uzdrowicielem. Chciał jej pomóc, nie zadać dodatkowy cios. - Znam swoje miejsce. Nie musisz się o to martwić - powiedział najbardziej neutralnie jak umiał, starannie skrywając gorycz. Znał to miejsce, bo poniekąd sam je wyznaczył. Było poza życiem Geraldine. Na uboczu jako zamknięty rozdział zagmatwanej historii, która nie urzekała nikogo i do której czytelnik nie chciał wracać. Była tą niechlubną częścią maszynopisu jego autorstwa, jej także, którą pewnie należało wywalić do kominka, żeby się spaliła w ogniu, ale on zachował ją w swoim pustym pokoju. Byli dla siebie destrukcyjni, ale jednocześnie jak bardzo ze sobą rezonowali. Mimo niedomówień i nieporozumień, nie spotkał nikogo przedtem ani tym bardziej potem, kto byłby w stanie ruchem dłoni uspokoić jego demony. Była też w stanie je rozjuszyć i doprowadzić go do konwulsji, ale och, jak pięknie chaotyczną harmonią byli wobec siebie nawzajem. Odchodząc od niej wydarł sobie kawałek duszy. - Chcę przez to powiedzieć, że masz mnie z oczu w pierwszej chwili jak tylko rozwiążemy problem -a co z oczu to z serca, prawda?, wybierał masochistyczne myślenie, że ma tam jeszcze u niej swój mały kącik. Przynajmniej dopóki ze sobą rozmawiają. Chciał z nią rozmawiać. Nawet, jeśli to miały być urywkowe, rozgoryczone rozmowy. Nie patrzył na nią, ale jednocześnie bardziej poruszało go to, że ona na niego też nie. RE: [27.06.1972] All we are is dust in the wind || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.09.2024 - Mhm. - Mruknęła, bo to były jej słowa, nie miała już nic więcej do dodania. Nie zamierzała się rozczulać, ten rozdział był już za nią (ta, jasne). Przykro jej było, że teraz nie zaskakiwał jej, ale nie spotkali się tu po to, by o tym dyskutować. Nie było już ich. Rozeszli się każde w swoją stronę, ku wolności, w końcu była to najważniejsza wartość, czyż nie? Zabawne, że smakowała okropnie gorzko, kiedy w końcu się mogło jej posmakować. Nie jego nazywałaby chaosem, to była jej domena. Wpadała niczym huragan, niszczyła wszystko wokół siebie, a później znikała. Chaos z najczystszej postaci. Nie mogła mu oczywiście odmówić tego, że też miał coś w sobie z tej okrutnej energii. Łączyło ich to. Nie mogła uwierzyć, że mogli kiedyś myśleć, że będą w stanie razem nad tym zapanować. Jacy oni byli głupi. Byli stworzeni do tego, aby rujnować wszystko na czym im zależało. Niestety, taka była prawda. Dobrze się stało, że któreś z nich było w stanie to przerwać, nim było za późno. Ambroise wykazał się rozsądkiem, mogłaby mu to nawet przyznać. Zresztą teraz mógł dostrzec to w jakim gównie się taplała, przynajmniej nie zabrała go ze sobą na dno, chociaż jedno z nich mogło być bezpieczne. Przynajmniej póki co, bo oczywiście musiała go w to znowu wciągnąć, musiał zostać świadkiem jej upadku i nie potrafił się w to nie zaangażować. Powinien ją zostawić, niejeden raz już mu się to zdarzyło, dlaczego więc znowu się na to nie zdecydował? Miała wrażenie, że tak jak ona dążył do destrukcji, zobaczył jaka pojebana to jest sytuacja i postanowił się w nią zaangażować. To mógł być argument. Nie zakładała bowiem, że zrobił to dla niej, nie była dla niego nikim istotnym, nie teraz. Nie musiał się o nią troszyć, nie chciał tego robić. Skutecznie ją od siebie odsunął pewnego pięknego poranka. - Dlatego wolę to nocne. - Księżyc pomagał ukrywać wszystkie tajemnice, ostatnio miała ich wiele, właściwie to zawsze, nie tylko ostatnio. Ciążyły jej, ale wolała, aby zostawały spowite ciemnością, nie chciała, żeby ktokolwiek się w to zagłębiał. Ambroise znał ich wiele, w końcu był w jej życiu przez sporo czasu, teraz nawet nie bywał, zniknął i wolałaby, aby na tym się skończyło. Oczywiście nic nigdy nie szło po jej myśli, więc pojawił się w najmniej oczekiwanym momencie. - Tak, ten w którym potrafimy się najlepiej odnajdywać.- Nigdy nie mieli pod stopami twardego podłoża, ich znajomość toczyła się w dziwny, specyficzny sposób, którego nie potrafiła zrozumieć. Do tej pory miała z tym problem, nie mogła zaprzeczyć, że czasem bywało między nimi naprawdę dobrze, ale czy było tego dobra naprawdę, aż tak wiele. Byli do siebie podobni, mieli zbliżone charaktery, podobną moralność, łączyło ich naprawdę wiele, ale i tak nie dało się na tym zbudować nic konkretnego. Zawsze coś musiało się spierdolić, nawet gdy wydawało się, że mają swój okres świetności, lepiej być nie mogło - tak sobie wtedy powtarzała. Cóż, szkoda, że tylko ona tak myślała. - Uwierz mi Roise, nie chcesz w to brnąć, naprawdę. - Nie zamierzała teraz dyskutować z nim na temat tego, gdzie miała jego słowo, bo nie było to odpowiednie miejsce na podobne dyskusje. Mogłaby zupełnie niechcący wybuchnąć i zacząć niepokoić żałobników. Nie chciała psuć im tego nostaligcznego momentu. Mógł sobie wsadzić te swoje obietnice bardzo głęboko, bo i tak nie zamierzała w nie wierzyć. Zbyt wiele razy pojawiły się wątpliwości, na pewno nie zamierzała znowu ślepo mu zaufać. Nie była tą sąmą głupią dziewczyną, którą zostawił. Odrobiła lekcje. Nie chciała się ponownie na nim przejechać, ostatnia przejażdżka ją zbyt wiele kosztowała. Pewnie nawet sobie nie zdawał z tego sprawy, bo miał ją w dupie. - Nie musisz się przede mną kajać.- Nie pasował jej do niego ten ton wypowiedzi, do tego prosił ją o to, żeby mógł się zaangażować w sprawę. To nie było w jego stylu, on się tak nie zachowywał. Może nie łączyło ich aktualnie nic poza wspomnieniami, jednak nie chciała, żeby zachowywał się w stosunku do niej w ten dziwny sposób, to nie był jej Ambroise, tylko ktoś obcy, a wolała jednak aby nadal pozostawał sobą, takim, jakiego go zapamiętała. Podczas ich ostatniego spotkania widziała w jego oczach tę dawną dzikość, którą uwielbiała, teraz może na niego nie spoglądała, ale nie czuła tego żaru, jakby zgasł. Czuła marazm i melancholię, które zupełnie nie pasowały do wizji Greengrassa, którą miała w głowie. Oczywiście przez ten rok nie zapomniała o nim na dobre, łapała się czasem na tym, że zastanawiała się nad tym, co u niego słychać, czy kupił jakieś trzpiotce urocze kapcie, przygotowywał rano ulubioną kawę i zrobił dla niej miejsce w łóżku. Nie do końca chciała się pogodzić z tym, że ktoś mógł zająć jej miejsce, chociaż wiedziała, że nie było powrotu. Jasno przecież to oznajmił, no napisał, jeden grzyb. - Tak, zrozumiałam, dotarło to do mnie za pierwszym razem. - Powiedziała chłodnym tonem, chciał się zaangażować, a później zniknąć, typowe. Lepiej by było, gdyby się nie spotkali, ale skoro już do tego doszło to nie zamierzała wzbraniać się rękoma i nogami przed współpracą, kiedyś wychodziło im to całkiem nieźle. Była na tyle zdesperowana, że wolała go do tego zaangażować, niżeli swojego niestabilnego brata wampira. Jakby wybierała zabawki w sklepie, w którym były tylko te popsute... - Dobrze, ale pamiętaj, że ja tu rządzę, nie ty. - Musiała to podkreślić, bo miewał tendencje do tego, żeby przejmować dowodzenie, tym razem nie zamierzała mu na to pozwolić. |