Secrets of London
[06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4020)

Strony: 1 2


[06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.10.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Słowo domem się stało.

Geraldine stała przed chatką, którą pierwszy raz odwiedziła miesiąc temu. Teraz to była ich chatka. Wtuliła się mocniej w ramię Ambroise'a który znajdował się tuż obok niej. Była szczęśliwa. Udało im się tego dokonać. Wspólnymi siłami osiągnęli cel. To był całkiem budujące. Stali się właścicielami wspólnej nieruchomości. Wymagało to od nich nieco zachodu, negocjowanie z mugolami nie należało może do najłatwiejszych, ale w końcu udało im się go kupić.

Chatka może nie należała do szczególnie wyszukanych, ale nie przejmowała się tym jakoś specjalnie, nie o to chodziło przy tym zakupie. Mieli swoje miejsce na ziemi w którym mogli się chować przed całym światem. Wiedziała, że nieistotne jest to, jak ten dom wyglądał, najważniejsze było uczucie z nim związane. Nawet najpiękniejszy dwór nie miał duszy bez odpowiednich mieszkańców.

Okazało się, że do tego domku przynależał kawałek plaży, mieli własną plażę! Mało kto mógł się czymś takim pochwalić. To nie tak, żeby zamierzała kogokolwiek informować o tym miejscu. Nie chciała tutaj nikogo zapraszać, wolała mieć pewność, że nigdy ich nikt tutaj nie będzie niepokoił. - Roise... - Odwróciła w jego stronę twarz, żeby przyjrzeć mu się uważnie. Nie wiedziała, czy powinna tego od niego wymagać, ale skoro już ją nawiedziła ta myśl, to postanowiła się nią podzielić. - Nie będziemy nikomu mówić o tym, że go kupiliśmy? - Wolała zapytać go o zdanie, bo zaczęła uczyć się tego, co to znaczy żyć z kimś. Powinna przegadywać z nim każdą decyzję, która dotyczyła ich dwójki, całkiem nieźle odnajdywała się w tym koegzystowaniu. Nie chodziło jej o to, że chciała trzymać ich relację w tajemnicy, gdzie tam, pokazywali się już przecież razem, więc niedługo pewnie wszyscy się domyślą, że łączyło ich coś więcej niż przelotna znajomość, nie kryli się ze swoimi uczuciami, co ją cieszyło, bo może wreszcie zdesperowane panny przestaną mu rzucać przelotne spojrzenia. Tyle, że zależało jej na tym, aby to miejsce było faktycznie ich. Znajdowało się daleko od Londynu, mogli znikać tu na ile tylko mieli ochotę. Nie chciała, żeby ktoś wiedział, gdzie można ich znaleźć.

- Wiesz, nie chciałabym, żeby ktokolwiek się tutaj pojawiał. - Postanowiła dokończyć swoją myśl, to też było istotne, żeby przypadkiem nie pozostawić miejsca na jakieś niedopowiedzenia. To miejsce miało należeć tylko do ich dwójki, nie mogła się doczekać, aż uwiją tutaj swoje gniazdko, do którego będą przylatywać co jakiś czas.

Przeniosła spojrzenie na dom, oczy błyszczały jej z radości. Pojawili się tu pierwszy raz po kupnie tej nieruchomości. Czekało ich trochę pracy, żeby wreszcie urządzić to miejsce po swojemu, w sumie Yaxleyówna nawet jeszcze nie wiedziała, co to właściwie oznacza, ale była gotowa to sprawdzić. Czekał ich pracowity weekend, ale napawało ją to pozytywną energią, wiedziała, że praca która ich czeka będzie warta poświęconego czasu. Ostatnim razem udało im się pozbyć tych obrzydliwch figurek, które spoglądały na nich złowieszczo, to było najważniejsze. Mugole oczywiście nie powiązali ich z tym wydarzeniem, nikt przecież nie wiedział, że potajemnie się tutaj wkradli. Teraz mogli tu być oficjalnie, miejsce należało do nich, nie będą się musieli bać, że ktoś uzna ich za intruzów.




RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024

Minął miesiąc odkąd zaczęli rozmawiać odnośnie domu, który teraz nareszcie w rzeczywistości znalazł się w ich rękach. To nie były już tylko czcze słowa. Zakup stał się rzeczywistością. Brzmiącą równie dobrze, co we wcześniejszych założeniach. Tym bardziej, że tego dnia świeciło słońce a powietrze było znacznie cieplejsze. Jeśli dało się tak powiedzieć, oboje odżyli jeszcze bardziej.
A on czuł się po prostu zakochany. Już nie tak szczenięco, ale wcale nie mniej niż wcześniej. Wręcz przeciwnie. To wszystko napawało go optymizmem i siłą do działania.
- Sugerujesz, że to ma być nasze miejsce do potajemnych schadzek? - momentalnie zastygł w miejscu, jakby to, co powiedziała dosłownie zbiło go z tropu a następnie niemal od razu go obruszyło.
Ambroise skierował ku blondynce oburzone spojrzenie, marszcząc przy tym czoło i rozchylając usta, jakby szukał odpowiednich słów nadających się, żeby skomentować jakże absurdalną prośbę urągającą jego krystalicznie czystym zamiarom wobec niej. Na pierwszy rzut oka mógł sprawiać wrażenie zniesmaczonego sugerowaniem mu podobnego rozwiązania.
Mieli się ukrywać jak dwie osoby mające inne życiowe zobowiązania? Prowadzić podchody i skrycie pojawiać się na miejscu spotkania a potem znikać osobno, żeby nikt ich razem nie zauważył, bo wtedy mieliby poważne problemy? Udawać przez długie weekendy, że żyją w normalny sposób, po czym wracać do szarej rzeczywistości?
Niedoczekanie.
- Geraldine Yaxley - przestąpił nawet z nogi na nogę, żeby bardziej podkreślić swoje poruszenie. - Czy ty próbujesz wmanewrować mnie w pokątny romans? - Pretensja w głosie Greengrassa wybrzmiała całkiem naturalnie i nawet mogłaby być całkiem przekonująca, gdyby nie to, że przez ten cały czas śmiały mu się oczy.
Nad tym nie potrafił zbyt dobrze zapanować, szczególnie, że w większości przypadków nie zdawał sobie z tego sprawy. Prócz tego nie umiał przy niej grać lodowatego i rozgoryczonego. W przeciwieństwie do tamtego niechlubnego okresu w ich wspólnej historii, teraz miała na niego zupełnie inny wpływ. Czuł się przy niej lżej i bardziej właściwie. Nie miał wątpliwości, że to, co wymyślili a następnie wcielili w życie miało przynieść same korzyści.
- Nie przeczę, że to byłoby kuszące, ale trochę za późno. Nie uważasz? - Spróbował jeszcze raz, ale tym razem również nie powstrzymał mowy ciała, która niepokojąco łatwo wydawała jego faktyczne podejście do sprawy.
Na skryty romans było już niewątpliwie dawno po czasie, bo choć jeszcze nie doszło do oficjalnych uprzejmości z rodzinami to Ambroise ani myślał kryć się z tym, że było między nimi coś więcej niż przyjaźń czy towarzyskie porozumienie. To nie był wyłącznie przelotny romans, więc dawał to do zrozumienia, aby nie musieć konfrontować się z żadnymi godnymi pożałowania zalotnikami panienki Yaxley.
Kwestia pierwszego wspólnego wystąpienia na jakimś balu lub przyjęciu dotyczyła bardziej tygodni, może nawet dni (nie specjalnie miał ostatnio głowę do śledzenia kalendarza towarzyskiego) niż miesięcy. Ani kiedy, ani jak - wszystko miało wypaść raczej naturalnie.
Co zaś tyczy się domu i podejścia do bywania tutaj:
Czyż nie o tym rozmawiali na samym początku? To dlatego przeszli przez małą mękę próbując dogadać się z mugolami w jak najbardziej, tfu, moralny sposób. Bez wykorzystania zaklęć i innych manipulacji ze świata czarodziejów. No, przynajmniej zbyt wielu, bo on wiedział, że ona posunęła się do kilku swoich sztuczek a ona, że również nie zostawił wszystkiego przypadkowi. Tym bardziej, że nigdy nie był wybitnym negocjatorem. Nie miał do tego właściwego wyczucia i dużej dawki cierpliwości.
Szczególnie, że jedyne, o czym marzył to było doprowadzenie całej sprawy do końca, dopięcie formalności i znalezienie się we własnym wspólnym domu. Niekoniecznie we wskazanej kolejności, bo najchętniej zacząłby od drugiej strony. Nie mógł doczekać się, żeby w pełni wykorzystać cały potencjał nowonabytej nieruchomości.
- Jak sobie życzysz - skinął głową, wpatrując się w jej niebieskie oczy i wzruszając ramionami.
Tak właściwie to nie miał ku temu żadnych obiekcji. Było mu to bardzo na rękę, tym bardziej, że w razie potrzeby mogli przecież zmienić zdanie i dokonać adekwatnych roszad. Zmienić przekonanie ludzi w okolicy o tym, że byli kimś zupełnie innym. Przepisać akt własności na rzeczywiste dane osobowe a nie to, co dyskretnie wmówili urzędnikowi (co całkiem zabawne, każde prawdopodobnie z osobna, choć wersja była wspólna, przez co biedny człowiek zdawał się nie pamiętać nawet swojego imienia). Podłączyć kominek do sieci Fiuu.
Krótko mówiąc: to nie była ostateczna i niezmienialna decyzja za to bardzo mu obecnie odpowiadała, toteż zgodził się na to bez zastanowienia. Nawet nie kompromisował, po prostu obdarzył Geraldine pokrzepiającym uśmiechem.
- Zatem będzie wyłącznie nasze - wyraził aprobatę, po czym również odwrócił wzrok i obrócił głowę w kierunku drzwi. - Zawsze były takie złuszczone? - Spytał, jednocześnie odstawiając torbę z ramienia na stare deski i wolną ręką dotykając białej farby, która w drobnych została mu na palcach.
No, dobrze. Nadal patrzył na ten dom niemalże dokładnie w ten sam sposób, co jego dziewczyna. Jak na coś pięknego i pełnego potencjału. Tym bardziej, że mieli tu nie tylko główny budynek, lecz także mały taras (co z tego, że do niemal całkowitej naprawy, jeśli nie zburzenia i odnowienia?), spory kawałek czegoś, co kiedyś musiało być nadmorskim ogródkiem i zejście na własny skrawek osłoniętej plaży. Oczywiście, żeby nie było zbyt łatwo - teraz porośnięte wszelką roślinnością zarastającą dom od zewnątrz, ale to akurat napawało Greengrassa jedynie satysfakcją.
Przy odrobinie starań mógł mieć tu całkiem niezłe warunki do działania i hodowli mniej wymagających roślin. W tym głównie takich mogących wytrzymać ich nieobecności, bo przecież nie wprowadzali się tu na stałe. To było ich małe miejsce do złapania oddechu i odskocznia od magicznego świata, choć w celu naprawy zewnętrza i wnętrza Ambroise miał nadzieję nagiąć trochę ustalenia i posiłkować się magią.
- Myślisz, że należy pomalować je na fioletowo? - Spytał w zamyśleniu, bo teoretycznie tak nakazywał obyczaj a z drugiej strony mugole mogli to uznać za niepokojące dziwactwo.
Nie to, żeby przejmował się ich opinią, ale ustalili, że chcą trzymać się na uboczu i nie zwracać na siebie zbyt dużej uwagi. Toteż pytał ją o szczere zdanie. Tym szczególniej, że tak właściwie to planował zostawić Geraldine niemal całkowitą decyzyjność odnośnie budynku. On mógł zająć się kwestiami technicznymi i rozwiązaniami fizycznych problemów, ale planowanie chętnie mógł przekazać w jej podekscytowane ręce. Pod tym względem był skory do kooperacji, natomiast liczył na równą decyzyjność przekazaną mu w kwestiach ogrodniczych.
- Wracając do naszego płomiennego skrytego romansu - odezwał się nieoczekiwanie, znów unosząc kącik ust. - Pozwoli Panienka? - Robiąc krok i puszczając ją na chwilę, wyciągnął ku niej ramiona, żeby móc przenieść Geraldine przez próg, otwierając sobie drzwi łokciem.
Małe, śmieszne detale, ale bez nich wszystko nie byłoby takie słodkie.


RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.10.2024

Na jej twarzy pojawił się wyraz zamyślenia. Trochę tak sugerowała, może nie do końca o to jej chodziło, ale jakby nie patrzeć mógł odczytać to w ten sposób. Miejsce do potajemnych schadzek nie brzmiało jednak dokładnie tak jak chciała. Miał to być ich dom, ostoja, gdzie mogli się zaszyć, no nic musiała się pogodzić, że faktycznie chodziło jej o miejsce do potajemnych schadzek. Tyle, że w sumie, czy te schadzki był na pewno potajemne, skoro pokazywali się razem poza tym miejscem? Trochę zaczęła się gubić w swoich zawiłych myślach, nie szło jej zbyt dobrze analizowanie tego wszystkiego.

- To nie do końca to, co miałam na myśli, oczywiście mogło by to być całkiem ciekawym rozwiązaniem... - Tak, ukrywanie się i udawanie na co dzień, że się nie znają. Czuła w powietrzu ten dreszczyk emocji, ale to nie było to, co chciała z nim zrobić. Zależało jej na tym, aby wszyscy wiedzieli, że do siebie należą, aby nikt nie spróbował nawet do niego podchodzić, bo był jej. Zdecydowanie potajemny romans nie miał w tym przypadku racji bytu. - Jest zdecydowanie zbyt późno, no i nie pozwoliłabym na to, żeby te wszystkie czystokrwiste dziewuchy myślały o tym, że jest szansa, że mogą się do ciebie zbliżyć. - Och tak, potrafiła być bardzo zaborcza, jeśli jej na czymś zależało.

Nie zaliczyli jeszcze swojego oficjalnego debiutu jako para, ale wiedziała, że ten moment się zbliża. Tak naprawdę to na niego czekała, wiedziała, że z początku może to wzbudzić pewne kontrowersje, ale z drugiej strony, czy w ogóle powinno? Należeli do odpowiednich rodzin, nie łamali żadnych zasad, które od lat były mile widziane wśród ich kręgów, wszystko rysowało się naprawdę nieźle.

Okazało się, że nie było to takie trudne. Zaakceptował jej pomysł. Była zadowolona, że nie miał nic przeciwko temu. To miejsce pozostanie tylko ich, nikt nie będzie wiedział, gdzie znikają, aby wyrwać te kilka dni rzeczywistości. Uśmiechnęła się i odruchowo cmoknęła go w policzek, uradowana, że zaakaceptował ten pomysł. Mogli więc zacząć pracować nad tym, aby to miejsce faktycznie stało się ich domem.

- Wydaje mi się, że zawsze, nie sądzę, że w miesiąc coś by się zmieniło. - Nie zwracała wcześniej uwagi na te drobne mankamenty, które teraz stawały się bardziej widoczne. Coż, może przez to, że faktycznie aktualnie to był ich problem, bo domek został ich własnością. Nie powinni mieć jednak problemu z tym, aby sobie ze wszystkim poradzić. Mieli w końcu magię, przy pomocy zaklęć odrestaurują to miejsce całkiem szybko. Nie wydawało jej się, żeby była potrzeba, aby naprawiali to miejsce, jak mugole. Nie byli nimi. Kilka wprawnych zaklęć wystarczy, aby domek sprawiał pozory niemagicznego. Przydałoby się również nałożyć jakieś zabezpieczenia, aby nikt nieproszony tutaj nie wchodził pod ich nieobecność. Miejsce znajdowało się na uboczu, ale to nie zmieniało faktu, że ktoś mógł się nim zainteresować.

- Fioletowo? - Powtórzyła po nim cicho. Nie był to chyba jej ulubiony kolor, na pewno rzucał się w oczy, szczególnie w tej mugolskiej części zabudowań, ale czy jej to przeszkadzało? Nie. - Może być fioletowy, chociaż nie wiem, czy nie lepiej pozostać przy mugolskim wtapianiu się w tło. - To byłoby bezpieczniejszym rozwiązaniem, zdecydowanie. Może faktycznie powinni jednak podążać tą ścieżką, skoro nikt miał nie domyślić się, że mieszkają tutaj dziwacy, to znaczy czarodzieje. Tak właściwie to nie miała jeszcze pomysłu w jaki sposób powinni urządzić ten domek, miała zamiar improwizować, to zawsze była odpowiednia metoda. Pewnie postanowi tu przynieść coś ze swojego mieszkania, może jakieś futra zwierząt, które mogłyby wprowadzić do wnętrza nieco ciepła. Tak, Yaxleyówna uwielbiała odzwierzęce materiały, jak przystało na łowcę potworów. Wiedziała, że nie wszyscy lubią trzymać martwe części zwierząt w domu, no ale w jej przypadku nie było innej możliwości. Szczególnie, że zostawiała sobie te materiały, które wydawały jej się być atrakcyjniejsze, z kwiatkami Ambroise'a to mogło być naprawdę całkiem przyjemne miejsce. Musiała się go zapytać o to, czy zna jakieś gatunki roślin, którym odpowiadał piasek jako podłoże do życia. Nie znała się praktycznie w ogóle na tej części przyrody, ale miło by było mieć tu jakiś ogródek, cokolwiek.

Zresztą dopiero co stali się właścicielami tego miejsca, czuła, że nie powinni mieć problemu z określeniem tego, jak to miejsce miało wyglądać. Jeszcze kilka przyjazdów, a domek zacznie w pełni należeć do nich. Gdyby się uparli zapewne byliby w stanie zrobić to w jeden weekend, ale Yaxleyówna nie przyjeżdżała tu tylko po to, żeby odrestaurowywać domek, nie, to był tylko dodatek do czasu, który mieli spędzać z ukochanym na zupełnie innych czynnościach.

Nadal czuła się, jakby trwał ich miesiąc miodowy, było wspaniale, nie mogła przestać się cieszyć jego obecnością. Niby powinna do tego przywyknąć, bo miała to na co dzień, ale zdecydowanie jeszcze się tak nie stało.

- Ależ oczywiście. - W kilka sekund znalazła się w jego ramionach, oplotła swoje dłonie wokół szyi mężczyzny i dała się wnieść do chatki.

Najgorsze mieli już za sobą, załatwili wszystkie formalności związane z zakupem tego miejsca, wypadałoby więc wreszcie się w nim rozgościć. Rozmawiałi przecież o tym, że je ochrzczą, miała nadzieję, że i ta obietnica zostanie spełniona.




RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024

- Z uprzejmości nie zaprzeczę - skwitował rozbawionym, niepoważnym prychnięciem.
Tak. Jasne. Już to widział. Dokładnie tak jak trzymanie rąk przy sobie w innych okolicznościach.
- Mogłoby. Właściwie to nadal może. Jesteśmy całkiem dobrzy w udawaniu i stwarzaniu pozorów - przypomniał z nieznacznie wyczuwalnym przekąsem pijąc oczywiście do tamtych miesięcy pełnych podchodów i prób wybadania tej drugiej strony, podczas gdy mogli tego nie robić i w efekcie dużo szybciej stanąć z powrotem na stabilnym gruncie a nie poruszać się w ich relacji jak dwoje dzieci we mgle.
Nie zamierzał tego powtarzać. Po czasie wydawało mu się to jeszcze bardziej bezcelowe. Jasne - dzięki temu utwierdził się w przekonaniu, że to nie była wyłącznie kwestia chwilowego zauroczenia. W innym razie odpuściłby bardzo szybko a nie usiłował rozwijać ich pełną podtekstów przyjaźń. To nie było całkowicie głupie, ale wydarzyło się raz i było dostatecznie wystarczalne. Mogli zapisać ewentualnie pomysł krycia swojego zaangażowania przed światem i myśleć dalej, bo Ambroise nie byłby z życia w taki sposób.
- Myślę, że już dawno o tym wiedzą - wzruszył ramionami na te panny, bo o ile sam okazywał równe rozdrażnienie na myśl o kawalerach, których mogła próbować wciskać Geraldine matka to we własnym przypadku nie czuł powodów do ukrywania, że był kompletnie niezainteresowany kimkolwiek innym.
- Zresztą dałbym im to jasno do zrozumienia, gdybyś zrobiła mi ten zaszczyt i dała się zaprosić na najbliższe wydarzenie, które jest - zmarszczył brwi starając się przypomnieć sobie słowa, które niedawno padły u niego w domu z ust Evelyn Greengrass mającej tendencję do dokładnego pilnowania wszelkich dat towarzyskich; on nie był w tym najlepszy, o czym świadczyło między innymi to, że parokrotnie dał się wmanewrować w bycie osobą towarzyszącą jakiejś czystokrwistej panny z irytująco dobrego domu.
- Nie wiem - przyznał mimo najszczerszej próby przypomnienia sobie jakichś detali.
Cóż. Prawdopodobnie mógłby rzucić jakąś cholerą, gdyby dotarło do niego, że najbliższa okazja była niespełna dwa tygodnie od bieżącego dnia.
Szczególnie, gdy już wolał postawić sprawę jasno i zabrać tam swoją świadomie wybraną drugą połówkę, nawet jeśli to mogło wywołać różne reakcje. On również nie miał nieposzlakowanej opinii wśród niektórych czarodziejów, ale zdarzało mu się uśmiechać pod nosem już wcześniej, gdy słyszał, że to Yaxleyówna mimo najszczerszych starań była tą większą enfant terrible z ich dwojga. Mieli przez chwilę pobyć na językach, ale to go raczej rozśmieszało niż martwiło.
Byli dorosłymi ludźmi z odpowiednich rodzin. Nie robili niczego niezdrożnego. Może łamali trochę konwenansów, ale nie robili nic, co byłoby powszechnie nieakceptowalne. Wręcz przeciwnie. Niektórzy mogliby pokusić się o ulgę, że ta dwójka ściągnęła się wzajemnie z matrymonialnego rynku. Rodzice wielu kawalerów i panien mogli zacząć spać spokojnie bez obawy o to, że dojdzie do czegoś, czego by nie chcieli.
Potencjalne problemy rozwiązały się same i to przy okazji w naprawdę szczęśliwy dla Greengrassa sposób. Mężczyzna nie sądził, aby miało być im przesadnie trudno w związku z nową sytuacją. Ze wszystkich możliwych rozwiązań udało im się trafić na te najbardziej naturalne. Nie musieli się z niczym kryć ani udawać obojętności, mogli z podniesionymi głowami pojawiać się w miejscach publicznych i okazywać sobie uczucia kiedy tylko chcieli. To było szczęście znane nielicznym.
Kupno tego domu nie było podyktowane koniecznością trzymania czegoś w sekrecie a raczej pragnieniem posiadania miejsca na świecie, w którym mogliby odpocząć od codzienności i rzeczywistości. Oboje pragnęli miejsca, gdzie nie muszą bawić się w konwenanse i oczekiwać, że zaraz dopadnie ich zwykłe życie, które w obu przypadkach nadal prowadzili bardzo aktywnie. Spędzali ze sobą wszelki możliwy czas, ale zawodowo nie mogli pokusić się o odpuszczenie. Zbyt wiele włożyli w swoją renomę. Tu również byli zgodni, że kiedy to było potrzebne to było potrzebne.
- Fioletowo - powtórzył machinalnie, bo całe myśli i uwagę nadal kierował na łuszczące się drzwi.
Teraz to były jego, ich drzwi a on miał swoje standardy. Może wynajęte mieszkanie na Pokątnej nie było ani trochę zgodne z większością wymagań Greengrassa, ale posiadało jedną znaczącą zaletę, która przykrywała wszelkie niedogodności - świetną lokalizację będącą doskonałą bazą wypadową do wszystkiego, co robił Ambroise.
Z kawalerki miał stosunkowo blisko zarówno do szpitala jak i na Aleję Horyzontalną, kominek był obecny i podłączony do sieci Fiuu, więc również do Doliny można było dostać się w raczej dogodny sposób. Może było małe i obskurne, ale doskonale służyło wszystkim celom. Poza tym nie łudził się. Ostatnio niemal nie spędzał tam czasu.
Własny dom to było coś innego. Jeszcze nigdy nie posiadał całkowicie prywatnego skrawka ziemi z zabudowaniami (w tym wypadku domem i małą szopą na narzędzia) tym bardziej, że nie miał takiej potrzeby. Tymczasem teraz stali się właścicielami ziemskimi i punkt widzenia zaczął mu się diametralnie zmieniać.
Patrząc na budynek przez różowe okulary nie zwracał uwagi na wszystkie mankamenty, które teraz zaczynały być widoczne. Co prawda uwaga Ambroisa nadal była głównie skupiona na tym, co mieli robić w tej chatce a nie przy niej, natomiast były drobne rzeczy już wywołujące u niego zamyślenie.
Chciał, żeby to miejsce było bardziej zadbane niż za czasów, kiedy należało do mugolskich właścicieli. Tym bardziej, że planowali tu spędzać co najmniej kilka weekendów w roku, może nawet bliżej kilku miesięcy rozbitych pomiędzy krótkie wypady.
- W niektórych niemagicznych miejscach panuje zwyczaj malowania drzwi frontowych na fioletowo - odpowiedział spokojnie, nadal marszcząc brwi, kiedy farba na drzwiach dosłownie zsuwała się z drewna pod lekkim naciskiem jego palców. - Żeby dyskretnie poinformować o tym, że nie jest to zwyczajnie mugolski dom - uściślił, choć zaraz wzruszył ramionami. - Skoro chcemy być całkiem incognito to raczej odnówmy stary kolor.
Przysiągłby, że wydawało mu się, że dom jest w znacznie lepszym stanie. Z drugiej strony jak do tej pory głównie wchodzili do środka przez tylne wejście, które miało dużo nowsze drzwi. Najpewniej wymienione po jakimś niemagicznym włamaniu. Oni, gdy tu przez chwilę mieszkali nie zostawili po sobie niemalże żadnych śladów. Natomiast mugole nie zwykli być tak dyskretni. Odnotował w pamięci, żeby przedyskutować z ukochaną nałożenie co najmniej kilku różnych zabezpieczeń. Tak na wszelki wypadek, bo czasy zaczęły robić się dziwne.
Na takim uboczu raczej nie musieli przejmować się kimś kogo kilka zaklęć nie byłoby w stanie odstraszyć - to mu pasowało i skłoniło go do tego zakupu. Choć tak właściwie głównym powodem była Geraldine i to, że po prostu chciała tego konkretnego domu. To wystarczyło, żeby mogli cieszyć się nowym zakupem a wkrótce też z powrotem sobą nawzajem.
Bezceremonialnie pomagając sobie nogą i łokciem w przejściu przez drzwi, posłał szeroki uśmiech w stronę Geraldine, obracając się z nią na rękach tak, jakby nic nie ważyła. Humor dodawał mu sił i lekkości ruchów. Tak samo jak plany na dalszą część dnia, bo remont momentalnie schodził na dalszy plan.
- Witamy w domu - oznajmił, przestępując przez próg i zamykając drzwi piętą, choć na zewnątrz nadal mieli całkiem sporo rzeczy do wniesienia.
Torby mogły poczekać, kiedy posadził dziewczynę na drewnianej komódce (na szczęście bez tamtych figurek) nachylając się nad nią tak, że niemal oparł się na rękach o blat i zmusił ją do wychylenia się w tył - plecami na ścianę. A potem po prostu ją pocałował. Nie lekko i przelotnie. Tym razem byli w domu wobec którego robili konkretne plany. To było bardzo jasne. Nie wymagało uprzedzenia.


RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.10.2024

- Wiesz, że nie musisz być uprzejmy, prawda? - Uniosła kącik ust w uśmiechu, bo miała świadomość, że on tak jak i ona bardzo często powtarzał, że nic nie musi, więc to było raczej oczywiste. Był uprzejmy, bo tego chciał.

- Nie, nie mogłoby. Ja już nie chcę sprawiać pozorów. - Wiedziała, że on też tego nie chciał. Zbyt wiele ich to kosztowało. Mieli już za sobą udawanie i ukrywanie wszystkiego, co do siebie czuli. Zdecydowanie wolała to, jak ta relacja teraz wyglądała. Wreszcie mogła odetchnąć i przestać się przejmować czymkolwiek, nie musiała pilnować swoich gestów, czy słów. Nie musiała myśleć o tym, że robi coś nieodpowiednio, co najważniejsze wiedziała, że on również tego chce.

Tak właściwie to ona również od dawna nie wykazywała zainteresowania nikim innym, od lutego nie spoglądała na żadnych mężczyzn, bo czuła, że ten, którego pragnie jest na wyciągnięcie ręki, mimo, że wtedy jeszcze nie była skłonna jasno określić, że zaczęła coś do niego czuć, to była lojalna, nie wiedzieć czemu po prostu nie chciała spoglądać na nikogo innego. Liczyła na to, że prędzej, czy później skończą właśnie w ten sposób. Razem. Na szczęście udało im się do siebie dotrzeć i zmienić formę relacji, która ich łączyła.

- Czy to oficjalne zaproszenie? - Nie, żeby go potrzebowała, ale wolała się upewnić. Przez chwilę zastanawiała się, jak wygląda kalendarz najbliższych wydarzeń towarzyskich, nie, żeby specjalnie go śledziła, ale czerwiec był tym miesiącem, w którym trafiał się sabat, więc może to było odpowiednie miejsce do pojawienia się razem. - Litha, pójdziemy razem na Lithę. - Dokończyła za niego. Będą mogli razem świętować ten sabat i dać do zrozumienia innym, że nie są już pojedynczymi jednostkami, tylko, że teraz stanowią parę. Nadal nie do końca przywykła do tego, bo rzadko kiedy pojawiała się u czyjegoś boku oficjalnie, raczej tego unikała, jednak tym razem bardzo chciała, aby do tego doszło. Przede wszystkim dlatego, że działo się to z jej własnej woli, nie było zainicjowane przez nikogo innego, oni sami stwierdzili, że razem mogą stworzyć coś pięknego.

- Będziemy pleść wianki i szukać kwiatu paproci. To znaczy ja będę plotła wianek. - Poprawiła się niemalże od razu, bo to przecież była rola kobiety, wbrew pozorom mimo swojego noszenia się po męsku, wiedziała, jak powinno to wyglądać. Tak naprawdę poza tą całą otoczką, która się nad nią unosiła miała w sobie sporo typowej, dziewczęcej dziewczyny, którą nawet cieszyły takie sprawy, oczywiście o ile miała z kim te święto odpowiednio celebrować, a tak się składało, że w tym roku wyjątkowo miała.

Normalnie pewnie nie wydawałoby się jej to szczególnie atrakcyjne, ale z odpowiednim towarzystwem, cóż każda okazja była dobra do świętowania. Mogłaby się z nim nawet zgubić w ciemnym lesie, jeśli trafiłby się do tego odpowiedni moment. Oczywiście nie miała w zwyczaju gubić się w głuszy, ale z Ambroise'm mogłaby to zrobić. Tak, to brzmiało nieźle. Zdecydowanie będą musieli pójść razem na ten sabat.

Nie mogła trafić lepiej, nawet nie zamierzała się z tym kłócić, mogłaby nawet powiedzieć mu to wprost, zresztą nieraz wspominała mu o tym, jakim był idealnym kawalerem, miała szczęście, że trafił się właśnie jej. Może nie wspominała mu o tym jeszcze od momentu, w którym przekroczyli granicę przyjaźni, ale wiedziała, że on wie, co o tym myśli. To było najważniejsze.

- Fioletowy to ogólnie całkiem ładny kolor... - Zaczęła całkiem neutralnie, ale wiedziała, że w przypadku tej mugolskiej wioski mógłby za bardzo rzucać się w oczy, powinni odpuścić te tradycję. Szczególnie, że zależało im na tym, aby schować się przed całym światem. Wypadałoby, aby po prostu wtopili się w tło. Tak było najprościej.

Na szczęście Ambroise doszedł do tego samego wniosku co ona, odetchnęła nawet z ulgą. Nie będą mieli fioletowych drzwi. - Tak, wydaje mi się, że tak będzie lepiej. - Bezpieczniej? Może nie do końca lepiej, ale ich głównym celem w tym miejscu miał być odpoczynek, a nie zwracanie na siebie uwagi. Wystarczy więc, że nieco odnowią te drzwi i temat będzie za nimi. Czekało ich trochę pracy, żeby zrobić te miejsce w pełni funkcjonalnym, ale w żaden sposób jej to nie przeszkadzało. Chciała właśnie ten domek i go dostała, ze wszystkimi jego plusami i mankamentami, pozostawało pozbyć się tych drugich, a będzie to najpiękniejsze miejsce na ziemi. Przynajmniej w oczach panny Yaxley.

Udało im się wejść do środka bez żadnych strat. Greengrass był naprawdę silny, właściwie to była nawet zdziwiona, że tak bezproblemowo sobie poradził z wniesieniem jej do środka, jakby faktycznie była lekka niczym piórko (a nie oszukujmy się - nie była). Geraldine była kupą mięśni, które ważyły swoje, nie przywykła do noszenia na rękach, jak widać i to się miało zmienić. Przy nim czuła się niemalże jak księżniczka, którą nigdy nie chciała być, w sumie teraz uważała, że to było głupie. Zauważyła, że całkiem podobało jej się takie traktowanie. Widać punkt widzenia mógł się zmienić w każdej chwili.

- Witamy w naszym domu. - Dodała jeszcze z uśmiechem, nim Ambroise posadził ją na tej drewnianej komódce, która jeszcze nie dawno pełna była tych okropnych figurek, na szczęście pozbyli się ich podczas ostatniej wizyty, już wtedy wiedzieli, że dom będzie należał do nich.

Przyparł ją do ściany, która była dosyć szorstka, aczkolwiek w tej chwili było jej to całkiem obojętne. Oczy jej błyszczały, czuła ciepłko, które zaczęło jej się rozchodzić po całym ciele. Pragnęła go, teraz, właśnie w tym momencie. Wiedziała, że on również nie mógł się oprzeć jej bliskości. Nie bez powodu przecież kupili ten dom, mieli wiele planów zwiazanych z tym, co będą tutaj robić, kiedy wreszcie będzie należał do nich, powinni zacząć je realizować.

Oplotła się wokół niego swoimi nogami, ręce narzuciła mu na szyję, chciała być jak najbliżej mężczyny, komoda okazała się być w tym całkiem przydatna, mogła oprzeć na niej praktycznie cały ciężar swojego ciała.

Te pocałunki nie były słodkie i niewinne, raczej zupełnie przeciwnie. Pełne pożądania i pragnienia, które się między nimi pojawiło. Geraldine nie przestawała go całować, przypadkiem kilka razy przygryzła zbyt mocno jego dolną wargę, a jej dłonie zaczęły błądzić po jego plecach. Nie musieli się już niczym przejmować, bo to miejsce należało do nich, w końcu mogli się zatracić, tak jak planowali od samego początku.




RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024

- Wiesz, że nie musisz mnie o tym uświadamiać? - Spytał w rewanżu, bo tak - nic nie musieli, ale on po prostu chciał.
Czemu miałby powstrzymać te odruchy? Zgodnie z obietnicą usiłował być dla niej lepszą wersją siebie. Z powodzeniem jak do tej pory, choć prawdopodobnie mógłby coś zmienić, jeśli dałaby mu to do zrozumienia. Jak na siebie był całkiem skory do kompromisów. Mogła z tego świadomie korzystać a on nic by na to nie powiedział. Nawet nie dostrzegał tego banalnego faktu, że zaczęła go sobie owijać wokół malutkiego paluszka. Raczej nie byłby z tego specjalnie zadowolony, gdyby to dostrzegł. A więc szczęście, że był na to zupełnie ślepy?
- Doskonale - pokiwał głową dając dziewczynie do zrozumienia, że mają to już ustalone.
To miał być ich letni dom. Nie tylko miejsce schadzek a tym bardziej nie takich ukradkowych i pełnych wątpliwości. Byli ze sobą w otwarty, normalny sposób, choć bez wątpienia to mogło wywołać wiele zdziwionych min i uniesionych brwi. Dlatego tym bardziej chciał je wkrótce zobaczyć.
- Mam je sformułować w inny sposób? - Zaoferował w taki sposób, jakby faktycznie mógł wykrzesać z siebie trochę więcej jak do tej pory.
Jeśli chciała mógł odstawić niewielki teatrzyk, byleby tylko uzyskać zgodę na wspólny debiut towarzyski. Całe szczęście chyba nie musiał zniżać się do tego poziomu. Wychowano go dobrze i w teorii umiał radzić sobie z tego typu zalotami, ale to nie było w ich stylu.
- Więc Litha - to brzmiało dobrze, choć zaskoczyło go niedalekim terminem; niemalże zapomniał o konieczności pojawienia się na sabacie, był zbyt zaaferowany próbami pogodzenia pracy ze spędzaniem wspólnie pozostałej reszty czasu.
- Najwyższa pora - powiedział mimo to, ponieważ w gruncie rzeczy to było całkiem dogodne.
Nie musieli zbyt wiele czekać. Mogli pojawić się razem w neutralnych warunkach towarzyskich a nie u kogoś w domu a potem względnie szybko z powrotem zająć się sobą nawzajem, bo przecież właśnie na tym polegała znaczna część obchodów Lithy - na celebracji kwitnących uczuć i poszukiwaniu partnerstwa. Całe szczęście do tego drugiego nie musieli się już zniżać. Mieli siebie nawzajem.
- Powinniśmy wcześniej odwiedzić Walię? Tak, żeby nie było żadnych wątpliwości i okropnych czerwonych kiecek? - Musiał o to spytać, skoro obiecali sobie otwartość i jasność intencji.
Poza tym nie mogli dopuścić do tego, żeby złamać konwenanse w tak jawny sposób. Miał świadomość, że wizyta w okolicach Snowdonii powinna go wkrótce czekać. Prędzej niż później. W przypadku Geraldine było trochę inaczej, bo jego rodzina raczej aż tak nie dbała o kawalerski stan Greengrassa, ale też raczej powinien zakomunikować, że odtąd będzie stałym towarzyszem panienki Yaxley podczas różnorodnych wydarzeń towarzyskich. Tak, żeby wykluczyć wszelkie inne możliwości.
- Wybierzesz się ze mną do ciemnego lasu w poszukiwaniu kwiatu paproci? - Podjął bez skrępowania dając jej do zrozumienia, że to mogło skończyć się znacznie mniej poprawnie, raczej nie w sabatowym duchu tylko leciutko zaczepnej zabawy posiadającej pewne niepisane granice.
To mogło szybko przerodzić się w jedną z tych rzeczy, o których nie mówiono na głos, starając się powstrzymać wypieki na twarzy na samą myśl. W końcu już kiedyś rozmawiali o tych znacznie bardziej skrytych aspektach wspólnego uczestnictwa w czarodziejskich wydarzeniach, z których część nieoficjalnie późnym wieczorem skupiała się już głównie wokół właśnie tego - alkoholu, niedopowiedzeń, przelotnych spojrzeń, wieloznaczności i wreszcie wspólnego zakończenia wieczoru w innym bardziej prywatnym miejscu.
Może właśnie tutaj?
- Zostańmy przy neutralnych kolorach albo drewnie. Naturalne drewno może być lepsze - stwierdził po chwili namysłu.
Nie musieli malować tych drzwi. Mogli sobie pozwolić na ich wymianę oraz wstawienie nowych wraz z kapitalnym remontem tego miejsca. Oczywiście bez przesady, bo nie bez powodu wybrali właśnie tę chatkę. Jej klimat był wyjątkowy i powinien pozostać nienaruszony, ale mogli stopniowo przywrócić mu dawną świetność dodając własne akcenty. To brzmiało na rozsądny wybór. Wystarczyło, żeby ustalili sposób działania i mogli z powodzeniem wcielić plan w życie. Szczególnie, że nie musieli się spieszyć. Chatka nadawała się do tego tymczasowego spędzania w niej czasu. To nie było tak, że od razu miała zawalić im się na głowy.
Chociaż, kto wie? Przy złożonych wcześniej rozchichotanych obietnicach to mogło być znacznie bardziej prawdopodobne niż przypuszczali. Sprawdzenie wytrzymałości mebli było jednym a przetestowanie stabilności drewniano murowanych ścian - drugim. Aczkolwiek tu był w stanie zaryzykować, szczególnie teraz, kiedy już znaleźli się wewnątrz za zamkniętymi drzwiami nowego ulubionego miejsca.
Jeśli do tej pory starał się trzymać ręce przy sobie to wystarczył ułamek sekundy, żeby przestał się powstrzymywać. Szczególnie, że przyciągnęła go do siebie, oplatając go długimi nogami w tych cholernych skórzanych spodniach, które od początku przyciągały jego wzrok i poruszały wyobraźnię we wszystkich niewłaściwych znaczeniach. Teraz już oficjalnie właściwszych niż kiedyś, całe szczęście.
Cholera, długo im to zajęło. Szczególnie tego dnia, bo od samego rana chciał znaleźć się dokładnie w tym położeniu odpowiadając na pocałunki z równym żarem i niecierpliwie przesuwając dłonie po ciele kobiety zanim udało mu się odsłonić kawałek ciepłej, miękkiej skóry i odważniej wsunąć je pod koszulę Yaxleyówny.
Czując szybsze kołatanie serca w klatce piersiowej, przesunął palcami wzdłuż linii kręgosłupa Geraldine, zahaczając palcami ramiączko koszulki i zsuwając je odrobinę w dół. Jeszcze nie do samego końca. Chwilowo wyłącznie po to, żeby dać jej do zrozumienia, że zaraz to wszystko nie będzie konieczne. Tak właściwie: wszystkie zbędne elementy garderoby były jedynie przeszkodą, szczególnie jej spodnie, które choć jeszcze chwilę temu zgrabnie opinały pośladki Geraldine, teraz powstrzymywały go przed dotykiem skóry. Nie były dłużej czymś czego potrzebowali. Tak samo jak wszystkie pozostałe bzdurne, ograniczające ruchy koszule i bluzki.
Wszystko, co teraz odkrywali jawiło mu się jako lepsze - głównie dlatego, że było nowe, nieodkryte, fascynujące. Nigdy wcześniej nie patrzył na kogoś w ten sposób i nie próbował dać tej osobie tego wszystkiego, co teraz przychodziło mu z niewymuszoną naturalnością i błyskiem w zielonych oczach. W tym momencie pociemniałych z pożądania. Wpatrujących się w nią jak w widok przyprawiający go o rozgorączkowanie, bo przecież właśnie tak było - krew buzowała mu w żyłach, fale gorąca oblewały ciało jednocześnie pokrywające się gęsią skórką w każdym miejscu, które obdarzała swoimi łapczywymi pieszczotami.
Musnął jej szyję wargami. Lekko na zachętę lub wręcz przeciwnie - po to, żeby ją trochę podrażnić, bo przecież chwilę temu byli już zdecydowanie bardziej jednoznaczni w okazywaniu swoich zamiarów. Mieli czas. Dużo czasu. Całe godziny kilku najbliższych dni. Nie musieli się spieszyć, ale w jego ruchach i tak dało się dostrzec nieskrywaną niecierpliwość. O całej reszcie mogli pomyśleć później, zostawiając gdzieś otwartą furtkę na znacznie powolniejsze i bardziej wysublimowane napawanie się nowoodkrytą intymnością. Teraz nie miał ku temu głowy. Stracił ją dla niej i jej niebieskich rozżarzonych oczu, uśmiechu błąkającego się na różanych wargach - teraz coraz czerwieńszych i lekko opuchniętych od pocałunków i potarganych włosów wysuwających się z warkocza, z którego jednym ruchem zsunął frotkę. Lubił ją w rozpuszczonych włosach pachnących mieszanką dymu, lasu i czegoś leśnego, ale jednocześnie słodkiego. Wetyweria?
To nie było istotne, bo i tak czuł się otumaniony zapachem skóry Geraldine, ciepłem jej ciała, dotykiem, przed którym nie musieli się już dłużej wzbraniać. Z jednej strony chciał być znacznie bardziej skrupulatny w odkrywaniu zakątków jej ciała, poznawaniu zagłębień obojczyków i miękkich krągłości, badaniu linii kręgosłupa i układu pieprzyków na ciele, bo piegi na delikatnej skórze twarzy zdążył już niemal zapamiętać.
Wrażenie gorąca ogarniającego ciało pod wpływem dotyku kobiety było jednakże znacznie silniejsze od potrzeby subtelności. Bądź co bądź raczej nie należał do ludzi, którzy łatwo panowali nad swoimi żądzami a ostatnie miesiące znacząco nadszarpnęły jego pokłady cierpliwości. Nawet nie próbował ich odnawiać, skoro oboje pragnęli czegoś zupełnie innego: żaru i pasji towarzyszących miłosnemu rozgorączkowaniu.


RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 06.10.2024

Uśmiechnęła się jedynie, bo wiedziała do czego zmierzał. Byli w tym do siebie strasznie podobni, ciągle podkreślali, że niczego nie muszą, wszystko co robili więc było dokładnie tym czego chcieli. Takich osób, jak oni nie dało się podstawić pod ścianą, nikt nie mógł wpływać na ich zachowania, robili tylko to, co uważali za słuszne, nie przejmowali się tym, co wypdało lub trzeba było zrobić. Dobrze, że ich to łączyło, bo dzięki temu miała pewność, że wszystko co robi Ambroise jest szczere, a przede wszystkim na tym jej zależało. Na prawdzie i szczerości, uważała, że jeśli będą się tym kierować to osiągną sukces we wszystkim, czego się dotkną.

Znowu się zgodzili, strasznie lekko im to ostatnio przychodziło, nie miała pojęcia z czego to wynika, bo raczej wykazywała tendencje do nadmiernego akcentowania swojego zdania, zresztą Ambroise rownież, a tutaj nie mieli najmniejszego problemu z tym, aby znajdować wspólne rozwiązania. Oby dalej też im się wszystko tak dobrze spinało i układało.

- Tak właściwie... - Przerwała na chwilę, jakby bardzo mocno się nad tym zastanawiała. - Tak właściwie to nie, jesteśmy umówieni. - Wiedziała, że potrafiłby to zrobić w odpowiedni sposób, ale nie potrzebowała tego wcale. Najistotniejsze było dla niej to, że faktycznie pojawią się tam razem, zadebiutują, a przy okazji będą świetnie bawić.

- To chyba całkiem niezła opcja. - Postanowiła to jeszcze skomentować, bo te letnie sabaty były obchodzone całkiem przyjemnie. Zazwyczaj po prostu płonęły ogniska, pojawiały się stragany, a czarodzieje kręcili się po okolicy. Zdecydowanie lepsza opcja od wiecznego trzymania kija w tyłku na jakimś oficjalnym przyjęciu w czyjejś rezydencji. To musiało się udać.

Zastanowiła się krótką chwilę nad jego kolejną propozycją, tak właściwie może wcale nie było to takie głupie. Wypadałoby, aby wreszcie poinformowała swoich rodziców o tym, że w jej życiu zaszły pewne zmiany. - Myślę, że tak, możemy się tam pojawić na krótką chwilę i powiedzieć, co i jak, bez jakichś konkretnych szczegółów. - Nie miała zamiaru tłumaczyć się rodzicom z całego swojego życia uczuciowego, chciała im po prostu przekazać, że się kim zainteresowała, co najważniejsze on nią też, więc nie ma powodu, aby przejmowali się tym, że ludzie gadają o tym, że na pewno zostanie starą panną. Dobrze by było mieć to już za sobą, kolejna rzecz z listy, którą wypadałoby odhaczyć, aby mogli sobie żyć na spokojnie.

- Nie mów tylko, że się boisz iść do ciemnego lasu... - Pociągnęła temat jeszcze dalej. Oczywiście, że zamierzała go tam zaciągnąć, jasne był to ten jeden z sabatowych zwyczajów, którego wcześniej nie rozumiała, ale teraz, kiedy w końcu miała z kim wyruszyć na poszukiwania kwiatu paproci wydawało jej się, że może zmienić nieco swoje zdanie na temat tej zabawy.

Wiedziała, że nie musiała go zaciągać do tego lasu, aby dostać to na co miała ochotę, mimo wszystko taka perspektywa wydawała się jej być naprawdę interesująca, nie, żeby była specjalnie wierząca, ale może warto było sprawdzić, czy te zabobony mają jakiś większy sens? Akurat z Ambroise'm bardzo chętnie by przeprowadziła takie badania. - Tak naprawdę nie wiem nawet jak wygląda ten kwiat paproci, więc będziesz mi potrzebny, aby pomóc mi go znaleźć. - Nie tylko do tego go potrzebowała, ale to była całkiem niezła wymówka, aby faktycznie poszli tam razem, jak nakazywała tradycja. Zabawne, że w ich przypadku to on znał się lepiej na roślinach, a ona zajmowała się zabijaniem magicznych stworzeń, nieco odwrócili swoje role, ale nie uważała tego, za nic złego.

- Drewno to chyba najlepsza opcja z możliwych. - Całkiem poczciwy surowiec, którego piękno doceniała. Właściwie Yaxleyówna lubiła prostotę, więc wpasowywało się to w jej gusta. Nie znosiła przepychu, pstrokatości, dużo bardziej podobały jej się neutralne kolory, które nie raziły oczu.

Geraldine nie była przekonana co do tego, że chatka będzie potrzebowała kapitalnego remontu. Tak, zapewne trzeba będzie wymienić część rzeczy, odświeżyć niektóre pomieszczenia, ale nie wydawało jej się, aby musieli zmieniać zbyt wiele. To miejsce straciłoby wtedy swój urok, nie potrzebowała przepychu, odpowiadało jej to, jak to wszystko teraz wyglądało. To nie miał być ich ofcjalny dom, w którym mieli żyć na co dzień, a letnia chatka do której mogli uciekać od rzeczywistości. To zmieniało jej wymagania. Zresztą naprawdę nie były one zbyt wielkie. Podczas swoich podróży zdarzało jej się sypiać w naprawdę okropnych miejscach, które nie mogłyby nigdy dorównać tej nieruchomości.

Na szczęście aktualnie nie zamierzali przejmować się remontem, tylko zaczęli testować wytrzymałość mebli, które znajdowały się w środku, w sumie to było całkiem rozsądnym posunięciem, przynajmniej będą pewni, co będzie wymagało ewentualnej wymiany.

To było potężne, uderzające do głowy uczucie - obserwowanie czyjegoś urzeczenia. Widziała jak na nią spoglądał, zresztą w jej wzroku zapewne mógł dostrzec to samo, była strasznie wygłodniała, pragnęła tej bliskości niczym ćpun kolejnej dawki narkotyku. Uzależniła się od niego. Dłonie, które wsunął pod jej koszulę pozostawiały po sobie palące ślady, czuła, że jej ciało zaczynało wariować i domagać się jeszcze więcej tego dotyku. Był okropnie przyjemny i poruszał wszystkie zmysły. Nie miała cierpliwości, wręcz przeciwnie zachłannie szukała jego ust, aby składać na nich kolejne, może nieco za bardzo agresywne pocałunki. Chciała zaspokoić pragnienie, które robiło się coraz silniejsze. Czuła, jakby jej ciało płonęło żywym ogniem. Miała ochotę się z nim tutaj spalić, w tym momencie, a potem odrodzić z popiołów niczym feniks.

Ubrania zaczęły jej przeszkadzać, stanowiły niepotrzebną granicę między pragnącymi siebie ciałami. Nie potrafiła dłużej tego znieść, chciała wreszcie poczuć jego skórę przy swojej. Sięgnęła w końcu po jego koszulkę, aby się jej pozbyć, w przeciwieństwie do Ambroise'a nie potrafiła czekać, chciała dostać wszystko najlepiej od razu, całego jego. Pozbyć się tego palącego uczucia, które zaczynało ją drażnić. Wiedziała, że mają czas, nigdzie się nie spieszyli, ale to nic nie zmieniało. Nie zamierzała zwalniać, choćby na sekundę, chociaż samo delektowanie się jego widokiem mogło być naprawdę atrakcyjne, tyle, że to nie tego teraz chciała.

Nie hamowała się, zaczęła znaczyć ustami zarys jego szczęki, tym razem nie tak łapczywie, próbowała nieco zapanować nad tym wypełniającym ją pożądaniem, ale to wcale nie było takie łatwe.

Nigdy nie była cierpliwa, niewiele się zmieniło pod tym względem, zawsze dostawała to na co miała ochotę w danej chwili, wiedziała zresztą, że Ambroise zmierza w tym samym kierunku. Dostrzegła drganie jego ciała, które pojawiało się pod wpływem jej dotyki, czy każdym, kolejnym pocałunku. Jej usta zaczęły błądzić po jego ciele, chciała zostawić na nim jak najwięcej śladów swojej obecności, przygryzała jego szyję, gubiła się w tym wszystkim, jej dłonie zaczęły błądzić wszędzie, jakby nie mogły określić gdzie właściwie powinny się znaleźć. Opętała ją chęć zaspokojenia tego, co udało mu się wzniecić, nie miała pojęcia co właściwie z nią robił, chyba nigdy jeszcze nie czuła czegoś takiego. Nigdy nie pożądała nikogo, aż tak mocno.

Chłonęła jego zapach, dotykała miękkich włosów, napawała się chwilą, którą wyrwali szarej rzeczywistości. Mogłaby trwać w tym wiecznie, nie myśląc o całym świecie, który zostawili gdzieś daleko.




RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 06.10.2024

- Umowa stoi z jednym ale. Czyżbyś zamierzała odbębnić te wizyty po łebkach? - Trochę go tym zaskoczyła, nawet jeśli od samego początku zauważał i podzielał ten brak entuzjazmu wobec odbębnienia oficjalności i obowiązków.
Mimo to spodziewał się raczej, że załatwią to w klasyczny sposób zgodny z wszelkimi konwenansami, żeby uniknąć jakichkolwiek pretensji i obiekcji, które musieliby później tolerować. No, może inaczej, bo przecież nic nie musieli, więc mogliby zignorować niechciane zachowania członków rodów i dalej żyć po swojemu, ale na oko Ambroisa łatwiej było to po prostu załatwić w jak najdogodniejszy sposób. Tak, żeby od początku postawić sprawę jasno i pozbyć się zbędnych trudności, które były do uniknięcia dzięki przeznaczeniu dodatkowych paru godzin na wizytę.
- Obawiasz się ich ingerencji? - Tym razem dobrze wiedział, że Geraldine nie wyraża żadnej obawy wobec przebiegu całej sprawy, ale nie mógł powstrzymać się przed tą sugestią.
- Wiesz, że to nie będzie takie proste, prawda? - stwierdził nieco refleksyjnie, jeszcze bardziej marszcząc brwi i po raz ostatni przesunął palcami po łuszczącej się farbie, paznokciami wydrapując przypadkowy wzór.
Przeniósł zamyślone spojrzenie zielonych oczu na Geraldine, po czym wzruszył ramionami wracając do rzeczywistości i tego, co powinni zrobić z ich sytuacją rodzinną. Jego ukochana zdecydowanie wolała załatwić to jak najszybciej. Nie. Chciała załatwić to szybko a nie jak najszybciej. W tych drugich okolicznościach mieliby to już dawno za sobą, tymczasem ciągle odwlekali moment składania wizyt, jakby to mogło cokolwiek zmienić i wpływałoby na to, że byliby w stanie po prostu pominąć niemiłą konieczność.
- Zostaw to mnie - odezwał się po chwili namysłu, raczej nie zamierzając przyjąć jakichkolwiek protestów. - Wezmę wszystko na siebie. Po prostu postaraj się nie wyglądać, jakbym trzymał cię jako mojego zakładnika - uprzedził ją głównie po to, żeby przezornie rozluźnić atmosferę, gdyby Yaxleyówna postanowiła wtrącić swoje trzy knuty odnośnie tego, że nie mógł być głównym rozjemcą.
Tak właściwie to było nawet całkiem zabawne, bo standardowo nie poczułby się odpowiedni do tej roli. Raczej stronił od bycia najbardziej odpowiedzialną i poważną osobą w pomieszczeniu. Zazwyczaj w takich sytuacjach miał tendencję do bycia zimnym i oficjalnym a mimo to w przypadku obu spotkań postanowił postarać się świecić dobrym wychowaniem.
Szczególnie w przypadku wizyty w Snowdonii, w której jak na ironię całkiem niedawno był także zawodowo całkowicie świadomy tego, że nikt poza nim nie wiedział tam o zmianie reguł gry i niepisanej hierarchii. Ani słowem nie zająknął się, że nie jest już z nimi powiązany wyłącznie medyczną opieką, choć gdzieś tam miał ochotę to zrobić, żeby uprzedzić fakty. Bliscy Geraldine i tak mieli się dowiedzieć. W jego i dziewczyny geście było to, żeby to wydarzyło się na ich zasadach.
- Za kogo ty mnie masz - skwitował niedowierzającym prychnięciem.
Jasne. Drażniła się z nim, ale sugerowanie, że miałby obawiać się ciemnego lasu było bardzo niskim posunięciem. Wychował się w Dolinie Godryka na obrzeżach Kniei. Jeszcze jako mały dzieciak zapuszczał się w gęsty las i parokrotnie zdarzyło mu się nie dopilnować godziny, wracając do domu po ciemku. W dodatku bez różdżki, bo swoją pierwszą otrzymał dopiero podczas zakupów do szkolnej wyprawki. Jeśli czegoś się obawiał to nie ciemnego lasu a tego, co mogło czaić się w głębi. A w tak dalekie rejony raczej nie zapuszczano się podczas Lithy.
Jasne, każdy wybierał trochę inny kierunek i trasę wedle własnego upodobania, ale większość czarodziejów zatrzymywała się w bezpiecznej odległości od głównych zgromadzeń. Intymnej i zapewniającej dyskrecję, ale całkiem nieszkodliwej. Poszukiwania kwiatu paproci były tak naprawdę wymówką do wymknięcia się na chwilę w średnio zalesione rejony. Mało kto brał to na poważnie i podejmował próbę zdobycia rośliny. Większość tak jak jego Geraldine nawet nie wiedziała, czym miałby być ten kwiat i jak należało upewnić się, że to był on, nie jakaś inna przypadkowa roślina wplątana między paprotniki.
- Jest drobny, jasny, świecący a nawet niemalże niewidzialny - wyjaśnił przelotnie, nie wdając się w zbytnie szczegóły, bo i tak nie mieli wybrać się na tego typu poszukiwania; przynajmniej nie w tym roku, kiedy po prostu potrzebowali się sobą nawzajem nasycić.
- Poza tym miałby kwitnąć tylko raz do roku. O północy w Lithę i być tak nietrwały, że niemal nie sposób go zdobyć - dodał mimo to, żeby miała trochę pełniejszy obraz, przy czym wykrzywił kącik ust w spoufalonym uśmiechu. - Zresztą wiesz jak to wygląda. Większość par prędzej zgniecie go pod butem niż zwróci uwagę na ten botaniczny skarb - mrugnął do niej.
Zresztą dużym niedopowiedzeniem było to, co Ambroise kulturalnie zasugerował. W większości nie chodziło o następowanie na paproć butami tylko raczej kotłowanie się po nich plecami albo innymi odsłoniętymi częściami ciała. Co prawda nie miał ku temu okazji, bo zazwyczaj nie interesowały go takie zabawy - nie musiał się do tego zniżać, żeby przyjemnie zakończyć z kimś wieczór a wspólna wizyta w lesie mogłaby zostać opatrznie odebrana jako deklaracja poważnych zamiarów.
Ten rok miał być pierwszym, kiedy mógł zgodzić się na czynny udział w konteście oraz w innych zwyczajach. Wyłącznie z uwagi na to, że chciała tego Geraldine. Co prawda nie był gotowy, żeby się dla niej całkowicie wygłupić, ale nie sądził, by zamierzała go do tego namawiać albo stawiać go w sytuacji, w której nie czułby się dobrze z całą tą otoczką. Własny komfort mieli raczej na uwadze przez większość czasu a drobny dyskomfort nosił znamiona słodkiej tortury, nie żenującego upokorzenia.
- Więc będzie drewno - przytaknął bez wahania.
Ostatnio całkiem często to robił. Ugodowość być może nie weszła mu na stałe w krew a przynajmniej nie wymknęła się poza ich relację. Pod każdym innym kątem był dokładnie taki sam jak wcześniej. Przynajmniej według siebie. Nie żywił specjalnych względów wobec nikogo innego ani nie sądził, aby jego nagłe zmiany w życiu były odczuwalne dla kogoś z zewnątrz. Starał się nie być miękkim romantycznym idiotą - a przynajmniej tak sobie mówił, gdy wkładał całą uszczypliwość w prowadzone wykłady.
Ktoś mógłby wręcz powiedzieć, że zakochany Ambroise Greengrass stał się bardziej uszczypliwy i chłodniejszy. To byłoby mu całkowicie na rękę, gdyby nie to, że w istocie dało się po nim wszystkiego domyślić. Z jednej strony usiłował nie emanować nagłą wesołością a z drugiej wpierw marudził zaś później machał ręką na rzeczy, które normalnie doprowadziłyby go do szewskiej pasji.
Poza tym zrezygnował ze zbyt wielu nadgodzin, wychodził z pracy mniej więcej o czasie, zaczął przynosić kanapki do pracy, wyglądał na znacznie bardziej wypoczętego i no cóż: niezaangażowanego w swoją przesadną zgryźliwość.
Osoby znające go ze szpitala zapewne szybciej spodziewały się zobaczyć go z kimś na sabacie niż on sam uświadomił sobie, że ta data była już blisko. Obecnie bardziej niż wcześniej żył chwilą, zwracając przy tym również uwagę na bezpośrednio wynikającą z niej przyszłość. Wbrew temu, za kogo się miał, zdawało się, że budował zamiast niszczyć. Korzystał zamiast wykorzystywać. Zwracał uwagę na konsekwencje swojego postępowania i to nie w taki sposób, w jaki robił to przedtem - nie wyłącznie wtedy, kiedy to mogło przynieść materialne korzyści.
Jasna cholera. Wziął sobie do serca bycie nową i lepszą osobą a jednocześnie wcale nie czuł, że cokolwiek udaje.
To było niemal tak naturalne jak oddychanie, choć w bieżącym kontekście nie było to zbyt dobrym porównaniem, bo złapanie oddechu przychodziło mu z trudem. Skupienie uwagi na czymkolwiek poza tym, co mieli tu i teraz, choć i to było po części wierutnym kłamstwem, bo w żadnym razie nie zwracał uwagi na takie drobne detale jak chybotanie się drewnianej komódki czy drobinki kurzu wirujące w powietrzu pod wpływem przesuwania mebla to w jedną to w drugą. To go nie obchodziło.
Lubił być tak blisko, czuć oszałamiający zapach kojarzący mu się z leśną polaną skąpaną w słońcu i jedwabistość jej skóry pod szorstkimi palcami. Tak, nawet w znajomym miejscu przy kręgosłupie, którego wcale nie pomijał dotykiem a wręcz przeciwnie - raz za razem zagarniając jej wargi, przesuwał dłońmi właśnie tam. Miał swój udział w tym, co wcale nie skaziło dla niego jej atrakcyjności a wręcz przeciwnie. Przypominało mu o tym, że ich wspólna historia sięgała znacznie głębiej i dalej, nawet jeśli potrzebowali czasu, żeby to sobie uświadomić.
Troszczył się o nią nawet wtedy - ogarnięty urazą i gniewem nie tylko z uwagi na podważanie jego medycznych kompetencji, lecz również przez to, że pod skórą wcale nie chciał tamtego przebiegu wydarzeń. Był po prostu zbyt dumny i pogrążony we własnym świecie, żeby odpowiednio wcześnie dostrzec, że odtrącenie wyciągniętej ręki nie było konieczne. Później wyłącznie szedł z prądem, nie będąc jej dłużnym we wzajemnych dziecinnych zachowaniach. A byli dorosłymi z pozoru rozsądnymi ludźmi.
Tracił przy niej ten rozsądek.
Zaledwie delikatnym muśnięciem palców potrafiła wywołać w nim wrażenie pożaru ogarniającego ciało, trawiącego je pożądaniem. Miał nadzieję, że był dla niej podobną siłą. Zadziwiające, że czyjaś obecność potrafiła wywoływać w nim tak skrajnie różne emocje składające się w jedno osobliwe uczucie spełnienia. Być zarazem kojąca i pobudzająca, właściwa w tej formie i niedostatecznie bliska, uspokajająca i przyprawiająca o drżenie ciała. Na swój sposób zatrważająco pozbawiająca go kontroli nad czymkolwiek. Powinien być tym zatrwożony. Może się temu sprzeciwiać jak to miał w zwyczaju. Nie. Poddawał się temu z każdą sekundą coraz bardziej. Intuicyjnie. Pragnął tego. Oddając część kontroli, on również otrzymywał coś, co w zupełności wystarczało, żeby uzupełnić brakujący kawałek. W efekcie nie miał wrażenia straty, jedynie całkowicie świadomej i dobrowolnej wymiany. A to brzmiało znacznie bardziej kusząco, lekko odurzająco, ale było to przyjemne uczucie. Stan, którym chciało się trwać. Jakby w tym momencie byli jedynymi ludźmi na świecie.
Poniekąd było to prawdą. To był ich mały wspólny świat. To, co poza murami i osłoną z desek dawno przestało mieć znaczenie.
Subtelności bezwiednie ustąpiły miejsca czemuś znacznie bardziej odpowiedniemu, na co wyczekiwali od czasu postanowienia, że tu spełnią swoje obietnice.
Czuł jak jej mięśnie zadrżały pod jego dotykiem, ale nie zamierzał poprzestawać już tylko na tym. Czując narastające zniecierpliwienie, mimowolnie uniósł kąciki ust, również odpowiadając w bardziej zaborczy, zniecierpliwiony sposób. Szczególnie wtedy, kiedy sięgnęła do jego koszulki. W tym momencie całkiem zbędnej, przeszkadzającej w sposób, który wywołał w nim nagłą irytację. Niechętnie przerywając łapczywą wymianę pieszczot po prostu uniósł ręce, pozwalając jej zdjąć i odrzucić gdzieś zbędny element garderoby.
Mógłby zrobić niemalże to samo. Niecierpliwymi palcami porozpinać malutkie guziczki koszuli Geraldine, wprawnie przechodząc do usłania podłogi kolejnymi ubraniami, które mogliby później pozbierać i założyć jak gdyby nigdy nic. Z tym, że nigdy nie był cierpliwym człowiekiem a odrywanie się na zbyt długo od wyczekiwanego dotyku przestało wchodzić w grę, więc po prostu pociągnął za materiał ignorując strzelające guziki, które potoczyły się po parkiecie. Chwilę później dołączyła do nich spodnia koszulka i całkiem wprawnie rozpięty biustonosz. Zostały wyłącznie te cholernie obcisłe spodnie. Tym razem już nie wzbudzające pożądliwe spojrzenia tylko znieciepliwione rozdrażnienie.


RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 07.10.2024

Zamyśliła się na moment. Czy zamierzała faktycznie odbębnić to po łebkach? Chciała załatwić to szybko, to prawda, bez zbyt wylewnych komentarzy. Nie lubiła się rozdrabniać i nie znosiła, kiedy ktoś za bardzo interesował się jej życiem. Nawet jej rodzice. Nie bez powodu wyniosła się do Londynu tuż po tym, jak zakończyła swoją edukację. Chciała ich trzymać z daleka. To wydawało jej się najlepszym rozwiązaniem. W sumie nie miała powodu, aby zrobić to w nieodpowiedni sposób, gdyby zrobili to według ogólnie przyjętych norm mieliby święty spokój. Może faktycznie nie warto było w tym przypadku pomijać żadnych kroków? To mogłoby wyjść na plus, przynajmniej tak się jej wydawało, kiedy zaczęła o tym dłużej myśleć. Pośpiech nie zawsze był wskazany. - Nie, zrobimy to jak Merlin przykazał. - Będą zabawiać swoje rodziny i opowiedzą o swoich zamiar. Nie mieli przecież nic do ukrycia, to faktycznie się między nimi działo, nie musieli więc omijać tych oficjalnych kroków. Może działo się to dosyć szybko, ale nie widziała w tym nic złego. Lepiej, aby ich rodziny zdawały sobie sprawę z tego co się dzieje, bo może przestaną wreszcie wchodzić z butami do ich życia. To mogło przynieść święty spokój.

- Nie, nie obawiam się, na pewno nie ingerencji mojej rodziny. - Wiedziała, że Ambroise spełniał wszystkie oczekiwania jej matki, tego była stuprocentowo pewna. Nie powinni mieć najmniejszego problemu z tym, aby oficjalnie uznać tę realcję jako wiążącą. Trochę ją irytowało, że w ich świecie w ogóle było to potrzebne, ale powinna do tego przywyknąć. Nie byli pierwszymi, lepszymi nic nieznacznącymi rodzinami. To niosło ze sobą pewne obowiązki, które do tej pory jej ciążyły - teraz nie powinny, bo przecież miała jego.

- Wiem, znaczy spodziewam się tego. - Nie miała pojęcia do końca co ich czeka, bo właściwie jeszcze nigdy nie musiała robić czegoś podobnego i niby nie bała się nieznanego, no ale to niosło ze sobą pewne deklaracje. Najwyraźniej jednak Ambroise nie miał z tym najmniejszego problemu, więc czemu ona się tak martwiła? Nie miała pojęcia, może faktycznie to było zupełnie zbędne. Tak, powinna myśleć w ten sposób, wszystko się ułoży, oficjalnie i będą mogli wreszcie przestać się przejmować tymi konwenansami, a po prostu dalej cieszyć tym, co zamierzali zbudować.

- Nie będę zrzucała tego na ciebie. - Nie zamierzała pozwolić na to, żeby to on dźwigał ten ciężar, może brakowało jej w tym pewności siebie, ale też musiała wykazać chociaż odrobinę inicjatywy, nie musiała - chciała. - Zrobimy to razem i uwierz mi nie jestem w stanie przy tobie wyglądać jak zakładnik. - Co do tego była pewna, nie było szans, aby reagowała tak na jego obecność, wręcz przeciwnie, gdy znajdował się obok niej czuła, jakby wreszcie na obrazku znajdowało się wszystko, czego potrzebowała.

Geraldine podczas spotkań rodzinnych często była tym błaznem w towarzystwie. Nie brała niczego na poważnie i raczej podchodziła do wszystkiego lekko. Matka mówiła, że powinna się ogarnać i zachowywać jak przystoi, miała z tym lekki problem. Wiedziała jednak, że w tym przypadku będzie musiało być inaczej, zamierzała pokazać, że naprawdę jej zależy, bo rzeczywiście tak było - nie chciała tego spierdolić.

Wzruszyła jedynie ramionami i uśmiechnęła się bardzo niewinnie. Nie powinna może sugerować takich rzeczy, jak to, że boi się wejść do lasu, ale jakoś nie mogła się od tego powstrzymać. Wiedziała, że Greengrassowie są powiązani z Knieją, więc nie powinno to być dla niego żadnym problemem, ale ona cóż - ona przecież praktycznie ciągle siedziała w głuszy.

- Ciekawe, czy byłabym w stanie go dostrzec. - Cóż, raczej nie tego szukała w lasach, kiedy je przemierzała skupiała się na śladach, które pozostawiała zwierzyna, nie przywiązywała większej wagi do roślin, to nigdy nie był jej konik, a raczej dodatek do tego, aby określić, gdzie może się znajdować zwierzyna.

- Cóż, chętnie bym sprawdziła, czy rzeczywiście jest taki nie do zdobycia. - Lubiła wyzwania, miała świadomość, że mało kto się skupiał na tym, aby faktycznie go znaleźć, ale może to był jakiś plan. Dokonać niemożliwego? Oczywiście nie miałaby nic przeciwko temu, żeby szukać tego kwiatu w sposób, w który szukała go większość uczestników sabatu, jednak nie musieli z Ambroisem skupiać się na tym, aby zbliżyć się do siebie właśnie w ten wieczór, mieli ku temu inne okazje, nie byli dla siebie nic nieznaczącymi kochankami na jedną noc. Mogli faktycznie spróbować znaleźć po prostu ten kwiat, dla niego jako zielarza to mógł być całkiem ciekawy egzemplarz do obserwacji.

Yaxleyówna sama nie przepadała za wygłupami, nie zamierzała stawiać ich w sytuacji, w której nie czuliby się komfortowo, ale mimo wszystko zależało jej na tym, aby razem spędzili ten czas, między ludźmi, by inni wreszcie zdali sobie sprawę z tego, co ich łączyło. To było dla niej naprawdę istotne.

- My nie jesteśmy jak większość par. - Dodała jeszcze. Chciała, żeby zdawał sobie sprawę z tego, że naprawdę traktowała ich jako coś wyjątkowego. Uważała, że byli stworzeni do czegoś więcej, niżeli te wszystkie przypadkowe pary, które spotykały się podczas Lithy.

Drewno wydawało się być dobrym wyborem, neutralnym, nie specjalnie ekstrawertycznym, Geraldine zresztą nie miała jakiegoś nietypowego gustu, prostota i funkcjonalność liczyły się dla niej najbardziej. Miała świadomość, że niektóre dziewczęta przywiązywały uwagę do detali, ale jej to nie dotyczyło. Była naprawdę prostym człowiekiem pod tym względem, co zreszta można było zauważyć po tym w jaki sposób się nosiła. W jej szafie brakowało wyszukanych ubrań, dopracowanych detali, ceniła sobie nieco trwalsze materiały, aby nie musieć zbyt często wymieniać swojej garderoby.

Geraldine stała się ostrożniejsza w doborze swoich zleceń. Nie znikała tak często jak dotychczas i trzymała się raczej Wielkiej Brytanii, kiedyś zawsze była skora do długich, zagranicznych wypraw, teraz wolała ich unikać, oczywiście nie mogła tego robić ciągle, wybierała jednak te najmniej czasochłonne opcje. Nie chciała opuszczać domu na zbyt długo, bo wreszcie ktoś tu na nią czekał. Stała się też trochę ostrożniejsza i zaczęła myśleć o konsekwencjach swoich czynów, nie ryzykowała kiedy nie musiała, jak na nią to było naprawdę wiele, bo zawsze była gotowa jako pierwsza wychodzić przed szereg i sięgać po naprawdę nieprzemyślane metody. Może trochę dojrzała? Nie chciała, żeby cierpiał przez głupie decyzje, które miała w zwyczaju podejmować.

Zauważała w sobie te zmiany, jednak nie wydawały jej się być szczególnie uciążliwe, wręcz miała wrażenie, że dzięki niemu stawała się lepszym człowiekiem. Nie były one może szczególnie widoczne dla osób, które nie znały jej blisko, ale na pewno przyjaciele byli w stanie dostrzec te drobne różnice, nie znajdowała też już czasu, aby pojawiać się na wszystkich spotkaniach towarzyskich ich niewielkiej grupy znajomych, kiedyś nie odmawiała, teraz wolała spędząć ten czas z kimś innym, tym który zajął specjalnie miejsce w jej sercu.

Tak właściwie łapała się nawet na myśli, że była w stanie zrezygnować dla niego z większości swoich przyzwyczajeń, już to robiła. Nie czuła jednak, że traci przez to jakąś część w siebie, wręcz przeciwnie - jakby odkrywała coś nowego, co zawsze się w niej kryło tylko nigdy nie miało szansy ujść na zewnątrz.

Napierali na siebie, smakowali siebie nawzajem, zatracili się w pożądaniu. Czuła, że nie jesy w tym sama, on pragnął jej równie mocno. Zatracili się w tej bliskości. Nie spodziewała się właściwie, że to było możliwe pragnąć kogoś, aż tak mocno. Nie zamierzała kwestionować istnienia tego uczucia, wolała dać się mu pociągnąć na dno, szczególnie, że mieli to zrobić razem. Rzucić się w przepaść, dać ponieść tej narastającej żądzy.

Słowa nie były rzucane na wiatr, w końcu dyskutowali o tym, co będą robić w tym miejscu, dotrzymali obietnicy, właściwie to przeszli do rzeczy już na samym początku. Nie dało się zapanować nad tym, co między nimi było. Razem zachowywali się jak niszczycielski żywioł, który mógł pochłonąć wszystko, co znajdywało się wokół.

Nigdy nie była szczególnie delikatna, wręcz uważała, że delikatność nie była wskazana w takich momentach. Chciała szybko zaspokoić wszystkie potrzeby, które zaczęły dawać o sobie znać, jej ciało potrzebowało zaspokojenia, rozum najprawdopodobniej nie miał nic do powiedzenia, bo serce przejęło nad wszystkim kontrolę. Zresztą to był Ambroise - nigdy nikogo nie pragnęła tak jak jego. Nigdy nie wracała do swoich kochanków po więcej, byli tylko krótkimi epizodami w jej życiu. Tutaj wszystko było inaczej. Chciała, aby tylko on jej dotykał, tylko jego usta mogły wędrować po jej ciele w poszukiwaniu miejsc, które jeszcze nie zostały przez niego naznaczone. To było wyjątkowe, ta więź była czymś zupełnie nowym.

Jej oddech zaczął przyspieszać, trudno jej było oddychać, kiedy gubiła się w pocałunkach, musiała pamiętać o tym, aby nie zapomnieć o tej prozaicznej czynności. Zatracała się jednak tak bardzo w tej bliskości, że mogło być to możliwe.

Z każdą minutą znajdowali się coraz bliżej spełnienia. Zaśmiała się cicho, kiedy zerwał z niej koszulę, dostrzegła też pożądanie w jego oczach, to było bardzo satysfakcjonujące, bo ona to mu robiła, to jej pragnął ta świadomość okropnie się jej podobała. Zresztą on jej robił to samo, ona również nie potrafiła trzymać emocji na wodzy. Musieli pozbyć się jak najszybciej pozostałych, zbędnych części garderoby, bo to na nich niepotrzebnie się teraz skupiali, a mogli być już zdecydowanie gdzieś dalej, bliżej spełnienia.

Zdjęła w końcu swoje ręce z jego szyi, roplotła też nogi, które jeszcze kilka sekund wcześniej miała owinięte wokół niego i oparła się na dłoniach o tę nieszczęsną drewnianą komodę unosząc przy tym biodra do góry, aby wreszcie pomógł jej się pozbyć tych cholernych spodni, które okazały się być teraz jej największym problemem. Może powinna zacząć chodzić w sukienkach? One zdecydowanie ułatwiałyby sprawę. - Pozbądź się tego. - Wysyczała jeszcze cicho przez zęby.

Nie była szczególnie zadowolona, że musiała oderwać swoje usta od jego, ale była w stanie to zrobić tylko i wyłącznie po to, aby wreszcie mogli zaspokoić swoje pożądanie.

W końcu sama sięgnęła do spodni Greengrassa i rozpięła je jednym, pewnym ruchem, one również wyjatkowo jej teraz przeszkadzały.




RE: [06.1966] Home is where I want to be | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 07.10.2024

Uniósł brwi, po czym parsknął pod nosem.
- Z tym Merlinem bym nie przesadzał. To był raczej jakiś dupek z potrzebą kontroli. Nie ma w tym świętości - stwierdził bezpośrednio.
Był świadomy, że mówi coś czym nie powinien dzielić się z nikim innym. No, może jeszcze z kimś z przyjaciół spoza czystokrwistego stanu. W ich kręgach takie słowa zostałyby odebrane niemal jak świętokradztwo. Całe szczęście przy Geraldine mógł być całkowicie szczery, nie dbając o mówienie czegoś niezgodnego z przyjętymi prawdami.
No, poza tym co jak co - znał się na dupkach z potrzebą kontroli. Był jednym z nich. Wyczuwał pismo nosem i nawet rozumiał pewne zalety wynikające z takich a nie innych układów społecznych. Z tym, że jednocześnie nie przeszkadzało mu to nimi pogardzać.
- Dobrze - przytaknął wracając do sedna sprawy, a więc ich wspólnego frontu wobec spotkań rodzinnych. - Żadna nie będzie niezadowolona - zapewnił z nienaruszoną pewnością tego co mówi.
W tym wypadku był zdecydowany i stanowczy w zapewnianiu Geraldine o tym, że pójdzie im tak dobrze jak tylko to jest możliwe. Miał świadomość, że nie są w stanie kontrolować wszystkiego. Wiele mogło zależeć od czegoś banalnego jak gorszy dzień któregoś członka rodziny albo przypadkowe przewrócenie wazy z zupą, ale nie należało się tym przejmować. Nawet on to wiedział, choć w życiu kierował się przekonaniem, że należy zadbać o wszystkie okoliczności mogące przynieść nieoczekiwane efekty.
W swojej porywczości nie był nierozsądny. Wyłącznie skory do robienia wszystkiego po swojemu w sposób często pozbawiony cierpliwości. Zdarzało mu się wynajdować koło na nowo, ale umiał zwrócić na to uwagę i nie był zupełnie ślepy na alternatywy a jedynie wybierał podążanie własną drogą w zgodzie z tym, co czuł i czego chciał.
Nie mógł kontrolować poziomu posolenia zupy ani stabilności wazy obiadowej, ale mógł kulturalnie przeprosić za niedogodności, faux pas, przypadkową niezdarność i tak dalej a następnie pozbyć się plam przy pomocy zaklęcia. Nad tym miał kontrolę.
- Tak to załatwimy. Po mistrzowsku - naprawdę żywił przekonanie, że miało być dobrze.
Co najmniej przyzwoicie, bo zgodnie z konwenansami. Sam zamierzał zadbać o swoją część formalności. Poinformowania Evelyn o konieczności wydania obiadu, ustalenia daty, uprzedzenia skrzatów, przygotowania żyznego gruntu do rozmowy o planach i zamiarach. Tyle tylko, że nie dziś. Ten dzień był dla nich. Nie ich rodzin.
- Ależ nie mam z tym problemu. Chcę, żebyś czuła się swobodnie - zapewnił mimo wszystko, ściskając dłonią talię Geraldine i posyłając jej nieznaczny uśmiech, który poszerzył się, kiedy zapewniła go, że nie powinien jej traktować jak zakładniczki.
Wiedział, że jest przy nim z własnej woli. To było przyjemnym kontrastem dla wcześniejszego myślenia sprzed paru miesięcy, że są do siebie w jakiś sposób uwiązani. Co prawda nadal od czasu do czasu zastanawiał się nad tamtym dniem i nagłymi uczuciami sprzecznymi z wcześniejszą niechęcią, ale szybko wypierał to z głowy dając sobie do zrozumienia, że po prostu się mylili.
To było tylko ich powiązanie. Świadome i dobrowolne a nie wymuszone przez jakieś niefizyczne siły. Tym bardziej, że raczył przypominać sobie, że nie od razu miał z nią problem. Ich początki też były obiecujące. Od samego początku patrzył na nią w trochę inny sposób. Chwilowe pogubienie było jedynie minioną przeszkodą tak jak ich obecna relacja była powrotem na właściwe tory.
- Czyli to ja jestem twoim zakładnikiem? - Spytał mimochodem głównie po to, aby wywołać u niej uśmiech.
Tylko dlatego brnął w kontynuowanie rozmowy o konieczności przedstawienia się otoczeniu jako poważna, zobowiązana wobec siebie para.
- Upolowałaś mnie, Geraldine Yaxley?
Standardowo nie spodobałaby mu się taka myśl. Raczej uważał się za kogoś, kogo nie dało się tak po prostu zagarnąć i wmanipulować w coś, czego nie chciał. Był na to zdecydowanie zbyt uparty i to mu w sobie odpowiadało. Tym bardziej, że ani trochę nie dostrzegał tych ugodowych zmian w charakterze, łagodnienia i coraz częstszego kompromisowania mimo woli. Nie widział, że dał jej poznać jego miękkie strony, przez co zdecydowanie łatwiej było Geraldine dochodzić swego, jeśli chciała to zrobić. Świadomie czy nie.
- Dolewasz mi amortencję do kawy? - Zasugerował całkiem bezczelnie, unosząc przy tym brew i wpatrując się w nią tak, jakby próbował ją przejrzeć.
Powinien być przerażony taką możliwością. Nie mógłby być nią zirytowany, ponieważ nie tak działała amortencja - ona wprawiała czarodzieja w lekkość i wyśmienity nastrój... ...czyli wszystko nawet by się zgadzało, gdyby nie to, że żartował, bo przy ich obecnych stosunkach najpewniej musieliby oboje dolewać sobie czegoś do napojów, żeby osiągnąć tak jednorodny stan.
To nie był wynik niecnych sztuczek. Tylko porywów serca wzmacnianych przez świadomość, że była jego pierwszą. Z paroma drobnymi wykluczeniami, na które patrzył przez palce, bo chodziło o bycie pierwszą miłością. Czy dojrzałą? Nie wiedział i się nad tym nie zastanawiał. Nigdy wcześniej nie przeżywał czegoś takiego. Było wyjątkowe tak samo jak ona i to, co wspólnie zaczęli tworzyć.
- Wiesz, że nie musisz? - Zapewnił ją z lekkością typową dla kogoś, kto był pewny, że i bez żadnych dodatkowych sztuczek nadal zdobyłaby jego serce.
To po prostu się stało. Nie wbrew jego woli. To byłaby zbyt wykrzywiona perspektywa niezgodna z prawdą. Zgadza się - nie planował tego wszystkiego. Raczej stronił od wszystkiego, co wymagało deklaracji i długoterminowych zobowiązań. Nie przywykł robić plany na wspólną przyszłość.
Przez większość życia twierdził, że obrana droga wyklucza emocjonalne zaangażowanie, ale nie potrzebował wiele, żeby zacząć rozważać nową perspektywę (szczególnie jak na to, że zazwyczaj bardzo trudno mu było ją zmienić) później już naturalnie przyjął zmianę okoliczności. Dostosowanie się do zmiany narracji przyszło same z siebie.
Jasne. Nie mówił, że było całkowicie bezbolesne i nie miało żadnego wpływu na jego pracę, kontakty z przyjaciółmi, relacje rodzinne i domowe. Miało, ale manewrowanie między starymi a nowymi nawykami nie było niemożliwe. Wprost okazało się całkiem wykonalne.
Jak na jego oko nie zostało im zbyt wiele, żeby móc osiągnąć upragniony spokój. Szczególnie, że podjęli wspólną decyzję o kupnie pierwszego domu - to było już coś, nawet jeśli tylko sezonowo. Poza tym spędzali ze sobą tyle czasu, że podświadomie zaakceptował jej nawyki (przynajmniej w większości) i jeszcze bardziej bezwiednie wyszło, że prawie zmienił adres pobytu w Londynie. Szczególnie, że kawalerka na Pokątnej nieszczególnie nadawała się, żeby mieszkać tam w dwie osoby.
Tak naprawdę nie minęło wiele czasu odkąd zaczęli rozmawiać o swojej relacji, ale szło w miarę z górki. Wyłącznie konieczność poinformowania rodzin i wspólnego debiutu towarzyskiego mogła sprawić im trochę większy problem, ale tu Ambroise był akurat znacznie spokojniejszy od Geraldine.
Szczególnie z Lithą. Najprawdopodobniej nie mogli mieć lepszej okazji, żeby się razem zaprezentować. Z uwagi na przebieg świętowania nie musieli robić wokół siebie szumu, pośród innych par nie mieli być na świeczniku, po kilku godzinach mogli ulotnić się do lasu pod pozorem podejmowania wyzwania i szukania kwiatu paproci.
Bo choć sądził, że mieli to zrobić tylko dla wymówki, całkiem chętnie przyjął sugestię, że może być inaczej. Rzeczywiście nie musieli traktować tego jako pretekst do bliskości, skoro później i tak mieli wrócić wspólnie do domu. Poszukiwania czegoś na serio momentalnie go zainteresowały.
- Może. Masz wprawne oko. Tylko fatalny cel, ale do kwiatów paproci nie trzeba strzelać - skwitował kiwnięciem głowy, unosząc kącik ust. Niemalże od razu ponownie pokiwał w nieznacznym zamyśleniu. - Mówisz, że bierzemy to na serio? - Ta propozycja brzmiała doskonale, choć był nią trochę zaskoczony. - Znowu mnie zadziwiasz.
Z drugiej strony mówiła mu o tym. Nie tak dawno na plaży poprzysięgła go zaskakiwać i jak do tej pory robiła to całkiem często. To były te miłe niespodzianki świadczące o wspólnym staraniu. Napełniały ciało przyjemnym ciepłem i wprawiały go w dobry nastrój. Nie, żeby potrzebował być jeszcze bardziej zadowolony z okoliczności, ale nie pogardzał tym.
- Całe szczęście - skwitował.
Rzeczywiście miał zbieżne wrażenie. Nie byli jedną z najbardziej typowych par. Na szczęście, bo w ich świecie to bywało raczej przykre niż pokrzepiające. Większość normalnych par miewała problemy wynikające z konwenansów, reguł i zasad. Związki bywały ustawiane nie z uwagi na dobro młodych czarodziejów i czarownic a na korzyści materialne. Często nie dopasowywano nikogo pod kątem charakteru ani nie dawano mu możliwości zmiany narzuconej decyzji. Z drugiej strony byli też ludzie o różnych statusach społecznych, mezalianse, nieszczęśliwe miłości.
Dobrze było być niestandardową parą. W tym wypadku ich wspólna specyficzność wróżyła im naprawdę niezłą przyszłość.
Dokładnie taką jakiej nigdy nie brał pod uwagę a jakiej mógł zdecydowanie chcieć. Pełną żaru, któremu niewiele trzeba było, żeby wybuchł ogniem. Ze wszystkich kolei losu ta wersja była najlepsza, bo zamiast spalać się nawzajem stając przeciwko sobie i buchając na siebie gniewem czy złością, całe te napięcie przekierowywali ku wspólnej satysfakcji. Nie musiał być kąśliwy natomiast odczuwał przyjemne dreszcze, kiedy to ona kąsała jego wargi, pociągając go zębami za skórę i sprawiając, że momentalnie chciał po prostu więcej.
Nie sądził, by mogli już odpuścić, odsunąć się od siebie grzecznie opuszczając zniecierpliwione, poszukujące dotyku dłonie i powolnym krokiem ruszyć wgłąb domu, zasiadając wspólnie na kanapie. Prawdę mówiąc wątpił czy w ogóle uda im się w najbliższym czasie dotrzeć do łóżka. Szczególnie, że wcale nie było niewygodnie. Za to inaczej - to było urozmaicenie względem wcześniejszych dni. Zresztą zgodne z tym, co sobie obiecali, podkreślając to, że we wspólnej chatce raczej nie mieli zachowywać się zbyt rozsądnie.
Nie z tak dogodnie, przezornie ustawioną przy drzwiach komódką. Ani nie z wyspą kuchenną, drewnianym okrągłym stołem, licznymi blatami pozbawionymi cudzych bibelotów, biurkiem w małym narożnym pokoju z widokiem na morze. No i zdecydowanie nie z narożną wanną w łazience przy drzwiach tarasowych. Tamta wanna zdecydowanie nie została tak ulokowana bez konkretnego zamiaru całkiem zbieżnego z nieskrywanymi pragnieniami.
Tak właściwie Geraldine miała rację podejmując decyzję o tym, że nie potrzebują szukać żadnego innego domu. Trafili naprawdę nieźle. Wystarczyło jedynie odnowić co nieco i do końca pozbyć się elementów ugładzających potencjał tego miejsca. Zesztą zapewne dodanych później niż tuż po budowie; możliwe, że gdy w małżeństwie poprzednich właścicieli pojawiły się dzieci psujące plany, by było to ustronne gniazdko.
No cóż, mieli tu trochę do zrobienia. Nic dziwnego, że zaczęli od weryfikowania słuszności ustawienia mebli oraz tego czy były dostatecznie wytrzymałe, żeby zasługiwać na uwagę. Komódka była całkiem solidna. Dałby jej przyzwoite sześć, może nawet siedem na dziesięć, bo bujanie się było jednocześnie zaletą i wadą.
Nie zwracał na nie zbyt dużej uwagi, jedynie przelotnie trzasnął bokiem buta o jedną z nóżek, żeby wbić ją na miejsce, kiedy zaczęła chwiać się w jedną stronę. Opleciony długimi nogami Geraldine zapewne byłby w stanie zareagować, utrzymując dziewczynę w górze. Nie stronili od bycia coraz bliżej siebie, zniecierpliwionych pociągnięć i żarliwych gestów sugerujących, że dalsze subtelności nadawały się wyłącznie do tego, żeby zostawić je z ciuchami na podłodze.
Odpowiadało mu to, co się między nimi działo. Te przyspieszone, momentami warkotliwe oddechy, pomruki zniecierpliwienia i ta drobna słodko-gorzka irytacja na czynniki zewnętrzne utrudniające im dalszy dotyk. Jeśli chwilę wcześniej nie myślał o tym w ten sposób to teraz naprawdę przeszkadzały mu pierdoły takie jak małe guziczki, sprzączki i zapięcia. Gałki przy meblu, o które zaczepił się jego pasek, więc po prostu szarpnął nim nierozmyślnie.
Mebel znowu się zachwiał. Przeklęta nóżka wymagała kopnięcia, więc znowu uderzył w nią nogą na oślep, bo ani widziało mu się odrywać od ust Geraldine ani tym bardziej poprawiać czegokolwiek dłońmi, kiedy jedynym, co tak naprawdę chciał robić było coś wręcz przeciwnego. Nie naprawa tylko pozbywanie się wszystkiego, co im przeszkadzało.
Komódki. Mieli pozbyć się komódki. Może na rzecz innego bardziej stabilnego mebla. To nie było teraz zbyt istotne.
Najważniejsze, że na ten moment służyła w wystarczający sposób. Nie musiał wysilać się, żeby móc całować kobietę po szyi, bezwiednie dociskając ją do ściany i przesuwając zębami po delikatnej, pulsującej, słodko pachnącej skórze. Z twarzą w jej zwichrzonych włosach niemalże nie mógł złapać oddechu, czując jak świat wiruje dookoła nich, upajając się jej dłońmi na ciele, wspólnym żarem i pożądaniem.
Gdy poruszyła się, żeby puścić go w pasie z początku posłał jej nierozumiejące spojrzenie kryjące w sobie pytanie o konieczność przerywania w ten sposób tego, co tak dobrze im szło.
- Mhm - nie od razu pojął, czemu to zrobiła.
Dopiero, kiedy jasno wydała mu polecenie spomiędzy zaczerwienionych warg, wstrząsnął się i niecierpliwie przesunął ręce, żeby pociągnąć za materiał spodni, zsuwając go w dół niemalże do jej kostek. A przynajmniej planował to zrobić, reagując niemalże warknięciem spod uniesionej górnej wargi, kiedy zmierzył gniewnym spojrzeniem jej buty. Kolejna rzecz nie na miejscu. Jeszcze jeden element, który dołączył do rzuconych na oślep fragmentów garderoby na podłodze. Tym razem chyba przewracając jakiś wazon - to przynajmniej sugerował dźwięk.
Sukienki. Tak. Sukienki byłyby wygodniejsze, ale jakoś sobie poradził, choć nie tak wprawnie jak ona z jego spodniami, które skopał z siebie razem z własnymi butami, spojrzeniem dając jej do zrozumienia, że to zdecydowanie nie powinien być koniec. To był wyłącznie odroczony początek poranka.