Secrets of London
[Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29)
+--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25)
+--- Wątek: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise (/showthread.php?tid=4033)

Strony: 1 2 3 4


[Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.10.2024

adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II
Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I

Nadszedł w końcu ten oczekiwany dzień. Sabat, jak sabat, prawda? To nic takiego. Jaaasne. To był pierwszy raz, kiedy miała się na nim pokazać z kimś oficjalnie, to nie tak, że nie przychodziła już na podobne wydarzenia z partnerem, tym razem jednak to było coś więcej. To nie była przypadkowa osoba, zależało jej na tym, aby wszyscy o tym wiedzieli. Mimo wszystko nieco się tym denerwowała, sama nie miała pojęcia dlaczego, w końcu to było nic wielkiego. Mieli tylko wmieszać się w tłum i tyle, nie sądziła nawet, aby ich wspólna obecność kogoś szczególnie interesowała, no, może poza lokalnymi plotkarami, które tylko czekały na nowe ciekawostki towarzyskie, którymi mogły się podzielić.

Udało jej się nawet zapleść wianek, kurwiła przy tym niemiłosiernie, ale później stwierdziła, że było warto. Chabry całkiem ładnie wkomponywały się w jej włosy i pasowały do niebieskich oczu. Nigdy szczególnie nie zwracała uwagi na to jak się prezentuje, ale dzisiaj chciała wyglądać ładnie, dla siebie, ale przede wszystkim dla niego. Ubrała też sukienkę, białą, która sięgała niemalże do ziemi, odkrywała jej plecy, a wraz z nimi bliznę, która ciągnęła się niemalże po całej ich długości, za to ukrywała skutecznie jej ciężkie buty, z którymi nie zamierzała się żegnać tego dnia, szczególnie, że sabat odbywał się na łące nieopodal Doliny Godryka. Zresztą mieli iść do lasu, musiała mieć pewność, że źle dobrane obuwie nie będzie powodem ich ewentualnej porażki.

Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy znalazła się na łące, pełnej czarodziejów i czarownic, którzy chcieli świętować nadejście najdłuższego dnia w roku. Kilka ognisk płonęło, do jej uszu dochodziła głośna muzyka. Typowy sabat. Było tłoczno i gwarno, wszyscy wydawali się mieć wyśmienite humory.

Yaxleyówna w sumie też nie miała na co narzekać, była zadowolona z tego, jak aktualnie wygląda jej życie. Dawno nie czuła takiego spokoju. Ze swoim ukochanym umówiła się na miejscy, nie chciała bowiem się rozpraszać jego obecnością podczas przygotowań do sabatu. Wiedziała, że potrafiłby odwrócić jej uwagę od tych wszystkich czynności, które musiała wykonać nim się tutaj pojawiła.

Przystanęła przy sporych rozmiarów dębie, tuż przed wejściem na miejsce, w którym zgromadzili się inni. Pojawiła się odrobinę przed zachodem słońca, aby się nie spóźnić. Zawsze starała się być punktualna. Obserwowała bawiący się tłum z uśmiechem na twarzy. Jeszcze chwila, a będą mogli do nich dołączyć. Właściwie to złapała się na myśli, że może w końcu polubi te spędy, w sumie zupełnie inaczej do tego podchodziła odkąd miała kogoś z kim mogłaby celebrować te święta.




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.10.2024

Ze wszystkich wydarzeń towarzyskich, jakie mieli do dyspozycji, żeby tradycji stało się zadość a konwenanse pozostały nienaruszone, Litha była chyba najlepszym rozwiązaniem. Najmniej wymuszonym, a więc również najmniej przysparzającym wątpliwości, których Ambroise tak właściwie nawet nie miał. Znał to towarzystwo, nie było dla niego nowością. Wielokrotnie wcześniej odnajdywał się pośród tych samych osób skłonnych zwracać uwagę na wszystko, aby później móc wydać swoje osądy. Czasami patrząc na niego bardziej pozytywnym okiem niż zazwyczaj. W innych chwilach kręcąc nosami i wymieniając nieprzychylne uwagi między sobą, choć raczej nigdy wprost do Greengrassa.
Być może dlatego nigdy nie brał tego do siebie. Wychodził z założenia, że nie dało się zadowolić wszystkich, a jeśli już chciał kogoś sobą pozytywnie absorbować to raczej nie chodziło mu o stare i sfrustrowane gospodynie domowe tylko o kobietę, o której względy się starał. I które chyba zyskiwał coraz bardziej, skoro postanowiła zrobić mu tę przyjemność i oficjalnie się z nim pokazać. To wystarczyło, aby nie przejmował się niczym więcej. Ten wieczór był idealny w formie, w jakiej się odbywał i mógł się zakończyć. Szczególnie zakończyć.
Bowiem sam początek nie był do końca taki, jakiego pragnąłby Ambroise odesłany przedwcześnie do domu poprzedniego wieczoru. Rozpraszanie nie sprzyjało przygotowaniom do sabatu - jasne. Nie wątpił, że to były całkowicie zbytecznie podjęte działania, bo i tak miała wyglądać obłędnie i zrobić właściwe wrażenie, ale wyjątkowo nie dyskutował. Zmył się całkiem grzecznie jak na niego, rozbawiony jawnym daniem do zrozumienia, jaki miał wpływ na Geraldine. To go ugłaskało, przynajmniej na chwilę.
Im bliżej zachodu słońca było, tym bardziej odczuwał, że przestawało wystarczać. Co prawda miał pełne ręce roboty, bo skoro już go wyrzuciła to zajął się swoją drugą kochanką (tą, która spadła w hierarchii dwa miesiące wcześniej) składając wizyty domowe i kontrolując pacjentów, którzy też chcieli uczestniczyć w sabacie. W efekcie nie miał zbyt wiele czasu, żeby wrócić do domu i jakoś wyjątkowo się przygotować. Zresztą nie było takiej konieczności, bo miał wszystko przygotowane.
Jedynie umył się i przebrał. W dalszym ciągu trochę pachnąc medykamentami i szpitalem, ale głównie przyjemnie - dymem i ziołami kojarzonymi z Lithą; bylicą, rozmarynem, rumiankiem, lawendą i pierwszymi kwiatami wrotyczu tego roku o całkiem intensywnej woni. Może nie zwracał na to uwagi, ale całe szczęście, bo nie chciał jej się kojarzyć z Mungiem, którego w dalszym ciągu nie lubiła - wbrew próbom przekonania, że to nie było najgorsze miejsce.
Pojawiając się na łące, świadomie wybrał drogę przez Knieję. Słabo widoczną, ale prowadzącą od rodzinnej posiadłości Greengrassów niemal na miejsce. Dawało mu to pewien komfort związany z tym, że mógł pierwszy dostrzec dziewczynę, poświęcając kilka dłuższych chwil na chłonięcie tego widoku.
Podświadomie zbliżył się do niej od tyłu - od strony lasu. Miał niemal całkowitą pewność, że i tak wyczuła jego obecność, więc swobodnie przystanął na tyle blisko, żeby instynktownie objąć ją w pasie, składając muśnięcie warg na kawałku jej odsłoniętej szyi i splatając ręce z przodu sukienki Geraldine. Możliwe, że nie tak powinien wyglądać ten ich oficjalny wspólny debiut towarzyski, ale nie miał ochoty się nad tym zastanawiać.
Litha miała swoje zalety. Nie byli jedynymi osobami, które wstrzymywały się od wejścia w jasne światło ognisk i wybierały spędzenie jeszcze kilku chwil na uboczu zanim dołączą do świętowania.
- Biała sukienka? - Mruknął, nachylając się do jej ucha i składając za nim kolejny słodki pocałunek. - Pięknie wyglądasz - ale to naprawdę niepraktyczne.
Teoretycznie ustalili, że poszukiwania kwiatu paproci miały nie być zawoalowanym pretekstem do niczego zdrożnego, ale biel sukienki mogła ujawnić wszystko. Pasowała do niej tak samo jak niebiesko-zielony chabrowy wianek o ładnym splocie, choć nie miał specjalnych wątpliwości, że włożyła w zaplatanie go coś innego niż same dobre słowa. To czyniło ten wieczór czymś znacznie bardziej zabawnym. Uświetniło celebrację.


RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.10.2024

Była rozkojarzona, nie skupiała się na otoczeniu, to znaczy nie śledziła tego, co działo się wokół niej, tylko wpatrywała się przed siebie w światło ognisk, które lśniły nietypowym blaskiem. Zapewne Macmillanowie dorzucili tam jakieś magiczne substancje, żeby wzmocnić efekt wizualny. Tańczące płomienie wyglądały naprawdę przepięknie. Ciekawe, co można było z nich odczytać. Czarodzieje zgromadzali się przed nimi w coraz to większych grupach, jeszcze chwila, a znacznie się faktyczne celebrowanie. Zastanawiała się, czy dzisiaj jak co roku, znowu ktoś skończy w ognisku, za każdym razem chociaż jedna osoba zupełnym przypadkiem do niego wpadała. Cóż, alkohol lał się tu strumieniami.

Poczuła, że się zbliża, właściwie to nie potrafiła stwierdzić, czy najpierw usłyszała dźwięk kroków, czy do jej nozdrzy dotarł ten słodki, znajomy zapach ziół, którym się otaczał. To nie było jednak istotne, najważniejsze było to, że wreszcie pojawił się przy niej. Nie mogła się doczekać tej chwili, chociaż przecież wczoraj się widzieli. Wydawało się jej jednak, jakby ta rozłąka trwała wieczność. Tak, sama do niej doprowadziła, nie zmieniało to jednak faktu, że za nim tęskniła.

Kiedy złapał ją w pasie oparła swoją głowę na jego ramieniu, nie odwróciła się do niego, miała pewność, że to był Ambroise. Drgnęła jedynie delikatnie, gdy poczuła jego usta na swoim ciele. Powinna przywyknąć do tych pocałunków jednak jej skóra  nadal była bardzo wrażliwa na ten dotyk. Nie podejrzewała żeby to się miało szybko zmienić. Zrobiło jej się też cieplej kiedy się do niej zbliżył, jakby sama jego obecność powodowała, że zaczynał żarzyć się w niej delikatny płomień.

- Tradycyjna. - Mruknęła cicho. Może nie należała do grona dziewic, jednak mogła wmieszać się w ten tłum niewinnych dziewcząt, chociaż pewnie mało kto by uwierzył w te pozory, które próbowała stworzyć wokół swojej osoby. Nie ciążyła jej jednak ta biel, wydawało jej się, że dzięki nie wyglądała zupełnie inaczej niż zwykle, raczej nie sięgała po jasne kolory, nie czuła się w nich najlepiej, może powinna to zmienić?

- Cieszy mnie to, że ci się podoba. - Nie robiła przecież tego wyłącznie dla siebie, chciała, żeby zauważył to, że tak się dla niego wyszykowała. Zresztą sprowokował ją do tego tym, że wspomniał o tym, że mógłby jej zdjąć sukienkę, nie mogła się więc powstrzymać przed tym, aby ją założyć. Musiała sprawdzić, czy to o czym mówił faktycznie będzie miało miejsce. Oczywiście nie zamierzała prowokować go do tego, aby zbliżyli się do siebie w lesie - zresztą ustalili, że faktycznie spędzą ten wieczór na poszukiwaniu kwiatu paproci. Będzie mogła się o tym przekonać później, gdy wrócą już do jej mieszkania, kiedy znajdą się z dala od ciekawskich oczu i będą mogli odpowiednio celebrować ten sabat.

Położyła swoje dłonie na jego i oparła prawie cały swój ciężar o ciało Ambroisa, w sumie to mogłaby z nim tkwić w tym uścisku całą noc, ale nie po to się tu zjawili. Mieli się oficjalnie zaprezentować wśród całej śmietanki towarzyskiej, w sumie nie wydawało jej się to być trudnym do zrealizowania.

- To co, idziemy? - Zapytała jeszcze cicho, a po krótkiej chwili się do niego odwróciła i spojrzała mu w oczy. Oparła swoją dłoń na jego policzku, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, aż w końcu zbliżyła swoje usta do jego i pocałowała go bardzo delikatnie, słodko, co raczej niezbyt często jej się zdarzało, zdecydowanie wolała te bardziej agresywne pocałunki. - Zapomniałam się z tobą przywitać. - Odparła, a na jej policzkach pojawiły się różane rumieńce. Wokół było naprawdę sporo osób i była pewna, że kilka z nich przyglądało im się uważnie.




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.10.2024

Greengrass nie był typem mężczyzny, który w jakimkolwiek momencie tego wieczoru zamierzał ochoczo stwierdzić, że warto było czekać, żeby ponownie znaleźć się w swoich ramionach wpatrzonymi w blask ognia i wysłuchanymi w dźwięki głosów i śmiechów. Niechętnie przyjął oddalenie się na noc, szczególnie że dwie poprzednie również spędzili bez siebie z uwagi na jego zmiany w pracy.
Najchętniej odpuściłby te zwyczaje, możliwe, że pokusiłby się o wsparcie Geraldine w zakresie doboru ziół do wianka. Chabry były śliczne, ale mógłby podrzucić jej coś, co doskonale podkreśliłoby również rumieniec na jej skórze i miodowy odcień włosów. W końcu znał się na ziołach...
... choć z drugiej strony trudno było się łudzić, że tak naprawdę poszliby zbierać łąkowe rośliny i spędziliby wieczór na przygotowaniach do wspólnego debiutu towarzyskiego. Raczej było to mało prawdopodobne, szczególnie zważywszy na to, że nawet teraz przy ludziach nie do końca mógł trzymać ręce przy sobie, choć starał się być dyskretny w sposobie, w jaki obejmował partnerkę. Nie można im było zarzucić żadnego przedwcześnie nienależytego zachowania.
Chociaż i tak przyciągali zaciekawione spojrzenia, dostrzegał to kątem oka, ignorując ten fakt i skupiając większość uwagi na Geraldine.
- Jest niemal idealna - odmruknął miękko, ale z wyczuwalnym podtekstem, którego nawet nie próbował skrywać, szczególnie że zniżony głos nie mógł dotrzeć do uszu oddalonych ludzi, choć po spojrzeniach niektórych z nich można było wyrokować, że chętnie dowiedzieliby się jak najwięcej.
Na szczęście chował usta w jej miękkich włosach, muskając szyję ciepłym oddechem i z fascynacją obserwując efekty. Ich subtelność pasowała do przytłumionego światła docierającego tu od strony ognisk, które błyszczały w lekko nienaturalny sposób sugerujący udział magii. Słońce jeszcze nie zdążyło schować się za horyzontem, ale linia lasu sprawiała, że cienie drzew coraz bardziej wędrowały po zazielenionej trawie, której drobne, bez wątpienia przycięte źdźbła lekko falowały na ciepłym wietrze. Od ognisk zresztą także bił żar, choć znajdowali się zbyt daleko, żeby to mógł być naturalny efekt.
Ktoś bardzo postarał się, żeby łąka była odpowiednio przygotowana na sabat - w dalszym ciągu bardzo naturalna, ale jednocześnie nie zbyt dzika dla młodych panien w butach na obcasach, miejskich kawalerów elegancików, dostojnych matron i już pijanych mężów czy poważnych nestorów. Nawet w takich okolicznościach przyrody spróbowano zadbać o każdego, łącząc przyrodę ze złudzeniem komfortu, które następnie można było rozwiać ochoczą wyprawą do lasu. Młodzi i zakochani mieli zanurzyć się w gęstwinie, czując przy tym mieszankę adrenaliny z podnieceniem, choć w mroku nie miało kryć się żadne niebezpieczeństwo.
W tym wypadku Ambroise miał co do tego pewność, bo jego rodzina przyłożyła rękę do tego, aby las był bezpieczny. Na jednym z zebrań zadbano o dokładnie przemyślane wybranie dogodnej lokalizacji. Niezbyt odległej od zabudowań Doliny Godryka, ale dającej wrażenie nietkniętej. W rzeczywistości wszystko było pod kontrolą, nawet jeśli tylko do czasu, kiedy alkohol zaszumi w głowach i głupie pomysły zaczną wpadać do głów - zapewne szczególnie tych młodych kawalerów chcących popisać się przed wybrankami. Całe szczęście nie musiał się aż tak wygłupiać przed swoją. Już to przezornie ustalili.
- Lubię jak przejmujesz inicjatywę - uniósł brew, bezwiednie sunąc ustami po szyi Geraldine, wdychając ten lekko otumaniający zapach i chłonąc ostatnie chwile przed tym jak ruszą na pożarcie, szczególnie że jeszcze teraz to on pożerał ją wzrokiem.
Za chwilę mieli być znacznie bardziej obserwowani niż obserwujący, choć już teraz czuł na sobie co poniektóre spojrzenia, szczególnie kiedy powoli i niechętnie wypuścił Geraldine z uścisku. Nie odsunął się, a zamiast tego odruchowo nastawił do pocałunku, który zasługiwał na określenie ukradkowy bardziej niż którykolwiek do tej pory. W gruncie rzeczy pasował do klimatu ostrożnych zalotów i nadciągającej szarości wieczoru.
- No witaj - odmruknął, lekko przeciągając ooo w pierwszym słowie i unosząc kącik ust, po czym wyciągając ramię w kierunku blondynki. - Pozwoli Panienka?
Mógłby jak młodzieniec pociągnąć ją za rękę w stronę ognisk. Nawet przez chwilę o tym myślał i gdyby mieli trochę mniej lat, szczególnie on zapewne by to zrobił, ale w tej chwili wolał podejść tam wolniej i z większą godnością.


RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.10.2024

Gerry wolała uniknąć jego ingerencji podczas przygotowań do sabatu. Nie, żeby wątpiła w jego wiedzę na temat kwiatów i innych roślin, na których sama raczej w ogóle się nie znała, jednak wydawało jej się, że ich wspólny wypad na łąkę mógłby nie zakończyć się sukcesem, znaczy jakimś na pewno, ale niekoniecznie takim o który jej dzisiaj chodziło. Naprawdę chciała upleść ten nieszczęsny wianek, mimo tego że nie miała ku temu jakichś ogromnych predyspozycji. Nie była szczególnie biegła w tych wszystkich babskich zajęciach, czasem zdarzało jej się oskórowywać zwierzęta i na tym kończyły się jej zdolności manualne. Robiła jednak, co w jej mocy, aby ten wianek jakoś wyglądał, podejrzewała, że rozsypie się w przeciągu kilku godzin mimo, że pomogła go wzmocnić zaklęciem. Bez tego pewnie zgubiłaby te kwiaty po drodze.

- Niemal... - Oczywiście, uśmiechnęła się pod nosem właściwie sama do siebie, bo przecież nie widział jej twarzy.

Przymknęła na chwilę oczy, kiedy poczuła jego oddech na swojej szyi, czuła jego zapach na swoim ciele. Robiło się naprawdę przyjemnie, błogo.

W otoczeniu faktycznie brakowało naturalności i dzikości, ale miejsca sabatów zazwyczaj były dostosywane do wizyty czarodziejów z różnych części kraju, to miało ułatwić bawienie się do białego rana. Większość magów żyjąca w mieście nie była do końca przystosowana do wizyty na łonie natury. Niektórzy znich pojawiali się w podobnych miejscach tylko i wyłącznie podczas sabatów, wtedy wyjątkowo chcieli zbliżyć się do natury. Uważała, że była w tym lekka nuta hipokryzji, bo nie powinni czcić Bogini przez cały rok, łaknąć jej bliskości? Sama może i nie należała do osób szczególnie uduchowionych, jednak nigdy nie udawała, że tak jest, w przeciwieństwie do sporej części magicznego społeczeństwa.

Oczy jej błysnęły, gdy wspomniał o tym, że lubi kiedy przejmuje inicjatywę, na pewno zapamięta ten komentarz i będzie częściej to robiła. Wszystko, aby jej chłopak był zadowolony. Nie wiedzieć czemu ogromną satysfakcję przynosiło jej sprawianie mu przyjemności. Lubiła kiedy ją doceniał.

Mieli jeszcze możliwość ulotnić się stąd, zakładała, że nie odmówiłby jej, jeśli by go o to poprosiła. Zastanawiała się nad tym w momencie, w którym ponownie poczuła dotyk jego ust na swojej szyi, mógł dostrzec, że jej ciało reagowało na jego każdy, najdrobniejszy ruch, pojawiła się bowiem na nim gęsia skórka. To było przyjemne, bardzo przyjemne, i chętnie przeszłaby do dalszych przyjemności. Tyle, że na taki mieli plan na ten dzień. Musieli przebrnąć przez sabat, aby później móc wrócić do swojej własnej celebracji tego święta, wiedziała, że tego nie unikną, nie chciała zresztą do tego dopuścić. Wypadało w końcu dzień święty święcić.

Z każdą mijającą sekundą mniej przejmowała się tym, że ludzie zaczną łączyć ich osoby ze sobą. Nie było od tego odwrotu, zresztą nie chciała dłużej tego unikać. Zależało jej na tym, aby wszyscy wiedzieli, że łączy ich coś trwałego. Właściwie to nie miała pojęcia, czy nie połączą tego jedynie z sabatem, jeśli tak, to ich problem, zamierzała bowiem pojawiać się na wszystkich nadchodzących przyjęciach u jego boku, wtedy będą mieć pewność. Nie to, żeby obchodziło ją zdanie ludzi, nie - chciała jedynie, aby wszystkie panny zdały sobię sprawę, że Ambroise jest jej. Bywała strasznie zaborcza, chociaż pewnie nigdy by się do tego nie przyznała.

- No nie wiem, nie wiem. - Rzuciła lekko, jakby faktycznie zastanawiała się nad decyzją. Propozycja jednak należała do tych nie do odrzucenia.

Wsunęła mu rękę pod ramię. Mogli wreszcie ruszyć przed siebie, by znaleźć się na polanie pełnej ognisk.

Przyglądała się ludziom, których mijali, mierzyła ich wzrokiem, w końcu szepnęła do Greengrassa na ucho - Jak myślisz, którzym mogą być naszą największą konkurencją? - Oczywiście chodziło jej o poszukiwanie tego nieszczęsnego kwiatu paproci, o którym rozmawiali. Jedną z ważniejszych zasad podczas takiego wyścigu o złotego Graala wśród roślin powinno być ocenienie swoich konkurentów.




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 09.10.2024

- Idealna cała wyglądałaby jak twoje plecy - mruknął Geraldine do ucha, brzmiąc dokładnie tak rozleniwienie i miękko a nawet bezsprzecznie sugestywnie jak tylko mógł.
Tak jak plecy szczególnie, że nie było na nich materiału, więc gdyby chciał, mógłby wodzić opuszkami palców po jej ciepłej skórze. Powstrzymał się przed tym z przyzwoitości. Pozornej, wymuszonej, ale byli tu w konkretnym celu a ich nagły sojusz już bez tego mógł znaleźć się na językach. Szczególnie, jeśli pojawią się razem także następnego dnia na pełnym ludzi i przesadnego przepychu kameralnym i niewielkim przyjęciu urodzinowym jednego z równolatków Ambroisa. Mogli to zrobić, mogli sobie darować. W obu przypadkach na pewno mieli coś osiągnąć. To było niezaprzeczalne.
Litha była znacznie ważniejsza i bardziej wskazana, choć gdyby Geraldine postanowiła poprosić go o przedwczesne opuszczenie celebracji, niechybnie by przed tym nie zaprotestował. Nawet jeśli to była najbardziej dogodna okazja, żeby zacząć obnosić się z nowym porządkiem rzeczy. Szczególnie, że w przeciwieństwie do Yaxleyówny, Greengrass nie zamierzał poprzestać tylko na poprzechadzaniu się z nią pod ręką i wspólnym umknięciu w las, co mogłoby zostać odebrane jako wynik krótkotrwałej żądzy.
Nie. Planował ją przedstawić, podkreślając szczególnie części rodziny od strony matki (bo tych krewnych nie miał okazji i niespecjalnie chciał jej przedtem przedstawić), że to jego partnerka. Zbyt dobrze znał niektórych swoich kuzynów, żeby dopuścić do niedopowiedzeń. Szczególnie, że byli do niego podobni nie tylko z wyglądu. Lubił ich, miał z nimi bardzo dobre relacje, ale należało być w stosunku do nich terytorialnym jak jasna cholera.
- Tchórzysz, Najdroższa? - To nie był zarzut a wyłącznie drobna prowokacja, żeby wywołać w Geraldine wolę walki i pokazania tym wszystkim ludziom tego, co powinni wiedzieć.
Czy nie tak planowali? Wspólna ucieczka z sabatu była bardzo, naprawdę mocno kusząca, ale mieli kilka spraw do załatwienia, nawet jeśli nic się nie paliło. No. Prócz ognisk i żaru pod jego skórą, który sprawił, że Ambroise podjął decyzję o bardzo niechętnym odsunięciu się jeszcze o pół kroku. Tak, żeby mógł zaoferować dziewczynie swoje ramię, ale nie przylepić się do niej na stałe zanim nie znajdą się na osobności. Wbrew pozorom nie chciał jej przynieść wstydu.
- Raczej nie ta ruda z gościem, który wygląda jak jej brat, ale z przyzwoitości uznajmy, że nim nie jest. Oni będą pierwsi w lesie - założył modułując głos tak, żeby to dotarło wyłącznie do uszu jego dziewczyny, ale nie zabrzmiało jak sugestia, że mogą mieć problem akurat z tą parą.
Wręcz przeciwnie. Mieli iść jak dzikie kuny w agrest. Nie bacząc na to, że to jest las a nie sad i mają co najwyżej paprotniki i jeżyny do dyspozycji.
- Lestrange też wygląda, jakby miał się macać w paprociach. Sam, bo jego partnerka smali cholewki do Weasleya. Tego, który chyba jest tym prawdziwym bratem rudej, ale nie dam głowy. Tylu ich jest - rzucił bezpośrednio, choć na tyle cicho, żeby nikt nie słyszał tego niewybrednego komentarza.
Ambroise w teorii bardzo dobrze orientował się w tym, kto kim jest. Nawet sposób, w który teraz mówił i wyłapywał kolejne znajome, warte uwagi twarze z tłumu o tym świadczył. Natomiast nie mógł nie pokusić się o ten drobny przytyk do chyba najbardziej dzietnej rodziny. Wpisanej do czystokrwistego skorowidzu, ale prawdopodobnie gżącej się z kimkolwiek, byle był rudy i miał kilka piegów.
- Mój drogi kuzyn tam - machnął głową w kierunku jednego z Mulciberów przy największym ognisku; wspomniany człowiek stał obok ładnej Rowle'ówny, ale wyglądał przy tym jak słup soli. - Pójdzie w krzaki z najmłodszym Rosierem, a panna Rowle i panna Selwyn udadzą się na własne poszukiwania - zasugerował, jeszcze bardziej dyskretnie zezując w kierunku drugiej wspomnianej pary.
To nie było oficjalne. Nie było również przesadnie nie do przewidzenia. Wystarczyło mieć oczy i nie próbować wykluczać pewnych oczywistości, co ewidentnie robiły wszystkie rodziny, skoro tamci młodzi wyglądali, jakby byli tu w celu obejrzenia nowego Drzewa Wisielców i przetestowania gałęzi. No cóż. Powiódł spojrzenie po tłumie bliżej ogniska i dyskretnie zgiął palce w kierunku następnej kandydatury.
- Travers może być zaangażowany. Grywałem przeciwko niemu w Quidditcha. Zawsze był narwany - skomentował dyskretnie nie dodając, że byli siebie warci pod tym względem, bo obaj przesadnie lubili rywalizację. - Za to mała Slughorn ledwo widzi, więc to kwestia tego, co on wybierze - nieznacznie wzruszył ramionami, bo raczej nie wyobrażał sobie tej dwójki w głębokim i ciemnym lesie, skoro panna Traversa niemal potykała się o własne nogi w migoczącym świetle ogniska.
Wydawało mu się średnio prawdopodobne, żeby denka od butelek, które nosiła zamiast okularów dały jej przewagę wzrokową. Prawdę mówiąc był zaskoczony widokiem przypakowanego, wysokiego Traversa o pocharatanej, bliznowatej mordzie w towarzystwie takiego kwiatuszka będącego uosobieniem nieśmiałej bibliotekarki.
Najwidoczniej w życiu innych czarodziejów priorytety też ulegały nieoczekiwanym zmianom. Kto wie, może kiedyś jeszcze będą pić z rywalem piwo, śmiejąc się z posyłania w siebie tłuczków i bójek pod bijącą wierzbą... ...choć nie - to byłoby zbyt absurdalne nawet jak na to, jak bardzo wywróciło się życie Greengrassa przy Yaxleyównie. Były pewne granice.
- Stawiam na Rookwood z Prewettem. Jego też znam z drużyny a ona kiedyś - urwał wypowiedź, po prostu wzruszając ramionami i nieznacznie się krzywiąc. - Z Parkinsonówną mogą być bólem dupy, kiedy coś sobie uroją - skwitował, zatrzymując się w dogodnym miejscu i wbijając w Geraldine spojrzenie zachęcające ją do wyczerpania tematu.


RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 09.10.2024

- Wolałabym nie świecić ciałem przed tym tłumem, ale pomyślę o tym, przy następnym sabacie. - Będą mogli go spędzić w domu, jej, jego, albo ich wspólnym. Nie będzie musiała wtedy ubierać na siebie nawet skrawka materiału. To wcale nie był taki głupi pomysł, szczególnie, że będą mieli za sobą już te wszystkie oficjalne sprawy. Tak, to była wyśmienita myśl, Lammas powinni świętować w swojej nadmorskiej chatce, czy jakiekolwiek miejsce było bardziej odpowiednie do celebrowania tego sabatu? Nie, nie wydawało jej się. Będzie musiała się później z nim podzielić tym pomysłem, albo po prostu zabierze go tam ze sobą bez wcześniejszego informowania o tym mężczyzny. Na pewno spodobałaby mu się taka niespodzianka. Nie spodziewała się, że kiedykolwiek będzie aż tak skrupulatnie planowała sposób spędzania kolejnych sabatów. Nawet jej to sprawiało przyjemność. Punkt widzenia potrafił się bardzo mocno zmienić, kiedy miało się u swojego boku odpowiednią osobę.

Yaxleyówna liczyła na to, że spotka kogoś z bliższych znajomych, chętnie by im przedstawiła swojego chłopaka, wydawało jej się, że był to odpowiedni moment, prędzej i tak będzie musiał ich poznać. Liczyła na to, że polubi się przynajmniej z częścią, bo nie mogła się ciągle trzymać od nich z daleka. Zresztą już wypytywali ją o te nieobecności na większości ich spotkań, na których praktycznie zawsze się pojawiała. Próbowała się tłumaczyć sporą ilością pracy, jednak średnio jej w to wierzyli.

- Coś ty, przecież ja się niczego nie boję. - Nawet jeśli wydawało jej się, że ten spęd ludzi był zdecydowanie straszniejszy od stada buchorożców. Nie powinni mieć problemu z pokazaniem wszystkim tego, że zaszła zmiana. Nie zamierzała stąd uciekać dopóki nie zrobią tego, po co się tutaj pojawili. Zresztą odwagi dodawała jej obecność Ambroisa, kiedy byli razem miała wrażenie, że mogą działać cuda. Oby właśnie tak było. Nie było się przecież czego bać, to tylko sporo obcych ludzi, którzy lubili wsadzać nos w nieswoje sprawy.

Przeniosła spojrzenie w stronę rudej, o której wspomniał Greengrass, przyglądała się jej dyskretnie, nie chcąc wyjść na przesadnie wścibską. Kiedy jednak jej się przyglądało dotarło do niej, że mogła się w nią wgapiać bez żadnych konsekwencji, bo dziewczyna chyba już była dosyć mocno zajęta swoim partnerem. - Faktycznie wyglądają jak rodzeństwo. - Zaśmiała się nawet pod nosem z tego, co powiedział Greengrass. Wolała jednak nie myśleć o tym, że mogliby nim faktycznie być, bo to nieco ją przerażało. Fujka.

- Mógłby sobie przygruchać Abbotównę, zobacz jak na niego spogląda. - Dyskretnie odwróciła swojego partnera w stronę dziewczyny, ślicznej, blondwłosej, która wpatrywała się w Lestrange'a. Cóż, pewnie nie chciała do niego podejść z racji na status krwi. Niby wszyscy byli sobie równi, jednak wiadome było, jak to wyglądało tak naprawdę, raczej sięgało się po partnerów z odpowiednim pochodzeniem, Lestrange mógłby usłyszeć kilka nieprzyjemnych słów, gdyby zainteresował się pierwszą, lepszą Abbotówną.

- Mogliby wejść do lasu we czwórkę, nie sądzisz? Mogłoby to ich uchronić od niepotrzebnych plotek. - Zapewne po kilku kieliszkach wina nie będą się przejmować tym, że ktoś na nich spogląda i może sobie zbyt wiele pomyśleć, aczkolwiek lepiej, aby nie ciągnęło się za nimi nieodpowiednie wrażenie. Nie sądziła jednak, że byli w stanie wpaść na taki wspaniały pomysł.

Nie zrobiło na niej specjalnego wrażenia to, że wskazał jej niemieszane pary, nie było w tym nic dziwnego, miała świadomość, że wśród czarodziejów istnieje część, którą interesowały osoby tej samej płci. Niech im się dobrze wiedzie. Wiedziała jednak, że nie jest to mile widziane wśród arystokracji i lepiej dla nich, aby się kryli z takimi związkami.

Powoli zmierzali do przodu. Ogniska przynosiły ciepło, Geraldine miała wręcz wrażenie, że jej skóra płonie od tych płomieni, których ciepło uderzało z różnych stron.

- Traversowie tak mają. - Nie przepadała za tą rodziną, zresztą do tej pory nie potrafiła zrozumieć dlaczego jedna z nich postanowiła wyjść za kogoś z ich rodu. Zdaniem panny Yaxley łowcy nie powinni się spoufalać ze zwierzyną na którą polują. Nie widziała w tym najmniejszego sensu. - Cóż, jak będzie taki zawzięty to jest szansa, że zgubi ją w lesie. Czy są jakieś zasady o tym, że pary muszą wrócić w komplecie? - Zapytała jeszcze nieco rozbawiona. Może mieli szansę na dyskwalifikację? Nie to, że zamierzała oddać walkę walkowerem.

Zatrzymała się na moment i wpatrywała dłużej w Greengrassa. - Co ona kiedyś? - Skoro już zaczął, to liczyła na to, że ją oświeci, wolała nie domyślać się tego, bo jeszcze mogłaby to opatrznie zrozumieć. Mimo wszystko po chwili zmierzyła wzrokiem parę o której wspomniał, szczególną uwagę zwracała na dziewczynę.

Zauważyła za nimi inną znajomą twarz. - Bones i McGonagall, byłam z nimi na roku, nie spodziewałam się, że dalej są razem. Oni mogą oszukiwać. - Wiedziała o tym, że McGonagall potrafi zmieniać się w psa, a większość Bonesów pracowała w brygadzie, potrafili pewnie znaleźć trop. Mogli zostać czarnym koniem tego wyścigu.

- Za to Lovegoodówna już chyba nieźle odpłynęła. - Wskazała delikatnie głową na dziewczynę, która znajdowała się przy ognisku i próbowała przyciągnąć do siebie ciemnowłosego chłopaka, który okropnie jej się opierał, albo jej się wydawało albo to Pettigrew, któremu kiedyś przydzwoniła w nos za to, że się do niej przystawiał.




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.10.2024

- Albo jesienią - zaproponował porozumiewawczo. - To znaczy: również jesienią, skoro już składasz takie propozycje. Mogą się kilka razy powtórzyć - nie miał kręcić nosem, oczywiście.
Szczególnie, że już zdarzyło im się omijać szerokim łukiem jakieś oficjalne sabatowe spędy. Pojawiając się razem podczas tego, mogli zagwarantować sobie to, że w razie potrzeby nie będą aż tak zmuszeni brać udział w kolejnym. Rodziny były względnie zadowolone, co wykluczało przymus bycia czyimś wymuszonym plus jeden. Mieli znacznie więcej swobody niż jeszcze chwilę wcześniej. To była kolejna zaleta oficjalnych zobowiązań - mogli stanowić dla siebie nawzajem osłonę przed planami ze strony bliskich, jasno sugerując, że mają już takie wspólne i niezmienialne.
A jakie? Jak dla niego mogły być bardzo proste i obracać się wyłącznie wokół ich dwójki w domku lub mieszkaniu. Wcale nie musieli robić nic szalonego, wychodzić do ludzi, świętować w przesadny sposób. Na tym etapie życia myślał głównie o tym, żeby być przy niej, dając ujście wspólnym pragnieniom, osiągając satysfakcję na wszystkich płaszczyznach związku i budując sobie prawdziwą przyszłość na solidnych fundamentach. Solidniejszych od tych w nadmorskiej chatce, które nadal musieli poprawić, bo komódka ewidentnie była tam najstabilniejszym elementem.
- Wyśmienicie. Wobec tego jutro zabiorę cię do twojej francuskiej teściowej - musiał włożyć w to jak najwięcej powagi, a jego szept był i tak stanowczo zbyt niepoważny.
Zresztą co tu wiele mówić - taka deklaracja w żadnym razie nie była obietnicą czy groźbą i Geraldine dobrze to już wiedziała. Chciał ją po prostu postraszyć, skłonić do przemyślenia słów o tym, że niczego się nie boi, bo jego biologiczna matka z powodzeniem mogła podać sobie rękę z Jennifer a być może nawet trochę nauczyć ją wrednych sztuczek działających w innym miejscu. Tak w ramach wymiany kulturalnej. Spotkał ją raz w swoim dorosłym życiu, ogólnie raz w życiu i więcej nie planował.
Jasne. Rozpoznałby ją na ulicy. Ona jego pewnie też. Nie byli Weasleyami, którzy wyglądali jak powieleni zaklęciem kalkującym i którzy chyba sami nie orientowali się w relacjach i powiązaniach rodzinnych. A przynajmniej Ambroise próbował tak do tego podchodzić, widząc tamtą naprawdę podobną do siebie parę. Może byli po prostu bardzo dalekimi kuzynami? U czystokrwistych to nie było aż tak restrykcyjne, a rudzielce w teorii nadal znajdowali się w Skorowidzu.
- Fakt. Chętnie porozbierałby jej jabłka - odmruknął obróciwszy się we wskazaną stronę.
Cóż to było za malownicze porównanie. Był z siebie niezmiernie zadowolony, a wieczór dopiero się zaczynał. Oczywiście, nie mogli tak do końca nadal kręcić się między ludźmi, nie nawiązując z nimi żadnych interakcji. Nie po to tu przybyli, ale na ten moment Greengrassa bawiła ta ich mała gra.
- Też nie lubisz Traversów? Wspaniała zgodność poglądów, moja droga - sądząc po jej tonie nie musiał o to pytać. Słowa Geraldine brzmiały raczej jednoznacznie, ale wywołały większy uśmieszek na jego twarzy.
Tak samo jak ta kolejna wypowiedź o zgubieniu partnerki w lesie i samotnym powrocie. Był w stanie to sobie wyobrazić. Travers zawsze zachowywał się w podobny sposób. Raczej się nie zmienił tylko dosyć dobrze krył za swoją Slughornówną. Szumowiny często tak miały.
- Z tego co mi wiadomo to nie - odrzekł bez cienia wątpliwości, wspominając poprzednie sabaty. - Wracają w naprawdę różnych konfiguracjach. Nie zauważyłaś? - Może teraz wszyscy się całkiem pilnowali, ale alkohol i atmosfera miały wkrótce zrobić swoje.
Te same poważne i sztywne, dystyngowane osoby mogły z powodzeniem wrócić z lasu zarówno same jak i z paroma innymi równie wymiętymi osobami. Innymi poszukiwaczami kwiatu paproci, który mógł się znajdować w bardzo trudno dostępnych miejscach wymagających zaangażowania kilku osób i pracy zespołowej. Oczywiście.
W gruncie rzeczy to mógłby przypomnieć Geraldine jeden czy dwa skandale związane z Lithą, gdyby nie to, że nagle zatrzymała się i wbiła w niego to spojrzenie. Automatycznie, machinalnie wstrząsnął ramionami.
- Stare dzieje - podkreślił niechętnie, odpowiadając spojrzeniem na spojrzenie. - To nie tak, że całe życie szkolne spedziłem na byciu przyszłym uzdrowicielem, w porządku? To nie było planowane. Założenia były inne, podejście tak samo - dziwnie było mówić o tym w taki sposób. - Krótko mówiąc, Rookwood próbowała zaliczyć każdego z drużyny. Każdej drużyny. Nie jestem święty... ...nie byłem, bo teraz to co innego... ...szczególnie, skoro moja kobieta nosi kolor świadczący o tym, że czekamy na wyjątkowe czasy - skwitował cicho w próbie zażartowania, na chwilę odbiegając od tego, o co go pytała, ale w ostateczności wrócił do sedna. - Ale z desperatkami się nie zadaję. Poza tym, że możliwe, że zdarzyło mi się zrobić coś, żeby zniechęcić ją do dalszych prób - to były bardzo łagodne i dyskretne słowa jak na to, że po prostu przespał się w wakacje z jej najlepszą przyjaciółką.
Obrzydzając Rookwoodównę do siebie, rozbijając wieloletnią przyjaźń, po której zaczęła zwracać się ku tworzeniu parszywego duetu z Parkinsonówną...
...a w dodatku mimowolnie mieszając trochę w hierarchii społecznej młodszego rocznika, który te dwie zaczęły terroryzować. Tak. Czasy Hogwartu były śmieszne. W żadnym razie by do nich nie wrócił. Za żadne skarby, nawet jeśli przywróciłoby mu to szansę na karierę w Quidditchu. Kiedyś może tak, ale teraz przyzwyczaił się do nowego stanu rzeczy. Szczególnie, że tak właściwie to już nie były całkiem nowe okoliczności. Nowością było coś zupełnie innego, co skutecznie wyparło wszystko poprzednie i sprawiało, że naprawdę usiłował starać się wykorzystać w pełni potencjał tych zmian. Być lepszym człowiekiem.
- McGonagall znam - stwierdził krótko w formie przytaknięcia na to, o czym mówiła Geraldine. - I nie, nie spałem z nią - po informacji na temat Rookwoodówny to byłoby raczej naturalne pytanie, więc zbił je z pobłażliwością zanim w ogóle miało okazję paść. - Za to dziwi mnie ich wspólny widok. Niektórzy nie wiedzą, kiedy odpuścić - skomentował szeptem, posyłając znaczące spojrzenie w kierunku ukochanej, bo ta historia nie była aż taka nieznana.
To faktycznie mogli być ich całkiem poważni przeciwnicy, szczególnie że jeszcze wiele lat wcześniej tworzyli znakomity duet. Oczywiście, jeśli akurat nadal ze sobą byli, nie rozchodzili się, nie byli na prostej drodze do rozstania, nie przeżywali kłótni i dramatów. Może niespecjalnie śledził ploteczki towarzyskie, ale nigdy wcześniej ani później nie widział nikogo, kto byłby dla siebie tak dopasowany i zarazem toksyczny. Ewidentnie niewiele zmieniło się przez ten czas i znowu kręcili ze sobą podczas miłosnego sabatu.
Trochę żenujące jak na jego oko, bo należało mieć jakąś godność i umieć zakończyć zbyt płomienną relację zanim wypali obie osoby i pozostawi po sobie wyłącznie duszący dym, natomiast bardziej żenujące było chyba inne zachowanie, które wskazała mu Geraldine.
- Lovegoodówny to wariatki - ocenił bez wahania, ale bez jakichkolwiek zawoalowanych podtekstów.
To po prostu była oderwana od rzeczywistości rodzina, nawet dla kogoś, kto sam czytywał różnorodne alternatywne pisemka i nie miał najmniejszego problemu z dyskusją na temat niemal każdej teorii spiskowej. Lovegoodowie byli zbyt dziwaczni również na standardy Greengrassa, choć rzucając okiem w stronę ewidentnie ujaranej blondynki raczej było mu jej nawet trochę szkoda, bo wybrała sobie wyjątkowo parszywy obiekt zainteresowania.
- Wrzuci go w ognisko. Zobaczysz. Przypadkiem albo celowo - szepnął konspiracyjnie do Geraldine. - To znaczy, że odpadają z wyścigu - a oparzenia dało się wyleczyć do następnego sabatu i kolejnej próby.


RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Geraldine Greengrass-Yaxley - 10.10.2024

- Przemyślę to. - Na jesień miała specjalne plany, ale o tym nie zamierzała mu jeszcze mówić. Zresztą tak naprawdę nie do końca była pewna, co wymyśli. Wiedziała jednak, że to będzie musiało być coś wyjątkowego, miała zamiar bardzo się postarać. Szczególnie, że sabat był w tym przypadku tą mniej znaczącą okazją, a jedynie dodatkiem do innego, dużo ważniejszego święta. Chciała, aby Ambroise zapamiętał te pierwsze spędzone z nią urodziny na długo, a właściwie to na zawsze.

Geraldine również nie widziała powodu, aby pojawiać się na wszystkich wydarzeniach organizowanych z okazji przemijającego Koła Roku. Niektóre z nich, o ile nie większość mogli opuścić i spędzić je w dużo mniejszym gronie, najlepiej we dwójkę. Nie była szczególnie wierząca, nie miała potrzeby do hucznego celebrowania wszystkich sabatów. Zresztą we dwójkę też mogli odpowiednio obchodzić te święta.

- To już cios poniżej pasa. - Skrzywiła nawet się nieco, bo słyszała opowieści o tej kobiecie i zdecydowanie wolałaby jej unikać. Z drugiej jednak strony miała pewne doświadczenie z obchodzeniem się z tym typem matek, może wcale nie byłoby tak najgorzej? Pewnie wytrzymałaby w jej towarzystwie z godzinę, czy dwie starając się nie odzywać, aby niepotrzebnie nie doprowadzać do zbyt gwałtownej wymiany zdań. Nie ma się co oszukiwać, Geraldine miała w sobie też nieco charakteru Jennifer, potrafiła być suką jak jej matka - uczyła się przecież od najlepszych.

Parsknęła nieco zbyt głośno, kiedy usłyszała komenatarz Ambroisa na temat Abbotówny. Spowodowało to, że kilka osób się za nimi obejrzało. Miała nadzieję, że nie słyszeli o czym tak zawięzcie dyskutowali.

- Większość z nich to wilkołacy, jak mam ich lubić, skoro zostałam wychowana w nienawiści do magicznych stworzeń? - No, może nienawiść to było dosyć duże słowo, ale no nie oszukujmy się, nie przepadała za nimi. Niby zdawała sobie sprawę, że to była klątwa, jednak uważała, że lepiej by było, aby nie przekazywali jej na kolejne pokolenia. Nie potrafiła zrozumieć po co właściwie się rozmnażają, skoro mogliby uchronić świat przed takimi wybrykami natury.

Westchnęła jedynie krótko, w sumie nigdy się nie przyglądała temu kto wraca z lasu. Zazwyczaj była zajęta w tych godzinach, jeśli już odwiedzała sabaty. Niekoniecznie spędzała ten czas na polanie, bo wolała unikać ciekawskich spojrzeń znajomych czarodziejów. Nie chciała, aby ktoś komentował jej jednorazowe wybory, które czasem mogły się wydawać nieco kontrowersyjne. Wolała ulatniać się stąd w odpowiednim momencie.

- Nie miałam okazji zobaczyć. - Rzuciła jeszcze do swojego towarzysza. W sumie to miało sens, kto wie, co właściwie działo się po tym jak wchodzili do lasu, nie powinno jej dziwić, że zdarzało się, iż wracali w różnych konfiguracjach, może też się sobą wymieniali w między czasie. Nie powinno jej to dziwić.

To było w sumie całkiem zabawne, że na co dzień byli tacy poukładani, a wystarczyło, że zaczynał się sabat i potrafili zmienić swoje zachowanie o sto osiemdziesiąt stopni. Ona przynajmniej nie była taką hipokrytką, czy to sabat, czy nie nie miała problemu z niezobowiązującym seksem, przynajmniej kiedyś.

Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, kiedy zaczął jej tłumaczyć o co właściwie chodziło z tą całą Rookwood. Nie mogła powstrzymać śmiechu. - Nie mów mi, że byłeś tym typem, który wyrywał panny na to, że należy do drużyny. - Bawiło ją to niesamowicie, bo jej koledzy robili to samo. Jasne, warto korzystać z profitów, jakie niosło ze sobą bycie częścią drużyny qudditcha, ale uznawała to trochę za desperację. Miała świadomość, że hormony nastolatków bardzo mocno buzowały na tamtym etapie, ale nigdy by się sama nie zniżyła do takiego postępowania. - Mnie byś na to nie wyrwał. - Dodała całkiem zadowolona. - Pamiętam, że oceniałyśmy z Thunder te wszystkie laski, które latały za naszymi chłopakami. - Yaxley była w końcu ścigającą, nie miała pojęcia co dziewczyny widziały w tych spoconych do tego często nie do końca ogarniętych typach. Ona traktowała ich raczej jak braci. Zresztą sama w Hogwarcie nigdy nie zainteresowała się nikim w ten sposób. Jej romanse zdarzały się głównie podczas wakacji, kiedy wyruszała z ojcem na łowy, tam poznawała mężczyzn, którzy byli ją w stanie choć trochę zainteresować swoją osobą. Do tego nie musiała później się nimi przejmować, to był całkiem niezły układ.

- Dobrze, że zadbałeś o to, żeby się koło ciebie nie kręciła. - Nie obchodziło ją szczególnie jaki sposób wybrał. To były stare dzieje. Aktualnie nie dawał jej powodu, aby martwiła się o jego kolejne podboje.

- Ostatni raz włożyłam na siebie białą sukienkę. - Była to obietnica, kolejna. Nie zamierzała więcej wysłuchiwać komentarzy na temat tego, jak to się dobrze nie prowadzała. - Chociaż, jeśli chcesz od teraz mogę stosować się do ogólnieprzyjętych zasad, żeby faktycznie to nie był tylko kolor, a coś więcej. - Nie była pewna, czy w ogóle jest w stanie stosować się do tych śmiesznych norm i konwenansów, ale miała ochotę nieco powodzić go za nos.

- Od kiedy pamiętam są ze sobą i do siebie wracają, widać dzisiaj mają ten lepszy dzień. - Najwyraźniej nie tylko ona to zauważyła. Czasem zastanawiała się, jaki jest w tym sens, ale skoro im dobrze było w tym to raczej nie powinno jej to interesować. Nie znała ich na tyle, aby zwracać im uwagę, że to co robią wygląda trochę jak bagno z którego nie mogą się wydostać.

- Nie tylko Lovegoodówny, faceci od nich też są pierdolnięci. - Nie, żeby zamierzała mu teraz opowiadać o pewnym poecie, przed którym musiała się chować po krzakach na Beltane trzy lata temu, to było naprawdę żenujące doświadczenie.

- Czyli mamy odhaczone jeden z najważniejszych punktów sabatu, co roku ktoś ląduje w ognisku. - Chętnie by to zobaczyła, szczególnie, że Pettigrew kiedyś ją zirytował, więc nawet by się uśmiechnęła, kiedy zobaczyłaby go płonącego.

- Mam nadzieję, że większość z nich się sama wyeliminuje. - W sumie to było całkiem prawdopodobne patrząc na to, jak postanowili się sparować. - Aczkolwiek wydaje mi się, że i bez tego mamy największe szanse na zdobycie tego magicznego kwiatka. - Bardzo źle by o nich świadczyła przegrana, patrząc na ich nieudolnych przeciwników.




RE: [Litha 1966] The summer night is like a perfection of thought | Geraldine & Ambroise - Ambroise Greengrass-Yaxley - 10.10.2024

- Nie wiem czy jestem w stanie przyjąć taką odpowiedź - stwierdził z lekkim skrzywieniem ust, bo nawet jeśli nie miał wątpliwości, co do tego, że nie zamierzała zawieść jego oczekiwań (a najprawdopodobniej wręcz przeciwnie - znów go zaskoczyć) to w dalszym ciągu lubił się z nią podrażnić.
Wcale nie musieli rezygnować z przekomarzania się wraz z rozwojem ich relacji w tym konkretnym kierunku. Nie próbował być dla niej bardziej miły - robił to instynktownie, niewymuszenie i w bardzo zgodny ze sobą sposób. Nie musiał powstrzymywać się przed mówieniem o tym, co myśli ani jakoś specjalnie hamować swoich zapędów. Wręcz przeciwnie. Czuł się uprawniony do tego, by po prostu postępować przy niej jak ktoś, kim był. A był po prostu sobą. Zakochanie tego nie zmieniło, jedynie wyciągnęło na wierzch rzeczy, z których istnienia nie zdawał sobie przedtem sprawy a które bez wątpienia od zawsze tam były - czekały gdzieś grubo pod skórą, stłumione, teraz powoli uwalniane.
- Oui. C'est vrai, chérie - błysk w jego spojrzeniu dość jednoznacznie dawał do zrozumienia, że był świadomy tego, jaki niski kafel rzucił w jej stronę i że raczej nie powinna pikować w dół, żeby go złapać - nie było sensu.
W żadnym razie nie miał w zamiarze wszczęcia jakiejś awantury na wieść o tym, że chciałby odnowić nieistniejące kontakty z osobą, która od zawsze miała go gdzieś. Wiedział, że to nie spotkałoby się z niczyją aprobatą - swoją własną wewnętrzną w szczególności, a on nie lubił poświęcać się w ramach dobrych intencji i bycia większym człowiekiem. Zostawiał to tym naiwnym, przesadnie postępowym czarodziejom bawiącym się w szumny aktywizm i złudną poprawę świata, który według Greengrassa wcale nie powinien być zbyt mocno wywracany do góry nogami, bo pod spodem mogło gnić jeszcze więcej niż teraz śmierdziało.
Jasne. Ich świat nie był piękny. Nie był sprawiedliwy i nawet nie próbował być, ale nieznane bywało wrogiem dobrego. Kto siał wiatr ten zbierał burzę. Kto pochopnie mieszał w kociołku losu... ...i tak dalej, i tak dalej. Lepiej było, gdy kanalie były kanaliami a nie nieoczekiwanymi zbawcami świata. Wtedy kwestionowałby ich intencje.
- Traversowie to przede wszystkim nieokrzesana banda idiotów. Wilkołactwo to wyłącznie dodatek. Tak jak pchły - skwitował, bo w tym wypadku rozumiał to, co miała mu do przekazania.
On również nie przepadał za tą rodziną. Tak właściwie to nie było zbyt wielu rodów, na które Ambroise patrzył całkowicie przychylnie a przynajmniej nie od czasu, odkąd zaczął świadczyć usługi w ramach prywatnej praktyki. To szybko otwierało oczy i pozbawiało sentymentów czy wątpliwości.
- I nie musisz. To nie jest ciekawy widok. A tak? Kochanie, miałem naście lat i byłem gwiazdą drużyny - tym razem nie potrafił powstrzymać się od bycia otwarcie, niezaprzeczalnie buńczucznym; szczególnie na dźwięk śmiechu Geraldine, na który sam wysuszył zęby w szerokim uśmiechu, kwitując to wszystko wzruszeniem ramion.
Niemalże nie zauważył sposobu, w jaki ją określił. To przyszło naturalnie, nadal miało w sobie spory element pobłażliwości, z jaką czasami zdarzało mu się używać pozornie czułych słówek do podkreślenia swojej wyższości, ale w tym wypadku było to całkiem swobodnie niezakłamane. Szczególnie, że w jakimś sensie ulżyła mu jej reakcja. Nadal się docierali, nawet wręcz zapewne było to w większości przed nimi, teoretycznie znała go również od tej strony, ale wolał nie opowiadać jej na prawo i lewo o swoich podbojach. Szkolnych też nie.
- Teraz już tak. Wyrwałbym - mrugnął do niej, obdarzając dziewczynę przeciągłym spojrzeniem, a mimo to chwilę później pokręcił głową. - Ale nie. Musiałaś być za młoda, pewnie instynktownie nie chciałem mieć Ministerstwa na głowie. Nie byłem idiotą. Zawsze miałem swoje standardy - stwierdził bez zastanowienia, bo to brzmiało całkiem prawdopodobnie a nigdy nie zastanawiał się nad tym, czy w ogóle mieli okazję zetknąć się ze sobą w szkole.
Tak właściwie to pewnie musieli. Nie było między nimi aż tak znacznej różnicy wieku, natomiast jakoś nie miał okazji zbyt wiele rozmawiać z nią o czasach, które nie miały dla niego aż takiego znaczenia. Już nie. Wtedy wydawały się bardzo istotne, ale z upływem lat raczej wolał patrzeć na teraźniejszość niż przeszłość. Natomiast teraz coraz bardziej ochoczo także w kierunku przyszłości, która zaczęła układać się obiecująco.
- I tak nie byłaby w moim typie. Ciężko być w moim typie - zakomunikował, nie dopowiadając tego, co uznawał raczej za jednoznaczne i nie do jakiegokolwiek podważenia: miał swój bardzo określony typ i ewidentnie wpisywała się w niego wyłącznie jedna jedyna osoba. Szczególnie, skoro pojawiła się po takim czasie i z taką łatwością zajęła swoje należyte miejsce.
- Możemy to naprawić. Chętnie pomogę ci ją zdjąć - mruknął znowu zniżając głos i przyciągając ją trochę bliżej siebie, żeby ukradkowo przesunąć dłonią po dole jej kręgosłupa.
Bardzo delikatnie, niemal niedostrzegalnie, znacznie subtelniej niż to zazwyczaj robił, ale klimat półmroku i ognisk sprzyjał tej lekkiej pieszczocie zapewniającej, że przez cały czas myśli o niej w ten pożądliwy sposób, powstrzymując się jedynie od robienia z nich kogoś pokroju ludzi, o których rozmawiali. Byli zbyt dobrzy, żeby robić z siebie publiczne pośmiewisko. Znacząco ułatwiała im to pewna swoboda i niezależność od rodów, bo nie musieli wyczekiwać ukradkowych spotkań tylko mieli się na wyciągnięcie ręki (choć to wcale nie czyniło ich codzienności nudną), ale Ambroise nie wątpił, że w innym wypadku też potrafiliby się zachować.
- Nie? - Spytał mimo to; cicho i zaczepnie, bardzo dyskretnie unosząc materiał w dole jej pleców, żeby przesunąć dłoń trochę niżej, łaskocząc skórę poniżej lędźwi ukochanej. - Przecież wiem, że nie umiesz trzymać rąk przy sobie, Łowcza. Twoja kapitulacja byłaby szybka i spektakularna - mruknął, przesuwając się bardziej za nią, żeby przysłonić to, co właśnie robił. - Z uprzejmości nie pozwolę - dodał gładko, taksując wzrokiem okolicę z neutralnym wyrazem twarzy i swobodą wskazującą na to, że po prostu stali przez chwilę w miejscu zastanawiając się nad dalszym spacerem i nad tym, co będą robić.
Choć w tym drugim przypadku Greengrass wcale nie musiał tego robić.
- Widać mają do siebie wyjątkowo stabilnie niestabilną słabość - podsumował całkiem tolerancyjnie, bo choć tamta relacja była co najmniej przedmiotem wielu niewybrednych żartów i równie dużej ilości pełnych politowania spojrzeń to faktycznie nie była ich sprawa.
Oni powinni być względnie zadowoleni z tego, że ta przeurocza parka była najwidoczniej na etapie umizgów zwiastujących wymknięcie się do lasu w innym celu niż szukanie kwiatu paproci. Konkurencja znacząco osłabła. Prawdopodobnie niemal jej nie mieli, choć w gruncie rzeczy nie było to aż tak zadowalające dla Greengrassa, który przecież lubił rywalizację. Brak kogoś, kto by im ją zapewnił sprawiał, że gra stawała się znacznie nudniejsza niż powinna być.
- Czym ci zawinili Lovegoodowie? Zawsze sądziłem, że są po prostu nieszkodliwie dziwni - posłał pytające spojrzenie w kierunku Yaxleyówny, bo nie zadawał się na tyle blisko z tego typu ludźmi, żeby wiedzieć o nich coś więcej.
Brzmiało tak, jakby ona posiadała jakieś głębsze, całkiem ciekawe informacje, a skoro już plotkowali między sobą jak dwie stare baby z kółka organizacyjnego to równie dobrze mogła rozwinąć niedokończoną myśl. On powiedział jej coś więcej o Rookwoodównie, którą w dalszym ciągu uważał za gotową podłożyć im jakąś świnię nie po to, żeby wygrać a po to, żeby móc dalej być sobą - dosyć żałosną i nieszczęśliwą w aranżowanym związku i bez zbyt wielu przyjaciół.
- Zgadza się. W tym roku to będzie on. Pettigrew. Tak? - W tym wypadku mógł się mylić, bo jego kojarzenie ludzi głównie zamykało się na węższym gronie czystokrwistej elity, garści współpracowników, paru rzemieślników i większości mniej znanych twarzy z Nokturnu.
To mógł być Pettigrew. Szczególnie, że Ambroise był przekonany o tym, że pewne cechy rodzinne ujawniały się u każdego czarodzieja i szło go po nich zidentyfikować. Nie tylko po tak banalnych jak rude włosy u Weasleyów czy sposób noszenia się Blacków. Inne, mniej rażące cechy też na to pozwalały. Na przykład u wcześniej wspomnianych Traversów nie sposób było nie zauważyć pewnej dzikości w ich wyglądzie i nieco zbyt zwierzęcego wyrazu twarzy, szczególnie oczu.
- O to bym się nie martwił - skwitował pewnym siebie głosem, mierząc wzrokiem wszystkich wspomnianych ludzi po kolei, kiedy nagle zawiesił oczy na zbyt długo na słabiej widocznej grupie dodatkowo rozmytej przez kłęby dymu.
Mimowolnie zacisnął usta. Nie odezwał się. Nie tak od razu, ale wymienił gniewne spojrzenie z niższym z dwóch mężczyzn stojących wraz z równie wysoką i postawną kobietą.
- Chodźmy dalej. Musimy przygotować się do zabawy - stwierdził powoli, przywołując uśmiech na twarz i przenosząc wzrok na Geraldine, której dłoń mimowolnie ścisnął, teraz luzując uścisk.