![]() |
|
[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4043) |
[08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I Letnie powietrze było ciężkie i zadziwiająco ciepłe niczym osobliwie tropikalne przypomnienie o nadciągającej chłodnej jesieni. Zbliżał się okres żniw. Słońce stało nisko chyląc się ku zachodowi, a przyjemny wiatr poruszał nadmorskimi trawami przynosząc ulgę od niezwykłej jak na te rejony temperatury i całkowicie typowej, jednak przez to bardziej uciążliwej wilgoci. Gdzieś w głębi ogródka - w wysokich ozdobnych trawach, kłębowisku źdźbeł i kwiatów rozlegało się niemal nieprzerwanie cykanie owadów. Raz na jakiś czas nad głową odzywała się mewa swym nagłym skrzekiem wyrywając Greengrassa z zamyślenia, lecz tylko na krótką chwilę. Jeszcze nie do końca przyzwyczaił się do brzmienia tej okolicy. Każde połączenie dźwięków było typowe dla swojej okolicy. Ta nadal nie była mu tak znana jak Londyn czy Dolina Godryka, toteż mimowolnie zastygał, nasłuchując przez chwilę. Zaraz znowu pogrążał się w tym dziwnym skupieniu bez skupienia - w stanie niemal całkowitego samoczynnego poruszania rękami. Wyrywania drobnych chwastów odcinających się na tle wypielęgnowanych ziołowych grządek, przy których kucał od kilku godzin wykonując te same rutynowe i powtarzalne czynności. Z kolanami brudnymi od piasku, ziemi i przypadkowo roztartych roślin, motyczką w spieczonej słońcem dłoni i małym sierpem leżącym gdzieś z boku przy koszyku ściętych plonów, gdzie nienaumyślnie porzucił także czapkę. Nie po raz pierwszy w tym sezonie, co już na pierwszy rzut oka było widać po pojaśniałych, bardziej białych niż zazwyczaj włosach silnie kontrastujących z mocną opalenizną wynikającą ze spędzania wolnego czasu na doprowadzaniu zewnętrza domu do porządku. Nadal było przy tym wiele do zrobienia, mogło się wydawać, że pracy nie było końca, szczególnie przy tak zarośniętym ogrodzie i zapuszczonym kawałku plaży, jakie im zostawiono. Mimo to był zadowolony z efektów. Podwórko stopniowo zaczynało przypominać o dawnej świetności chatki, nabierając przy tym subtelnie magicznego wyglądu przez różnorodne mniej spotykane zioła i rośliny, drobne akcenty w postaci wietrznych dzwonków z muszelek, żeliwnych dekoracji, kilku niezbyt starannie, ale z właściwą intencją wyciętych w drewnie symboli. Wnętrze domu oddał głównie pod decyzje Geraldine. Nie stronił od wymiany myśli, ale raczej dając jej przy tym wolną rękę. Odpowiadało mu to, co robiła, żeby nadać pomieszczeniom akcent pasujący do ich całkiem spokojnego, przyjemnego życia, w którym powoli zaczęła gościć upragniona stabilność. Nie rutyna - ta pojawiała się u Ambroisa głównie w chwilach takich jak ta, kiedy zajmował się czymś, co towarzyszyło mu od lat. Po prostu większe poczucie porządku jak dotąd nieuporządkowanego życia. Bywały jednakże takie chwile jak ta, kiedy to poczucie naprawdę miłej przewidywalności było zakłócane przez któreś z nich. W dalszym ciągu oboje potrzebowali czasu, żeby przystosować się do konieczności zmian - szczególnie tych na tle zawodowym, o których już kiedyś rozmawiali, ale od tamtej pory mimowolnie znów zdążyli zamieść temat pod dywan. Całkiem wysoka kupka brudów zaczęła wysypywać się spod krawędzi i ozdobnych frędzelków. Stopniowo rosła pośrodku salonu. Za każdym razem obsypując się coraz bardziej. Poprzedni wieczór był tym, kiedy ilość kurzu, piasku i zdechłych much wreszcie przerosła możliwości dywanu. Wraz z późnym powrotem Greengrassa i jego bardzo średnim stanem wizualnym a także równoznacznym fatalnym humorem, cały ten syf wzbił się w powietrze. Zawisł tam na stanowczo zbyt długo wraz z ostrymi słowami o spóźnieniu na istotne wydarzenie, na które przez niego nie poszli, wyrzutem dotyczącym jego prezencji i choć to wszystko było podszyte troską, uczuciem i niepokojem to te szwy nie były w stanie naprawić uszkodzonego dywanu. Pod resztki nie dało się już z powrotem zamieść brudów, które od tamtej pory osiadły na meblach, usypując również całkiem nieprzezierną barierę pośrodku nagle twardego i niewygodnego łóżka. Rano obudził się z nim sam z kartką o zleceniu i niczym więcej. Od tamtej pory upłynęło wiele godzin, prawie zapadł zmierzch a Ambroise niemal cały dzień spędził na pieleniu ogródka, zacięcie wyrywając chwasty i próbując odgonić niewygodne myśli. Nawet nie wiedział czy wróciła do domu. Jeśli tak to nie pojawiła się przy tylnym wejściu, nie dała mu znać o swojej obecności i o powrocie. A on nie upewniał się jak wygląda sytuacja. Nie czuł się gotowy na kolejną konfrontację a nie było szans, aby udawali, że wszystko jest w porządku. Na to było trochę za późno. RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 Nie znosiła takich poranków. Czuła, to okropne uczucie na żołądku, które nie chciało jej opuścić. Nie spała dobrze, nie spała prawie wcale, nie mogła zmrużyć oka. Nie zdarzało się to często, nie od kiedy nie musiała sypiać sama, szczególnie gdy znajdowali się w tym miejscu, które stało się ich wspólnym domem. Prosiła go jednak o jedną rzecz, naprawdę zależało jej, aby pojawić się na tym przyjęciu, czekała i czekała, kurwa, nie miała pojęcia co się działo, nie dawał znaku życia, martwiła się. Nawet nie chodziło o to, że się tam nie pojawią, że nie dotrzyma danego słowa. Zastanawiała się, czy on wróci do domu. To nie było przyjemne uczucie, szczególnie, że nie wspomniał o tym dokąd się wybiera, jasne mogła się domyślić, o jakie sprawy chodzi, ale co jej po tym? Nie wiedziała, gdzie go szukać. Ta bezczynność doprowadzała ją do szału, nie znosiła siedzieć z założonymi rękoma. To nie było w jej stylu. Najwyraźniej zbyt długo nie udało im się żyć w tej bańce, udając, że nie dzieje się nic takiego. Ona musiała pęknąć, prędzej, czy później. Stało się, nie było innej możliwości. Mogli przez długi czas przymykać oko na pewne sprawy, jednak nie dało się tego robić do końca życia. Jak przystało na bardzo dojrzałą osobę postanowiła odpłacić się tym samy, a że okazja nadarzyła się dosyć szybko postanowiła z niej skorzystać, tak naprawdę wahała się, czy przyjąć to zlecenie, decyzję podjęła dzień przed jego oficjalnym rozpoczęciem. Nie miała w zwyczaju wychodzić bez pożegnania, nie lubiła tego robić, czuła się wtedy bardzo nieswojo. Tym razem jednak postanowiła zachować się tak, a nie inaczej, żeby jeszcze bardziej pokazać swoją irytację. Nie spodziewała się, że zajmie jej to tyle czasu, nie zakładała tego, ale nie poszło zbyt gładko. Bywało i tak, szczególnie podczas tych bardziej ryzykownych akcji. Trafiła dzisiaj na bardzo niedoświadczonego współpracownika, nie zweryfikowała go w pełni, więc nie do końca panowała nad sytuacją. Przeżyła, jednak trochę ją poturbowała wiwerna na którą polowali. Wiedziała, że mogła podejść do sprawy nieco inaczej, ale nie była w najlepszym humorze, a wtedy jej decyzje nigdy nie należały do szczególnie rozsądnych. Miała problem z panowaniem nad emocjami, kiedy wiedziała, że w domu nie dzieje się dobrze. Wpakowała się do sporego bagna, w którym omalże nie utonęła. Jakoś odebrała życie bestii, chociaż była niemalże pewna, że nie uda jej się wydostać na powierzchnię. W końcu wyciągnęli truchło z błota, oddała ją w ręce swojego wspaniałego współpracownika z rodziny Meadowes, zdecydowanie zbyt delikatnie podchodził do sprawy i trzymał się z boku, widać było jego brak doświadczenia, ale nie miała siły doprowadzić sprawy do końca. Miał się tym zająć i wysłać jej część zapłaty, która należała do niej. Strasznie źle jej się leciało do Piaskownicy. Nie dość, że była cała umorusana w błocie, to czuła ból w stopie, który nawet na chwilę nie przestawał promieniować. Nie miała pojęcia, czy przy upadku skręciłą kostkę, złamała śródstopie, czy zrobiła sobie jeszcze coś innego. Wiedziała tylko, że boli. Przyleciała do domu praktycznie przed zachodem słońca. Rzuciła miotłę na ganku tak, że odbiła się od ściany, omal się nie połamała, po czym weszła do środka. Nie przywitała się. Nie miała teraz siły na niego patrzeć, zresztą nie było go w środku. Wolała, żeby nie widział jej w takim stanie, dawno nie wróciła wyglądając w ten sposób. To nie był jej najlepszy dzień. Pokuśtykała w stronę wanny, w której zamierzała spędzić najbliższe pół godziny. Musiała odpocząć i zmyć z siebie to wszystko, właściwie to przede wszystkim krew zwierzęcia i błoto. Pozostawiła po sobie ślady, bo ten brud zaczął się z niej sypać, zamierzała się tym zająć później, najpierw musiała siebie doprowadzić do porządku. Woda się lała, kiedy Geraldine zaczęła zrzucać z siebie wszystkie warstwy ubrań, szło jej to strasznie powoli z racji na to, że ta noga nie przestawała przypominać o tym, że nie była w pełni sił. Klnęła pod nosem, gdy nie mogła zsunąć z siebie spodni, w końcu jednak jej się to udało. Wtedy wlazła do wanny, zrobiło jej się całkiem przyjemnie, mimo, że widziała, że niemalże od razu woda zrobiła się brudna, przynajmniej była ciepła, no i widok za oknem należał do tych przyjemniejszych, zawsze to jakiś pozytyw. Zachody słońca w tym miejscu naprawdę były magiczne. RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 Jeśli wcześniej zastanawiał się czy Geraldine wróciła do domu to nagłe zamieszanie i łomot na ganku z przodu domu z pewnością utwierdziły go w przekonaniu, że teraz już tak. Zazwyczaj spotkałoby się to z jego uśmiechem, przetarciem czoła ręką i odgarnięciem przypoconych od upału włosów. Pewnie pozbierałby się, wstał i otrzepał ubrania, a następnie energicznie wrócił do chatki ze swobodą w ruchach i błyskiem w oku. Złapałby ją w ramiona, okręcił wokół osi i odstawił na ziemię ze śmiechem, walcząc z lekką zadyszką, bo wcale nie należała do najlżejszych z uwagi na swoje umięśnione, cholernie atrakcyjne ciało. Ciało, które całowałby jeszcze przed kolacją. Na pierwszy deser. W tym momencie w milczeniu dokończył wyrywanie chwastów z całej grządki, dopiero wtedy zaczynając zbierać rzeczy. Szykował się mentalnie na to, co zastanie w domu. Czy znowu się pokłócą, czy (co było o stokroć gorsze) Geraldine potraktuje go jak skażone powietrze i wybuchnie dopiero później. Biorąc wiklinowy kosz z ziołami wszedł do domu, odruchowo stawiając go na blacie zaraz przy tylnych drzwiach i pochylając się, żeby dotknąć krwawych śladów na podłodze. Serce momentalnie podeszło mu do gardła, zalała go fala zimna i gorąca zanim zorientował się, że krew jest zwierzęca, zdecydowanie nie ludzka. Mimo to wcale nie odczuł ulgi. Reszta śladów wcale nie była mniej martwiąca. Szczęście w nieszczęściu dźwięk wody jasno zasugerował mu, gdzie była. Przez dłuższą chwilę stał w korytarzu zbierając myśli i wpatrując się w bałagan pozostawiony na podłodze. Czuł nieprzyjemny ścisk w żołądku, który już zdążył podejść mu do gardła i niemal je parokrotnie opuścił wraz z nagromadzeniem gęstej śliny trudnej do przełknięcia. W pierwszej chwili chciał pomóc Geraldine, przez półotwarte drzwi do łazienki dostrzegając to jak powoli i z trudem szarpała się z ubraniami. Mimo to nie ruszył się z miejsca, nie dając znać o swojej obecności. Podświadomie wiedział, że to był najgorszy możliwy moment a ona nie chciała czegoś, co uznałaby za zbędną litość. Tak jak on miała specyficzne postrzeganie troski. W tym wypadku najpewniej uznałaby jego ingerencję za próbę uderzenia w godność. Szczególnie po poprzednim wieczorze, kiedy to on odtrącił wszelkie przejawy pomocy. Nie mógł przełknąć rodzącego się przekonania, że to musiał być jakiś bardzo popaprany rewanż za to, w jakim stanie wrócił do domu poprzedniego wieczoru. Pomimo eliksirów do tej pory miał problem z wyprostowaniem pleców noszących ślady siniaków i obić z tyłu na lędźwiach. Szczególnie, że nie oszczędzał się podczas pracy w ogródku. Nie dawał sobie taryfy ulgowej, gdy czuł wyrzuty sumienia. Nienawidził mieć wobec siebie pretensji i myśleć o tym, że choć z zewnątrz zacięcie bronił swojej racji, to wewnątrz czuł, że to ukochana ją ma. Nie planował tak późnego powrotu do domu. Tym bardziej nie w opłakanym stanie i z frustracją wymalowaną w każdej komórce ciała. Naprawdę chciał jak najszybciej załatwić swoje interesy, wrócić do Piaskownicy, wziąć prysznic zbywający z niego cały brud (zarówno fizyczny jak i mentalny), przebrać się w uprzednio przygotowany strój i kulturalnie towarzyszyć jej podczas przyjęcia. Wiedział, że Geraldine na tym zależy. Miał to z tyłu głowy i chociaż by się do tego nie przyznał, być może właśnie to sprawiło, że zrobił się nieostrożny. Myślał o powrocie do domu a nie o sprawie do załatwienia. Pochopność i rozkojarzenie nie były dobrymi pomocnicami. Wreszcie zebrał się w sobie, żeby wykonać jakiś ruch. Nie mógł tak stać. Nie umiał się także odwrócić i wrócić do ogrodu jak gdyby nigdy nic. Nie mógł jej tak zostawić, jednocześnie walcząc ze sobą, żeby zachować konieczny spokój. Bowiem wystarczyło samo wyjście bez pożegnania, żeby rozbić mu dzień. Ten widok dodatkowo wzbudził u niego wrażenie, że zrobiła to specjalnie, żeby się na nim odegrać. Może nie celowo dała się pobić komuś czy czemuś. Tego jej nie zarzucał, ale dostrzegał celowość w narażeniu się na niebezpieczeństwo. Typowe na złość mamie odmrożę sobie uszy. To nie byłby pierwszy raz, kiedy wystosowywał wobec niej takie zarzuty, ale tłumił tę chęć w sobie. Przynajmniej teraz. Powolnym krokiem pchnął drzwi, które zaskrzypiały przeciągle, przystając tuż przy wejściu i patrząc na Geraldine w odbiciu szyby, za którą nadciągała nadmorska noc. Odległe światło latarni pulsowało miarowo na odległym horyzoncie a ciemne chmury powoli płynęły po niebie. To był spokojny, melancholijny widok, który nie przynosił należytego ukojenia. - Daj - odezwał się po chwili przepełnionej milczeniem - dusznym i ciężkim od niewypowiedzianych słów, które miały głośniejszy wydźwięk właśnie w tej ciszy. - Spojrzę na to - dodał ponownie zaciskając usta w wąską linię, ale przykucając i wyciągając rękę w kierunku krawędzi wanny, żeby mogła mu pokazać swoją nogę. Był w tym stanowczy. Jak uzdrowiciel, ale też jak człowiek, który próbował zwracać się do swojej nieprzystępnej ukochanej. RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 Była pewna, że usłyszał, że wróciła. Głuchy by się zorientował, szczególnie, że pokusiła się o wejście smoka. Nie zrobiła tego celowo, gdzie tam. Kiedy się irytowała nie panowała w pełni nad tym co robiła, dlatego pizgnęła tą miotłą trochę bardziej niż chciała. Zdecydowanie wolałaby wejść do środka nie oznajmiając mu o tym, że już jest. Nie do końca chciała się jeszcze z nim konfrontować. To nie był odpowiedni moment, wiedziała, że wygląda źle, do tego nie najlepiej się czuła. Musiała się ogarnąć, aby spojrzeć mu oczy. Miała jednak trochę szczęścia, w w domku słychać było tylko i wyłącznie ciszę, bardzo ciężką i milczącą. Idealnie na tę chwilę. Dzięki temu mogła na spokojnie udać się do tej łazienki, chociaż może to trochę przesadnie powiedziane. Nic w tym nie było spokojne, nie panowała nad swoimi ruchami, ciągnęła prawą nogę trochę z tyłu i bała się ją stawiać na ziemi. Nie miała pojęcia jak bardzo ją uszkodziła, cóż, nie była przecież szczególnie lotna w ocenie takich rzeczy, to nie ona była medykiem w tym domu. Była tak zaangażowana w ściąganie z siebie ubrań, że nie usłyszała, że wszedł do środka. Normalnie pewnie od razu zwróciłaby na to uwagę, teraz jednak skupiła się na pozbyciu z siebie tych ubrań, do tego woda lała jej się do wanny niemalże tuż przy uchu. Nie miała szans usłyszec kroków dochodzących z wnętrza domu. Może to i lepiej. Jakoś udało jej się wgramolić do tej wanny, woda naprawdę była przyjemna, Geraldine uwielbiała taką niemalże gorącą, najchętniej, jakby jeszcze parzyła jej skórę. Takie kąpiele sprawiały jej przyjemność. Oparła się o brzeg wanny i zaczęła rozplątywać włosy, musiała to zrobić, aby pozbyć się błota i krwi i z nich. To wcale nie było taki łatwe, poplątały się strasznie i posklejały. Kilka razy skrzywiła się nieco, bo wyrwała sobie kilka pasm, kiedy próbowała je doprowadzić do porządku. Była zła na siebie i na cały świat. Nie był to najlepszy dzień w jej życiu. Bardziej chyba uznałaby go w tej zupełnie przeciwnej kategorii, bo nic nie szło po jej myśli, już od wczoraj. Cały dzień skupiała się na tym, co właściwie się wydarzyło, nie potrafiła się od tego zdystansować, powinna była to zrobić, powinna w pełni oddać się pracy, ale tego nie zrobiła. Przypłaciła to drobną kontuzją. Była wkurzona na Ambroisa, bo nie mówił jej wszystkiego, mieli o tym porozmawiać, jednak póki było jakotako to nie wracali do tematu. Wczoraj jednak miarka się przebrała, nie mogła dłużej czekać. Za bardzo bała się, że może mu się coś stać, że go straci, że nawet nie będzie wiedziała, gdzie powinna szukać o nim informacji, gdyby kiedyś nie wrócił do domu. Zdecydowanie dotarło do niej to, że nie zjamował się tylko leczeniem podczas pracy w szarej strefie, niby jej o tym wspominał, a raczej rzucił coś na ten temat, jakąś krótką informację, ale do wczoraj nigdy nie dostała ku temu potwierdzenia. Wczoraj pierwszy raz wrócił do domu z śladami na ciele. Nie spodobało jej się to. To nie tak, że chciała się odegrać. Może trochę? Tylko odrobinę. Skorzystała z okazji, która się nadarzyła, tak, zdecydowanie wolała taką wersję. Niespecjalnie też chciała dorobić się tej kontuzji, bo miała świadomość, że od razu to zobaczy, był uzdrowicielem, widział każdy, nawet najdrobniejszy uraz, a ona aktualnie kulała, na pewno mu to nie umknie. To też ją drażniło, zdawała sobie sprawę, że nie uda jej się uciec od konfrontacji, a aktualnie nie miała na nią siły. Z rozmyślań wyrwał ją znajomy tembr głosu. Odetchnęła spokojnie, dopiero po krótkiej chwili na niego spojrzała. Nie odzywała się jednak ani słowem, nie chciała jeszcze się tłumaczyć, ani nic mówić. Milczenie wydawało jej się być najprostszą drogą, nie to, żeby zazwyczaj wybierała najłatwiejsze rozwiązania, ale dzisiaj nie mogła zrobić nic innego. Uniosła prawą nogę w górę, oparła ją o krawędź wanny i się przy tym trochę skrzywiła, zabolało ją to ponownie, tak właściwie to ból prawie wcale nie dawał jej o sobie zapomnieć. Wpatrywała się w niego bez słowa, miała ochotę zanurzyć się pod wodą i nie unosić spod niej głowy dopóki nie skończy oględzin, ale wiedziała, że to może chwilę potrwać, postanowiła więc póki co nie wybierać tej drogi. Sama zaś wróciła do rozplątywania swoich włosów, większość już prawie miała za sobą, została jej jedynie resztka warkocza na czubku głowy, nie było to najłatwiejsze zadanie, bo próbowała nie ruszać nogą którą właśnie oglądał jej wybranek, ale wolała się czymś zająć, żeby mu się za bardzo nie przyglądać. RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 Nie cieszył się z tego, że wrócił do domu w ten sposób, ale kiedy wyciągnęła ku niemu nogę odczuł coś podobnego do ulgi. Znalazł się w odpowiednim momencie w dobrym miejscu. Był przydatny. Chciała z nim jakkolwiek współpracować. To oznaczało, że przynajmniej nie musi martwić się kłótnią o niezależność. Nie musieli rozmawiać. Mógł skupić się na stanowczym, ale jak najdelikatniejszym obadaniu jej puchnącej stopy (starał się, żeby dotyk nie był aż tak bolesny) udając, że wkłada w to całą uwagę tak jak ona udawała, że skupia się na rozplataniu swojego warkocza. Z tym, że jej szło to bardziej opornie niż jemu. Była zmęczona, obolała, skrzywdzona i zła. On był wyłącznie zmartwiony i coraz bardziej zirytowany. - Złamanie kości śródstopia. Może dodatkowo zwichnięcie kostki - zawyrokował z niezadowoleniem, bo to była jedna z bardziej niekorzystnych, bolesnym opcji, jeśli chodzi o urazy nogi, nawet w przypadku możliwości skorzystania z magii do przyspieszenia regeneracji. - Powinniśmy mieć tu wszystko, co potrzebne - oznajmił niezbyt pewnym głosem, starając się skupić myśli na tym, żeby przypomnieć sobie, co zdążył tu przetransportować a co w dalszym ciągu miał gdzieś w którymś z Londyńskich mieszkań, w Dolinie Godryka albo w szpitalnej szafie w gabinecie. Trudno było mu połapać się w czymś takim, kiedy usilnie próbował zachować spokojny ton głosu, nie czyniąc wyrzutów Geraldine, bo był aż nazbyt świadomy tego, jakby to się skończyło - powtórką z poprzedniego wieczoru, choć on nie wrócił do domu w podobnym stanie. Jego był inny. Wcale nie napawający milszymi uczuciami. Był w stanie niechętnie przyznać, że mogła czuć się wtedy podobnie do niego. On również nie chciał przyznawać się do popełnionych błędów, dlatego starannie ukrył część urazów, nie przyznając się do nich przed ukradkowym wypiciem eliksirów i bardzo upierdliwym nałożeniu sobie maści (tak, mógł ją o to poprosić, nie pozwoliła mu na to duma). Tego już nie brał pod uwagę, ale gdyby nie to, że wczorajszego wieczoru nie było szans niepostrzeżenie wrócić do domu to pewnie zachowałby się podobnie. Nie, tego nie widział, macerując się w poczuciu, że chciała go ukarać. - Nie wiem czy nie będzie konieczne Szkiele-Wzro. Wtedy będę musiał zostawić cię na chwilę i kupić butelkę. Zobaczymy, kiedy skończysz się myć - stwierdził, starając się jak najdelikatniej pomóc Yaxleyównie odłożyć stopę na uprzednio podłożony ręcznik na brzegu wanny. Zdecydowanie nie z powrotem do tej piekielnie gorącej wody, która dosłownie poparzyła mu palce, choć dotknął jej wyłącznie przez ułamek sekundy. Nie, ten uraz wymagał chłodzenia, nie gotowania żywcem. Nigdy nie rozumiał tego umiłowania do brania kąpieli w wielkim kociołku wody na herbatę. A nawet nie, bo znaczną większość ziół parzyło się najprawdopodobniej w mniejszej ilości stopni niż ta, którą miała woda w wannie. Z powodzeniem można było wrzucić kilka materiałowych torebek wypełnionych suszonymi roślinami i zaparzyć je razem z Geraldine. Prawdę mówiąc, to nie byłby zły pomysł, gdyby nie to, że obawiał się czy zbyt długa kąpiel nie zaszkodzi ukochanej bardziej niż mogłaby jej pomóc. Dlatego nie proponował żadnych dodatków do kąpieli. Zresztą woda i tak była brudna. - Nie możesz na tym stawać. Pomogę ci wyjść z wanny jak będziesz gotowa - stwierdził bezdyskusyjnie; to nie była sugestia bądź propozycja, bo z tą nogą w ogóle nie powinna wchodzić do wanny. Mogła poślizgnąć się i zrobić sobie jeszcze większą krzywdę. Ba. Przez to, że nic mu nie mówiła, nie mógł stwierdzić czy nie było jeszcze czegoś, o czym powinien wiedzieć. Wróciła do domu w stanie wymagającym czegoś innego niż tylko kąpieli. Kąpiel była dopiero któraś w kolejności - zdecydowanie za opatrywaniem ran i sprawdzaniem, co dało się natychmiast zaleczyć a co być może wymagało więcej zachodu i uwagi. Powinna była go zawołać. Nieważne, jak źle było między nimi od poprzedniego wieczoru. Czuł się paskudnie z tym, że nawet nie dała mu znać, jak źle było. Wiedział, że była samodzielna i potrafiła sobie radzić, ale... ...do jasnej cholery!... ...może był jej facetem na cenzurowanym, ale jednocześnie był też medykiem. Mogła choć spróbować oddzielić jedno od drugiego zamiast karać go ciszą w obu tych rolach. - Gdzie jeszcze? - Starał się zignorować narastający szum krwi w uszach. Być uzdrowicielem, nie kimś, kto w pierwszej kolejności wybuchnie na nią tak jak ona na niego wcześniej. Ambroise zauważalnie usiłował trzymać nerwy na wodzy. Tego rodzaju dystansu i chłodu nie dało się nie odczuć, nawet jeśli jego gesty były czułe i delikatne. Starał się podchodzić do tego zadaniowo, byleby tylko nie poświęcić zbyt wiele uwagi temu jak bardzo go to przydusiło i rozsierdziło. Wyprostował się z klęczek, ignorując ból pleców i tylko nieznacznie się krzywiąc. Starał się nie pokazywać po sobie fizycznych konsekwencji poprzedniego wieczoru. Wystarczy, że atmosfera w domu zrobiła się nie do zniesienia. Nawet nie niemal, bo całkowicie - najchętniej wróciłby do ogrodu tylko po to, żeby zabunkrować się tam i nie musieć znosić tego ostentacyjnego milczenia. Najpewniej byłby w stanie własnymi rękami bez magii ruszyć stertę desek przygotowanych do budowy małej szklarni dla roślin bardziej wrażliwych na morskie warunki, którą chciał mieć na podorędziu. Jeśli to miałoby przynieść mu kilka godzin (optymistycznie, bo nigdy nie robił czegoś takiego manualnie i pewnie skapitulowałby po kilku chwilach, używając różdżki) pozornego wytchnienia to mógłby to rozważyć nawet z ciemnością goszczącą za oknem. Prawie nie było już widać plaży i brzegu morza, za to światło latarni mocniej oświetlało wnętrze łazienki. Raz za razem przyciągało spojrzenie Greengrassa, które uparcie unikało błękitnych oczu. Nie mógł tak wiecznie, ale starał się nie nawiązywać kontaktu wzrokowego. Jak tchórz. Ten tchórz zrobił dwa kroki w tył w kierunku drzwi, ale nie po to, żeby opuścić łazienkę. Nie poznawał siebie w tych minutach, ale jedno było pewne - nie był aż tak unikający. Zrobił to, żeby stanąć na samym końcu wanny za plecami Geraldine, sztywnymi palcami przejmując od niej czynność, z którą miała problem. Bardzo powoli poluźnił sploty włosów przy skalpie dziewczyny, delikatnie rozplątując ostatnie resztki jej warkocza. Bezwiednie wychylił się po szampon, mocząc też dłonie i ponownie zajmując palce i myśli powolnym wmasowywaniem szamponu a następnie piany w jasne kosmyki. Widok krwi zwierzęcia i brudu spływającego w dół był otumaniający. Pierwszy raz od dawna nie wiedział, co miałby powiedzieć, więc nic nie mówił. Zagięła go, ale chyba żadne z nich nie było z tego zbyt zadowolone. RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 12.10.2024 Może i była na niego wkurzona, czego wcale nie tak trudno było się domyślić, bo przecież nadal nie odzywała się do niego nawet słowem, to miała w sobie jakieś resztki rozsądku. Był uzdrowicielem, ją bolała noga, bolała to w sumie może nawet za delikatne słowo, aby określić to, co jej się działo. NAPIERDALAŁO ją bardzo mocno, więc nawet nie zastanawiała się nad tym, czy nie zacząć się z nim spierać i nie udowadniać swojej niezależności. To nie był ten moment. Zdecydowanie. Jego dotyk nie przynosił jej bólu, widziała, że próbuje być delikatny. Nieco się skrzywiła jedynie, kiedy trochę za dokładnie przyglądał się miejscu, które sprawiało jej największy dyskomfort. Zdawała sobie sprawę, że musi to zrobić. Wtedy dopiero na jej ustach pojawił się grymas, przygryzła dolną wargę, aby nie wydawać niepotrzebnych dźwięków, nie lubiła dramatyzować, wolała nie pokazywać swoich słabości, tak było prościej. Pokiwała mu w odpowiedzi głową twierdząco, w górę i w dół. Dotarło, zrozumiała, co do niej mówił. Zdziwiła się, że jakimś cudem udało jej się dostać pakiet dwa w jednym, nie spodziewała się, że los będzie dla niej taki łaskawy... Tak, szkoda, że zdarzyło to się w przypadku łapaniu urazów. - Mhm. - Wydusiła sobie wreszcie z siebie mruknięcie, czuła ścisk w gardle, trochę zresztą zachrypiała przy tym, kiedy wydała z siebie ten dźwięk. Miała szczęście, że Ambroise o wszystkim myślał, i że postanowił tutaj przenieść część eliksirów. Ona nie miała w zwyczaju myśleć o takich rzeczach, nie zastanawiała się nad tym, że dobrze byłoby tu zrobić spiżarnię z podobnymi składnikami, czy miksturami, bo przecież i ona i on ryzykowali utratą życia, lub zdrowia. Powinna też zacząć się w to angażować, nie mogła pozwolić, aby robił to tylko Greengrass, bo sprawa dotyczyła ich dwójki. Miał nad nią ogromną przewagę - potrafił sam leczyć swoje urazy, Yaxleyówna niestety nie posiadała takich umiejetności, więc on widział wszystko, co się z nią działo. Nic się przed nim nie ukrywało, czy tego chciała, czy nie. - Jasne. - Przyjęła to do wiadomości, udało jej się też wreszcie pokusić o wypowiedzenie pierwszego słowa od kiedy się pojawiła. To mogło zostać uznane za drobny sukces. Nie chciała się na niego złościć, ale nie chciała też udawać, że wszystko było między nimi w porządku, bo nie było. Musiała znaleźć coś pomiędzy, te półsłówki aktualnie wydawały się jej być wystarczające. Ta gorąca woda uspokajała ją, wbrew pozorom, wcale nie potęgowała w niej wszystkich negatywnych emocji, chociaż ciepło raczej się z tym kojarzyło. Chciała być chociaż trochę samodzielna, dlatego najpierw postanowiła doprowadzić się do porządku. Wolała, żeby nie widział jej gdy weszła do domu, bo miała świadomość, że nie wyglądała najlepiej. Mogła chociaż zmyć z siebie pozostałości po tej walce, którą dzisiaj odbyła. Nie było to takie łatwe starcie, jak się spodziewała. Wiedziała, że sama była temu winna i to ją najbardziej drażniło, powinna polować z czystą głową, a dzisiaj tego nie zrobiła, to przyniosło konsekwencje. Zapomniała, że w jej przypadku krótka chwila, rozproszenie, mogło kosztować ją naprawdę wiele. Będzie musiała zapamiętać tę lekcję. Uniosła do góry prawą rękę. Wylądowała na tej stronie ciała. Miała nieco zdarte przedramie, jakby przejechała nim po jakiejś nierównej powierzchni, właściwie to chyba trochę też pobolewały ją żebra po tej stronie, ale nie na tyle, żeby zamierzała mówić o tym w głos, nie wiedziała też, czy ma tam jakiś ślad po tym nie do końca udanym lądowaniu. Uniosła nieco ciało do góry, żeby rzucić okiem na te żebra, chciała to zrobić dyskretnie, ale wyszło raczej pokracznie, noga uniesiona nad wodą skutecznie jej w tym przeszkodziła. Westchnęła więc jedynie ciężko, była mocno rozczarowana. - To chyba wszystko. - Tak naprawdę dowie się czy to prawda, kiedy wyjdzie z tej wanny. Wcześniej nie do końca miała możliwość dokładnie się obejrzeć. Jednak póki co, żaden inny uraz nie dawał o sobie znać, nie było więc chyba tak najgorzej, prawda? Bywała już w zdecydowanie gorszym stanie. To wszystko to były tylko draśnięcia, nic takiego. Odkąd byli razem nie zdarzyło jej się jeszcze wrócić do domu w takim stanie. To powodowało dyskomfort, bo niby wiedział, czym się zajmowała, jednak nigdy nie było mu dane jeszcze doświadczyć takiego widoku. Trochę jej było wstyd, że doprowadziła się do takiego stanu, tak samo nie do końca akceptowała to, że wyszła rano bez słowa. Nie powinna żywić do niego urazy, wypadałoby, aby się z nim pożegnała, bo przecież z każdego z tych zleceń mogła nie wrócić. Ta świadomość, że odeszłaby z tego świata pozostawiając taki niesmak po swoim istnieniu była trochę przytłaczająca. Nie należała do tego grona osób, które lubiło się ze sobą szczególnie pieścić. Wiedziała, że ból minie, prędzej, czy później, zawsze mijał. To nie było nic takiego, do wszystkiego można było przywyknąć. Zdecydowanie większym ciężarem dla niej była ta cisza, której żadne z nich nie chciało przerywać. Nie uniosła spojrzenia kiedy się podniósł, nie zdziwiłoby jej wcale, gdyby nie chciał na nią patrzeć, wiedziała, że się dzisiaj nie popisała. Przymknęła więc oczy, nie udało jej się do końca ogarnąć swoich włosów, to nie było wcale takie proste, ale wtedy poczuła jego dotyk. Odetchnęła z ulgą, jednak nie zostawił jej tu samej. To było pocieszające, bo zdecydowanie nie był to moment, w którym potrzebowała samotności. Oczy miała zamknięte, oddychała miarowo, spokojnie, udało jej się też uspokoić rytm serca, które jeszcze chwilę wcześniej biło naprawdę szybko z powodu zdenerwowania. Jego dotyk był przyjemny, delikatny, przynosił ukojenie. Sama świadomość, że nie była w tym teraz sama wiele dla niej znaczyła, bo przecież mógł po prostu stąd wyjść, szczególnie po tym, jak go wczoraj potraktowała, mógł też zareagować podobnie do niej, co pewnie skończyłoby się podobnie do ich wieczornej wymiany zdań. - Przepraszam. - że musisz mnie oglądać w takim stanie. Nie pokusiła się jednak, powiedzieć tego w głos. Mógł więc te przeprosiny odebrać dwojako, mógł uznać przecież, że chodziło jej o wczorajszą kłótnię. Najważniejsze jednak, że udało jej się to z siebie wydusić, bo przepraszanie wcale nie przychodziło jej łatwo, były to jedne z tych słów, które więzły jej w gardle. Nie chciała, żeby w nią wątpił, a właśnie dała mu ku temu powód, w ten pokraczny sposób udowodniła mu, że działała nie do końca przemyślanie, a nie zdarzało jej się to od czasu, kiedy oficjalnie zmienili status swojej relacji. RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.10.2024 Milczała. To on był w tym niedyplomowanym ekspertem. Wybuchał żarem lub ział chłodem. Potrafił momentalnie się przyjebać albo zdystansować w równie paskudny sposób. Nic pomiędzy. Zawsze same skrajności. Byli do siebie podobni. To sprawiało, że Ambroise nie miał wątpliwości co do tego, co ich łączyło. Nie uzupełniali się jak ogień i woda, bo byli jednym żywiołem. Wzmacniali się nawzajem, kiedy tworzyli wspólny front nic nie było niemożliwe. A potem pojawiały się spięcia. Jak drobne iskry w kominku. Do tej pory małe i nie karkołomne w skutkach. Powinien domyślić się, że i na te gorsze nadejdzie pora. Prędzej niż później - to było przy nich jasne. Wynikało samo z siebie z tego żaru mogącego przeistoczyć się w ogień w przeciągu kilku chwil. Byli do siebie podobni. To sprawiało, że Ambroise nie miał wątpliwości co do tego, że potrafiła zachowywać się dokładnie tak samo jak on. Nie uzupełniali się jak ogień i woda, bo byli jednym żywiołem. Równie dobrze mogli osłabić się nawzajem, kiedy tracili porozumienie wszystko stawało się bardziej skomplikowane. Starał się robić wszystko, aby do tego nie dopuścić. Nawet teraz odnosić się w stosunku do Geraldine z delikatnością zarezerwowaną tylko i wyłącznie dla niej. Do pacjentów nie podchodził aż tak ostrożnie. Badał opuchliznę palcami, ale z większym wyczuciem niż zazwyczaj, szczególnie że dostrzegał powstrzymywany grymas na twarzy pacjentki. Niestety uraz był z gatunku tych naprawdę parszywych. Do wyleczenia, ale przy pomocy niezbyt przyjemnie smakujących eliksirów. Być może nawet Szkiele-Wzro, które należało do najmniej lubianych przez Greengrassa substancji. Piło się je z trudem a potem odnosiło się wrażenie, jakby tysiące igiełek dźgały skórę od wewnątrz. Wszystko inne raczej dało się załatwić w łagodniejszy sposób. Przynajmniej to, co mu pokazała. - Sprawdzę to, gdy wyjdziesz - stwierdził bez zastanowienia, zaciskając usta w wąską kreskę i zatrzymując wzrok na migoczącym świetle latarni morskiej odbijającym się na zaparowanych szklonych kafelkach. - Powiedz mi, jeśli zakręci ci się w głowie. Możesz mieć wstrząs mózgu? Poza tym gorąca woda nie jest dobra w przypadku większości obrażeń - dodał zgodnie z tym, co Geraldine i tak wiedziała, bo wielokrotnie się powtarzał. Ciepła woda była dobra. Gorąca niekoniecznie, choć czasami rozluźniała mięśnie i przy mniejszych stłuczeniach nie była aż tak niewskazana. Natomiast nie teraz, kiedy jeszcze nie powiedziała mu, na co niewidocznego powinien zwracać uwagę. Spadła skądś? Coś ją przygniotło? Nie zwykł pytać o detale, jeśli sama nie chciała o nich mówić - mieli o tym porozmawiać, ale znowu zamilkli na długie tygodnie. Natomiast teraz musiał wiedzieć. To było zbyt poważne. Tak. To był pierwszy raz, kiedy wróciła do domu w tym stanie. Jeszcze nigdy nie wprawiła go w takie osłupienie. Wcześniej za każdym razem chodziło o jakieś małe drobnostki. Poobijane kolana, podrapane łokcie, kilka drobnych rysek na twarzy, płytkie rozcięcie na ramieniu - nic, czego nie załatwiłoby odkażenie, nasmarowanie maścią, eliksir czy plaster a potem wywrócenie oczami i kradzież pocałunku. Jeszcze nigdy nie chodziło o bandaże, usztywnienia i eliksiry pokroju Szkiele-Wzro. Nie trzeba było wyrzucać ubrań, wystarczyło je uprać. Po ich wieczornej kłótni coś uległo zmianie. Zatrząsło się niebezpiecznie blisko posad. Ambroise nie żałował samego zlecenia. Poszło gorzej niż powinno, ale podejmował to ryzyko z pełną świadomością zagrożenia i korzyści, które w jego oczach znacznie przewyższały potencjalne konsekwencje. Miał do siebie pretensje jedynie o to, że to musiało być tego dnia, kiedy miał pojawić się na czas w domu i nie mógł zwalić tego na wydłużony dyżur w Mungu, żeby móc doprowadzić się do porządku zanim wróci do domu. Poza tym nie chciał okłamywać Geraldine. Zatajanie swoich szemranych spraw było jednym - to nie było jawne kłamstwo tylko niedopowiedzenie i przemilczenie. Udawanie, że musi wydłużyć pracę w szpitalu byłoby już mijaniem się z prawdą. Podszyte chęcią wylizania ran na własną rękę w mieszkaniu przy Pokątnej jeszcze bardziej ugruntowałoby to, że zostałby łgarzem. I po co? Po nic. To była dodatkowa ironia. Nie zyskał żadnych korzyści. Doznał kilku ciosów w plecy po salwie zaklęć, które go wpierw ogłuszyły. A potem nie otrzymał żadnego wynagrodzenia za swoje trudy, bo według krętacza, od którego przyjął zlecenie, to on zawalił sprawę i nie doprowadził jej do końca. Za to zakończył własny wieczór nieroztropnym wtoczeniem się do ich spokojnej, idyllicznej chatki i zaburzeniem panującej tu harmonii poprzez zwalenie się na kanapę. Planował ją wyczyścić, ale kiedy wstał rano już była wyczyszczona. To było gorszym ciosem w twarz, bardziej w niego godzącym niż te w tył pleców. Wiedział, że nie powinien brnąć w to wszystko, co wtedy opuściło jego usta. Nie potrzebował całego dnia myślenia, żeby dojść do takiego wniosku. Myślał o tym, w jaki sposób powinien przyjąć tę winę i przeprosić, próbując naprawić sytuację. Chciał postarać się o coś znaczącego. Nie przewidział, że to mogły być milczące usługi medyczne. Zajmowanie się jej nogą, monitorowanie reszty ciała (w tym również żeber, o których mu nie powiedziała, ale miał oczy i widział tamte próby spojrzenia na nie) i walka z poczuciem złości. Jednocześnie miał i nie miał prawa być na nią wściekły. Wewnętrzna hipokryzja podszeptywała mu, że mógł. Przecież świadomie wyszła z domu bez pożegnania, narażając się na utratę życia (nie miał co do tego wątpliwości, widział ją już po odniesieniu sukcesu i cząstkowej porażki; ten stan nie był podobny do żadnego z nich, za to drażniąco przypominał mu coś, co też już widział). W gniewie i złości. Nie wybaczyłby sobie, gdyby nie wróciła. Nie chciał o tym myśleć. Robił to niezależnie od woli. Tym bardziej go to wszystko wybijało z rytmu, którego nie odzyskał mimo dnia spędzonego w ogrodzie, co zazwyczaj trochę polepszało sprawę. A potem jeszcze go przeprosiła. Nie wiedział jak powinien na to zareagować, nie mógł tego wyczytać z wyrazu twarzy dziewczyny ani z jej zamkniętych oczu. Myślał wcześniej o własnej winie. Później o tej jej. Ich wspólnej, żadnego z nich. - Za ten wczorajszy wybuch?... ...dzisiejszy poranek?... ...zemstę za wieczór?... ...nierozsądne moczenie ran we wrzątku?... ...irracjonalny brak poinformowania, że potrzebujesz pomocy medycznej?... ...że wyglądasz, jakbyś prawie dała się dzisiaj zabić? - Dosłownie na przestrzeni jednej poprzerywanej wypowiedzi przeszedł od pozornego spokoju, poprzez danie ujścia rozdrażnieniu do nagłego załamania się głosu; ciężkiego oddechu wypuszczonego na sam koniec tuż po tej wibrującej, urwanej nucie. Nie brzmiała jak wyrzut. Już nie. Była ciężka, trochę zdesperowana, wskazywała na to, że próbował, naprawdę próbował rozumieć, ale nie rozumiał. Czemu w jednej chwili było między nimi dobrze, układało im się. Później to była jego mała osobista porażka: potknął się podczas nieplanowanych wydarzeń, mając w związku z tym poczucie winy, które jak mało co kiedykolwiek kąsało go od wewnątrz. Nie chciał jej tym przytłoczyć, wystraszyć, skrzywdzić, rozsierdzić - żadnej z tych rzeczy Ambroise nie chciał a wszystkie podstępnie wkradły się razem z nim do domu i zostały tu już niemal przez dobę. Odnosił wrażenie, że cokolwiek miało miejsce, miał w tym swój nieplanowany piekielny udział. Wpływali na siebie bardziej niż kiedykolwiek. Wraz z rozwojem uczuć, stawali się sobie na tyle bliscy, że wystarczyło coś tak gwałtownego jak ich wczorajsza kłótnia, żeby porządek w innych aspektach życia również został zakłócony. Ambroise tego nie chciał. Nie planował być kimś, przez kogo się narażała - czy chcąc go ukarać, udowodnić mu coś czy robiąc to destrukcyjnie nieświadomie, żeby wyładować nerwy. Jak miał z tym postępować? Kiedy nie wiedział, co powinien powiedzieć a nawet, jakie słowa niczego by nie pogorszyły. - Co się stało? - Odezwał się z nieoczekiwaną chrypą, której nie pomogło nawet przełknięcie tej gęstej śliny. - Na zleceniu? Nachylił się do kranu, żeby spłukać dłonie i nabrać w nie trochę wody do przepicia. Była paskudna. Prawdopodobnie w ogóle nie nadawała się do picia bez przegotowania, ale trochę pomogła. Mógł wrócić do tego, co robił chwilę temu. Powoli przesuwał palcami po kosmykach blond włosów, ściągając przysuszony brud i zaschniętą krew wraz z pianą. Starając się nie szarpać i przeznaczając długie sekundy na każdy drobny brudek zanim ten wreszcie się rozpuścił. Dzięki temu kupował sobie czas. Po co - tego nie wiedział. Powinien odłożyć swoją rękawicę, przeprosić za jego część błędów... ...ale milczał, wkładając te słowa w gesty, bo gesty umiał wykonywać. RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.10.2024 Wbrew pozorom to milczenie nie sprawiało jej żadnej przyjemności. Ta cisza ją okropnie męczyła, nie znosiła jej. Stawała się coraz większym ciężarem. Nie robiła jednak nic, żeby ją przerwać. Nie do końca wiedziała, jak powinna się zachować, bo wiedziała, że dzisiaj ją poniosło. Nie powinna do tego dopuścić, ale jak zawsze - dała się ponieść emocjom. Teraz musiała mierzyć się z konsekwencjami. Standardowe metody działania panny Yaxley, która wykazywała straszne zapędy do autodestrukcji. Gniew wzbudzał w niej skłonność do podejmowania irracjonalnych decyzji, podsycał to, co w niej się kryło, niekoniecznie były to pozytywne cechy. Nie powinna sobie pozwolić na takie zachowanie. Zabrakło jej dzisiaj profesjonalizmu, tak, tego była pewna. Musiała uważać, ale nie umiała jeszcze radzić sobie do końca z emocjami, które się pojawiły. Czuła złość, wypełniała jej całe ciało. Była zła, na siebie, na niego, na cały świat. Wszystko przez to, że ukrywali przed sobą pewne rzeczy, a raczej ignorowali ich istnienie, bo przecież wiedzieli, że to gdzieś tam jest, tylko postanowili nie wracać do tematu. Po raz kolejny okazało się, że to nie była skuteczna metoda. Prędzej, czy później prawda wychodziła na wierzch i przynosiła emocje, które nie do końca jej się podobały. Łatwiej byłoby jej się na to przygotować gdyby wiedziała, co może ją czekać. Może faktycznie powinni o tym wcześniej porozmawiać, a nie tworzyć sobie to wygodne gniazdko zbudowane na pozorach. Pozornie przecież było całkiem dobrze, nie dawali sobie powodów do niepokoju, tworzyli ten mały świat, tyle, że prędzej, czy później te sprawy, którymi zajmowali się z boku, nie dzieląc się szczegółami musiały wyjść na wierzch. Musiały zachwiać ich idealnym życiem. To nie było coś co dało się dłużej ignorować. Właściwie lepiej byłoby wszystko wyjaśnić, żeby nie pojawił się kolejne niespodzianki, które doprowadzałyby ich na granice tolerancji. Miała świadomość, że reagowała dosyć gwałtownie, ale w ten sposób okazywała swoją troskę, nie była typem osoby, który podchodził do tego łagodnie, raczej działo się zupełnie przeciwnie. Gdy widziała go poobijanego reagowała gniewem, była na siebie zła, że mogła mu pomóc, że jej nie dopuścił do tej części swojego życia, a przecież wiedział, że mogła mu się przydać. Nie była bezużyteczna, nie musiała siedzieć w ich gniazdku z założonymi rękoma, mogła mu się przydać tam. - Jasne. - Jak na jej to było raczej tylko obtarcie, jeśli jednak miał chęć dokładniej je obejrzeć, to nie zamierzała oponować. Nie miała siły na kolejne kłótnie, była zmęczona, to był ten etap, w którym była w stanie się zgodzić na wszystko. Mógł z nią robić, co mu się tylko podobało, byleby w końcu trafiła do łóżka. - Nie wydaje mi się, żebym miała wstrząs mózgu. - Dodała jeszcze, bo oczywiście był to jeden z urazów, który kiedyś już przeżyła i z tego, co pamiętała wtedy czuła się zdecydowanie gorzej. Kręciło jej się w głowie i wymiotowała, teraz te objawy się nie pojawiały, więc może chociaż tego uniknęła. - Tak, pamiętam, ale tego potrzebowałam. - Miała świadomość, że gorąca woda jej nie służyła w tym momencie, ale postanowiła sobie pozwolić na trochę nierozsądku, bo wiedziała, że tylko w ten sposób ukoi swoje wewnętrzne nerwy. Działało, nie było już w niej gniewu i chęci do walki, uspokajała się i wyciszała. To było jedno z tych zleceń, które kiedyś najbardziej uwielbiała. Wielki potwór, którego trzeba było unicestwić. Adrenalina, która wypełniała ją podczas spotkań z taką bestią nakręcała ją przez kolejny tydzień, czerpała z takich spotkań ogromną energię, zazwyczaj. Tym razem było inaczej, czuła, jakby zrobiła coś złego, jakby zrobiła mu na złość, chociaż przecież nie było w tym zleceniu nic nadzwyczajnego. Była pierdolonym łowcą potworów, to powinno być dla niej normalne, dlaczego więc czuła ten dziwny uścisk na żołądku? Źle się przygotowała, a raczej nie przygotowała się praktycznie wcale. Wzięła po prostu kilka ze swoich srebrnych zabawek i powiedziała, że może się na to pisać. Spontaniczna decyzja, spowodowana tym, że doszło między nimi do kłótni. Nie chciała zostać w domu, czuła, że musi złapać oddech, oddalić się, pozwolić się ponieść, jak robiła wcześniej, kiedy coś szło nie po jej myśli. Tyle, że tym razem nie przyniosło to ukojenia. Czuła, że dała dupy, że zszargała jego zaufanie, zdecydowanie tego nie chciała. Nie miała zamiaru dawać mu powodów, żeby przestał w nią wierzyć, nie wyszło. Nigdy nie chciała doprowadzać do tego, żeby musiał się nią opiekować, już kiedyś to przecież robił, widział ją wtedy, kiedy omalże nie opuściła tego świata. Walczył o jej życie, zdecydowanie nie chciała, aby robił to podobnie, nie kiedy łączyło ich takie silne uczucie. Nie mogła tego od niego wymagać. Nie powinna chcieć mu dowalić w ten sposób, na siłę pokazywać, że ona też zajmuje się czymś przez co może zostać ranna. W jej przypadku całe życie zawodowe niosło ze sobą ryzyko, nie tak jak u Ambroisa tylko jego część. Była zła, że trzymał ją na dystans, wiedziała, że jest współwinna bo też nie wróciła do tej rozmowy, którą kiedyś rozpoczęli, chyba jednak nie mogli dłużej z tym zwlekać, bo przynosiło to niepotrzebne szkody. To był pierwszy raz, kiedy prowadziła z nim zimną wojnę, nie podobało jej się to bardzo. Zdecydowanie wolałaby wszystko wyjaśnić - jak zawsze, ale nie chciała ustępować. Tym razem nie wyciągnęła pierwsza ręki, mogła zrobić to wieczorem, tym bardziej, że przecież Greengrass nie był w pełni sił. Powinna otoczyć go opieką, dać mu swoje ciepło, troskę, a zrobiła coś zupełnie przeciwnego - wyładowała na nim swoją złość, nie było to szczególnie rozsądne. Docierało to do niej coraz bardziej, kiedy zjawił się teraz obok niej. Nie miał pretensji, przynajmniej jak na razie, a otoczył ją swoją uzdrowicielską opieką, mogło to też świadczyć o tym, że uraz był dosyć paskudny, i jej widok, bo normalnie pewnie nie miałby problemu z tym, aby powiedzieć co o tym myśli. Nie chciała, żeby doprowadzali siebie do granic, nie służyło im to wcale, zdecydowanie więcej korzyści przynosiła im współpraca, wtedy mogli osiągnąć naprawdę wiele, gdy się spierali - czuła, jakby rozpadała się na drobne kawałki, traciła wtedy stabilność, robiła się słabsza. Potrzebowała go po swojej stronie, aby być w pełni silną. Nie spodziewała się, że to jej krótkie przepraszam sprowokuje go do takiego komentarza. Miała za co przepraszać, to prawda, trochę się tego nazbierało. Poczucie winy się zwiększało, kiedy kolejne powodu opuszczały jego usta. Miała ochotę zanurzyć się pod wodą, w tej chwili, uciec, stchórzyć, ale tego nie zrobiła. Oddech jej przyspieszył, tak, lista trochę ją przeraziła. Nie wyglądało to wszystko zbyt dobrze. - Za wszystko? - Głos jej drżał, trochę się tego nazbierało. Dało się tak w ogóle jednorazowo przeprosić za wszystko? Nie miała pojęcia. Nie zaprzeczyła niczemu, co mówił, bo wiedziała, że ma rację. Oczywiście zdawała sobie sprawę, że to nie była tylko wyłącznie jej wina, on ją sprowokował do tego zachowania, ale nie miała problemu z tym, aby przerosić za swoją część. Nie wiedziała, jak powinna mu odpowiedzieć na to pytanie, bo co właściwie się stało? Była roztrzepana, chaotyczna, nie działała przemyślanie, bo myślała o tym, że się pokłócili. Postanowiła jednak, że po prostu przejdzie do konkretów, nie zamierzała póki co opowiadać, o tym, że to, co ich dotyczyło miało na nią taki duży wpływ, że ingerowało w jej pracę. - Wiwerna, wiwerna się stała. - Mówiła cicho, spokojnie, nadal miała zamknięte oczy. W sumie zrobiło jej się całkiem błogo, kiedy jej dotykał. - Źle oszacowałam odległość, wpadłyśmy razem do bagna, z dosyć wysokiej wysokości, przygniotła mnie trochę. - Starała się sobie przypomnieć szczegóły, ale to wszystko działo się szybko i nie do końca chyba jeszcze potrafiła do tego wrócić. RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 13.10.2024 Nie kwestionował tego, że z uwagi na wykonywany zawód miała raczej rozległą świadomość tego jak wygląda znaczna część obrażeń. Zdarzało mu się dostrzegać coś, co potwierdzało tę tezę. Zawsze wtedy starał się nie myśleć o tym, co mogło być. Nie chciał popadać w paranoję. Pisał się na to z pełną świadomością tego, kogo wybrał na swoją osobę. Wręcz zdarzało mu się śmiać z tego faktu, przewracając oczami i szelmowsko wspominając, że to musiał być wynik jakiegoś kompletnego obłąkania z jego strony, ale było zbyt późno na jakąkolwiek pomoc, bo siedział w tym zbyt głęboko i było mu z nią dobrze. Do czasu. Dobrze do czasu. Wybór był świadomy. Nie podjąłby żadnego innego. To nie podlegało wątpliwości, ale nie był przygotowany na tę część odkrywania przed sobą nowych kart. - To dobrze - odrzekł na informację, że chyba nie miała wstrząsu mózgu, choć wolał w dalszym ciągu sam się o tym upewnić. Ufał jej osądom. Starał się w dalszym ciągu to robić, szczególnie mając na uwadze swoje własne grzeszki, ale nie było łatwo być wyrozumiałym i łagodnym. - Rozumiem - stwierdził, przy czym kiwnął głową, nawet jeśli miała zamknięte oczy i nie mogła tego dostrzec. Jej odpowiedź brzmiała znacznie gorzej niż powinna. Zamiast dawać mu ulgę, że żałowała wszystkiego, co się wydarzyło - między nimi czy z nią, Ambroise odczuwał tylko większe wyrzuty sumienia. Krzewiły się w jego mózgu a on nawet nie próbował ich karczować. Nie napawał się nimi, ale czuł się bardziej przytłoczony niż wygrany. - Ale nie jest w porządku - dodał znacznie ciszej po paru sekundach; obiecał jej szczerość, teraz dopełniał tego obowiązku. Ona przeprosiła, ale jakim kosztem? On nie przeprosił, również ponosząc zbyt dużą stratę, choć uświadomił sobie to dopiero teraz - powinien odezwać się poprzedniego wieczoru, zachować się jak mężczyzna a nie obrażona pannica i wziąć odpowiedzialność za swoje czyny. Nie zrobił tego. Przeprosiny, które usłyszał miały tym bardziej gorzki posmak. Nie mógł nie być tego świadomy. - Chcę, żeby to było jasne. Nie wybaczam nam - przychodziło mu to trudno, ale musiał sobie z tym poradzić. Nie mógł przewalić niczego na nią, przyjąć przeprosiny i zamknąć temat. Nie, skoro on też to zawalił. Był współwinny jako budowniczy tego samego domu ze zlepku dobrych intencji, złudzeń i przemilczeń. Chciał, żeby to, co między nimi narastało - miłość, nawet nienazwana na głos to była miłość - było stabilne, ale zaakceptował to, że oboje już raz spięli się o swoje skryte sprawy, doszli do konsensusu, mieli o nich porozmawiać i całkiem świadomie je przemilczeli. Dopóki się starali to mogło trwać latami i być jeszcze bardziej karkołomne w skutkach. Nie cieszył się, że przyszło szybciej, ale powoli zaczynał przetrawiać następstwa. Starał się być rozsądny, nie pochopny. Wybierał świadome milczenie zamiast warkotu, który nie wątpił, że przyszedłby mu znacznie bardziej naturalnie, gdyby tylko sobie na to pozwolił. A nie chciał. - Już przez to przechodziliśmy - jego głos był cichy jak stłumiony szum morskiego wiatru za oknem, ale w ciszy i tak wybrzmiał nienaturalnie głośno i stanowczo. Ambroise wiedział, że nie musi o tym przypominać. To nie było coś, o czym mogła zapomnieć, ale ta myśl potrzebowała mieć ujście z jego głowy. Niestety przez usta. Niestety pochopnie, bo nie chodziło mu o to, żeby formułować wyrzuty. Przeciwnie - chciał, żeby nigdy więcej nie musieli przechodzić przez coś będącego choćby ułamkiem tych dwóch zdarzeń. Chyba prosił ją o to, żeby miała na to baczenie. Złożył w jej rękach wiele więcej niż planował. Mogła go roztrzaskać jednym pochopnym uczynkiem. Nienawidził tej myśli. Nie potrafił tego od siebie odsunąć. Zamiast tego drążył, zadawał pytania, otrzymywał odpowiedzi, których powinien pragnąć, ale nie chciał słyszeć. Pożądał szczerości, pragnął wrócić w bezpieczne ramiona kłamstwa. - Dobrze, że do bagna - a nie o ziemię, skały czy na gałęzie, co wybrzmiało nawet niewypowiedziane. Jeśli już nie mogli zmienić tego, co się stało, bo ten dzień wydarzył się mimo ich najszczerszych chęci unikania wszelkiego niebezpieczeństwa (nie wątpił i nie zarzucał jej, że nie próbowała aż do tego poranka, kiedy ewidentnie przestała) to przynajmniej mogli próbować znaleźć w nim jakiś... ...nie, nie pozytyw. Ambroise usiłował zmienić swój tok myślenia, ale nie był w stanie wpłynąć na to, że jego słowa nie wiązały się z niczym przyjemnym. Nie było w nich ulgi. Była gorycz. Bardzo dużo twardej, znaczącej goryczy i przemilczanego lęku. Maskowanej chłodem kruchości przekonań, że mógł ją stracić i nie być w stanie nic z tym zrobić. Świadomości, że minęłoby zbyt dużo czasu zanim ktoś dałby mu znać. Nie wątpił, że by się dowiedział - nie ukrywali się z tym związkiem, niemal wszystko między nimi było jawne, ale Piaskownica była miejscem, o którym tylko oni wiedzieli. To pogarszało sprawę zamiast ją polepszać. To było parszywe. Nie wiedzieć o tym, że jest potrzebny wtedy, kiedy jego ingerencja byłaby niezbędna, gdy mógłby spróbować wpłynąć na przebieg zdarzeń. Dowiedzieć się po fakcie - za późno na cokolwiek prócz żałoby. Nie chciał o tym myśleć, ale te myśli nie szanowały tej prośby. Natarczywie atakowały głowę Ambroisa podsuwając mu coraz to nowe wnioski. Nigdy nie sądził, że coś takiego będzie go dotyczyć. Czuł się odpowiedzialny za rodzinę, szczególnie za młodszą siostrę, nawet jeśli nie mieli ze sobą specjalnego kontaktu. Był odpowiedzialny za świadomie wziętych pod skrzydła przyjaciół - na swój sposób szczególnie za mimowolnie objęty opieką duet w postaci dwóch najważniejszych kobiet w życiu jego wieloletniego kolegi, niemalże mu brata, więc i je uważał za swoje. Tym samym miał całkiem szerokie grono ludzi, wobec których żywił potrzebę wyrażania swojej troski na swój własny, trochę niestandardowy sposób. To było niezaprzeczalne, ale nie o tych ludzi mu teraz chodziło. Rodzina i przyjaciele byli stałą częścią jego życia od samego początku. Miał świadomość, że wszyscy mieli w którymś momencie zacząć żyć bardziej niezależnie od niego. Tym samym z czasem miał stracić trochę tej odpowiedzialności na rzecz jakichś innych osób. Nadal być istotny, ale nie niezbędny. Tymczasem mieć kogoś własnego - to było coś innego. Z każdym mijającym dniem czuł się dla niej bardziej. Wiedział, że to nie miało minąć. Może nie znał tego z autopsji i dopiero zaczynał zdawać sobie sprawę z wagi podejmowanych decyzji, ale był świadomy, że z biegiem miesięcy a później lat wcale nie mieli stać się na powrót bardziej niezależni. Wręcz przeciwnie. Tworząc ten wspólny kolektyw... ...nie, nie kolektyw, bo to był dom. Tworząc z nią wspólnotę i dom, coraz głębiej pogrążał się w konieczności bycia odpowiedzialnym dorosłym mężczyzną. To było łatwe, kiedy oboje starali się uważać na wykonywane ruchy. Dopóki wszystko szło dobrze i zgodnie z niewypowiedzianymi oczekiwaniami wobec tego, że zaczną ograniczać niebezpieczne posunięcia. Dopóty nie myślał o tym, jakim obciążeniem jest bycie czyimś człowiekiem. Żyli w bańce. Zbudowali sobie całkiem wygodne złudzenie. Idyllę na morskim piasku z łańcuchem dzwoneczków z muszelek i codziennymi powrotami do domu z uśmiechem na twarzy. Wszelkie niedopowiedzenia i złe decyzje zostawiali na zewnątrz. Udając, że nie istnieją. Kłębiły się tam niczym potępione dusze spragnione wejścia w światło. Jak widmowe ćmy, które poprzedniego wieczoru wreszcie wdarły się za nim do wnętrza, bo nie dopilnował, żeby zatrzasnąć za sobą drzwi. Zawsze musiał być ten pierwszy raz. Teraz czuł ich skrzydła jak lodowate paluchy na karku. Pierwszy raz tak naprawdę uderzyło w niego, na co się zdecydowali i czym tak naprawdę było obniżenie gardy. Im bardziej ją opuszczali, co było bezdyskusyjnie konieczne, tym mocniej mogły ich krzywdzić wszystkie podejmowane decyzje. Nie tylko kłótnie i tematy dotyczące wspólnej przyszłości. Dał Geraldine możliwość zatrzęsienia nim przez wszystko, co robiła. Albo czego nie robiła. To była ta świadomość, na której przyjęcie Greengrass nie był przygotowany. Nie mógł zdystansować się od jej pracy. Machnąć ręką na to, co robiła i dłużej nie pytać. To przestało wchodzić w grę. Tak właściwie to nigdy nie wchodziło. Oni po prostu udawali, że ich nie dotyczyło. Jak dzieci zamykające oczy i zatykające uszy. I jak takie dzieci dostawali teraz dowód swojej nierozważności. - Musimy porozmawiać, kiedy dojdziesz do siebie. To najwyższa pora - odezwał się cicho, niemalże szeptem wymuszonym z siebie, bo zbyt długo wzbraniał się przed poruszeniem tego tematu. Cieszył się, że nie musieli na siebie patrzeć. Wcale nie było prościej. Bycie rozsądnym nie było takie proste jak sądził. Wręcz przeciwnie. Czuł się z tym jak tchórz, który starał się kontrolować zniszczenia, które już się dokonały. Zamiast zrobić to w należyty sposób wcześniej, teraz składał ze sobą porozbijane kawałeczki, żeby zlepić je w poprzedni kształt. To nie był jego rodzaj zachowania. Greengrassowi brakowało w tym beztroskiego optymizmu. Łatwo było być szczęśliwym i zakochanym, kiedy wszystko szło po myśli. Wtedy nie było problemu patrzeć na świat przez różowe okulary. Kiedy spadły i roztrzaskały się, tak bardzo nie wyobrażał sobie z nich zrezygnować i znowu zatracić się w szarości, że próbował wcisnąć je na nos, ale już tam nie pasowały. Trzęsły mu się ręce, odczuwał ścisk w gardle i natarczywą falę myśli. Od tych melancholijnych, poprzez te racjonalne, które próbował angażować w zachowywanie się wobec Geraldine jak poważny uzdrowiciel a nie jak poruszony kochanek. Aż do złości. Na nią, na siebie, na nich, na świat, życie, dokonane wybory, wiwernę - lista była długa, mogła ciągnąć się bez końca. - Pomogę ci zmyć resztę brudu i zabiorę cię do łóżka. Musisz dostać eliksiry i odpocząć - odezwał się w podobny sposób, co ona. Również cicho i spokojnie. Na ten moment pokonał tamtą nutę w głosie. Znowu mówił z neutralnym zdecydowaniem. Przekonany o dalszych etapach, których powinni trzymać się jak magicznego podręcznika do zażegnanywania kryzysów. Z tym, że taki nie istniał. - Jeśli będziesz w stanie to lepiej, jeżeli jutro weźmiesz dłuższą kąpiel - dodał, żeby załagodzić poprzednią wypowiedź poprzez dodanie odpowiedniego zapewnienia. To nie tak, że ją okłamywał. Wiedział, że jutro nie będzie lepiej, ale nie chciał brzmieć tak sucho i bezemocjonalnie. To była wymuszona łagodność. RE: [08.1966] kawalkada wszystkich naszych tajemnic || Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 13.10.2024 To był paradoks, że łowczyni potworów skończyła jako dziewczyna uzdrowiciela. Mogło się to wydawać całkiem niezłym układem, związkiem idealnym, tyle, że wcale tak nie było. On bardzo dobrze zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie na nią czekało. Widział na pewno wielu podobnych jej, którzy skończyli różnie. Łowcy nie cieszyli się szczególnie dobrą opinią, wręcz przeciwnie, byli znani ze swoich narwanych charakterów, irracjonalnie podejmowanych decyzji, co w dużej mierze było prawdą. Ona też taka była. Często przemawiała przez nią chęć przeżycia przygody, bez względu na konsekwencje jakie to ze sobą niosło. Ostatnio jednak nieco spasowała. Nie chciała dawać Ambroisowi powodów do zmartwień, zresztą wiedziała, że i bez tego mógł się o nią niepokoić. Już raz był świadkiem tego jak upadła, bardzo mocno, omal wtedy nie straciła życia. Może wtedy nie byli ze sobą blisko, wręcz przeciwnie, ale na pewno to pamiętał. Ona również, wiedziała też, że właściwie to tylko dzięki niemu przeżyła. Nie chciała doprowadzać ponownie do takich sytuacji, nie kiedy postanowiła sobie ułożyć z nim życie. Nie powinien przeżywać czegoś takiego. Wiedziała, że moment jak ten dzisiaj nadejdzie, prędzej, czy później. Musiało się to wydarzyć, nie podobało jej się jednak, że doszło do tego po ich kłótni. Zresztą kłótnia dotyczyła właśnie tego, że zajmują się pewnymi rzeczami, którymi nie powinni, że niepotrzebnie ryzykują, a to co jej się dzisiaj przydarzyło tylko to potwierdziło. Cóż, faktycznie dobrze, też się cieszyła, że jej objawów nie doszło kręcenie się w głowie, czy wymioty. Wtedy pewnie miałaby problem z doleceniem do domu. Zastanawiała się zresztą przez chwilę, czy nie udać się do swojego mieszkania na Horyzontalną, poprosić Florence o pomoc, a później tu wrócić, ale wiedziała, że to nie wyglądałoby najlepiej. Odkąd z nim była nie znikała na tak długo, kiedyś to była dla niej codzienność, nie musiała się martwić tym, że ktoś na nią czeka, nie miała praktycznie żadnych zobowiązań, które musiała dopełniać. W tym przypadku jednak nie chciała dawać mu kolejnego powodu do niepokoju, chciała wrócić [i[do domu[/i], bez względu na to, co miała tu zastać. Nie wiedziała, jak bardzo będzie na nią zły, czy mocno go rozczaruje, ale wolała stawić temu czoła. Nie miała problemu z tym, aby przeprosić. Nie, kiedy leżała w tej wannie i koiła swój ból. Jej słowa były szczere, strasznie ją martwiło to, że pojawiło się tyle powodów, za które powinna przeprosić. Trochę się tego nazbierało, nie wyglądało to dobrze. Wypuściła głośno powietrze słysząc kolejne słowa. Nie zwiastowało to nic dobrego, nie zamierzał zbywać tematu, domyśliła się tego. Nie zostało im wybaczone, więc będą musieli o tym porozmawiać, tego była pewna. Zresztą może i dobrze, może to był odpowiedni czas, aby o tym porozmawiać, będą mogli się pozbyć tego ciężaru, który zaczynał na nich ciążyć. Zbierało się to w nich od jakiegoś czasu. Może nie była w najlepszej formie, ale jakoś to dźwignie, tak, nie miała zamiaru się wycofywać. Była przecież silna. - Jasne, trochę się wszystko skomplikowało. - Najwyraźniej widział w tym również swoją winę, co w sumie było całkiem pocieszające. Nie chciała ponosić odpowiedzialności za wszystko. On ją sprowokował, od tego się zaczęło, może zareagowała zbyt emocjonalnie, a później... później wszystko zaczęło się rozsypywać niczym domek z kart. Było im całkiem wygodnie, przymykać oczy na rzeczy, którymi niespecjalnie chcieli się dzielić, bo to tak, jakby nie istniały, przynajmniej przez większą część ich wspólnego życia, chyba, że właśnie następowała kumulacja i nagle wszystko ukrywane przed codziennością postanawiało się pokazać. To był właśnie ten moment, trochę się tego nawarstwiło. Wiedziała, że powinni wrócić do rozmowy, którą odwlekali bardzo skutecznie, teraz nie uda im się znowu tego przemilczeć. Musieli przez to przejść, aby mogło być między nimi lepiej. - Tak, przechodziliśmy, chociaż chyba bardziej w teorii. - Ostatnim razem po prostu dyskutowali o tym, co mogłoby się wydarzyć, teraz przeszli do praktyki, teraz było po fakcie. Teraz spotkali się z konsekwencjami swoich czynów, teraz nie mogli przed tym uciec. Teraz czekała ich ta rozmowa. Bała się jej trochę, nie do końca wiedziała, czego powinna się spodziewać, jak będzie przebiegała. Lękała się, że znowu przesadzi, że niepotrzebnie wybuchnie, zdecydowanie tego nie chciała. Bardzo nie lubiła kiedy się kłócili, czuła wtedy okropny dyskomfort. - Tak, to było całkiem miękkie lądowanie. - Wolałaby i jego uniknąć, ale było wiele możliwości, kilka na pewno gorszych niż ta, która się jej trafiła. Odbiła się od dna, poczuła pod reką kilka kamyków, ale błoto całkiem skutecznie zamortyzowało upadek. Mogło być dużo gorzej. Miała tego świadomość. Mogło też być lepiej. Wystarczyło, żeby w pełni skupiła się na pracy, nie była jednak w stanie tego zrobić. Ogarniał ją niepokój, czy tego chciała, czy nie. Nie potrafiła się go pozbyć wtedy i nadal go czuła. Martwiła się o ich przyszłość, lękała się, że mogą stracić to, co udało im się stworzyć. Jak dotąd nie dali sobie powodu do zwątpienia, to był pierwszy raz kiedy zdarzyło się coś takiego. Nie do końca potrafiła sobie wyobrazić, że to może się powtórzyć, nie umiała pogodzić się z tym, że miałaby na niego czekać bezczynnie z herbatą, kiedy wykonywał swoje zlecenia, szczególnie, że nigdy o nich nie mówił. Wczoraj dotarło do niej, że były niebezpieczne, że mogło mu się przydarzyć coś naprawdę parszywego. Nie potrafiła tego znieść, nie była osobą, która siedziała na tyłku i czekała, to nie było w jej stylu. Szczególnie, że nawet nie wiedziała, gdzie powinna go szukać, gdyby zbyt długo nie wracał do domu, do niej. Powinny zacząć sobie mówić o tym wszystkim. Nie zmieniłoby to faktu, że się o siebie zamartwiali, ale przynajmniej wiedzieliby gdzie mogą siebie znaleźć, mieliby możliwość, aby zareagować. Nie chciała być dziewczyną, która dowiaduje się o tym z drugiej ręki, szeptaliby, że miał przed nią tajemnice, że nie wiedziała, co robi po pracy. Powinni być ze sobą szczerzy we wszystkim. Tego potrzebowała. - Tak, musimy do tego wrócić. - Tym razem nie zamierzała udawać, że problem nie istnieje. To się nie sprawdziło, musieli spróbować innej metody. Nie miała pojęcia, czy będzie lepsza, to się dopiero okaże, jednak wiedza mogła nieco zmienić ich podejście. Na pewno nie będzie to prostsze, bo wiązało się z mówieniem sobie wszystkiego, jednak był osobą z którą była skłonna się podzielić wszystkimi swoimi tajemnicami. Zależało jej na nim, jak na nikim innym, miała świadomość, że nie do końca może mu się spodobać to co usłyszy, ale musiał w końcu sobie uświadomić na co się pisał. Nie była prostym człowiekiem, jej życie nie należało do tych przewidywalnych, niosło ze sobą spore ryzyko, powinna mu to uzmysłowić. Miała pewność, że ta sytuacja się powtórzy, tylko nie wiedziała kiedy, czy za kilka miesięcy, czy lat. Urazy się zdarzały, ten dzisiejszy nie należał i tak do tych największych, musiał być na to gotowy. Nie zakładała bowiem, że porzuci całkowicie takie życie. Mogła nadal próbować ograniczać niebezpieczeństwo, ale kwestią czasu było to kiedy znowu jej się powinie noga. - Dobrze, tak chyba będzie lepiej. - Zgodziła się z nim. Wiedziała, że nie może tkwić w tej wannie w nieskończoność, chociaż aktualnie stała się jej azylem. Nie musiała spoglądać mu w oczy, wiedziała, że będzie musiała zrobić to prędzej, czy później i cholernie się bała, że zobaczy w nich rozczarowanie. Nie chciała go zobaczyć, ale wiedziała, że to nie był jej dzień i faktycznie dała dupy. Czuła się winna, że znalazła się w ich domu w takim stanie, że musiał się nią opiekować, nie chciała być jego problemem. Miała go wspierać, a nie dokładać mu trosk. Nie podobało jej się, że do tego doszło. Musiała jednak stawić czoła konsekwencjom. Tak przecież zachowują się dorośli ludzie. Powinni sobie wyjaśnić to wszystko, żeby móc ruszyć do przodu, a nie tkwić w miejscu. - Jeśli tak będzie lepiej, to może powinnam powoli zacząć stąd wychodzić. - Zasugerowała jeszcze. Akceptowała takie rozwiązanie, szczególnie, że pozbyła się już z siebie większości krwi i błota, może nie całej, ale było z nią już lepiej, niż kiedy się tutaj pojawiła. - Pomożesz mi z tym? - Zapytała niepewnie, nie chciała go o to prosić, może i sam wcześniej wspomniał o tym, że będzie w tym jej wsparciem, co nie zmieniało faktu, że źle się czuła z tym, że musiał się nią opiekować i jej pomagać w tych prostych czynnościach. Miała jednak świadomość, że w tej sytuacji przesadne udowadnianie samodzielności może się skończyć tylko dołożeniem sobie problemów. Jej stopa nie do końca z nią współpracowała, wolała nie ryzykować jeszcze większego urazu. |