![]() |
|
[12.08.1972] The fate's already fucked me sideways - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Anglia (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=6) +--- Dział: Little Hangleton (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=24) +---- Dział: Las Wisielców (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=32) +---- Wątek: [12.08.1972] The fate's already fucked me sideways (/showthread.php?tid=4056) |
[12.08.1972] The fate's already fucked me sideways - Lorraine Malfoy - 14.10.2024 Little Hangleton, Las Wisielców
Cichy trzask teleportacji przypominający łamanie kości poniósł się echem wśród drzew, płosząc strzeżące leśnego grobowca ptaki, których śpiew przywodził na myśl żałobne requiem. Lorraine puściła ramię Peregrinusa, zachwiawszy się lekko, nim postąpiła krok do przodu: wciąż czuła na twarzy pęd powietrza, a w uszach słyszała szum – jak zawsze, gdy teleportowała się na większe odległości niż była do tego przyzwyczajona – las przywitał ją jednak grobowym milczeniem, które zdawało się koić podrażnione zmysły, otulone nabożną ciszą. Wylądowali pośród drzew, na skraju niewielkiego zagajnika, przechodzącego powoli w gęstniejące, leśne poszycie. Na rozstajach, krzyżowały się ścieżki wydeptane przez mieszkańców Little Hangleton, a w oddali wciąż majaczył cmentarz, ale to Las Wisielców stanowił prawdziwą granicę między światem żywych i martwych. Lorraine wsparła lekko dłoń o masyw wiekowej brzozy. Tęsknie powiodła palcami po chropowatym pniu, witając się z drzewem jak z dawno niewidzianym przyjacielem: gest, który równie dobrze mogła przejąć od Mirandy – macocha wywodziła się przecież z rodu Greengrassów – jak i od Maeve, zakochanej we wszystkim, co wyrastało z ziemi. Popękana kora odsłaniała wszechwiedzące ślepia drzewa, łuszcząc się jak skóra na poparzeńcu. Kim jesteś, pytało tysiąc oczu brzozy, nienawykłej do widoku obcych – nigdy nie byli na tyle odważni, by zapuścić się w leśne ostępy, których przejmującej martwoty strzegła – co myślisz, pytały oczy Malfoy, kiedy posłała Trelawney'owi przelotne spojrzenie ponad ramieniem. To był już jeden z ich prywatnych żartów: to, że zawsze spotykali się w miejscach, które innym ludziom kojarzyły się ze śmiercią i z przemijaniem. Zaczęło się od głuchej szpitalnej poczekalni, gdzie oboje czuwali, dręczeni snami o pogrążonych w agonii matkach – potem było przypadkowe spotkanie w zakurzonym archiwum obok publicznego cmentarza – nie wiedzieć kiedy, Peregrinus został zaproszony na herbatę do Necronomiconu, stając się tam mile widzianym gościem. Dzisiaj również nawiedził jej progi, nie wydając się zbytnio zaskoczonym, gdy Lorraine zaproponowała, żeby wyrwali się z tchnącego zapachem kadzideł wnętrza zakładu pogrzebowego na mały spacer po lesie. Tak jakby o przyszłości mogli rozmawiać tylko otoczeni reliktami przeszłości. Las Wisielców należał do przeszłości. Wraz z rodziną przeprowadziła się do Little Hangleton niedługo po tym jak zlicytowano ich dom pod Londynem. Mieszkali nieopodal, na obrzeżach miasteczka: o ile było Lorraine wiadomo, ojciec wciąż nie pozbył się tej rozwalającej się chatki, której tak nienawidził – tylko nienawiść powstrzymuje ją przed zawaleniem, powiedziała Baldwinowi, kiedy odważyła się tam z nim wejść, pierwszy raz od czasu śmierci Mirandy – ale tak jak Armand Malfoy nienawidził Little Hangleton, tak Lorraine nie potrafiła wyrzucić tego miejsca ze swojego serca, nie potrafiła o nim zapomnieć, choć czasem bardzo tego chciała. Poprawiła uchwyt na niewielkim wiklinowym koszyku, który przezornie zabrała ze sobą. Niegdyś przychodziła tutaj codziennie, w tym miejscu rosły bowiem zioła, których nie można było spotkać nigdzie indziej: na początku nie zapuszczała się daleko, ale dziecięca ciekawość okazała się silniejsza od strachu. Bardzo szybko zrozumiała, że nie ma powodu, by bać się umarłych. Zwłaszcza takich, którym nie towarzyszył odór rozkładu, tylko rozpaczy. Przenikliwe spojrzenie oczu wiły złagodniało, gdy skupiła wzrok na twarzy mężczyzny, w milczeniu oczekując na werdykt. Jeżeli Peregrinus Trelawney nawiedzał jej życie jak omen, Lorraine Malfoy nawiedziała jego jak duch. Oboje byli smutnymi ludźmi – jasnowidz o apokaliptycznym wejrzeniu i odziana w biel córka zjawy – oboje byli też samotni, i ze swoją samotnością pogodzeni: może dlatego nie szukali pomocy egzorcysty, pomyślała Lorraine, może dlatego godzili się z byciem nawiedzanym – odnajdywali w tym swego rodzaju urok, tak jak w dusznej aurze nawiedzonego lasu. – Miejsce, gdzie możesz być sam, ale nigdy nie będziesz prawdziwie samotny. – Nie z tymi trupami dookoła, pomyślała Lorraine, omiatając spojrzeniem obrzeże Lasu Wisielców, który otwierał się przed nimi jak wieko trumny, zapraszając w swe podwoje: ścieżkę wytyczały trupy. Miejsce, gdzie można być wysłuchanym, a niekoniecznie usłyszanym, dodała już w myślach. Nie musiała mieć trzeciego oka, by widzieć, że Peregrinus chce się z nią podzielić jakąś historią – dobrą historię – a dobre historie zasługiwały na bycie wysłuchanymi. Nawet jeżeli słuchaczami miały być kości, dawno już ogryzione z ochłapów życia szkielety kołyszące się smętnie na konarach drzew pozbawionych duszy. – Czy mówię wystarczająco zagadkowo jak dla jasnowidza? – rzuciła lekkim tonem, odwróciwszy się plecami do Peregrina, aby ukryć przekorny uśmiech, który rozświetlił na chwilę jej twarz. RE: [12.08.1972] The fate's already fucked me sideways - Peregrinus Trelawney - 04.12.2024 Nie ma powodu, by bać się umarłych. Peregrinus nigdy w to nie wierzył i gdyby Lorraine wypowiedziała te słowa na głos, zaśmiałby się gorzko. Nie dalej niż dwa dni temu umarli szli wprost na niego przez las kipiący magią, a w rękach nieśli obietnicę przemienienia go na swój obraz. Nawet teraz, dwa dni i cztery uparte mycia włosów później, Trelawney miał wrażenie, że czuje smród dopalającego się trupa między swoimi lokami, że opada on od czasu do czasu na jego twarz wraz z niesfornym kosmykiem. Wspomnienia tamtego dnia były w jego pamięci jaskrawą plamą surrealistycznego snu. Magia zamieszała w jego umyśle, własnym zaklęciem urwał głowę nieumarłego, miał zasięgu ręki kryształ pełen ludzkich dusz. A wieczorem układali z Millie trójwymiarowe puzzle, rano wrócił zaś do odpisywania na listy wysyłane do Vakela Dolohova. Jego świat nie zmienił się ani trochę, mimo że na tamten jeden dzień kompletnie wypadł z torów. Jedyną konsekwencją były otarcia na ramieniu czarodzieja, z których wciąż się sączyło, gdy pękały strupy, oraz potłuczone żebra utrudniające i tak już trudne zasypianie. Nie przyniósł stamtąd niczego więcej. Wzdrygnął się ledwo zauważalnie, gdy Lorraine go puściła; odprowadził zjawę wzrokiem ku brzozie, o którą się wsparła. Jego spojrzenie zdawało się zapadać w niej jak w słodkim trzęsawisku z obrzydliwego lukru. Wprowadzała go w dziwny nastrój, wartki strumień jego myśli zamieniała w ospałą rzekę srebrzystego miodu, z którego ciężko było cokolwiek odłowić. Gdy spędzał z nią zbyt dużo czasu, zaczynał czuć się jak dzieciak posadzony przed workiem cukierków. Smakował wciąż i wciąż jej obecność, mimo że czuł się pełen i miał dość. Słodycz zapychała zmysły, nie dopuszczała niczego innego. Oblepiała przełyk i zęby, od pewnego momentu myślał tylko o tym, aby się jej pozbyć, a jednak nie przestawał. Lorraine przyprawiała go o dławiące nudności, ale raz na jakiś czas… była dokładnie tym, czego potrzebował. Na zawsze miała już pozostać w jego percepcji duchem dni surrealistycznych. Wydawała się zawsze równie nieprawdziwa, jak tamte pierwsze dni, w których się poznali. Widział ją nieustannie na szpitalnych korytarzach, gdy jego rzeczywistość przechodziła gwałtowne transformacje, tracąc swój znajomy, bezpieczny kształt. Tam, gdzie pożegnał stary świat, a gdzie nowy nie zdążył się jeszcze uformować, tam zapisała się Lorraine. Na styku dwóch jego światów, nienależąca ani do jednego, ani do drugiego. Nienależąca w ogóle do jego życia, a jednak w nim obecna, w najdziwaczniejszych punktach jego historii. To, co przeżył dwa dni temu, było jednym z tych dziwacznych punktów. Przetrawienie tego wołało o obecność jego ducha odrealnienia. Nie mogła to być Millie Moody, o czym przekonał się zeszłego wieczora. Moody również miała w sobie pozaracjonalny pierwiastek, ale ciągnął się za nią zbyt duży ciężar emocjonalny, który przesłaniał pełen obraz. Lorraine była odpowiednia dlatego, że w gruncie rzeczy go nic nie obchodziła, a i jej nie obchodził on. Mówili tymi samymi językami, łączyło ich grzecznościowe współczucie, spojrzenia ukazujące zrozumienie i grobowa melancholia. Nie byli sobie nic winni. Wiedział, że wszystko, co tego ranka powie, gładko spłynie po jej śliskich włosach i wiotkich ramionach, zostanie wchłonięte przez wygłodniałą ziemię lasu wisielców. — Mówisz jak ktoś, kto spędza dużo czasu wśród zmarłych — odparł niezrażony jej przewrotnością. Ugiął się pod hipnotyzującym spojrzeniem wiły, jeszcze nim ta się od niego odwróciła. Jego oczy uciekły na drzewa o złowrogo powyginanych gałęziach. Las wisielców mógł roztaczać wokół siebie aurę mogiły i grozy, lecz Peregrin nie czuł się tu źle. Ten las — w przeciwieństwie do lasu, który wróż ujrzał w Limbo — należał do ludzi. Ich ziemskie ciała nawoziły te ziemie, w korony drzew zaplątane były wspomnienia ich ziemskich żyć. Las należał do martwych, ale nie był martwy. Śmierć ich tutaj wizytowała, w limbo to Peregrinus wizytował Śmierć. — Poza tym masz co do niego rację — kontynuował urwany wątek, wciąż unikając spoglądania na nią, skupiony na własnych myślach. — Kilka dni temu odwiedziłem las, w którym byłem prawdziwie samotny. Ziemia była jałowa, natura zmumifikowana. Byłem samotny, ale nie byłem tam sam. Nie sądziłem, że to możliwe we dwoje śnić na jawie zaświaty. Nigdy mi się nie przytrafiło coś podobnego. RE: [12.08.1972] The fate's already fucked me sideways - Lorraine Malfoy - 05.05.2025 Widział przyszłość – studiował ją równie pilnie, co przeszłość, którą Lorraine grzebała sześć stóp pod ziemią, nie potrafiąc pozbyć się jednak brudu wspomnień zza paznokci. Widział przyszłość, w sposób, w jaki nie mogła jej zobaczyć półwila, choć tęsknie zwracała ku niej twarz, zawsze obsesyjnie skupiając się na tym, co będzie, co ma być, i co powinno być. Widział to trzecim okiem jasnowidza, rozdartym między czasami. Widział przyszłość i potrafił z tym żyć. Niewiele rzeczy napawało Lorraine taką nadzieją jak to, że Peregrinus potrafił z tym żyć. Z przyszłością, którą przepowiadał. Z przeszłością, którą dźwigał. To, co ich połączyło, było dziwaczne, bo w świecie, w którym wszyscy zamartwiali się o "jutro", myślami bedąc jeszcze we "wczoraj", oni spotykali się w nieobarczonym intencją zawłaszczenia "teraz". W świecie opartym na pragnieniu, dominacji, potrzebie, gdzie mężczyźni pożądali intymnej cielesności wil, a kobiety poszukiwały duchowego przewodnictwa jasnowidzów – w świecie, w którym każda relacja nosiła znamiona transakcyjności, a wręcz wykorzystania – Lorraine niczego od Peregrinusa nie chciała, a on nie chciał niczego od niej. To, co ich połączyło, było dziwaczne, bo nie można było nazwać tego wzajemnością, a jednak czasem szukali się nawzajem, aby pobyć nie obok siebie, lecz razem: nie oczekując od siebie więcej, niż byli gotowi sobie dać w cichej przestrzeni prostego współistnienia. "Mówisz jak ktoś, kto spędza dużo czasu wśród zmarłych." Lorraine spuściła skromnie oczy, jak gdyby w słowach Peregrina usłyszała słodycz komplementu. Wiesz, że tak jest, mówił jej uśmiech. Ale spędzam też dużo czasu w twoim towarzystwie, a ty jesteś boleśnie żywy. Jasnowidzowie byli pośród czarodziejów bogami – pijani złotym ichorem przeznaczenia, sączyli transcendecję z kielichów, które wręczył im los. Profecje spływały z ich ust miękko jak żywica, która sączyła się spod uszkodzonej kory, zlepiając palce Lorraine. Wyciągnęła dłoń, opuszkami palców musnąwszy jej chropowatą powierzchnię: dotykała układających się w oczy sęków na pniu brzozy z taką samą czułością, z jak dotykałaby jego umysłu. Była przecież legilimentką – legilimentką, która legilimencji nie traktowała jako narzędzia opresji, lecz jako instrument służący poznaniu. Głęboko wierzyła, że drugiego człowieka można poznać tylko poznawszy jego umysł, zaś powiedzieć, że umysł Peregrinusa Trelawneya ją fascynował, byłoby niedopowiedzeniem. Gdyby kiedykolwiek dane było jej wychylić jego kielich, gdyby dane jej było skosztować, wiedziała, że wystarczyłby tylko łyk, aby zachłysnąć się boskością. Upiłaby się nim. Upiłaby się Peregrinusem Trelawneyem, a potem całe życie spędziłaby na rozpamiętywaniu, jak smakował na jej języku ten najprzedniejszy z trunków. Zakorkować jedno jego wspomnienie, wydestylować jedną chwilę, w której mieszałyby się ze sobą przeszłość, teraźniejszość i przyszłość... Nie, to byłoby zbyt wiele. Lorraine potrafiła docenić bukiet wina podnosząc kielich do ust, ale pozostawała abstynentką: nie każdy mistyk godzien był doświadczyć ekstazy, nie każdemu wyznawcy dane było przeżyć Eutierrię. Naruszyć świętość umysłu proroka byłoby świętokradztwem, dlatego jedynym aktem profanacji, na jaki pozwalała sobie w jego obecności, było spojrzenie. Teraz jednak odwróciła wzrok. – Tego lata widziałam twarz bogini, twarz, która do tej pory nawiedza mnie w snach. – Niewielu o tym opowiadała, bo i niewielu chciało słuchać. – "Jestem sama, ale nigdy samotna", powiedziała, a ja nigdy nie czułam się bardziej zdradzona. – Lorraine zacisnęła mocniej palce na wiklinowym koszyku. Jeżeli bogowie nie wiedzą, czym jest samotność, jeżeli nigdy jej nie zaznali, pomyślała, jak mogą nazywać się bogami? – Winniśmy przecież być stworzeni na obraz i podobieństwo bogów, a samotność jest nieodłączną częścią ludzkiej egzystencji – nie boskiej. Uniosła lekko szeleszczące suknie, aby nie zaczepić o wystające z ziemi sękate korzenie. Las zaczynał gęstnieć. Potężnieć. Nie byli już na jego obrzeżach, zawędrowali dalej, do miejsca, gdzie cichł śpiew ptaków, a rozbrzmiewał śpiew drzew: skrzypienie starych konarów, grzechotanie zwieszających się z nich kości, gregoriański chorał gałęzi, które splatały się wysoko ponad ich głowami, tworząc sklepienie jak w gotyckiej katedrze, posępne, żywe, nabrzmiałe szeptem liści, które znały więcej tajemnic, niż gotowe były zdradzić. Drzewa śpiewały w języku znanym tylko tym, którzy potrafili słuchać. To był język samobójców, język ludzi samotnych i skrzywdzonych. Język liny napinającej się pod ciężarem winy. Język kości ocierającej się o kość. Tutaj zaczynała się droga, wijącą się wciąż w głąb i w głąb, droga, której wyuczyła się na pamięć jeszcze jako dziecko. Pamiętała ją tak samo dobrze jak pamiętała imiona nadane w dzieciństwie wisielcom zdobiącym drzewa – powtarzała te imiona niczym litanię, klucząc między drzewami, dopóki nie przestała bać się trupiego szpaleru. Nie było powodu, by bać się umarłych: to umarli bali się, że zostaną zapomnieni. Ale Lorraine nie zapomniała. Lorraine pamiętała. A las, wdzięczny jej za pamięć, otwierał przed nią ścieżkę, miękko, bezszelestnie, z cichym westchnieniem, jak gdyby rozpoznawał jej kroki. Tutaj droga już nie prowadziła, lecz wciągała: wciągała w głąb, coraz niżej, coraz dalej, aż w końcu nawet niebo znikało za gęstwiną liści. – Czujesz się tu samotny ze mną? – spytała nagle Lorraine, nie podnosząc jednak oczu znad ścieżki, jak gdyby samo spojrzenie na Peregrinusa miało na nią sprowadzić gniew bogów. – Tak jak w tamtym lesie? W lesie z zaświatów? RE: [12.08.1972] The fate's already fucked me sideways - Peregrinus Trelawney - 29.06.2025 Byli wśród jasnowidzów ci, którzy wygłaszali proroctwa złotymi ustami pomazanymi przez bogów. Oto podniosłość greckich wyroczni odrodzona w czarodziejach dwudziestego wieku — łącznicy z siłą wyższą, wybrańcy, wieszcze natchnieni. Nie zaliczał się do nich Peregrinus Trelawney. On swoje przepowiednie wypowiadał niemrawym ruchem niemych warg, spisywał je metodycznie niczym obcą obserwację pochodzącą z zewnątrz, nie transcedentną wiedzę przepływającą przez niego zrządzeniem boskiej ręki. Był badaczem z dodatkowym zmysłem, nie nowym wcieleniem boga. Poddawał przepowiednie wiwisekcji z precyzją i skupieniem chirurga zamiast interpretować je z melodyjną nostalgią poety. Próbował porozdzielać te delikatne, ulotne elementy proroctw, obejrzeć je pod mikroskopem, opisać, skategoryzować. W chłodnym, bezlitosnym zapamiętaniu starał się zerwać z tarota jego metaforykę, marzył o wyrzeźbieniu uniwersalnych form na omeny. Chciał dobrać się do Departamentu Tajemnic, aby jego zbiory poddać metaanalizom. Widzenia sprawdzał z tarotem, tarota z gwiazdami — jaka jest wartość eksperymentu, gdy wynik nie jest replikowalny? Peregrinus nie chciał patetyzmu boskości, upojnego śpiewu mądrości pytyjskiej. Nie, on był nowym Galileuszem, spadkobiercą Kartezjusza. Gdy prorokował, nie szukał w sobie boskiego pierwiastka, lecz kolejnych zmiennych do równania opisującego uniwersum, drogi do pokonania nieoznaczoności. Spełnieniem byłoby mu opracowanie kompletnej historii czasów, urzeczywistnienie w swojej osobie demona Laplace’a. W świecie, do którego demitologizacji Peregrinus tak chorobliwie dążył, urzekał go mit Lorraine Malfoy. Nie chciał sobie tej kobiety wytłumaczyć, nigdy nie odważyłby się jej poszatkować i pooglądać, z jakich atomów składa się wila. Napisać formułę zdolną zamknąć istotę Lorraine znaczyłoby tyle, co znieważyć ją. Gdyby zaczął przewidywać jej kroki, opisywać koleje jej losu i intencję za nimi, pozbawiłby ją tego migoczącego nibu tajemnicy. A była to jedna z niewielu tajemnic, które go czarowały, nie budząc obsesji poznania. Tyle rzeczy już straciło dla niego magię, gdy zajrzał pod zasłonę i zobaczył, jak działają, że zetknięcie z ulotną Lorraine działało na niego zawsze odświeżająco. Nie powinna ona nigdy otrzymać definicji. Oboje pozostawiali toteż siebie nawzajem w spokoju. Czerpali prostą przyjemność z biernego trwania obok siebie, nie ważąc się na ingerencję jednego w drugie. — Stworzeni na obraz bogów — powtórzył za nią czarodziej w tonie lekkim co prawda i wskazującym na jego niezbyt wielkie zaangażowanie w religię, lecz w żadnym razie nie kpiącym. — Spotkania z bogami opisują jako wielkie złączenie. Dusze wzlatujące ku słońcu, które zatopione w jego świetle same stają się światłem, kropla włączona do oceanu boga. A ty z tego złączenia z boginią wynosisz pretensję. I jakże to ludzkie. Pomyślałaś, że bogini mogła okazać i inne ludzkie ułomności? Jak kłamstwo? — Być może zakrawało to na bluźnierstwo, nazywać Boginię Matkę kłamczuchą, lecz w zuchwalsze już sposoby zdarzało się Trelawneyowi podważać jej autorytet całokształtem swoich prac. — Jeśli wierzyć, że to bogini była pierwszą przyczyną, początkiem świata, musiał też istnieć i moment, gdy była samą i samotną. Samotność nie przechodzi łatwo przez gardło. — Bawił się tak chwilę ideą, lecz nie przywiązał do niej nadto. Oddał ją Lorraine, aby zrobiła z nią, co tylko zechce. Kosmogonia teologiczna nigdy nie znajdowała się bowiem w zakresie jego zainteresowań. Głęboko wierzył, że jeśli istnieje Bóstwo, jakiś demirug, który był wprawił wszechświat w ruch, nie wtrącał się on w raz ustalone prawa przyrody. Peregrinus zaś, jako badacz owych praw, rewanżował się bogu — kimkolwiek by on nie był — nie wtrącając się do dziedzin jego. Źródeł wszelkich anomalii poszukiwał w tym, co magiczne, nie boskie. Trudno było mu wyobrazić sobie wdzięczniejszą od Lorraine przewodniczkę po Lesie Wisielców. Gdy wyznaczała im obojgu drogę przez zdrewniałe cmentarzysko i obserwował ją mijającą podwieszone trupy niczym starych znajomych, chciałby potrafić się oburzyć. Przekląć ją za to, że nie szukała życia, tylko marnotrawiła je w śmierci. On sam urodził się, rezonując z upiorną wibracją Limbo. Długie lata opierał się tym wewnętrznym drganiom. Gonił życie, podróżując przez kolejne słoneczne destynacje, w których czekały go kolejne studia, odkrycia, idee — wszystkie je zbierał w sobie, starając się tą wieczną, nieśmiertelną esencją czasów minionych i przyszłych stłamsić głuchą melodię zaświatów, która odbijała się w nim echem. Ale ona nie milkła i wystarczyło, że na moment zatrzymał się, aby go wchłonęła. Chciał oceniać Lorraine za ten pociąg do śmierci, lecz czyż mógł czuć się w prawie, gdy sam mu uległ, a Las Wisielców zdawał mu się czymś znajomym, drgającym tą samą martwą częstotliwością, którą od zawsze czuł z tyłu głowy? Nie odpowiedział jej od razu na pytania. Chwilę rozważał Lorraine w ciszy, jednej z tych łagodnych, wyzbytych niezręczności. Mógł przy niej być sam ze swoimi myślami. W tym znalazł odpowiedź. — Jesteś wierząca, więc pozwól, że opowiem ci to w ten sposób — zaczął w końcu, ważąc każde słowo. — Czasem gdy się spotykamy, zastanawiam się, czy aby nie ślę słów do ciebie w pustkę. Jak gdy modlisz się i wątpisz, czy to ona słyszy cię, czy to cały wszechświat słucha i porywa litanie, zanim do niej dotrą. Lecz w tych momentach, gdy już poczuję twoją obecność… kropla włączona do twojego oceanu? Trudno wtedy uwierzyć, że nasze obecności nie były kiedyś jedną. — Spojrzał na nią, aby na własne oczy obejrzeć tę obecność ewidentną, choć nieuchwytną. Spacerującą z nim po lesie białogłową ikonę Bogini z kowenowej kaplicy. Bliską reprezentację czegoś, co pozostawało daleko nieuchwytne. Pojawiającą się niespodziewanie wśród najgłębszych zakamarków jego duszy. — Nie muszę chyba jednak ci przypominać: ja nie wierzę. — Przełamał moment tą uwagą i uśmiechem, niby to usuwając wszystko, co wcześniej powiedział. Chwilę później znów wzrok osadził na ścieżce wiodącej kręto przez ziemskie Limbo. RE: [12.08.1972] The fate's already fucked me sideways - Lorraine Malfoy - 16.11.2025 – Usłyszeć wyznanie wiary z ust niewierzącego – powiedziała w końcu Lorraine, jej głos drżący pod usilnie tłumionym wzruszeniem. Wyglądała na przejętą słowami, jakie padły z ust Peregrinusa. A potem nagle się zaśmiała. Coś niezwykle radosnego było w tym śmiechu, niewłaściwym być może w miejscu, w którym śmierć poniosło tak wielu. Śmiechu pełnym niedowierzania, jak gdyby Lorraine odkrywała coś... Coś zupełnie dla niej nowego. – O jakie lepsze potwierdzenie wiary możnaby prosić? Uczono mnie jak się modlić, od lat przyzywam zresztą Matkę po imieniu. Przyzywałam ją ku sobie częściej niż rodzoną matkę. Jeżeli ty nie wierzysz, ja muszę zatem wierzyć tym silniej. Właśnie dlatego, że nie umiem mówić o wierze tak pięknie, jak robisz to ty. Nie, ja... – odetchnęła głęboko, poważniejąc nagle. "Pomyślałaś, że bogini mogła okazać i inne ludzkie ułomności? Jak kłamstwo?" – Nie pomyślałam o tym. Nie było w tym wyznaniu wstydu. Jedynie głęboka zaduma, zastanowienie nad tym, co właśnie powiedział Peregrinus, stawiając wyzwanie jej światopoglądowi. Odkrywając przed nią nową ścieżkę, którą mogły podążyć jej myśli, tak jak ona odkrywała przed nim ścieżki Lasu Wisielców. Nie uśmiechała się, skupienie wymalowane było na jej twarzy, nie dbała bowiem o to, aby kontrolować przy jasnowidzu swą mimikę. Czasem jej milczenie było przecież największym komplementem, jaki można było dostać. Lorraine składała się bowiem z opowieści, które poustawiane jedna na drugiej, tworzyły coś na kształt osobistej mitologii. Muru, odgradzającego ją od reszty świata. Gdy brakowało jej słów, wtedy dopiero widziało się prawdziwą Lorraine. Tę, która żyła we własnej głowie, w niewypowiedzianym: ale teraz będę o tym myśleć. Potrzebowała po prostu czasu. Czasu, żeby ubrać w słowa pytania, które powoli formowały się w jej umyśle. Niesłychany szacunek żywiła wobec Peregrinusa, który potrafił tłumaczyć, aż zrozumie. Czekać, póki nie pojmie. Wdzięczność, ale i ulga musiały się malować na jej twarzy, gdy przerwała zaległe między nimi milczenie. – Zacząłeś mi opowiadać o lesie z zaświatów. Nie wiem, jak wyglądają zaświaty, które widzicie wy, Trelawneyowie. Wiem jednak, jak to jest, śnić na jawie. Gdy opowiadam o sobie... Trudno mi czasem odróżnić sny od wspomnień. Może dlatego, że w dzieciństwie zbyt często opowiadałam sobie bajki, zamiast zasnąć. Stało się to poniekąd moją drugą naturą. Opowiadałam sobie bajki, aby przetrwać. Najpierw nocami, a potem dniami. A potem dnie stawały się nocami, a noce dniami. A choć rzeczywistość daleka była bajkom, wierzyłam, że bajki mogą stać się rzeczywistością. Bo tak jak wspomnienia ulegają wypaczeniu... – Przez twarz Lorraine przebiegł cień, jak zawsze wtedy, gdy myślała o Mirandzie. – ...Tak opowieści są wieczne. Opowiadane wciąż na nowo i nowo, mogą zmieniać bieg historii. Więc snułam swe opowieści, licząc, że przetrwają dłużej niż trwa pamięć. Przeróżne były to opowieści... – Nawet teraz snuła taką w głowie, chcąc unieśmietelnić trwającą chwilę. Była sobie kiedyś księżniczka, która mieszkała samotnie w jadeitowym pałacyku otoczonym nefrytowym ogrodem. Był też kiedyś samotny książę z kryształowymi oczami, świecącymi tak jasno, jak gwiazdy na firmamencie. Jak to w bajkach bywa, oboje żyli w tym samym "kiedyś". Więc kiedy samotność stawała się nieznośną, książę nawiedzał księżniczkę. Kroczył tak, jak mu pokazała. Wyłożoną szmaragdami ścieżką, na której końcu czekała księżniczka. A potem kroczyli już razem w stronę pałacu, a drzewa wokół szumiały, gdy stęskniona, zaczynała snuć swą opowieść. – O księżniczkach i o książętach. O rycerzach. O damach. O smokach. A na początku tych opowieści... – westchnęła nagle. – Na początku zawsze był król. Jej serce ominęło jedno uderzenie, gdy podniosła wreszcie wzrok na przyjaciela. – Oto początek tej opowieści, Peregrinusie. Początek ścieżki – wyszeptała Lorraine, zatrzymując się przed drzewem, z którego konaru zwieszał się wiekowy szkielet z popękaną czaszką. Wisielczy powróz puścił, więc trup częściowo leżał na ziemi, złożywszy na niej na głowę ze złamanym karkiem, częściowo zaś wciąż wisiał w powietrzu, z nogami w górze, niby Wisielec z tarota. – Poznaj, proszę, króla Ryszarda II. Ujęła delikatnie dłoń jasnowidza, uśmiechając się do niego leciutko. A potem dygnęła z dworską galanterią przed zwieszającym się z gałęzi kościotrupem, subtelnie zachęcając Peregrinusa, aby zrobił to samo, podążając za jej przykładem. Bo przecież stali przed obliczem króla. A ona już jako mała dziewczynka wiedziała, że królowi należy oddać pokłon. – Leży niemal na ziemi, nazwałam go więc na cześć szekspirowskiego króla. Tego, który prosił... "Nie mówmy o nadziei. Mówmy o trumnach – o robakach – o nagrobkach!" – wyrecytowała cicho. – "Niech pył nam będzie papierem, a łzami piszmy na łonie ziemi smutne dzieje. I cóż z nas każdy przekazem dać może, prócz ciała swego, nędznego, mogile?". – Lorraine pokręciła głową, uśmiechając się wciąż lekko, jak gdyby sama była rozbawiona patosem, który bił z cytatu zapożyczonego ze sztuki o królu Ryszardzie. – "Więc, przez Boga, siądźmy, panowie, na ziemi, i królewskich śmierci prawmy smutne dzieje." – Pamiętała też ciąg dalszy. Recytowała go raz po raz, z religijną czcią niemal, za każdym razem, gdy wchodziła do Lasu Wisielców. "Prawmy o tym, jak jedni z tronów swych byli strąceni, inni polegli w boju, inni znowu straszeni byli przez tych królów duchy, których strącili. Tych otruły żony, tamtych zabito we śnie, ale wszyscy zamordowani... Bo w korony wnętrzu – która śmiertelną królów skroń otacza – śmierć dwór swój chowa." A król znów miał koronę. Kwitnące pnącze, które wspięło się po pniu drzewa, aby opleść z czasem szczątki wisielca, pokryło bowiem nagą czaszkę kwieciem. Zamiast misternego wykuszu były więc gałązki, splecione ze sobą zdrewniałymi łodyżkami. Zamiast klejnotów koronnych, które obsadzano w oprawie szlachetnych metali, były kwiaty. Te niemal przekwitłe, i te jeszcze zwinięte w pączki. – Przychodziłam tu jako mała dziewczynka, kiedy czułam się samotna. Przychodziłam, i opowiadałam mu o tym, co mnie trapi. Bo przecież dobry król powinien umieć słuchać swych poddanych... A ja bardzo potrzebowałam wysłuchania. Powierzyła jego pieczy wiele swych trosk. Trosk małych i dużych. Tych do bólu dziecinnych, ale i tych przerażająco dorosłych. Poniekąd uczyniła to miejsce swoją domeną, swym królestwem. Pałacem pamięci, którego posadami nie mogło wstrząsnąć nic, nawet śmierć. Śmierć nie była bowiem czymś złym. Uświadomiła to sobie bardzo wcześnie, widząc, że umierający stają się w końcu jednością z naturą. Ciała toczyły robaki, dzikie zwierzęta wyżerały wnętrzności, bielejące kości pochłaniała ziemia. Nie zbliżała się do świeżych trupów, które zajmowały padlinożerców, ale modliła się za nie, bo przecież za zmarłych trzeba się modlić. Wiele modlitw tu zostawiła, wiele wspomnień. Ukrywała pośród drzew uszkodzone przez legilimencję wspomnienia, wierząc, że w ten sposób nikt nie zdoła jej odebrać pamięci. Aby sobie przypomnieć, wystarczyło przejść ścieżką, wzdłuż której leżały pochowane trupy. Wystarczyło wejść do jej pałacu, jej mauzoleum. Wpuszczała do niego Peregrinusa powoli, pozwalając przyzwyczaić stopy do wytartego dywanu z leśnego runa, oczy do pogrążonego w ciemności sklepienia utworzonego z koron drzew. Przepraszam, że tyle tu cierni, tyle ostrych kamieni na ścieżce, mówiło jej spojrzenie. Pozwoliła mu się w nim rozgościć, aby czuł się wygodnie. Nie kroczyli bowiem wyłącznie ścieżkami lasu. Kroczyli ścieżkami umysłu Lorraine, ścieżkami wspomnień, a te, choć były często krętymi, nie stanowiły zagrożenia dla wędrujących, którzy stąpali tak ostrożnie, jak stąpał Peregrinus. Jakaż groza mogłaby bowiem czyhać na niego w umyśle dziewczynki, która nawet zapomniane przez bogów i ludzi trupy próbowała uczynić swymi... Przyjaciółmi. – Zdaje mi się, że i ty potrzebujesz być wysłuchanym. Więc... Opowiedz. Umarli już nie osądzają. – Lorraine odwzajemniła uśmiech wyszczerzonej czaszki króla, zanim pokazała Peregrinowi, w którą stronę powinni udać się dalej. – Ale tylko żywi umieją pocieszyć naprawdę. Nie, dzisiaj żadne z nich nie musiało być samotne. |