![]() |
|
[19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine (/showthread.php?tid=4092) Strony:
1
2
|
[19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 22.10.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I To nie była lekka noc. Zdecydowanie należała do jednych z trudniejszych. Wizyta Giovanniego wzbudziła w niej wiele emocji. Nie chodziło tylko o informacje, jakie jej przekazał, ale było jej dane poznać również jego kolejną wersję, małą dziewczynkę. Jej przyjaciel nie miewał się najlepiej, nie miała pojęcia, czym było spowodowane to, że akurat przy niej obudziła się jego kolejna osobowoś, ćo której istnieniu nie wiedziała. To było wiele, zbyt wiele jak na jeden wieczór. Mimo zmęcznia po tym, co się wydarzyło nie spała przez to praktycznie do rana. Nie mogła pozbyć się z głowy napływu nie do końca wygodnych myśli. Najgorsze w tym wszystkim było to, że Ambroisa nie było przy niej, miał dyżur, więc nie mogła podzielić się z nim tym, co ją gryzło. Podejrzewała, że dotarły do niego wieści o tym, co zrobił Riddle. Na pewno w Mungu nie obeszło się to bez echa. Plotki docierały tam szybko. Musiał wiedzieć o tym, co się wczoraj wydarzyło. Yaxleyówna myślała nawet o tym, że napięcie, które dało się zauważyć w ich świecie mogło doprowadzić do czegoś takiego. Najstroje od kilku lat nie były najlepsze, w końcu pojawił się ktoś, kto zamierzał to wykorzystać. Wiedziała z czym się to wiąże, społeczeństwo zacznie się dzielić jeszcze bardziej. Będą musieli wybierać strony, prędzej, czy później. Nie do końca widziała siebie w świecie w którym trwała wojna. Nie chciała wybierać. Jej życie wydawało się być niemalże idealne. Tworzyli z Greengrassem nie najgorszą parę, prowadzili dosyć aktywne życie, każdy miał swoje zajęcia, nie do końca legalne, ale znaleźli sposób, aby jakoś dostosować to do wspólnej egzystencji. Nie sądziła, że ten względny spokój może zostać zachwiany. Trochę ją to przerażało. Jasne, bez problemu odnajdywali się w nowych sytuacjach, których los im nie szczędził, tyle, że teraz mogli zostać wplątani w coś większego, w czym nie do końca potrafiła odnaleźć swoje miejsce. Nie umiałaby wybrać strony. Wiedziała, że źle by to wyglądało, gdyby czystokrwiści chętni przejęcia władzy poprosiliby ją o pomoc, a ona by jej im nie udzieliła, jeszcze gorzej, gdyby zdecydowała się zacząć pomagać tym drugim. Decyzje, które mieli niedługo podjąć mogły mieć wpływ na całe ich życie. Nie chciała o tym decydowac teraz, chciała po prostu żyć, egzystować jakoś pośród tego wszystkiego. Nie sądziła jednak, że na dłuższą metę będzie to możliwe. Czuła niepokój. Siedziała na parapecie w kuchni i wyglądała przez okno czekając, aż wróci do domu. Zazwyczaj, gdy miał dyżury w Mungu nie martwiła się o niego, tym razem było inaczej. Wszystko się zmieniło. Kto wiedział, czy jego znajomi z Nokturnu nie pomyślą o tym, aby zmusić go do zaangażowania się w coś, w co wcale nie chciała, żeby się angażował. Paliła fajkę i piła czarną brązową kawę, nie wyglądała najlepiej, zdecydowanie można było dostrzec na jej twarzy zmęcznie. RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.10.2024 Londyn wrzał. Ulice wrzały. Kawiarnie wrzały. Bary wrzały. Mung wrzał. Wszędzie wrzało. Wszędzie, gdzie się nie obejrzał. Nie dało się tego nie dostrzec. Nie można było nie usłyszeć o tym, co się stało. Fala poszła. Przetoczyła się przez magiczne społeczeństwo, ale to wcale nie oznaczało, że wszystko było już za nimi. Wręcz przeciwnie. To był pierwszy wstrząs. Mocne zakołysanie na coraz bardziej niespokojnych wodach. Teraz czekali na tsunami następstw. Mogli się po nim nie pozbierać. Tak przynajmniej szeptali ludzie dookoła, szykując się na najgorsze... ...podczas gdy inni wznosili toasty, oczekując lepszego. Właściwszej hierarchii społecznej, powrotu dobrych czasów, naprawy spaczonego społeczeństwa. Tego kontrastu również nie dało się nie zauważyć. Wraz z pierwszym chaosem po przemówieniu, szpital szybko zaczął wypełniać się powiązanymi z tym przypadkami. Niektórzy doznawali ataków paniki, skoków ciśnienia, zawałów serca. Inni tracili przytomność z nerwów, robiąc sobie krzywdę podczas upadku. Gdzieś na oddziale niżej mieli paru skoczków, którym nie udało się skutecznie zakończyć własnego życia. Urazy pozaklęciowe, pobicia i bijatyki, ostre przedmioty powbijane w członki, urazy tłuczone, szarpane, kłute. Cholernie, naprawdę absurdalnie dużo zatruć - celowych, przypadkowych, będących próbą samobójczą lub odebrania komuś życia. Ludzi ogarnęło szaleństwo. Nie dało się tego powstrzymać. Przez cały dyżur usiłował walczyć z pierwszym pokłosiem wydarzeń, na sam koniec mając wrażenie, że zaraz zwali się na kawałek podłogi w zabiegówce i nie wstanie stamtąd przez następne godziny. Był wyczerpany do granic możliwości. Zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Mentalnie było z nim tak źle jak pod kątem kondycji, której niemalże już nie miał. W ostatnich porywach sił opuścił szpital. Nawet nie zwrócił uwagi na to, że został tam dłużej, przeciągając nockę o niemalże dwie godziny, bo nie miał go kto zastąpić. Dotarło to do niego dopiero wtedy, kiedy jedna z magipielęgniarek niespodziewanie rzuciła mu się na pierś, wybuchając gwałtownym, niepowstrzymanym płaczem. Nie... ...nie płaczem... rykiem rannego zwierzęcia. Prawie obalił się z nią na ścianę, kompletnie nie wiedząc, co ma robić. Stojąc tam pośrodku korytarza i klepiąc ją zesztywniałą ręką po plecach. Wyszedł przy pierwszej możliwej okazji. Nawet nie pamiętał drogi powrotnej. Cały powrót do mieszkania na Horyzontalnej był jak mglista halucynacja, szczególnie że mimo upływu nocy, ulice nadal były pełne ludzi spieszących w różne miejsca. Do barów bądź do bliskich. Pełni lęków i obaw albo wprost przeciwnie - podnieceni, podekscytowani, a przez to niektórzy również niebezpieczni i porywczy. Stając w drzwiach kuchennych, rzucił torbę na podłogę z głośnym tąpnięciem i dźwiękiem obijających się o siebie szklanych buteleczek. Zanim to wszystko się stało, planował udać się na kilka szybkich porannych wizyt, żeby nie musieć tego robić później, ale nie zawahał się zmienić wszelkie plany w przeciągu kilku minut. Bez chwili namysłu, choć na myślenie miał praktycznie całą noc. Bez słowa sztywno wyciągnął ręce przed siebie, roztwierając ramiona, żeby mogła się w nie wtulić, jeśli właśnie tego by chciała. On tego chciał. Potrzebował tego, ale zastygł w miejscu z ustami zaciśniętymi w wąską linię, kołysząc się na nogach mimo woli. RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.10.2024 Poranek okropnie jej się dłużył. Ciężko jej było usiedzieć w miejscu, nie chciała jednak ruszać się z miejsca, musiała zaczekać, aż Ambroise wróci do domu. Nie mogła po niego pobiec, nie chciała panikować, nie zamierzała niepokoić go w pracy. Strasznie długo nie wracał. Zazwyczaj bywał w domu wcześniej. Martwiło ją to. Jako, że sama nigdzie nie wychodziła od wczoraj nie miała pojęcia, jakie nastroje panują wśród czarodziejów. Spodziewała się, że jest źle, ale nie miała pojęcia na ile. Nie lubiła takiej bezradności. Nie znosiła siedzieć z założonymi rękoma i oczekiwać. W końcu przestała spoglądać przez okno, bo czas mijał, czas mijał, a jego jeszcze nie było. Paliła szluga za szlugiem, w kuchni zaczął unosić się dym, który nie znikał przez to, że odpała fajkę od fajki. Nie przynosiło to jednak oczekiwanego efektu, wcale nie była dzięki temu spokojniejsza, ale przynajmniej miała czym zająć ręce. Martwiła się, dawno nie czuła takiego lęku o niego. Nie znosiła tego uczucia, bała się, że mogło się coś stać. Zdrowy rozsądek podpowiadał jej, że to raczej nie powinno się zdarzyć, ale co jeśli? Co jeśli faktycznie doszło do jakichś zamieszek, o których nie wiedziała. Było naprawdę wiele możliwości i żadne z nich nie wydawały się jej być wcale takie odległe od tego, co faktycznie mogło się wydarzyć. Voldemort dopiero zbierał swoich popleczników, czuła jednak, że na pewno znajdzie się spora grupa czarodziejów gotowa poprzeć jego postulaty bez ani chwili zawahania. Chodziła w kółko, wydreptywała sobie ścieżkę w tej nieszczęsnej kuchni. Nie usłyszała otwierających się drzwi, była za bardzo pochłonięta swoimi myślami, inaczej pewnie ruszyłaby mu na przeciw. Zatrzymała się w miejscu, gdy usłyszała dźwięk torby lądującej na podłodze, uniosła spojrzenie i w końcu go dostrzegła. Stał przed nią cały i zdrowy. Nic mu się nie stało. Wypuściła głośno powietrze, jakby chciała się pozbyć tych wszystkich negatywnych emocji, które się w niej zebrały. Ulżyło jej, kurwesko jej ulżyło. Bez słowa ruszyła w jego kierunku, potrzebowała teraz tej bliskości. Chciała poczuć, że jest tuż obok. Wtuliła się w niego, oparła głowę na barku mężczyzny, oddychała głęboko, jego zapach ją uspokajał. Nie chciała się rozpłakać, ale trudno jej było nad tym zapanować, kilka łez popłynęło po jej policzkach. Naprawdę bała się, że mogła go stracić. Wiedziała, że to było głupie, bo przecież byli czystokrwiści to nie było polowanie na nich, ale oni także pewnie zostaną wmieszani w ten konflikt. Czy tego chcieli, czy nie, to będzie dotyczyło również ich. Może mogliby uciec, schować się w ich chatce na plaży, zaszyć się tam na stałe. Udawać, że to ich nie dotyczy, że mogą żyć jakby nic się nie wydarzyło. To była jakaś metoda, ale czy słuszna, nie miała pojęcia. Właściwie to ciężko jej było określić, jak powinni się zachować. Aktualnie jednak nie liczyło się nic, tylko to, że wrócił do domu. Miała go tutaj, nie straciła go, nic złego się nie wydarzyło, przynajmniej na razie. RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.10.2024 Pierwszy raz w całym swoim dotychczasowym życiu Ambroise czuł się jak obserwator patrzący na wszystko zza półprzezroczystej kurtyny wodnej. Krew pulsowała mu w uszach, przekrwione oczy nie wiedziały czy mają zamykać się z przemęczenia, czy rozszerzać z grozy, jaka podstępnie go ogarnęła i zacisnęła się wokół jego gardła. Spłycił mu się oddech a wciąganie zimnego, mroźnego powietrza sprawiało, że w płuca wbijały się tysiące małych igiełek. Mimowolnie wstrzymywał się przed oddychaniem, starając się kontrolować go tak, żeby nie dopuścić do hiperwentylacji. Zawsze sądził, że nieważne co się stanie, znajdzie sposób na kontrolowanie sytuacji i obróci ją na swoją korzyść. Prawdopodobnie błyskawicznie reagując na zmianę warunków. Tymczasem miał pustkę w głowie. Reagował przyduszeniem. Pozwalał lękowi o przyszłość przytłaczać jego umysł, wdzierać się tam bez ostrzeżenia i wypełniać go myślami, których teoretycznie nie powinno tam być... ...bo przecież był czystej krwi. Oboje byli. On sam chełpił się tym jak mało kto. Bez wahania wykorzystywał swoją pozycję. Zdarzało się, że traktował kogoś z góry wyłącznie przez to, że mógł. Wierzył w hierarchię społeczną wynikającą z układu sił, pochodzenia, wieloletnich tradycji. Nie zamierzał przepraszać nikogo za to, że urodził się w świecie magii i z uwagi na to był lepszym czarodziejem. Mimo to nie zareagował wstrętem, gdy pani Brown obdarzyła go palącym uściskiem, mocząc mu uzdrowicielskie szaty swoimi niekontrolowanymi łzami, przekrzywiając i nadginając identyfikator, zostawiając ślady tuszu do rzęs i obrzydliwie pomarańczowego podkładu na samym środku materiału pomiętego jej rękami. Nie był człowiekiem, który ją od siebie odciągnął. Jej córka wpadła do szpitala jak torpeda, nie wahając się ani chwili, żeby wyciągnąć stamtąd matkę. Chyba nawet im się nie dziwił. Sam również stamtąd wyszedł niemal tak jak stał, nie przebierając się, tylko narzucając na siebie długi płaszcz, szalik i w przypływie rozsądku zmieniając obuwie, bo na ulicach leżała już warstwa śniegu. Jeśli tak wyglądał szok to właśnie go przeżywał, nie analizując tego w żaden sposób tylko poddając się sytuacji. Chciał wyłącznie wrócić do domu. Upewnić się, że Geraldine jest cała i zdrowa, bezpieczna, bo mimo swojego statusu mogła nie być. Ludziom zaczynało odpierdalać. Bycie na zewnątrz w takiej chwili stanowiło ryzyko. To nie tak, że nigdy nie obawiał się o nią, kiedy gdzieś wychodziła. Wręcz przeciwnie. Czasami potrafili nawet bardzo ostro spiąć się o swoje wyprawy - tym bardziej, że z biegiem lat musieli angażować się w co poniektóre bardziej pochłaniające zajęcia. Nie dało się wiecznie przed tym umykać, trzymać się wyłącznie domu i pomniejszych zleceń. Choć w ostatnim czasie wszystko zaczęło bardziej się stabilizować. Tym razem odnosił wrażenie, że już trwale. Nie tylko chciał, aby takie było. Planował zadbać o wszystko w ten właściwy sposób, na który bez wątpienia nadeszła pora. Nawet w najczarniejszych scenariuszach nie przewidział, że może im zagrozić otwarta magiczna wojna. Grindelwald został zatarty w krótkiej pamięci ludzi. Teraz na powrót przywoływali tamte wspomnienia, wpadając w spiralę paniki a on, choć był bardzo młody, kiedy czarnoksiężnik upadł, miał wrażenie, że historia zaczyna zataczać koło. To napełniało go niekontrolowanym lękiem. Kolejny czarnoksiężnik z pewnością miał znaleźć wielu popleczników pośród tych, którzy już teraz nie wahali się używać przemocy wszędzie tam, gdzie mogli kogoś skrzywdzić, szczególnie słabszych i bardziej podatnych. Oni tacy nie byli. Żadne z nich nie było słabe, ich pozycja powinna być stabilniejsza niż u większości ludzi, ale dopóki nie stanął w kuchennych drzwiach, nie mógł umknąć wrażeniu spadania. Zakołysał się na piętach, kiedy Geraldine padła mu w ramiona, od razu mocno ją do siebie przygarniając. Bezwiednie przesunął dłonią po plecach Geraldine, przyciskając usta do jej włosów i przymykając oczy. Zaciągając się znajomym zapachem, próbując uspokoić kołatanie serca i ścisk w piersi, bo może nic nie było dobrze, ale wszystko było dobrze. Przynajmniej w tej chwili a to było znacznie lepsze niż jeszcze przed kilkoma minutami, kiedy obawiał się, że może nie zastać jej w domu i nie wiedzieć, gdzie ma jej szukać, przetrząsając mieszkanie w poszukiwaniu jakiejś kartki lub czegoś, co by mu to zasugerowało. W teorii zawsze informowali się o planach, ale tym razem nie myślał o tym w tak logiczny sposób. Nie, gdy zmęczony umysł nie dopuszczał do siebie zbyt wielu myśli. Szczególnie teraz, kiedy niemal się wyłączył, sprawiając, że Greengrass zastygł mocno przyciskając dziewczynę do piersi i całując ją po włosach, nawet na chwilę nie odrywając od nich zesztywniałych warg zaciskanych tyle razy zeszłej nocy, że niemalże nie miał w nich żadnego czucia. - Muszę to z siebie zmyć - odezwał się bardzo cicho, tak właściwie nie wiedział, po co, bo wcale nie planował odsuwać się od swojej kobiety. Uspokajała go. Dzięki dotykowi czuł się mniej zawieszony w próżni, jakby była jego stabilną kotwicą... ...nie - przystanią. Bezpieczną przystanią pośród wzburzonych fal niczym podczas gwałtownego sztormu, który przetoczył się przez Whitby zaledwie kilka tygodni wcześniej. Mieli wtedy bardzo dużo pracy przy naprawach zniszczeń. Ogród do tej pory nie podniósł się do końca, podwórko tak samo. Brakowało w nim części roślin, które w innym wypadku byłyby niemalże gotowe do zbioru, bo część dachu szklarni zerwał gwałtowny wiatr, który potłukł szyby i naruszył drewnianą konstrukcję. Huśtawka na ganku straciła zawiesie. Wygięło się, tłukąc doniczki i niszcząc fragment drewnianej barierki, która okazała się być zmurszała i zjedzona przez robale od wewnątrz. Ambroise powinien domyślić się, że to był złowróżbny znak. Zabezpieczyli tamto miejsce przed wszystkim, przed czym mogli to zrobić bez angażowania czarodziejów z zewnątrz. Odcięli dom od możliwości teleportacji w zakresie najbliższej okolicy - tak, że dało się to zrobić dopiero na kawałku wydmy albo na wrzosowisku. Zadbał o nałożenie odpowiednich zaklęć na swoje rośliny a one i tak zostały zniszczone. Zupełnie, jakby czary puściły, ustępując miejsca chaosowi. Czasy się zmieniły. Już nie mogli udawać, że wszystko jest poza ich świadomością. Nie dało się stwierdzić, że to ich nie dotyczy, bo nie są ze środowiska zagrożonego widmem wojny. Czysta krew wcale nie stanowiła ochrony. Wręcz przeciwnie, Ambroise miał nieodparte wrażenie, że dla co poniektórych mogła stać się pretekstem. Zarówno dla ludzi pokroju Zandera, jak i dla drugiej strony barykady. Zostali wmieszani we wszystko, co się działo i co miało nadejść. Nie mogli od tego uciec. RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.10.2024 To co się wydarzyło wywróciło znany im świat do góry nogami. Tak naprawdę nie miała pojęcia, czego powinna się spodziewać. Czy czarodzieje zaczną w siebie rzucać zaklęciami na ulicach, jak bardzo ten konflikt będzie krwawy? Nie umiała tego stwierdzić. Czy Voldemort postanowi zacząć likwidować ludzi już dzisiaj? Przecież miała znajomych, którzy byli mugolakami, czy powinna zacząć się o nich martwić? Na pewno. Nie byli bezpieczni, zaczęto na nich polować. Zastanawiało ją też co będzie z tymi półkrwi, a takich w jej życiu było całkiem sporo, którzy przecież czasem znajdowali się w magicznym świecie od wielu pokoleń. Oni również byli w niebezpieczeństwie. Nie do końca wiedziała jak wyglądała sprawa, jak bardzo niebezpiecznie się zrobiło. Póki co ten oszołom po prostu mianował się Lordem Voldemortem i powiedział jakie ma postulaty. Może aktualnie jeszcze nic nie miało się zmienić? Trudno jej było to sobie zwizualizować. Wiedziała, że sama na pewno nie będzie miała zamiaru wybierać. W końcu chodziło o jej rodzinę, będzie musiała odezwać się do ojca i zapytać go, co o tym wszystkim myśli. Wiedziała, że do Leacha miał średni stosunek, szanował ich czystokrwiste pochodzenie, jednak też jakoś mocno nie izolował się od wszystkich innych. Wiedziała, że miał znajomych mugolaków od których zamawiał nawet księżycówkę, więc to nie było tak, że nimi gardził. Wolałaby uniknąć określania się po którejkolwiek ze stron. Na pewno nie była na to gotowa, nie sądziła, że kiedykolwiek będzie na to gotowa. Dobrze jej wychodziło egzystowanie na uboczu, tworzenie własnego świata z Ambroisem, nie do końca typowego, ale ich własnego. Życia, które chciała mieć. Teraz to wszystko mogło się rozsypać, kto wie, kto mógłby sobie o nich przypomnieć i czego właściwie od nich potrzebować. Tego nie mogła przewidzieć, to ją najbardziej martwiło. Bała się, że nie uda im się postawić, że przyjdzie do nich ktoś, komu nie będą mogli odmówić. To ją przerażało. Mieli wielu dziwnych znajomych, niektórych mocno wątpliwych, w szczególności Ambroise, który mocniej angażował się w ten nie do końca legalny biznes, mogli chcieć od niego czegoś więcej, okropnie ją to martwiło. Już do tej pory starała się jakoś odsuwać od siebie myśli o niebezpieczeństwie, jakie ze sobą niosło angażowanie się w takie sprawy, coś czuła, że teraz będzie zdecydowanie gorzej. Giovanni wczoraj bardzo mocno panikował, może przez to wydawało się jej, że jest naprawdę źle. Gdyby to ktoś inni się tutaj zjawił i opowiedział jej o tym, co się wydarzyło, może nastawiłaby się inaczej. Tamten jednak wydawał się widzieć wszystko w bardzo ciemnych barwach, jakby nie było już zbyt wiele nadziei. Nie sądziła jednak, że wszyscy czystokrwiści ochoczo przystąpią do walki. To mogło splamić ich dobre imię, miała jednak też świadomość, że wiele rodzin czekało na ten moment, nie do końca podobało im się to, że mugolacy zaczynali coraz pewniej czuć się w ich świecie. To nawet było dla niej zrozumiałe, czasem szukała w tym logiki i nie potrafiła jej znaleźć, bo przecież arystokraci od lat znajdowali się w tym świecie, znali go od podstaw, to im należała się władza. Tyle, że nigdy nie pomyślałaby o tym, że możnaby zabijać właściwie bez konkretnego powodu niewinnych ludzi. Mugolacy nie prosili się o magię, ona sama ją wybrała, nie mieli na to wpływu, że zostali czarodziejami. Obawy nieco złagodniały, gdy znalazła się w ramionach ukochanego. Byli w tym razem, mieli siebie, mogli być pewni swojej lojalności, to powinno im wystarczyć, aby przeżyć w tym chaosie, przecież byli specjalistami od odnajdywania się w takich sytuacjach, kto jeśli nie oni? Tkwili w tym uścisku dosyć długo. Uspokoiła się dzięki temu, że był przy niej, że odczuwała jego wsparcie. Razem byli silniejsi, już dawno zdała sobie z tego sprawę. - Teraz? - Zapytała cicho, jeśli to było to, czego potrzebował, to zamierzała mu to dać. Nie miała pojęcia, co wydarzyło się w Mungu, ale potrafiła domyślić się, że nie było tam łatwo. Może i nie chciała wypuszczać go w tej chwili z ramion, jednak przecież nigdzie się już nie wybierał, za moment mógł się w nich znaleźć ponownie. Czuła, że jego również poruszyła ta sytuacja, zapewne większość czarodziejskiego społeczeństwa nie miała pojęcia, co robić, jak się w tym odnaleźć. Pozostawało im czekać, zobaczyć, jak bardzo się wszystko zmieni. Miała nadzieję, że nie odczują tego jakoś specjalnie, może była to złudna nadzieja, ale co innego jej pozostawało? Dobrze jej się żyło w tym wyuczonym trybie, nie chciała go zmieniać, nie kiedy wydawało jej się, że jest naprawdę dobrze. Powinna się spodziewać, że coś sie spierdoli. Zawsze kiedy było dobrze przychodził moment, w którym ich spokój zostawał niszczony. Tak samo stało się teraz, może nie z nich winy, nie zmieniało to jednak faktu, że na pewno odczują konsekwencje tego co się wydarzyło. Nie chciała łączyć wydarzeń w Whitby ze złym omenem, ale teraz trochę tak czuła, że to było ostrzeżenie, że powinni się spodziewać, że wszystko może runąć, zupełnie znienacka, może straty nie były jakieś ogromne, ale ich spokój został zahwiany, teraz było tylko gorzej. RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 23.10.2024 Wbrew niektórym rzeczom, które robił i zachowaniom, na które sobie pozwalał. Całkowicie w kontrze do swojego nieoficjalnego wizerunku człowieka porywczego i mającego bardzo krótki lont. W przypadku szarej strefy raczej uciekającego się do wielu niemoralnych, czysto przemocowych zagrywek, w których nie było zbyt wiele miejsca na głęboką analizę. Ambroise nie był ślepcem ani głupcem. W innym wypadku nie zostałby tym kim był oficjalnie. Nieoficjalnie zresztą też nie, bo nawet tam, gdzie często zachowywał się jak zakapior i brutal musiał dysponować wieloma szczegółowymi informacjami. Potrzebował umieć płynnie przeskakiwać między stronnicami w pamięci, wyciągając potrzebne detale i wykładając je na stół niczym karty do gry w pokera. Niestety w tym wypadku wiedza nie chroniła przed niczym. Przeciwnie: sprawiała, że miał pełną świadomość tego, co zaledwie kilkanaście godzin temu zatrzęsło ich rzeczywistością. Wychowano go w szacunku do tradycji i historii świata czarodziejów. Rzecz jasna z naciskiem na poczucie własnej wyższości nad ludźmi, którzy nie tworzyli jej od wieków tak jak Greengrassie czy Yaxleyowie. O pewnych wydarzeniach miał bardzo konkretne zdanie, dostrzegał tylko jedną słuszną stronę medalu, ale to nie zmieniało aż tak wiele. Zostali wciągnięci w coś, co nie zależało od nich. Nieważne jak postępował i co mówił, nie chciał brać udziału w żadnej walce. Dopóki żyło mu się dobrze (a było im coraz lepiej we własnym małym świecie) dopóty nie potrzebował wiele więcej. Kiedyś wydawało mu się, że zechce sięgać po najwyżej rosnące owoce. Niezależnie od kosztów. Obecnie chciał pielęgnować swoje własne małe drzewka w ich przydomowym ogródku. Teraz złowróżbnie połamane przez wiatr. Czy mieli cokolwiek do powiedzenia? Nigdy nie był tchórzem, ale w tym wszystkim nie chodziło wyłącznie o niego. Od lat nie. - Tak? - Odmruknął bezmyślnie, rozkojarzony w dalszym ciągu nie próbując się odsunąć ani tym bardziej zrobić tego, co mówił, że powinien. - Nie - niemalże sam sobie wszedł w słowo; nawet nie wiedział, że to możliwe, ale gdzieś pomiędzy poplątał mu się język, jakby był pijany. A nie był. Był aż nazbyt trzeźwy i świadomy powagi sytuacji. Zresztą nie sięgnąłby po alkohol, nawet gdyby go miał pod ręką. To nie był dobry moment na znieczulanie się. Kiedyś pewnie dołączyłby do czarodziejów w barze. Teraz usiłował zachowywać się odpowiednio i odpowiedzialnie. Nie był chłopcem, szczeniakiem tylko dorosłym mężczyzną. Myślał perspektywicznie. Szczególnie w ostatnich tygodniach, zanim wszystko zaczęło się sypać. Teraz tym bardziej musiał spróbować zapanować nad sytuacją. Nie był sam. Nie uważał tego za test. Przeszli już dostatecznie wiele testów. To nie był również egzamin. To mogła być wojna. Prawdziwa wojna wypowiedziana ludziom gorszej krwi, ale jednocześnie dotycząca również ich. Byli częścią tego społeczeństwa. - Ludzie panikują, jakby to był koniec świata - jego głos był cichy, posępny i nie pozostawiał cienia wątpliwości co do tego, że tam w świecie działo się coś naprawdę niedobrego. Na ten moment najgorzej reagowali ci starsi. To oni zachowywali się tak, jakby już miało miejsce coś strasznego, co fizycznie w nich uderzało. Większość wieczornych, nocnych i porannych przypadków to były osoby wiekowe, które powinny wykazywać spokój w obliczu kryzysu. Tymczasem oni sami napędzali spiralę chaosu. Młodsi może byli zaniepokojeni, ale w większości nie wiedzieli zbyt wiele o historii, która miałaby się powtarzać. Być może tak jak on byli na to za młodzi, by pamiętać momenty, gdy toczyły się najistotniejsze i zarazem najgorsze wydarzenia. Podejrzewał, że raczej chodzi o coś innego. Mało kto chciałby tak od razu uwierzyć w to, że pozorny spokój może zostać zaburzony albo wprost całkowicie im odebrany. Zawsze sądził, że społeczeństwo jest bardziej przezorne. Nigdy nie żywił przesadnej wiary w to, że ludzie dookoła zachowają się rozsądnie w obliczu nieprzewidzianych wydarzeń, ale rzeczywistość była jeszcze bardziej gorzka. Ostatnie dwanaście godzin pokazało, że mogli sami zacząć burzyć własny świat, gdy tylko ktoś zasugerował im, że niedługo wszystko i tak się zmieni. To było zatrważające. Zachowywali się jak stado spanikowanych zwierząt gotowych stratować wszystko na swojej drodze. Jak szaleńcy niespełna rozumu gotowi podpalić swój dom na własnych zasadach, nawet jeśli wcale nie musiał spłonąć. Greengrass nie należał do ludzi, którzy łatwo oddaliby kontrolę i władzę nad swoim życiem. Najpewniej również podjąłby trudne decyzje, gdyby musiał, ale wcześniej wyczerpałby wszystkie inne możliwości walki. Tymczasem miał wrażenie, że otacza go szaleństwo. Co gorsza nie był w tym sam. - Płaczesz - to nie było pytanie - kiedy poczuł jedną z łez spływających mu po szyi, jeszcze mocniej zamknął ją w ramionach, biorąc głęboki oddech. A potem zaraz wypuszczając powietrze ze świstem, bo przez głowę przeleciała mu kolejna niepokojąca myśl. W tej chwili nie przypominał sobie, o czym rozmawiali przed jego dyżurem. Zazwyczaj pamiętał wszystkie konieczne detale. Po tylu perturbacjach doszli do wniosku, że to jest niezbędne, aby informować się o wszelkich szczegółach wyjść i zleceń, zwłaszcza tych trudniejszych. Ambroise przykładał szczególną uwagę do tego, żeby słuchać i odnotowywać to w głowie, ale teraz miał tam pustkę. Nie pamiętał żadnych informacji. Teraz byli tu razem. Z pozoru całkowicie bezpieczni i przy sobie. Trzymał ją w uścisku, przyciskał wargi do jej włosów, oddychając głęboko, ale zaniepokoiło go pytanie, które samo mu się nasunęło. Nie umiał powiedzieć, jakie miała plany na połowę poprzedniego dnia, kiedy on był poza domem. - Nic ci nie jest? - Musiał ją wypuścić, odruchowo robiąc krok w tył na wyciągnięcie ramion i obdarzając Geraldine zaniepokojonym, zmęczonym spojrzeniem mającym dostrzec wszystko, co może być nie tak. Nic nie zauważył. Poza stanem psychicznym, w jakim się znajdowała (a który on raczej podzielał) nie wyglądała na ranną. Tylko na przestraszoną. Miała ku temu pełne powody. Nie byłby w stanie zacząć jej teraz zapewniać, że wszystko będzie dobrze i jeszcze ułoży się po ich myśli. Niestety był tu realistą. Czasami nawet czarnowidzem. To byłoby kłamstwo, nawet jeśli białe. Obiecał, że nie będzie jej okłamywać. Tym bardziej, że miał problem z przywdzianiem maski obojętności i niewzruszoności. Momentalnie zorientowałaby się, że nie mówił szczerze. Potrzebował zebrać myśli i słowa. Usiłował zrobić to już teraz, pomimo przemęczenia. - Powinniśmy się na chwilę odsunąć. Zaczekać aż sytuacja się uspokoi. Może to kolejny oszołom, ale tacy pociągają za sobą tłumy a Ministerstwo jest słabe... ...niewydolne... ...wypaczone od środka - wymamrotał z wyraźną głęboką zmarszczką między brwiami, wierzchem dłoni przecierając powieki; drugą dłoń nadal trzymał na talii Geraldine. - Whitby na kilka tygodni? To może być najlepszy moment - nie mógł wziąć nagłego urlopu i zniknąć, zresztą był na to zbyt odpowiedzialny, ale kursy między szpitalem a Piaskownicą to nie było siedzenie na Horyzontalnej w samym środku wydarzeń, które mogły nadejść. Mogliby spróbować stworzyć sobie jakiś bufor, choć musieliby nagiąć dotychczasowe zasady na rzecz nowych. Powinni mieć dostęp do większej ilości informacji, jednocześnie się nie wychylając. Nie mogli całkiem się odciąć, nawet jeśli to brzmiało jak możliwość. Nie było nią tak naprawdę. Nie chciał brać żadnej strony, ale to brzmiało jak myślenie życzeniowe, że po prostu go to ominie. Szczególnie, że siedział w tym głęboko już przed orędziem Lorda Voldemorta (co to był za przydomek? z tego wszystkiego wzbudzał w Greengrassie najmniejszą grozę, brzmiał wręcz wydumanie) a teraz sytuacja zaczęła się komplikować. Z jednej strony miał Munga, w którym zajmowano się wszystkimi bez wyjątków. Z drugiej strony świadczył oficjalną prywatną praktykę w większości dla czystokrwistych rodów, ale czasami również zamożniejszych czarodziejów półkrwi, raczej stronił od mugolaków - nawet tych z galeonami. Była też ten trzeci aspekt. To właśnie ta część wyglądała, jakby mogła przynieść najwięcej problemów, którymi nie chciał sobie zaprzątać głowy, ale nie mógł nie myśleć o tym mimo woli. Nie w kontekście samego siebie i swojego losu. Oczywiście o sobie również myślał, ale nie to napełniało go największym lękiem. Jego decyzje mogły mieć znacznie większe pokłosie. - Poza tym uruchomię moje kontakty? - Nie pytał, ale ton jego głosu sugerował wahanie. Ambroise analizował wszystko dokładnie w tym samym momencie, w którym mówił to na głos. Zazwyczaj tak nie robił, ale dziś było tak dalekie od zwyczajowości jak tylko mogło. - Żeby dowiedzieć się czegoś więcej? - To brzmiało rozsądnie, mogliby wiedzieć czy rzeczywiście istnieje jakieś ryzyko, czy to tylko puste słowa kolejnego fanatyka. RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 23.10.2024 Nie znosiła takich sytuacji, w których nie do końca była w stanie przewidzieć bieg wydarzeń. Kiedy polowała na magiczne bestie wiedziała, jak ma się przygotować do walki z konkretnym stworzeniem. Były eliksiry, broń, rytuały, które pomagały je pokonać. Tutaj jeszcze nie miała pewności, z czym przyjdzie im się mierzyć. Nie do końca wiedziała, jaką rolę bedą przejmowali w konflikcie, który zaczął być oficjalnym. W końcu ktoś postanowił mianować się Lordem Voldemortem, zachęcał do dołączenia do jego szeregów, na pewno znajdą się chętni, aby na to przystać. Ona nie zamierzała tego robić, nigdy nie zaangażowałaby się w coś, co mogłoby krzywdzić niewinnych ludzi, wręcz przeciwnie, bliżej by jej było do tego, aby stawać w ich obronie. Geraldine już w czasie nauki w Hogwarcie często to robiła. Broniła mugolaków przed tymi pojebami ze Slytherina, jak chociażby Gauntówna, którą widzieli podczas marszu charłaków jako kontrmanifestantkę gotową zrobić krzywdę niewinnym ludziom. Nie mogła jednak pozwolić sobie na to, aby powiązano ją z którąkolwiek ze stron, Ambroise również, czuła, że to mogłoby namieszać w ich życiu. Powinni jak zawsze jakoś to przeczekać. Tyle, czy faktycznie było to możliwe, czy teraz dało się pozostawać obojętnym? Nie była jeszcze gotowa na takie głębokie przemyślenia, nie miała pojęcia, jak wygląda sytuacja na ulicach, jak zareagowali ludzie, jaki to będzie miało wpływ na ich codzienność? Zbyt wiele niewiadomych pojawiało się w tym równaniu. Podejrzewała, że będą musieli trochę poczekać, żeby zobaczyć, jak faktycznie wygląda sytuacja, jak bardzo źle się dzieje. Nie do końca jej się to podobało, bo od zawsze wolała działać. Nie znosiła bezczynności, a czuła, że w tym wypadku nie będzie miała zbyt wiele do powiedzenia. Bała się tych fanatyków, którzy dążyli do władzy po trupach niewinnych, miała świadomość, że nie będzie ich łatwo zatrzymać. Jeśli uda im się osiągnąć cel, to świat magii może zupełnie zmienić swój porządek, a to też nie do końca się jej podobało. Mogli znaleźć się w jeszcze gorszej rzeczywistości. Mogli być zmuszani do robienia rzeczy, których nie chcieli robić. Przerażało ją to. Yaxleyówna miała ochotę dolać sobie whisky do kawy, obawiała się jednak tego, że mogłaby za bardzo się w tym zatracić, miała tendencje do autodestrukcji w momentach, w których nie radziła sobie z rzeczywistością. Kiedyś na pewno by tak zrobiła, jednak aktualnie miała Ambroisa, na którego czekała, nie mogła sobie pozwolić na takie głupie zachowania, co jeśli nie wróciłby do domu? Musiałaby go szukać, musiała być w pełni sił, gotowa na każdą ewentualność. - Bo to jest koniec świata, tego świata, który znamy. - Wyszeptała cicho, nie chciała tego mówić w głos, bo wszystko wypowiedziane głośno brzmiało bardziej świadomie niż to, co siedziało w myślach. Bała się tego, że wszystko się zmieni, a do tego nie miała pojęcia właściwie jak będą wyglądać te zmiany. To było przerażające. Zapewne wielu ludzi miało podobne przemyślenia. Voldemort rozpoczął wojnę, Geraldine nie pamiętała tej poprzedniej, nie wiedziała jak to wyglądało za czasów Grindewalda. Nie miała pojęcia na co właściwie powinna być przygotowana. Jak miała się w tym odnaleźć? Nikt ich nie przygotował do podobnej ewentualności, zostali rzuceni na głeboką wodę, oby tylko w niej nie zatonęli. Nie byli osobami, które powinny się martwić o to, że staną się celem popleczników tego pajaca, ale z drugiej strony skąd mogła wiedzieć, że któremuś z jego fanatyków nie przypomni się o tym, że w Hogwarcie trzymała się z tymi, których krew była w ich mniemaniu brudna? Jasne, ostatnio nie pokazywała się z nikim takim publicznie, trzymała się Ambroisa, tworzyli oficjalną parę od wielu lat, wszyscy wiedzieli o ich relacji, może niepotrzebnie się o to martwiła. Trudno jej było zapanować nad emocjami, które wzbudziły w niej wydarzenia minionego wieczoru. Wiedziała, że powinna podejść do tego z rozsądkiem, aczkolwiek to wcale nie było takie proste. Przerażało ją to, że coś się skończyło. Teraz przecież nie będzie już bezpiecznie, nie będą mieli pewności, że ktoś nie zechce ich zaangażować w to, co się działo. Zdecydowanie wolałaby tego uniknąć. Tym bardziej, że jeszcze nie ułożyła sobie tego wszystkiego w głowie, to wydarzyło się zbyt szybko, nie spodziewała się, że tak łatwo będzie można zachwiać światem, który był budowany od wielu lat. - Bałam się, że nie wrócisz do domu. - Nie płakała dlatego, że zaczęła się wojna, jawny konflikt, w który chcąc nie chcąc zostaną wmieszani. Przerażało ją to, że mogła go stracić, że nie byli tutaj razem, gdy to wszystko się zaczęło, że ich pożegnanie poprzedniego dnia nie było odpowiednie, że powinna mu powtarzać za każdym razem, jak bardzo go kocha, bo co jeśli to miało być ich ostanie spotkanie? To było dla niej najgorsze. Odsunął się od niej. Nieco była zdziwiona tym gestem, uniosła głowę, by na niego spojrzeć. Oczy miała zaczerwienione, ale już nie płakała, dosyć szybko się uspokoiła. Właściwie zazwyczaj tak miała reagowała mocno, a po chwili wszystko z niej schodziło. Nie potrzebowała wiele, aby się ogarnąć, w tym wypadku wystarczyła jej bliskość Greengrassa. - Wszystko w porządku. - Chociaż, czy właściwie faktycznie tak było? Fizycznie nic jej nie dolegało, spędziła poprzedni wieczór w domu, z dala od kłopotów, jednak trochę podupadła jej psychika, zapewne tak samo jak większości magicznego społeczeństwa. Pokiwała głową. Zgadzała się z nim, to była chyba najlepsza z możliwych opcji. Odsunąć się od centrum wydarzeń. Mieli swój dom, bezpieczne miejsce, o którym nikt nie wiedział. Zadbali o to, by ukryć je przed całym światem. Aktualnie chyba nie znaleźliby lepszej możliwości. - Zgadzam się z tobą, nie możemy tu zostać, kto wie, co wydarzy się na dniach. - Jak na razie po prostu ogłosił się Voldemortem, ale nie miała pojęcia jaki ma plan. Co jeśli jeszcze dzisiaj jego poplecznicy wejdą na ulice? Nie chciała żyć w takim miejscu, nie powinni ryzykować, że coś złego im się przydarzy, lepiej zapobiegać niż mierzyć się z konsekwencjami nieprzemyślanych decyzji. - Czy to nie będzie problematyczne? Dla ciebie? - Zdarzało im się tam zaszywać na trochę czasy, jednak teraz to mogło potrwać zdecydowanie dłużej. Musiała mieć pewność, że nie skomplikuje to za bardzo życia Ambroisa. Poza swoją oficjalną pracą pałał się przecież różnymi zajęciami. Jasne, mógł się teleportować, ale nie zawsze było to takie wygodne, a Horyzontalna była zawsze na wyciągnięcie ręki. Z drugiej jednak strony uważała, że nie powinni tutaj zostawać, zdecydowanie. Nie martwiła się swoją pracą, bo właściwie mogłaby sobie pozwolić na to, aby na trochę odsunąć się od swoich obowiązków, nikt nie miałby jej tego za złe, może nieco by ją to męczyło, jednak była w stanie się poświęcić. Powinna zresztą zacząć dokładniej weryfikować swoich klientów, to był chyba odpowiedni moment, co jeśli ktoś postanowi ją wykorzystać i nieco bardziej zaangażować w działania którejś ze stron? Musiała zacząć uważać. - Tak, to dobry pomysł. Musimy dokładnie wiedzieć, co się dzieje. - W Whitby mogłoby to być nieco utrudnione, bo miasteczko znajdowało się z dala od centrum czarodziejskiego świata. Na szczęście Ambroise miał wiele kontaktów, które aktualnie mogły im się naprawdę przydać. Będą wiedzieli na czym stoją i jak powinni się przygotować do zmian, które właściwie już się zaczęły dziać. - Nie spodziewałam się, że to się wydarzy. - Tak właściwie to nie wiedziała, czy ktokolwiek zakładał, że dojdzie do czegoś takiego. Nastroje wśród czarodziejów były nieco niepewne, jednak nie sądziła, że w jeden dzień to co znają zostanie im zabrane, nie mieli nawet możliwości zareagować. RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.10.2024 Tak. Te słowa wyryły się w mózgu Ambroisa w chwili, w której padły na głos. Ich świat właśnie się rozpadał. To był koniec tego, co znają... ...ale czy po raz pierwszy w historii? Nie. Czarodzieje od dawna adaptowali się do trudnych warunków. Nawet, jeżeli trudno było w to uwierzyć (jemu także) to osunięcie się na podłogę i załamanie rąk nie było żadnym rozwiązaniem problemu. Podczas piekielnego dyżuru w Mungu Roise jak nigdy uświadomił sobie, że nie istniały łatwe rozwiązania. Tak właściwie to nigdy. Nie odebrano im ich. Zwyczajnie nigdy ich nie było. Zawsze ktoś miał cierpieć. Jeśli nie jedni to drudzy - pojedynczy ludzie albo całe rodziny. On nie chciał, żeby cierpiano za niego z jego powodu. Nigdy. - Zawsze do ciebie wrócę - odmruknął, wierzchem dłoni przesuwając po policzku Geraldine a twarz jeszcze przez długą chwilę wtulając w jej pachnące domem włosy. Był zdecydowany dotrzymać tego słowa. Bardziej niż czegokolwiek, prócz tego, że zawsze będzie dla niej wtedy, kiedy będzie go potrzebować. Choć jedno wiązało się z drugim. To było coś, czego nie dało się rozdzielić. Był o tym święcie przekonany, to ona była zresztą jego świętością. Nie istniało nic, co mogłoby sprawić, że złamie dane jej przyrzeczenie. Nie byłby w stanie tego zrobić. Nie bez konsekwencji, o których nawet nie planował myśleć, nie rozważając czegoś, co było poza skalą najgorszych przewidywań. Znacznie gorszych nawet od nagłej śmierci, z której ryzykiem przecież musiał się liczyć. Starał się minimalizować wszelkie wyskoki, nie narażać się bez potrzeby, postępować rozsądniej niż kiedykolwiek by planował. Nie chciał być osobą, która kiedykolwiek będzie odpowiedzialna za jej cierpienie. Tak jak ona była jego bezpieczną przystanią na wzburzonych wodach, tak on usiłował być dla niej światłem w ciemnościach. Nawet, jeśli sam obracał się w mroku. Tym bardziej chcąc ją przed nim chronić, biorąc na siebie jak najwięcej z tego, co mogłoby stłumić blask w oczach Geraldine. Mieli plany. On również je miał. Stawały się coraz wyraźniejsze. Bardzo bliskie zagoszczenia w rzeczywistości a nie tylko w jego skrywanych myślach. Usiłował zrobić wszystko, aby móc je spełnić już niedługo, wcześniej dopinając tylko te wszystkie upierdliwe acz niezbędne szczegóły. Później mogliby znów cieszyć się swoim coraz bardziej poukładanym, spokojniejszym życiem. Nie zawaliłby tego. Nie po tylu perturbacjach, które udało im się wspólnie przeżyć, wstając wyłącznie silniejsi i bliżsi sobie nawzajem. Teraz wszystko nagle się skomplikowało. Jeszcze nie wiedział, co powinien uczynić. Musiał wyjść z jakimś rozwiązaniem. Utrzymać ich na powierzchni z dala od łapsk jednej czy drugiej strony. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że oboje chcieli tego samego - neutralności nawet w szalonych, tragicznych czasach, w których miano wymuszać na nich wybór strony. Dla Ambroisa nie było żadnej słusznej. Nie popierał mordowania z zimną krwią, gdy dało się załatwić sprawę w inny sposób. Nie był nieskazitelnym człowiekiem. Miał krew na rękach. Począwszy od Rosiera wiele lat wcześniej, poprzez niezliczone ofiary swoich najlepszych klientów po kilka sytuacji, w których nie miał innego wyjścia niżeli stanąć do walki i wygrać ją za wszelką cenę, bo obiecał wrócić do domu. Nigdy nie czerpał z tego chorej satysfakcji, ale nie mógł dać się przytłoczyć wyrzutom sumienia. Robił wszystko, żeby przeżyć, bo miał dla kogo to robić. I wiedział, po prostu wiedział, że jeśli zostałby do tego zmuszony po raz kolejny tym razem w tej walce, tym razem w obronie najbliższej mu osoby - zrobiłby to tyle razy, ile to było konieczne. Szczególnie podczas nadciągającego widma wojny, które zawisło nad nimi jak czarny woal. Bowiem w wojnie nie liczyło się to, kto miał rację. Liczyło się to, kto na koniec zostawał na polu walki. Nie było w tym honoru, moralności i chwały. Liczyło się wyłącznie przetrwanie za wszelką cenę. Zmuszony do tego, zabiłby bez pytania o winę bądź niewinność. Nie przylgnęłaby do niego łatka mordercy. Nie w jego własnym mniemaniu. Pośród wygranych nigdy nie było morderców. Nie on ustalał te zasady. Nawet nie chciał w nie grać, ale nauczył się ich stosunkowo szybko w życiu. Dzięki temu nawet teraz, kiedy przepełniały go lęk i strach, miał świadomość, że zrobi wszystko, żeby zapewnić im bezpieczeństwo. Cała reszta, włącznie z kosztami, niewiele go obchodziła. Nie chciał, żeby się obawiała. Nie chciał trzęsących się warg i łez spływających po policzkach, przełykanych w ciszy, zaczerwienionych oczu pełnych obawy o przyszłość. Nawet w tym skrajnym wyczerpaniu, które z minuty na minutę coraz bardziej go ogarniało (znalazł się w domu, jego ciało reagowało na to automatycznie) starał się skupić myśli. - Nic nie jest w porządku. Wiem - poprawił ją instynktownie, kręcąc ciężką głową. Tym razem coraz bardziej pełną myśli w kontraście do tamtej pustki jeszcze sprzed chwili. Teraz próbował stwierdzić czy faktycznie nic jej nie było. Fizycznie wyglądała na przemęczoną. Oboje tacy byli. Mogliby paść na kanapę, zatapiając się w miękkich poduszkach i swoich ramionach. Tak podpowiadałby instynkt, lecz Ambroise wątpił, że byliby w stanie pogrążyć się we śnie. Tym bardziej wstać następnego dnia wraz ze świergotem ptaków uświadamiając sobie, że to wszystko to był tylko zły sen. Zima wdarła się do Londynu już kilka tygodni wcześniej. Zadziwiająco szybko przyszła w tym roku. Ptaków już nie było. Liście dawno spadły z drzew. Czerwone kulki jarzębiny przemarzły i spadły, nie były w stanie nakarmić nielicznych wróbli i sikorek, które zostały w jesienno-zimowej szarudze, dołączając do wygłodniałych gołębi i mew drących się zarówno w dzień jak i po nocach. W tym roku to nie było dobre miejsce do życia. Jeszcze zanim Lord Voldemort postanowił zaburzyć resztki spokoju swoim orędziem. Zupełnie tak, jakby miasto na długo przed tym wiedziało co się święci i próbowało odegnać od siebie tylu czarodziejów ilu mogło. To nie była ucieczka. Nigdy nie uciekłyby z podkulonym ogonem. Ten wyjazd miał być najrozsądniejszym posunięciem. Zresztą nie mieli zabunkrować się gdzieś na końcu świata. Nadal powinni wypełniać swoje zobowiązania. Jedynie na odległość, wracając tu wyłącznie w razie konieczności. Na początku na kilka tygodni. Możliwe, że wcale nie dłużej, choć Greengrass nie łudził się - to nie była normalna sytuacja. A oni przecież nie byli normalnymi ludźmi. - To jest koszt, który mogę ponieść - odpowiedział poważnie nie unikając szczerej odpowiedzi, bo nie zamierzał mydlić oczu Geraldine - tak, to nie było dla niego dogodne, ale nie widział rozsądniejszego wyjścia. - Powroty do domu na pewno zajmą mi dłużej. W zależności od okoliczności, być może będę musiał zbaczać czasem z trasy, ale jestem na to gotowy - dla ciebie, dla nas. Musiał wycofać trochę galeonów, zamknąć kilka spraw, odrzucić parę zleceń - na to również mógł przystać dla ich wspólnego dobra. Prócz tego musiał również odłożyć w czasie tę inną znacznie bardziej istotną sprawę, co mu ciążyło, ale okoliczności nie sprzyjały wyprawom poza hrabstwo. Szczególnie takiego typu. To było coś, co musiał dopiero przetrawić. Teraz odsunął od siebie tę myśl. Nie była pora na nią. - Wobec tego zasięgnę języka tam, gdzie to możliwe - skinął głową dając jej do zrozumienia, że zamierza to zrobić wyłącznie w tych pewnych miejscach (o ile w ogóle dało się tak mówić o szarej strefie) nie podejmując przesadnego ryzyka. Przede wszystkim musieli zacząć postępować jeszcze ostrożniej. Wygodne życie zmiękczało. Sprawiało, że można było zrobić się miękkim i leniwym a nie mogli sobie na to pozwolić. Tak samo na bycie zbyt pewnymi siebie, lecz o tym wiedzieli już od dawna. Pokora była cnotą, której w dalszym ciągu mu brakowało. Teraz był tego tak świadomy jak nigdy. - Przetrwamy, okay? Cokolwiek się stanie - zapewnił poważnie, zdecydowanie, starając się brzmieć jak ktoś pewny, ale nie zdesperowany. Mogli się tego spodziewać. Wbrew słowom ukochanej, mogli się domyśleć tego, że coś jest na rzeczy. Nastroje od dawna gwałtownie się pogarszały. Coś wisiało w powietrzu. Po prostu byli zaślepieni budowanym życiem. Nie mogli ponownie popełnić tego błędu. RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.10.2024 Na pewno dało się znaleźć jakieś rozwiązanie, metodę na dostosowanie się do tego, co miało nastąpić. Tyle, że póki co właściwie nie miała pojęcia na czym stoją. To był początek tych zmian, które miały nadejść, nie miała nawet pojęcia, czy w ogóle coś się zmieni. Ta niepewność najbardziej ją dobijała. Czuła, że jak reszta po prostu została poinformowana o tym, że miało się coś wydarzyć, a właściwie to jeszcze nie wiedzieli co. Nie mieli pojęcia o tym ilu właściwie ten oszołom ma popleczników, czy są już armią, czy dopiero zaczynają zbierać swoje siły. To doprowadzało ją do skraju. Nieświadomość. Nie znosiła takich sytuacji. Nie wiedziała też kogo mogłaby podpytać o coś więcej. Nie miała wśród znajomych osób, które mocno deklarowałyby swoje podejście, a przynajmniej nigdy nie skupiała się na tym podczas rozmów. Może nie powinna być taka bierna? Może wypadało, aby już dawno zaczęła się tym interesować. Zawsze myślała, że polityka jej nie dotyczy, że jest ponad to, jak widać wcale tak nie było. To dotyczyło każdego. Mogło zachwiać porządkiem, który panował w ich świecie. - Obiecujesz? - Tak, nie wiedzieć czemu potrzebowała tego, żeby jej to obiecał. Wiedziała, że Roise nie miał w zwyczaju łamać danego słowa, więc zrobiłby wszystko, aby faktycznie do niej wrócił. Może nie powinna podchodzić do tego w ten sposób, ale aktualnie nie miała żadnych skrupułów. Liczyło się tylko to, żeby faktycznie za każdym razem wracał do domu, bo nie poradziłaby sobie ze stratą, tylko tego była pewna. Nie wyobrażała sobie siebie bez niego na tym świecie, mimo tego, że bywało między nimi różnie, to jednak czuła, że jest jej wszystkim. Nie potradiła sobie wyobrazić, że może kiedyś go stracić. Ta myśl ją przerażała, a aktualnie wydawała się niestety możliwa. Niczego nie mogli być pewni. To nie tak, że nie obawiała się o niego, kiedy wychodził załatwiać swoje sprawy związane z tą mniej przyjemną częścią tego, czym się zajmował, ale przywykła do tego strachu. Wiedziała na co się pisze. Nie do końca pisała się na wojnę, która właśnie się rozpoczęła. Nie miała czasu tego przetrawić. Mogli zakładać, że wydarzy się coś większego, bo było widać niepokój w społeczeństwie, jednak nie zakładała od razu najgorszego. Wojna wydawała się jej być ostatecznością, a teraz właśnie oficjalnie się rozpoczęła. Może zupełnie niepotrzebnie tak mocno skupiali się na tym, co razem tworzyli. Byli bardzo zaangażowani we własne sprawy, nie do końca przez to interesowała się tym, co działo się poza ich prywatną bańką. Było jej w niej dobrze, mieli wszystko poukładane, niczego więcej nie potrzebowała do szczęścia. Teraz czar prysnął, rzeczywistość, bardzo brutalna ich dopadła. Czy chcieli tego, czy nie, byli tego częścią, nie mogli udawać, że problem nie istnieje, przymykać na to oka. - Mhm. - Jak zawsze wyczuł, kiedy nie mówiła szczerej prawdy. W tej chwili było po niej widać, że nie do końca radziła sobie z tą sytuacją, była tą otwartą księgą z której mógł czytać bez żadnych wątpliwości. Nie chciała by czuł na sobie ciężar jej niepewności. Miała być jego siłą, a nie zmartwieniem. Tyle, że faktycznie czuła, jakby grunt osuwał się jej spod nóg. Nie miała pojęcia, jak przyjdzie im się w tym wszystkim odnaleźć. To nie było wcale takie proste. Szczególnie dla ludzi ich pokroju. Od zawsze byli zawieszeni między światami, teraz pewnie też nie powinno się to zmienić, tylko mogło to być dużo bardziej niebezpieczne (jakby do tej pory nie było). Jak widać jednak zawsze mogło być gorzej. - To chyba najlepsza z opcji, jakie mamy. - Nie widziała innego rozwiązania. Dobrze im zrobi jak się na trochę odsuną od tego wszystkiego. Nie mogli jednak całkowicie ignorować sytuacji, która stała się mocno skomplikowana. Powinni wiedzieć, co się dzieje w centrum wydarzeń. Mimo wszystko mogli wyszarpać światu odrobinę normalności zaszywając się w swojej chatce. Wydawało jej się to faktycznie najlepszą możliwością. Czuła, że odnalezienie się w nowej rzeczywistości może być dosyć bolesne. - Dziękuję. - Mruknęła jeszcze cicho, bo wiedziała, że jemu to może skomplikować codzinność jeszcze bardziej, był w stanie się poświęcić dla ich wspólnego dobra, mimo, że wcale nie chciała go obciążać to wiedziała, że jest to jedyne wyjście, przynajmniej jak na razie. - Ja również spróbuję się czegoś dowiedzieć. - Miała przyjaciół w różnych miejscach, mogłaby podpytać o nastroje, jakie panują w ministerstwie, jak oni zamierzają sobie radzić z tym problemem. Nie spodziewała się, że to będzie coś spektakularnego, bo urząd raczej wykazywał się opieszałością. Widać było, że nie do końca są w stanie zapanować nad magicznym światem, zresztą wczoraj wieczorem jej poglądy się potwierdziły. Nie przygotowali się na to, co nadeszło. Ciekawe ile niewinnych osób straci życia przez to, że nie panowali nad tym, co działo się wokół nich. Wolała o tym nie myśleć, ale miała świadomość, że teraz śmierć będzie im towarzyszyć na co dzień, będzie spotykać te osoby, które się o nią nie prosiły. Oni byli przyzywyczajeni do ryzyka, a i tak ich to poruszyło. Zwyczajni ludzie mieli jeszcze gorzej. - My wszystko przetrwamy, przecież razem jesteśmy niepokonani, prawda? - Bardzo chciała w to teraz uwierzyć. Chciała mieć pewność, że jej słowa są faktycznie prawdą. Wydawała się być ich pewna, chociaż gdzieś z tyłu głowy pojawiały się obawy, że co jeśli tym razem im się nie uda? Musiała przestać myśleć o tym, co mogło pójść nie tak, a skupić się na tym, co mogli zrobić, aby żyło im się lepiej podczas wojny, która wdarła się do ich świata i zamierzała zburzyć względny spokój, który sobie wypracowali. RE: [19.11.1970] Gdy światło zgasło | Ambroise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 24.10.2024 Nawet nie próbował ignorować tego, że potrzebowała usłyszeć od niego podobne zapewnienie. Głośne i wyraźne. - Obiecuję - w jego głosie brzmiała całkowita pewność. Nie powinna kwestionować jego słów. Zawsze wracał. Nawet wtedy, kiedy bywało między nimi szczególnie źle, nigdy nie umiał zarzekać się, że to ten ostatni raz i tym razem już nie wróci. Nie straszył odejściem. Nie posunąłby się do czegoś tak perfidnego, tym bardziej, że w głębi duszy wiedział, że czasami musi ochłonąć i spojrzeć na wszystko z innej strony. Odwarkiwał, trzaskał drzwiami, wychodził, żeby wrócić jak tylko opanuje najgorsze nerwy. Czasami po kilku godzinach, czasem po paru dniach. Bywało, że po minutach spędzonych na wypalaniu papierosów jeden po drugim aż do zawrotów głowy i szczękościsku. W każdym razie - za każdym razem wracał do niej do domu. Nie wyobrażał sobie, że mógłby tego nie zrobić. Nigdy z podkulonym ogonem. Zresztą nie oczekiwał od niej tego, że w analogicznej sytuacji to ona wróci z opuszczoną głową. Nie o to chodziło. Liczyło się wyłącznie to, że niezależnie od atmosfery, jaka panowała między nimi w momencie wyjścia któregokolwiek z domu, Ambroise mógł być pewny otwartych drzwi. A jeśli nie drzwi to chociaż uchylonego okna. W ostatnim czasie przystopowali z widowiskowymi, dramatycznymi scenami. Łatwiej mu było dostrzec absurd sytuacyjny, zatrzymać się w pół słowa, pokręcić głową, wywrócić oczami i skwitować wszystko śmiechem. Trochę zażenowanym, nieco rozgoryczonym. Skoro i tak wybaczali sobie wszystkie te akcje to po co rozdmuchiwali je do rozmiarów teatralnych sztuk. Niezależnie od tego, co się stało przyjmował ją z otwartymi ramionami, bo była jego domem. W innym razie nie wytrzymałby zbyt długo w pustych czterech ścianach. Nawet, gdyby usrał się jak miał to kiedyś w zwyczaju i z uporem maniaka nakręcałby swoją frustrację. Przestał. Sam nie wiedział, kiedy dokładnie to zaczęło być godne pożałowania zachowanie w jego własnych oczach. Tym bardziej, że nie byli już dzieciakami. Nie chciał zachowywać się jak obrażony szczeniak, nawet jeśli w dalszym ciągu potrafił pokazać, że umie grać w tą grę i jest w niej nieoficjalnym mistrzem. Mogliby walczyć o ten tytuł. Niewątpliwie byli w stanie konkurować ze sobą o medal dla najbardziej zacietrzewionej, porywczej osoby, ale po co. Budowali wspólne życie na zbyt wielu innych fundamentach, żeby następnie walić głową o twardą, całkiem solidną ścianę. Uświadomienie sobie tego było czymś uwalniającym. Od paru tygodni zamiast skupiać się na drobnych elementach, na które nie miał wpływu, przeznaczał ten czas na długofalowe planowanie. Rzecz jasna nieoficjalnie. Przynajmniej jeszcze na ten moment, kiedy nie miał wszystkiego dopiętego na ostatni guzik. Przez cały czas był krystalicznie szczery. Rzeczywiście wykonywał te wszystkie zlecenia, o których mówił. Dobijał targów, spotykał się z ludźmi. Pracował, ale nie zawsze tak długo jak to mogło wynikać z godziny jego powrotu do domu. Potrzebował tego dodatkowego czasu bez pytań ze strony Geraldine, żeby nie musieć migać się od odpowiedzi. Tym bardziej, że wszystko, co pokątnie robił sprawiało mu satysfakcję. Czuł się szczęśliwy i bardziej podekscytowany niż kiedykolwiek by przypuszczał, że będzie. Miał za sobą znaczną część wstępnych kroków. Podchodził do tego dokładnie tak jak wypadało to zrobić, nie uciekając od konieczności odhaczenia wszystkich drobnych, żmudnych etapów, bo na końcu czekała ich za nie nagroda. Znaczna nagroda. Z dodatkowymi benefitami w postaci umocnionej pozycji pośród elity. Wcale nie z uwagi na konieczność nagłego mocniejszego włączenia się w życie czystokrwistych czarodziejów. Wręcz przeciwnie. Po to, aby mogli darować sobie część niepotrzebnych wydarzeń, na które w innym wypadku musieli chodzić. Po tylu latach dla większości ludzi ich relacja była jasna, ale koniecznością było domknięcie jednego rozdziału, żeby zacząć drugi - już całkowicie niezależny. To była wyłącznie kwestia czasu. Coraz bliższego, bo nawet kiedy wychodził wczoraj na dyżur w dalszym ciągu dopinał wszystkie sprawy, wymieniając listy i ustalając termin złożenia wizyty w Walii. Data została przyklepana na dwie godziny przed orędziem Lorda Voldemorta. Wypadała na dwudziestego pierwszego - w tę sobotę. Do soboty ich świat mógł już nie istnieć w formie, w jakiej go znali. Wszystko zmieniało się tak szybko, że jedynym pewnikiem było to, że musieli wynieść się na jakiś czas z Londynu. Tym razem nie tylko tak jak stali, ale z wieloma przydatnymi rzeczami. To miała być przeprowadzka. Miał nadzieję, że tymczasowa, jednakże nie był w stanie powiedzieć, jak długo mieli spędzić w Whitby, więc potrzebował zabrać stąd znaczną część swoich rzeczy. Jej pewnie również. Tym bardziej, że nie chciał tu wpadać w drodze powrotnej. Powroty do domu miały skomplikować się dostatecznie, żeby Ambroise nie chciał tracić czasu na rozbijanie się między jednym a drugim miejscem. Poza tym zostawała kwestia Piaskownicy, która nie była do końca przystosowana do całorocznego pobytu. Musieli zaopatrzyć się w zapasy drewna, uszczelnić okna, posprzątać na strychu i poprzenosić tam część zbędnych mebli do zastąpienia przez te bardziej praktyczne. To wymagało czasu, energii, nakładu pracy. Wiedział, że musi podjąć decyzję, ustalić priorytety i się ich trzymać. List zwrotny miał napisać wieczorem, korzystając z wolnej chwili, gdy Geraldine pójdzie się umyć. Cień wojny nie sprzyjał organizacji wystawnych przyjęć. Szczególnie, jeśli mogły być wykorzystane przeciwko nim. W oczach Greengrassa to nie byłoby coś ku pokrzepieniu serc, nie był Macmillanem oderwanym od rzeczywistości. Poza tym nie chciał spędzać zbyt wiele czasu w Londynie w najbliższych dniach, a większość biznesów i tak miała przezornie zamknąć się na jakiś czas. Rzemieślnicy nie byli głupi. Z pewnością mieli wyczuć korzyści w sytuacji i ze zdwojoną siłą zacząć pracować nad ofertą. Wojna sprzyjała zawieraniu szybkich, często pochopnych ślubów. Biznes miał przystopować a potem rozkwitnąć. Kilka następnych tygodni rozjaśni sytuację. Teraz musieli przede wszystkim podejmować konkretne decyzje oparte na reakcjach i analizie. Wyjazd z Londynu był najlepszym rozwiązaniem. - Kocham cię - najchętniej przygarnąłby ją do siebie, pocałował i nie wypuszczał z ramion, ale zamiast tego posłał Geraldine poważne spojrzenie. - Chcę, żebyś była bezpieczna i ostrożna. Naprawdę ostrożna - zaznaczył z tą samą zdecydowaną powagą, jednak nie poprzestawał na tym; chciał, żeby mieli jasność. - Nie wychylaj się bez potrzeby. Nie rozpytuj pośród ludzi, co do których masz jakiekolwiek wątpliwości. Nie chcę, żeby spróbowali cię wciągnąć w swoje idee - to nie była ich walka, ich rzeczywistość - jasne, ale nie ich walka. - Mnie też nie, ale pozwól mi tym razem załatwić większość spraw, które wymagają konszachtów z ludźmi, od których powinniśmy się odciąć. Jeśli trzeba coś kupić, kupmy to teraz. Przezorny zawsze ubezpieczony - mimo wyczerpania i zmęczenia starał się myśleć trzeźwo, nie poddać się panice, która ogarnęła go w drodze powrotnej do domu. Tu nie należało dać się wciągnąć w wir niepewności i pochopnych decyzji. Żyli z tym ryzykiem od dawna. Byli na to bardziej przygotowani niżeli większość ludzi. Powinni być od nich sprytniejsi. Umieć wykorzystać swoje mocne strony i zabezpieczyć słabości. - To chciałem usłyszeć, Ma Moitié, nareszcie mówimy do rzeczy - uniósł kącik ust, patrząc na nią z czułością; nie bez niepokoju, ale cholera, mieli sobie poradzić. |