![]() |
|
[20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5) +--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20) +--- Wątek: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence (/showthread.php?tid=4098) Strony:
1
2
|
[20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 24.10.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Ten dzień okazał się być koszmarem. Dawno nie miała takiego paskudnego dnia, o ile w ogóle kiedykolwiek. Uciekła z domu. Właściwie to wybiegła z własnego mieszkania po tym, jak jej brat postanowił sobie zrobić z niej posiłek, wcześniej pobił się z jej byłym, a jeszcze wcześniej dowiedziała się, że coś na nią poluje. To nie był jej dzień, zdecydowanie. Nie wiedziała, gdzie powinna się udać, w sumie to wiedziała. Miała jedną opcję, najbardziej konkretną, która znajdowała się całkiem blisko. Osobę, której ufała, która nie powinna wyrzucić jej na bruk. To było strasznie uwłaczające dla Yaxleyówny, że nie miała się dokąd podziać, zawsze pozostawała Piaskownica, ale nie miała zamiaru tam wracać, nie po tym, jak dzisiaj się z nim widziała. Decyzja była więc bardzo prosta, nogi zaniosły ją przed drzwi mieszkanie Florence. Miała ogromne szczęście, że przyjaciółka mieszkała niedaleko niej. Trochę jej było głupio, że pojawiła się u niej w takim stanie, nawet bardziej głupio niż zazwyczaj, kiedy stawała przed tymi drzwiami ranna, dzisiaj bowiem była poturbowana tyle, że mentalnie. Nie płakała już po tym, co się wydarzyło, ale oczy miała zaczerwienione, pojedyncze pasma wychodziły z jej zazwyczaj mocno ścisniętego warkocza, wyglądała jak jedno, wielkie nieszczęście. Otrzeźwiała jednak, chociaż pewnie unosiła się wokół niej woń alkoholu, którego sporą ilość w siebie dzisiaj wlała. Zastukała do drzwi i czekała na to, aż się otworzą, nie była pewna, czy przyjaciółka jest w domu, nie pytała jej rano o to, czy ma w nocy dyżur, cóż, zawsze pozostawało wierzyć w to, że jeśli nie ona, to któryś z jej braci jej otworzą, co już było naprawdę mocną desperacją, ale to nie był jej dzień. RE: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Florence Bulstrode - 25.10.2024 Drzwi uchyliły się po chwili: stał przy nich skrzat Joker, wyraźnie zaspany i wyrwany ze snu, odziany w strój z poszewki, czysty, ale w tej chwili wymięty, pewnie dlatego, że spał w swoim łóżeczku. Zmierzył Geraldine mało przychylnym spojrzeniem, nie kazał się jej jednak wynosić – zapewne przywykł, że jest parę osób, które stawały czasem na progu kamienicy Bulstrodów o dziwnych porach dnia i nocy, a państwo i tak ich przyjmowali. Byli to przede wszystkim krewni, ale znalazłoby się też paru przyjaciół Percivala, Atreusa albo dwóch Florence. Geraldine była jedną z tych osób i zazwyczaj jej pojawienie się oznaczało, że przyszła do Florence. Nie pytał nawet kogo zawołać, tylko wpuścił ją do środka i znikł z cichym trzaskiem, aby zapukać na piętrze do pokoju Florence. Geraldine miała tyle szczęścia, że uzdrowicielka tego dnia nie miała nocnego dyżuru. Chwilę później pojawiła się na schodach, w szlafroku, z włosami związanymi w luźny warkocz – wymykały się z niego luźne kosmyki, co byłoby dla Florence niedopuszczalne w innych okolicznościach niż gdy ktoś wyrwał ją ze snu. Przez ramię kobieta przerzuciła sobie torbę z podstawowym wyposażeniem medyka, bo takie nocne pobudki zazwyczaj oznaczały, że któryś z jej krewnych, Geraldine albo Patrick potrzebowali pomocy medycznej. W dłoni trzymała różdżkę: słaby blask zaklęcia rozświetlał pogrążone w mroku pomieszczenie. W domu panowała cisza – pozostałych domowników nie było albo spali w swoich pokojach. Przystanęła przed Geraldine, zmierzywszy ją spojrzeniem od stóp do głów, szukając śladów po krwi, nieudanej transmutacji albo kończyn sterczących w inne strony niż powinny. Wyczuła zapach alkohol, i odrzuciła możliwość ran doznanych podczas polowania – jakaś barowa bójka albo przygoda na Nokturnie? – Gdzie jesteś ranna? – spytała rzeczowo, odruchowo ściszając głos, chociaż wątpiła, by ktoś w swojej sypialni mógł usłyszeć głosy dobiegające z dołu. Zmrużyła lekko powieki, nagle podejrzliwa, gdy dostrzegła zaczerwienione oczy Geraldine: biorąc pod uwagę, że ta nie płakała, kiedy błotoryj uszkodził jej kilka żeber, musiało być bardzo, bardzo źle. RE: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.10.2024 Wyjątkowo nie przywitała skrzata ciepłym spojrzeniem. Nie miała siły na to, aby zastanawiać się nad tym, w jaki sposób powinna się zachowywać. Wiedziała, że skrzat ją zna, bywała tu stosunkowo często, niestety, ale Florence chyba przywykła do tego, że Yaxley ciągle wpada w jakieś kłopoty i to ona była jej pierwszym źródłem pomocy. Nigdy nie wybierała Munga, nie dopóki sama była w stanie decydować o tym, gdzie może się udać, czyli do momentu w którym była przytomna. Weszła do środka mieszkania. Miała nadzieję, że nie nadzieje się tutaj na żadnego z braci Bulstrode, nie chciała, aby ktokolwiek widział ją w takim stanie. Zniosłaby bez mniejszego problemu oceniający wzrok gdyby była pokiereszowana fizycznie, ale nie chciała, aby ktokolwiek wiedział o jej ramach psychicznych. Nie znosiła, kiedy inni widzieli jaka jest słaba. Ten dzień zdecydowanie nie należał do najlepszych. Dostrzegła Florence, która pojawiła się na schodach. Przygotowana do udzielenia pomocy medycznej, tak zazwyczaj tylko po to się tutaj pojawiała o takich porach. Westchnęła jedynie cicho, gdy przyjaciółka zaczęła schodzić ze schodów. - Nie miałam gdzie pójść. - Powiedziała drżącym głosem, wpatrując się w swoje buty. Nie do końca wiedziała od czego powinna zacząć, jak wytłumaczyć Bulstrode swoją obecność. Może faktycznie niepotrzebnie się tutaj pojawiała. Nie mogła jednak zostać w swoim mieszkaniu, nie mogła wrócić do Walii, nie chciała wybrać Whitby. Nie miała innej możliwości, to było pierwsze co przyszło jej na myśl. Zrobiła krok do przodu, potrzebowała bliskości drugiej osoby, bo miała wrażenie, że jej życie całkowicie wymyka się jej z rąk. Florence była z nią rano w Walii, wiedziała, że ten poranek nie należał do najłatwiejszych, ale później było tylko gorzej. Próbowała uciszyć wszystkie negatywne myśli alkoholem - to nie zadziałało, później pojawił się Ambroise, poszli do jej domu, znowu popełniła błąd, bo zapomniała wspomnieć o tym, co się stało z Astarothem, nie spodziewała się jednak, że ten postanowi sobie zrobić z nich obiad. Najgorsze w tym wszystkim było to, że powiedział jej te słowa, o których tyle myślała, że wolałaby, żeby to ona wtedy umarła. - Mogę się do ciebie przytulić? - Wolała o to zapytać, chociaż znajdowała się już bardzo blisko kobiety, gotowa to zrobić w każdej chwili. Miała świadomość, że ich relacja nie należała do typowych, damskich przyjaźni, jednak akurat dzisiaj chyba tego właśnie potrzebowała - kogoś komu będzie mogła się wygadać. RE: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Florence Bulstrode - 26.10.2024 Florence zmarszczyła lekko brwi, aż pojawiła się między nimi zmarszczka, na słowa Geraldine. Nie brzmiało to, jakby była ranna – a i po prawdzie Bulstrode nie dostrzegała na pierwszy rzut oka przynajmniej żadnych obrażeń. Mogło to być nieco złudne, kolejne słowa, wypowiedziane przez Yaxley, to jak ruszyła w jej stronę… wskazywały jednak na to, że nie: nie jest ranna. Żadne polowanie, żadna barowa bójka, żadne starcie z dziwacznym bratem. Uzdrowicielka pozwoliła, by torba osunęła się na podłogę, a potem wyciągnęła po prostu bez słowa ręce, i otoczyła Geraldine ramionami. Była zasadnicza, bywała za mało wyrozumiała, bywała nawet zimna – ale zawsze przynajmniej próbowała rozumieć te parę osób, na których jej zależało i służyć im wsparciem tam, gdzie tego potrzebowali. Ciepłe gesty, wbrew pozorom, nie były Florence całkowicie obce: dla rodziny miewała czasem chłodną reprymendę, ale też były słowa pełne uczucia i były wyciągnięte ręce. Bez wahania wyciągnęła je więc w stronę Yaxleyówny. Stała tak przez moment, po prostu pozwalając jej zostać w uścisku, i dopiero potem odsunęła się nieco, chociaż nie zdjęła od razu dłoni z jej ramion. Czuła zapach alkoholu: nie winiła za to Geraldine, po tych rewelacjach o Thoranie pewnie pragnęła się znieczulić, nawet jeżeli nie powinna tego robić. Widziała zaczerwienione oczy. Najwyraźniej Geraldine faktycznie była ranna, ale tym razem była to rana zupełnie nowego rodzaju. – Chodź do kuchni, porozmawiamy przy herbacie – powiedziała spokojnie, bo przedpokój nie wydawał się jej najlepszym miejscem do dyskusji, a nie, nie było mowy, aby odesłała Geraldine za drzwi. Po prawdzie Florence pewnie niewiele osób odesłałaby za drzwi widząc, że te naprawdę potrzebują pomocy, a Yaxleyównę znała od lat… i teraz ewidentnie tej pomocy potrzebowała. – Joker, odnieść proszę moją torbę i możesz wracać do łóżka, sama wszystkim się zajmę – rzuciła do skrzata, cofając się wreszcie. – Czy chodzi o twojego brata? Dowiedziałaś się czegoś? – spytała, ruszając do kuchni jako pierwsza, i ruchem różdżki rozpalając tam światła. RE: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 26.10.2024 Yaxleyówna raczej nie miała w zwyczaju opowiadać o tym, co się u niej działo, ani o tym, jak się czuła. To nie było dla niej typowym zachowaniem, raczej zostawiała wszystko dla siebie i po prostu jakoś sobie z tym radziła, bardziej lub mniej. Zapijała swoje troski, nikomu o tym nie mówiąc. Tak było prościej. Nie znosiła się tym dzielić, ale dzisiaj nie do końca wiedziała, co innego mogłaby zrobić. To ją przerosło, za dużo się nazbierało tego wszystkiego, żeby była w stanie to przetrawić, by sama mogła sobie z tym poradzić. Przytuliła się do Florence mocno, złapała ją w swoje ramiona i pozwoliła sobie na trochę odpłynąć. Potrzebowała tej bliskości, a aktualnie właściwie nie miał jej kto zagwarantować takiego poczucia bezpieczeństwa. To też ją strasznie bolało. Miała wrażenie, że w ciągu ostatnich dwóch lat straciła wszystko, co miało dla niej sens, właściwie z miesiąca na miesiąc było coraz gorzej. Stawała się własnym cieniem, los chyba chciał jej pokazać, że zawsze może być gorzej, że nie da się znaleźć w głębszym bagnie. Jej oddech wreszcie nieco się uspokoił. Ta bliskość jej wystarczyła, przynajmniej jak na razie. Spoglądała na Florence swoimi błękitnymi oczami, kiedy ta się od niej odsunęła. - Tak, herbata to dobry pomysł. - Powiedziała cicho. Szła za Bulstrode powoli. Nie do końca wiedziała, co powinna jej powiedzieć. Faktycznie jej dzisiejszy podły nastrój zaczął się od tego, czego dowiedziała się o Thoranie, ale później było tylko gorzej. - Nie, to nie o niego chodzi, nie tym razem. - Ton jej głosu był zdecydowanie inny od tego typowego dla Yaxleyówny. Widać było, że nieco brakuje jej energii i wiary, jakby zaczęła opadać z sił. - Astaroth próbował ugryźć Ambroisa. - Wyrzuciła w końcu z siebie, bo właściwie to był główny problem wieczora. - W sumie to mnie też chciał ugryźć i powiedział mi, że chciałby, żebym to ja wtedy umarła, a nie on. - Spuściła głowę i wpatrywała się w swoje buty, to chyba ją najbardziej zabolało. Nie wspomniała o tym, jak właściwie jej były znalazł się w jej mieszkaniu, ale to chyba wydawało się jej być aktualnie nieistotne, chociaż też trochę była zaskoczona swoimi zachowaniem, nie sądziła, że tak za nim tęskni. Chyba znajdowała się aktualnie w swoim osobistym piekle. RE: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Florence Bulstrode - 28.10.2024 – Usiądź – powiedziała Florence, wskazując Geraldine na jedno z krzeseł. Sama zajęła się przygotowywaniem herbaty: wyciągnęła czajnik, napełniła go wodą i podgrzała zaklęciem. W bladym, magicznym świetle, wyjęła z jednej z szafek woreczki z herbatą, dla siebie wybierając czarną, o mocnym smaku i aromacie, która mogła pobudzić po wyrwaniu ze snu, a dla Geraldine coś łagodniejszego. Słuchała słów Yaxleyówny, wsypując herbatę do błękitnych filiżanek z delikatnej porcelany, elementów jednego z wiekowych zestawów, przekazywanych w ich rodzinie od dawna. Nie odezwała się od razu, najpierw przyswajając i przetwarzając informacje. Florence Bulstrode nie była prędka w słowach – uważała, że ludzie ogólnie powinni więcej mówić nad tym, co myślą, a ta sytuacja wymagała szczególnej rozwagi. – Wampiry odczuwają wieczny głód, Geraldine, a te młode nie potrafią nad nim panować. Wiem, że cię to nie pocieszy, ale Astaroth nieraz jeszcze może stracić nad sobą kontrolę – powiedziała w końcu, stawiając filiżankę przed Yaxleyówną. – Gdzie on jest teraz? Nie mogła o tym nie pomyśleć: co jeżeli głodny, niepanujący nad sobą wampir, krążył teraz po ulicy Horyzontalnej? Jeśli usiłował ugryźć własną siostrę, to co jeżeli kogoś skrzywdzi? Florence wiedziała, że odbiłoby się to na Geraldine, martwiła się o sąsiadów… o samego Astarotha… tu miała mieszane odczucia. Był młodym chłopakiem, którego życie zakończyło się przedwcześnie i który nie prosił o ten powrót do świata żywych. Był chodzącym trupem, który aby przetrwać, musiał kraść cudzą krew. Był abominacją. Kimś, kto nie powinien powstać – powinien umrzeć i zostać opłakany. Ale nie mogłaby powiedzieć tego Astarothowi, nie mogła tego powiedzieć Geraldine, nie mogła tego nawet powiedzieć sama sobie. Atreus też był anomalią, a Florence odczuwała jedynie ulgę, że wrócił do żywych. Nawet jeżeli doszło do tego dzięki nekromancji. – Nie jesteś winna temu, co go spotkało. – Nie mogła powiedzieć, że Astaroth tak nie myślał. Widziała ten mechanizm zbyt wiele razy. Na ich wydział trafiali ciężko chorzy, ludzie pogryzieni przez wilkołaki, u których budziła się klątwa maledictusa. Rozżalenie brało często górę: pytanie „dlaczego ja” nie dawało wielu z nich spokoju. Potrzeba było naprawdę ogromnego altruizmu, aby ktoś postawiony w takiej sytuacji, gdyby dostał wybór… nie był gotowy zamienić się z kimś innym. – Jestem pewna, że Astaroth nie chce, żebyś umarła. Boli go, że stracił światło dnia i normalne życie. RE: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 29.10.2024 Kiwnęła głową, a następnie usiadła na wskazanym przez Bulstrode krześle. Miała ochotę zapalić fajkę, jednak tego nie zrobiła, bo wiedziała, że mogłoby się to nie spodobać przyjaciółce. Zamiast tego wpatrywała się we Florence nieco pustym wzorkiem, obserwowała jak po kolei sięgała do szafek po kolejne rzeczy. Nie miała nic lepszego do roboty. Zacisnęła dłonie na swoich udach. Czuła, że zrobiła coś nieodpowiedniego, chociaż tym razem przecież nie podjęła żadnej głupiej decyzji, może poza tą jedną, pozwoliła odprowadzić się do swojego mieszkania swojemu byłemu. Właściwie to nie spodziewała się, że ten dzień mógłby potoczyć się gorzej, bo przecież już samo to spotkanie i rozmowa były ciężkie, jak się okazało jednak, nigdy nie mogła być pewna głębokości bagna w jakim się znalazła. Zawsze mogło być gorzej, co oczywiście stało się i tym razem. Ponownie kiwała głową, gdy przyjaciółka zaczęła mówić o młodych wampirach. Miała tego świadomość, chociaż wydawało jej się, że jej brat jest objęty kontrolą. Mieszkał z nią nie bez powodu. Ona miała go pilnować, dzisiaj pozwoliła sobie na chwilowe opuszczenie obowiązków i skończyło się to dosyć brutalnie. To była jej wina. Znowu nie poradziła sobie ze swoimi obowiązkami. Strasznie to było gorzkie uczucie. - Wiem, powinnam była go bardziej pilnować. - Tak, nie zamierzała udawać, że to nie jest jej wina. Wszystko było jej winą. Miała wrażenie, że ostatnio zawodzi na każdej możliwej linii. Nie uprzedziła Ambroisa, że jej brat jest wampirem, to znaczy wspomniała o tym, że jest bestią, ale nie potraktował tego poważnie, ona pominęła pewne kwestie, myślała, że jakoś uda jej się to ukryć, oczywiście, że tak się nie stało. Wszystko musiało ułożyć się w najgorszy możliwy sposób. - Jest u mnie, dostał krew, Ambroise mu ją przyniósł. - To nie tak, że zostawiła go tam głodnego. Wolała jednak zniknąć mu z oczu, szczególnie po tym, co jej powiedział. Nie była, aż taka nierozważna, zresztą zamierzała dać mu się posilić swoją własną krwią, tylko została od tego odwiedziona. - Byłam tam wtedy z nim, mogłam go uratować, gdybym była szybsza, to by nie umarł. - Zresztą zakończył swój żywot na jej rękach. Widziała jak umiera, była pewna, że go straciła, ale później wrócił. Cieszyła się, że nie odszedł na zawsze, ale z drugiej strony okropnie współczuła mu tego, jak teraz wyglądał jego żywot, czy w ogóle można było to nazwać życiem? Stał się jednym z potworów na które polowali, może dzięki temu nadal miała go przy sobie, jednak to nie do końca był sposób, w jaki chciała mieć go w swoim życiu. - Był bardzo przekonujący w tym, co mówił. - Faktycznie mogły go ponieść emocje, ale czy wtedy ludzie, potwory i wszystko inne co chodziło po ziemi nie byli wtedy najbardziej szczerzy? RE: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Florence Bulstrode - 30.10.2024 - Nie zdołasz pilnować go zawsze. - Nie tylko dlatego, że była człowiekiem, który w dodatku miał teraz na głowie dziwne zachowania bliźniaka. A raczej... może właśnie dlatego. Jeśli Astaroth przeżyje te pierwsze lata, prawdopodobnie będzie żył dużo dłużej od Geraldine. Bo on już człowiekiem nie był. - Konsultowaliście się z kimś? W jaki sposób najlepiej go kontrolować? Czy są jakieś optymalne metody... panowania nad głodem? Może należałoby kogoś zatrudnić, kto mógłby ci pomóc? - spytała i zmarszczyła lekko brwi, bo pomysł niańki dla wampira z jednej strony brzmiał tak absurdalnie, z drugiej... z drugiej przecież Florence szczerze uważała, że warto go rozważyć. Byli bogaci. Mogli tymi pieniędzmi kupić trochę spokoju. Yaxleyowie zaś może znali się na wampirach, ale raczej interesowało ich to, w jaki sposób takie eliminować, a nie dostosować do życia w społeczeństwie. Florence uspokoiła się trochę na informację, że Astaroth dostał krew, chociaż pomyślała mimowolnie, że niemiłe to sąsiedztwo: ktoś, kto mieszkał trzy kamienice dalej, a w chwilach głodu albo złości ruszył gryźć ludzi. Także własną siostrę. Upiła ostrożnie łyk herbaty, spoglądając na Geraldine znad filiżanki. Chciałaby ją pocieszyć: ale nie było słów, które mogły przynieść ulgę, gdy twój brat umarł ci na rękach i powrócił jako wampir. Chciałaby powiedzieć, że wszystko będzie dobrze: ale znów, byłoby to kłamstwo, bo wcale dobrze być nie musiało. Astaroth mógł stać się potworem w każdym tego słowa znaczeniu. Mógł też nie przetrwać, gdy zaatakuje nieodpowiednią osobę. – W szpitalu widywałam wiele tragedii, którym w teorii dałoby się zapobiec, Geraldine. Chłopak, trafiony klątwą, która była przeznaczona dla jego brata. Dziecko pogryzione przez wilkołaka, mającego coś za złe jego ojcu. Dziewczyna, która źle rzuciła zaklęcie i efekt ją ostatecznie zabił, bo jej rodzina spóźniła się o ułamek sekundy z rozproszeniem... - powiedziała w końcu, odstawiając naczynie. – Sedno w tym, że tak naprawdę nie da się zapobiec każdemu nieszczęściu. One po prostu się przydarzają. Jego rozgoryczenie jest naturalne. Stracił normalne życie i przez to mówi rzeczy, co do których sam na pewno wie, że nie są sprawiedliwe. Twoje wyrzuty sumienia również, bo ludzie mają tendencję do szukania przyczyn takich wydarzeń. Ale jedynym naprawdę winnym jest wampir, który go zabił i przemienił. Równie dobrze możesz mówić, że nie umarłby, gdybyście nie byli łowcami. I tak by było. Florence zresztą nigdy nie była zwolenniczką tego zawodu. Ale Yaxleyowie sami go sobie wybrali, oboje i kroczyli tą ścieżką, świadomi, że mogą zginąć w pazurach bestii. RE: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Geraldine Greengrass-Yaxley - 30.10.2024 - Wiem, szczególnie teraz, teraz jest ciężko. - Miała sporo swoich własnych problemów na głowie, dzisiaj, ten jeden raz chciała sobie odreagować i jak to się skończyło? Bardzo źle. Najwyraźniej nie do końca radziła sobie z odpowiedzialnością, którą na nią zrzucono. Trochę obawiała się tego, że ojciec może się dowiedzieć o tym, że sobie nie radzi, a zdecydowanie wolałaby tego uniknąć. Wolała, żeby myślał, że ma nad wszystkim kontrolę, zresztą bardzo chciałaby, żeby faktycznie tak było, ale działo się wręcz przeciwnie. Nie panowała nad niczym co działo się w jej życiu. - Powiedzmy, że ma pod nosem kogoś, kto jest jego regularnym źródłem pożywienia. - Nie do końca podobał jej się ten układ z Kim, nie wnikała w to, co dokładnie ich łączy, ale przyjęła ją również pod swój dach. Powoli robiło się bardzo ciasno w jej mieszkaniu. - No i staramy się, aby zawsze miał na wyciągnięcie ręki krew, wiesz. - To nie było wcale takie trudne, szczególnie, że na czarnym rynku można było dostać ją bez mniejszego problemu. Wcale nie tak prosto było mówić jej o tym, że załatwiają pożywienie dla swojego brata. To nie było naturalne, aby jeden z nich był tym na co polowali, wbrew pozorom nie tak łatwo było się jej przyzwyczaić do myśli, że Astaroth stał się jedną z bestii, na które polowali. - Myślisz, że powinnam mu zatrudnić opiekunkę? - To nie był taki głupi pomysł, jakby się mogło wydawać, nie musiałaby wtedy ciągle skupiać się na tym, czy jej brat akurat nie robi komuś krzywdy. Może faktycznie powinna się nad tym zastanowić, tyle, że on mógł zjeść swoją opiekunkę/opiekuna, co nieco komplikowało sprawę. Sięgnęła w końcu po filiżankę, z której upiła łyk herbaty. Przyjemne ciepło zaczęło rozchodzić się po jej ciele. - Masz rację, ale nie sądziłam, że tak trudno będzie, wiesz? po tym wszystkim. Mam wrażenie, że z niczym sobie nie radzę, nie daję mu odpowiedniego wsparcia, nie wiem, co powinnam zrobić. - Nie tak łatwo jak się okazało było mieć brata wampira. Zresztą to nie było dla niej naturalne - opieka nad takim stworzeniem, wręcz przeciwnie, musiała wykazywać się sporą empatią bo od lat była szkolona po to, aby likwidować bestie jak on. RE: [20.06.1972] pierwszy upadek | Geraldine & Florence - Florence Bulstrode - 31.10.2024 Florence upiła łyk herbaty, nijak nie komentując tego stałego źródła pożywienia. Czy wzdrygała się na samą myśl? Owszem. Czy rozumiała? Tak. Dla Astarotha i Geraldine to było najlepsze wyjście. A najwyraźniej ta osoba albo kochała go dostatecznie mocno, aby była gotowa się poświęcić w imię jego bezpieczeństwa, albo potrzebowała pieniędzy. Ludzie robili gorsze rzeczy dla złota niż sprzedawanie własnej krwi. - Dobrze. Mimo to powinnaś zasięgnąć konsultacji. Może u kogoś z Departamentu Tajemnic albo z urzędu do spraw magicznych stworzeń. Są też chyba jakieś książki o wampirach i ich społeczeństwie. Nie wiem o tym wiele, ale może są jakieś wskazówki, które warto poznać. Jak ilość pożywienia, jaką powinien przyswajać czy jakiej nie należy przekraczać - powiedziała dość rzeczowym tonem, spoglądając wciąż na Yaxleyównę jasnymi oczyma. Kusiła ją próba spojrzenia w przyszłość, lękała się jednak, że skonczy się to kolejną wizją o bezcielesnym potworze. Nie była na to gotowa: nie wyrwana w środku nocy ze snu, gdy Geraldine rozpadała się na kawałki. Yaxleyówna zresztą też z pewnością nie była gotowa na takie rewelacje. - Dlaczego nie? Pieniędzy ci nie brakuje. Możesz kupić za nie odrobinę spokoju. Nie będzie sam, a ty nie będziesz miała wyrzutów sumienia, ilekroć wychodzisz z domu. Odstawiła naczynie i wyciągnęła rękę, na moment podpierając ją na dłoni Geraldine. Miała skłonności do szukania logicznych rozwiązań, ale znała znaczenie i takich drobnych gestów. - Robisz znacznie więcej niż zrobiłaby większość sióstr w Anglii, zapewniam cię. Nie wiedziała, nie chciała wiedzieć, co sama zrobiłaby w takiej sytuacji. Chyba nie umiałaby wyrzucić braci z serca, nawet gdyby zamienili się w wampiry, ale zaakceptowanie tego nie byłoby dla niej łatwe. Była uzdrowicielką, znała cykl życia i śmierci, i ciężko było jej widzieć w Astarothcie tego samego chłopca, którym był przed przemianą. - Chcesz zostać na noc? Pościelę ci na kanapie w moim pokoju dziennym. |