Secrets of London
[lato 1972] To moje bagno - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Aleja horyzontalna (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=20)
+--- Wątek: [lato 1972] To moje bagno (/showthread.php?tid=4131)

Strony: 1 2


[lato 1972] To moje bagno - Quintessa Longbottom - 31.10.2024

Odkryj wiadomość pozafabularną
Sesja odnosząca się do zadania od Mistrza Gry, zleconego o tutaj! Zadanie wykonywane jako jedna z cech lokacji: niewygodni sąsiedzi.
Kolejny nudny wtorek wypełniony tylko i wyłącznie piątym z rzędu ścieraniem półki nad kontuarem.
Kolejna… dziwnie nudna środa, kiedy to w końcu znalazła czas na alfabetyczne skategoryzowanie wszystkich posążków żab; czterech w cylindrach, ośmiu z parasolkami i gustownymi laskami, a także około piętnastu, które po prostu wylegiwały się na liściach, ale ponad połowa z nich trzymała mały kubeczek herbaty.
Kolejny był czwartek — równie statyczny i tutaj Tessa zaczęła się lekko niepokoić. Klientów brak, żadnego nawet nie było widać w zasięgu witryny, którą czyściła w poniedziałek! Pamiętała żeby wystawić nowe zasłonki, dodać zaklęte świeczki i nawet przygotowała się powoli na jesień. Wystawiła całe trzy dynie! I to były bardzo ładne dynie. Ale ewidentnie nikt tego nie doceniał, bo kiedy przyglądała się czarodziejom, przechodzącym obok jej antykwariatu, żaden z nich nawet nie spojrzał w tę stronę!
Jeśli miała kogoś winić, to owszem, miała podejrzanego. Przypałętała się jakaś młoda konkurencja, która nie miała żadnego pojęcia o dobrym biznesie, który przez te kilka lat Tessa zbudowała na zaufaniu sąsiadów i swojej powracającej klienteli. Ale trzymała przekleństwa, cisnące się na usta. Po prostu nie dostaną od niej tarty kajmakowej na powitanie w sąsiedztwie. To powinno ich wystarczająco uderzyć.
Była dzisiaj umówiona z Peregrinusem i to dodawało jej chociaż trochę optymizmu. Wysłała mu sowę kilka dni temu, żeby przyszedł w końcu na herbatę, bo dawno się nie widzieli. Przy okazji mógł też popracować na zapleczu albo pomóc jej przy inwentaryzacji. Chociaż dobrze wiedziała, że i tak skończy się na tym, że będzie go wypytywać o różne rzeczy, Co tam u ciebie?, kiedy tylko poda herbatniki i ciasto z malinami.



RE: [lato 1972] To moje bagno - Peregrinus Trelawney - 04.11.2024

Zorientował się, że od dłuższego czasu stoi przed antykwariatem i wpatruje pusto w witrynę. Spuścił wzrok na buty, zmarszczył brwi. Zawahał się, nim wszedł.
Sklepik wyglądał na zrujnowany; krusząca się pod siłą pioruna Wieża — zły omen. Kolejna ostoja jego dzieciństwa obrócona w proch. Od lat nie widział tego miejsca w tak opłakanym stanie.
Gdy Tessa odkupiła antykwariat od jego matki i przearanżowała wszystko na własną modłę, ten nie przestał mieć sentymentalnego wymiaru dla Peregrinusa. Tak było dobrze: Longbottom nie trzymała się na siłę tego, co pozostawił w sklepiku Archibald Trelawney, lecz tchnęła w biznes nowe życie. Nie kradła cudzego dziedzictwa, lecz nie pozwoliła miejscu umrzeć i straszyć, przypominając o tym, który go opuścił.
Nie pozwoliła wtedy. I nie pozwoliłaby teraz. Młody Trelawney nie tylko wierzył w szczere przywiązanie czarownicy do jej antykwariatu, lecz przede wszystkim wierzył w logikę. A ostatnim razem, gdy tu zaglądał, wszystko było w najlepszym porządku, nie było czasu na taką demolkę, a Tessa nie odwołała umówionej z nim wizyty ani nie zdradziła się żadnym gestem ni słowem, które mogłyby wskazywać, że nosiła się z jakimiś niecodziennymi zamiarami. Poza tym… wróżbita wierzył, że powiedziałaby mu wcześniej, gdyby zamierzała zwinąć interes. Wiedziała, ile on dla niego znaczy.
Z pewnością istniało wyjaśnienie dla tego obrazu nędzy i rozpaczy, który miał przed sobą. Pchnął więc zdecydowanie drzwi. Zadzwonił srebrzyście dzwonek ogłaszający jego przybycie. Czarodziej zatrzymał się w progu, a zmarszczka na jego czole jedynie się pogłębiła, gdy ujrzał, że wnętrze lśni i nęci przepięknymi przedmiotami.
Dzień dobry — rzucił mężczyzna nieprzytomnie; myślami bez dwóch zdań był gdzie indziej. Bez słowa wyjaśnienia cofnął się na ulicę i wpatrywał przez chwilę intensywnie w wystawę, po czym wrócił do środka. — O co chodzi z witryną? Ma pani problem z jakąś klątwą?
Co było o tyle nieprawdopodobne, że Tessa trudniła się klątwołamaniem, przodowała w swoim fachu. Dlaczego miałaby pozwalać, aby coś takiego działo się tuż pod jej nosem?


RE: [l20 czerwca 1972] To moje bagno - Quintessa Longbottom - 05.11.2024

Przed zbawiennym odgłosem dzwonka, anonsującego przybycie Peregrinusa, Tessa zdążyła już zastanowić się pięć razy nad przemeblowaniem całego sklepu — możliwym ułożeniem alejek, a także przemalowaniem ścian? Nie, może powinna wybrać się jutro po nową tapetę? Na całe szczęście bezdenny portfel pani Longbottom został uratowany przez wcześniej wspomnianego czarodzieja. Kobieta niczym na znak podniosła się z fotela za ladą i okrążyła zręcznie kontuar, przy okazji wyciągając w jego stronę obie dłonie.
No, jesteś w końcu! — przywitała się, łapiąc chłopaka w bezlitosny, cioteczny uścisk. Najpierw zaatakowała go mocnym przytulasem, aby potem, na dokładkę, ucałować go w oba policzki, znacząc skórę szminką. Prędko otarła pozostawione barwy wojenne i już miała coś wspomnieć o tym, że zbladł i na pewno schudł, ale zaraz sama lekko straciła na kolorze.
Słucham? — powiedziała najpierw ze zmarszczonym czołem. Wygładziła mu ubranie, jakby przy okazji puczenia pogniotła również jego samego, a potem spojrzała na witrynę. Od środka. — Z witryną wszystko w porządku, przecież widać, że…
Teraz to już lekko zwątpiła. Rzuciła dyniom, świecom i nowym zasłonkom badawcze spojrzenie, jakby chciała doszukać się w nich czegoś, co mogło sprawić, że antykwariat od zewnątrz mógłby się gorzej prezentować. Zostawiła młodego wróża na ledwie na chwilę, a sama wyszła przed sklep, żeby powolnym, dostojnym krokiem samej spojrzeć na wystawkę.
No i młody miał rację. Wyglądała po prostu tragicznie. I nie miała pomysłu, kto mógłby to zrobić, bo przecież wszyscy w sąsiedztwie…
A to przebiegłe sukinsyny — wymamrotała pod nosem, wchodząc z powrotem do środka. Postukała parę razy palcem wskazującym po brodzie, poprawiła bransoletkę na lewym nadgarstku i odezwała się w końcu do nieświadomego, przybranego bratanka. — Ostatnio pojawiła się… konkurencja. Chociaż nie będę jej już tak więcej nazywać, bo nią nie jest. A przynajmniej nie była dopóki cholerni idioci nie zdecydowali o szczeniackim zaczarowaniu mojej witryny. Chodź, przejdziemy się do nich. Nie zamierzam tego tak zostawić.
I chociaż Tessa się uśmiechała, to Peregrinus doskonale widział, że była naprawdę zła. Zaciskała palce na prawym przegubie, a wcześniej potarła też kolczyk i przejrzała się w lustrze obok wyjścia z antykwariatu. Trzeba się było jakoś prezentować, nawet jeśli za celem kryło się po prostu zrobienie kulturalnej awantury.



RE: [lato 1972] To moje bagno - Peregrinus Trelawney - 09.11.2024

Lato nie było porą roku Peregrinusa: w złocistych promieniach słońca i soczystych kolorach kwitnącej przyrody wyglądął jeszcze bardziej blado i przezroczyście niż zwykle. Zielonkawa cera, sine cienie pod oczami — wywleczone z cimenej krypty zwłoki. Co zaskakujące, miało się to w nadchodzących miesiącach zmienić. Tydzień w górach, wypad nad jezioro, uzbierać miał czarodziej nieco tych aktywności na świeżym powietrzu i nabrać koloru.
Tu i teraz stał jeszcze na oko półżyw. Biernie poddał się uściskom Quintessy, która była ujmująco wylewna jak wszystkie te ciocie spotykane na rodzinnych zlotach. Nie należał wróż do osób, które czerpały nadmierną radość z obecności innych w swojej przestrzeni, lecz kobiece serdeczności akceptował potulnie jako część powitalnego rytuału. Akceptował to, bo Tessa była dla niego zapachem letnich wakacji, który owiewał go przy tych uściskach. W te nudne, parne dni lat szkolnych, gdy wszystkie książki domowej biblioteczki zostały już trzeci raz przeczytane, a żadnego kolegi nie było na horyzoncie, zachodził właśnie tutaj. Przy każdej wizycie w antykwariacie było coś nowego, co chłopięce rączki mogły obrócić ciekawsko w palcach, zbadać, wypytać właścicielkę, dowiedzieć się czegoś nowego.
Gdyby miał wskazać, gdzie zaczęła się jego przygoda z odkrywaniem świata, byłoby to właśnie to miejsce. Pierwsze wspomnienie było krystalicznie czyste, mimo że miał wówczas ledwie kilka lat. Odległy głos ojca rozmawiającego przy ladzie z klientem, mały Peregrinus ukryty między regałami, na klęczkach przeglądający w urzeczeniu ryciny w zakurzonej księdze. Miękka skóra okładki pod palcami, twarde klepki podłogi pod kolanami. Ta migawka pamięci zawsze tu na niego czekała; wystarczyło, że spojrzał w tamtą alejkę.
Wygląda… niech pani sama zobaczy, na zewnątrz — wymamrotał niezręcznie, chcąc uniknąć powiedzenia tego wprost. Wyglądało koszmarnie.
Cofnął się poza zasięg ramion Quintessy; miał mimo wszystko limity nadwyrężania swojej strefy komfortu. Gdy pani Longbottom analizowała dzieło nieprzyjemnych sąsiadów, Trelawney skorzystał z wolnej chwili, aby przejrzeć pobieżnie regały w poszukiwaniu świeżego towaru, na którym można byłoby zawiesić oko.
— Co za krótkowzroczność z ich strony — zauważył, kiedy streszczona została mu historia z sąsiadami. Odłożył na regał bibelot, który akurat wpadł mu w ręce, i obrócił się do Longbottomowej: — Nie trzeba jasnowidza, żeby wiedzieć, że to nie gra na dłuższą metę. Muszą być nad wyraz zdesperowani.
I tą desperacją zaskarbili sobie nie byle jakiego wroga.
Trelawney — choć posłusznie wyszedł za Tessą — zawahał się przed wejściem do konkurencyjnego przybytku. Użerał się nieraz w pracy ze wszelkiej maści natrętami, lecz to nie była praca, a czas wolny: nie nęciło go pakowanie się w samo serce awantury.
Nie będę zaogniał konfliktu. Poczekam. — I przystanłął gdzieś przy drzwiach, odpalając papierosa.


RE: [lato 1972] To moje bagno - Quintessa Longbottom - 18.11.2024

W ostatnich tygodniach widywała się z młodym wróżem naprawdę rzadko. Wiedziała, że był zajęty… cóż, pracą. Ona również, chociaż z jej strony równie dobrze mogła zrobić sobie wolne, kiedy tylko chciała. Trelawney nie posiadał przy rękawie aż takiego luksusu. List był tylko pretekstem, żeby wyciągnąć go na spowiedź, postawić przy reflektorze ciotecznej, a może nawet matczynej, troski i wypytać o wszystko to, co działo się ostatnio u niego w życiu.
Martwiła się o niego.
Chociaż to tak naprawdę nie było u Tessy nic nowego, bo kiedy przychodziło jej myśleć o Peregrinusie, to jakoś zaczynała się naturalnie martwić. Serce ściskało ją na samą widok bladej twarzy chłopaka i samych wyobrażeń odnośnie tego, jak musiał sobie radzić w życiu… sam. Bo nie liczyła jego matki jako wielkiego wsparcia, jeśli można było ją zaliczyć do jakiegokolwiek. Dlatego też naturalnie próbowała wtłoczyć dłonią trochę ciepła w jego pozbawione rumieńca policzki.
Tuż po dotarciu pod konkurencyjny przybytek dobrze przyjrzała się ich witrynie i nie była w stanie uwierzyć. Co za szuje! Oni też wystawili dynie. Skandal! Będą mogli spodziewać się, że będzie z tego haja na pół ulicy.
Poczekaj tutaj na mnie, dobrze, słońce? Jak tylko wrócę to pójdziemy zjeść obiad.
Perspektywa spokojnego posiłku tuż po uporaniu się z załogą uciążliwego antykwariatu napawała ją swego rodzaju spokojem. Może pójdą do jednej z jej ulubionych restauracji? A może uda się jej namówić chłopaka na przeniesienie odwiedzin do Doliny, żeby tam mogła ugotować im coś sama.
Chwyciła zatem klamkę, a gdy dzwonek nad drzwiami wybrzmiał przystępne nuty, ogłaszając nadejście kolejnego klienta, przekroczyła próg. Rozejrzała się po wnętrzu i z uprzejmym uśmiechem na zewnątrz, a wewnętrznym zaciśnięciem zębów i złości, kumulującej się w dole żołądka, zauważyła, że na całe szczęście nikogo poza obsługą nie było w środku. Podeszła zatem do lady i postukała paznokciem w blat, wcześniej przejeżdżając po nim w poszukiwaniu kurzu.
Dzień dobry — przywitała się z młodą ekspedientką, uśmiechając się bardzo miło. — Mogłabyś zawołać swojego przełożonego, kochanie? Chciałabym zapytać o coś bardzo ważnego. Coś, co dotyczy mojej własnej witryny, sklepowej. Tylko szybko, dobrze? Mam trochę na głowie.



RE: [lato 1972] To moje bagno - Bard Beedle - 20.11.2024

Lada, za którą stała młoda kobieta, w żadnym wypadku nie była zakurzona. Wszystko w tym konkurencyjnym antykwariacie zdawało się lśnić… nowością, co było dość nietypowe, jeśli wziąć pod uwagę profil prowadzonej tu działalności. Wprawne oko antykwarystki z doświadczeniem bez wątpienia wyłapało, że regały, które mija, uginają się tak naprawdę od bezwartościowej tandety. Wystawiane tu cacka na pierwszy rzut oka może i sprawiały wrażenie starych unikatów, lecz w rzeczywistości ich miejsce było na wyprzedaży garażowej, nie w renomowanym zakładzie. Ot, pospolite jarmarczne świecidełka, jakie każdy wiekowy czarodziej ma poupychane w piwnicy. Do półeczek o wiele bardziej od asortymentu uwagę przyciągały kolorowe etykietki informujące o bieżących wyprzedażach, rabatach, możliwości tworzenia zestawów, pakietów i warunków skorzystania z promocji.
Ja jestem przełożona — odparła zadziornie dziewczyna z ciężkim, zagranicznym akcentem, brzmiącym mocno słowiańsko. Przekrzywiła przy tym głowę nieco na bok, poszerzając swój i tak już nieprawdopodobnie szeroki uśmiech. — Pani sobie darować protekcjonalny ton. Nie pomagamy tu dekorować cudzy sklepik, ale ja może dać kontakt do dobry projektant, jeśli pani z problem.
Trudności w poprawnym składaniu zdań nie przekszadzały czarownicy w utrzymywaniu wyniosłej, aroganckiej maniery wysławiania się. Miała tupet. Nie wyglądała na wiele starszą niż nastolatki opuszczające Hogwart, od razu nasuwało się na myśl, że na antywkariat nie zapracowała sama. W uszach samozwańczej antykwarystki błyszczały brylantowe kolczyki, na ramiona spływała gładka tafla blond włosów, a pudroworóżowa szata skrojona była podług najnowszej mody, wykonana z kosztownych materiałów. I wisienka na torcie: cwany uśmiech ociekający jadem.


RE: [lato 1972] To moje bagno - Quintessa Longbottom - 21.11.2024

Tessie można było zarzucić naprawdę wiele rzeczy, ale jedno było pewne — miała nosa do tandety. Jeszcze za czasów kariery w Ministerstwie, kiedy ostatecznie przykuli ją niewidzialnymi pasami do krzesła i papierkowej roboty, sprawdzała kolegom i koleżankom z sąsiedniego biurka czy prezent, który kupili drugiej połówce na urodziny lub święta był faktycznie autentyczny. Obracała stuletnie bransoletki w rękach, machała kilkakrotnie różdżką nad opalizującym kamieniem z dziurką w środku, który miał zawsze pokazywać północ i ostatecznie, a także zazwyczaj, upewniała się, że magiczne puzderka, kupione z myślą, aby te szeptały miłe słowa po otworzeniu, nie odgryzą palców lubej, jeśli zaklęcie na nim zatrze się zbyt szybko.
Zmierzyła zatem wnętrze i asortyment oceniającym spojrzeniem, a potem powróciła do młodej dziewczyny za ladą. Uśmiech nie schodził jej z twarzy, ale tak, jak wcześniej chęć na zrobienie sceny pojawiała się równie prędko, co znikała, tak zadziorny ton gówniary szybko skłaniał ją do pierwszego stanowiska. Znalazła się kolejna uprzywilejowana smarkula, która ciągnęła galeony ze skarbca swoich rodziców, jak zachłanne dziecko, wciskające do mordy za dużo ciastek na raz.
Ach, oczywiście, mogłam się spodziewać — zareagowała na wieść o tym, że właścicielkę przybytku ma zaraz przed sobą. Obejdzie się bez bezsensownego wyczekiwania aż faktyczny kierownik doczołga się pod ladę.
Kobieta przesunęła dwoma palcami po policzku, aby ostatecznie usadowić je tuż przy linii szczęki.
Nie, nie, słonko, zapewniam, że nie o to chodzi. — Przesunęła się w stronę jednego z regałów, skąd ostrożnie ściągnęła przeceniony artykuł. Mała szklana kula, zwana potocznie Przypominajką, wypełniła się rzadką, fioletową mgłą, a potem zmieniła kolor na czerwony i ostatecznie zielony. Potem jednak czerwony. Odłożyła przedmiot na bok i tknęła palcem kawałek szkła, w którym przez chwilę mignęła jej czyjaś twarz. Potem spojrzała na kruszący się tom, który podpisany został jako pamiętnik samego Nicolasa Flamela. Tessa przewróciła oczami. — Chciałabym bardzo ubrać to wszystko w jakieś piękne słówka, ale nie wydaje mi się, że tędy droga. Możesz mi zatem powiedzieć, co się stało z moją witryną? Widziałam jednego z twoich pracowników, jak kręcą mi się pod oknem, a potem, cóż, jak powiedziałby to mój były mąż, syf, kiła i mogiła. Chociaż, hm, nie, on ująłby to trochę barwniej. Nie mniej, chodzi o to, że bardzo prosiłabym o zaprzestanie takich szczeniackich zagrywek. Powinnaś wiedzieć, że w tej branży chodzi głównie o doświadczenie i renomę, a nie wystawianie na sprzedaż gówno-produktów, które zgarnęło się z garażowej wyprzedaży starego, umierającego czarodzieja w Dolinie Godryka. Bo zapewniam, że nie utrzymasz się długo na powierzchni.
Tessa uśmiechała się przez cały czas swojego małego monologu, bo jakoś… Jakoś nie mogła powstrzymać się przed utarciem jej nosa. Może tak to już po prostu wyglądało na starość — kiedy ktoś wchodził do twojej branży z butami mogło to lekko zaboleć, ale faktu plucia jadem na jej własną wycieraczkę nie mogła odpuścić.



RE: [lato 1972] To moje bagno - Bard Beedle - 27.11.2024

Słuchając monologu Tessy, młoda czarownica stopniowo pąsowiała; nadęła w oburzeniu policzki, zacisnęła ręce w pięści w akcie bezsilnego gniewu. Chwilę zbierała się do odpowiedzi, jakby poszukiwania odpowiednich słów, po czym w końcu wydusiła z siebie piskliwe:
Kłamstwa! — Ściągnęła groźnie brwi, na jej czole utworzyła się delikatna zmarszczka. — Ja i Saszka wolni czarodzieje w wolny Londyn. My mogą chodzić, pod jaka witryna chcą. Pani ma dowód, że my coś złego zrobili?
Po wygłoszeniu tej zaczepnej odpowiedzi dziewczyna — wbrew słowom i kreowanym pozorom — cofnęła się od lady, pod samą ścianę, aby zwiększyć dystans między sobą a Longbottom. Założyła ramiona na piersiach, a choć nieco się skurczyła, to wciąż starała się niezdarnie utrzymać dominację. Filigranowa sylwetka czarownicy bez przerwy pulsowała gorącym gniewem, który parował z jej skóry i zdawał się zagęszczać atmosferę w sklepiku.
Pani temperować swój język. Mój papa ważny czarodziej. Zna prawnicy, politycy i sam Minister. Jak pani nie przestać, to my powiadomić Wizengamot. Ty wyjdzie, natychmiast, i przestanie gadać kłamstwa!
W desperackim odruchu sięgnęła po różdżkę, ale wyglądało to raczej na gest mający dodać jej otuchy niż ofensywny ruch. Zagoniona w kozi róg, zerknęła w stronę zaplecza w poszukiwaniu wsparcia.
Saszka! — zawołała. — Saszka!


RE: [lato 1972] To moje bagno - Quintessa Longbottom - 27.11.2024

W spokojnym milczeniu obserwowała niezdrowy rumieniec na twarzy nastolatki i z równym stoicyzmem, a także grzecznym uśmiechem, czekała na swoją kolej.
Doskonale znała ten typ zachowania, ba!, sama go kiedyś stosowała. Ale tylko krótko, bo do swoich szóstych urodzin, a potem nauczyła się już emocjonalnie szantażować swoich rodziców i zdobywać przewagę nad rówieśnikami.
Ach, tak? — rzuciła w końcu, przechylając głowę delikatnie na bok i zaraz potem okrążyła powoli ladę, niespiesznie przekraczając terytorium młodej czarownicy. Rozejrzała się potem po kontuarze, zajrzała prędko na kasę i zamyśliła się, ale tylko na chwilę, bo dziewczyna zaczęła robić scenę. Oby tylko Peregrinus przed sklepem nie pomyślał, że ją tutaj skórują…
Dobrze, już cicho, mała kretynko — uciszyła ją ostro. — Sądzisz, że nie można tego sprawdzić, tak? Owszem, można. Mam przyjaciela w Biurze Bezpieczeństwa, nazywa się Parker Hammers i od ręki mógłby sprawdzić w różdżce twojej i każdego twojego pracownika kilka ostatnich zaklęć, które zostały przez was rzucone. Zaraz potem, albo nawet wcześniej, mogę wysłać list do mojego byłego szefa w Biurze ds. Wykrywania i Konfiskacji Fałszywych Zaklęć i Przedmiotów Ochronnych, który, zapewniam z ręką na sercu, kochanie, nie będzie zadawał żadnych pytań tylko od razu zamknie ten twój śmieszny sklepik. Możesz sobie telefonować— nie, czekaj, pisać do tatusia, wzywać samego Ministra i próbować postawić mnie przed Wizengamotem, ale, ponownie, z drugą ręką na sercu, zapewniam Cię, że prędzej wyjdę stamtąd ja, aniżeli ty.
Kłamała tak naprawdę, choć nie we wszystkich kwestiach. Miała wielu przyjaciół i jeszcze więcej znajomych, ale nie była pewna, co do tego sprawdzania zaklęć na różdżce. Jeszcze nigdy nie miała potrzeby, żeby to sprawdzać, ale… kto wie, może to był ten pierwszy raz? Nie mniej, musiała tylko napisać jeden albo dwa listy i sprawa rozwiąże się sama.
To jak będzie, hm? Zalecałabym przeniesienie biznesu albo całkowite zamknięcie. Chyba, że postanowisz podejść do tego dorośle i wyjdziemy z tego obie zwycięsko. To znaczy, ograniczysz się do sprzedawania tandety i swojej strony ulicy, a mnie i mój antykwariat zostawisz w spokoju. Chyba, że marzy Ci się przedwczesny nakaz eksmisji, którego nie powstrzyma żaden czek wypisany przez tatusiową skrytkę.



RE: [lato 1972] To moje bagno - Bard Beedle - 01.12.2024

Młoda czarownica stała w kącie zahukana, pod zmarszczonymi w zawziętym grymasie brwiami kryły się pełne przerażenia oczy. Znajdowała się gdzieś pomiędzy odwagą a skrajną głupotą: niezależnie od tego, w jaki sposób Longbottomowa próbowała ją zastraszać, jak bardzo drżały dziewusze nogi, trwała uparcie i nie zamierzała się poddać.
Podczas wygłaszanej przez Tessę tyrady w drzwiach zaplecza zjawiła się wezwana odsiecz — czarodziej o kilka lat starszy od właścicielki. Ten sam, którego kobieta widziała przed swoim sklepem kilka dni wcześniej.
To wszystko jedno wielkie nieporozumienie — zaczął, gdy Quintessa powiedziała, co miała. Uniósł ręce w pojednawczym geście i nieśmiało się do niej uśmiechnął. — Przede wszystkim, przykro nam, że coś takiego panią spotkało.
Chłopak mówił z tym samym akcentem, co czarownica, lecz nie dało się niczego zarzucić jego angielszczyźnie. Zwrócił się do niespodziewanego gościa sympatycznie, starał się załagodzić sytuację. Następnie przeszedł w tonie łagodnego pouczenia do swojej wspólniczki, tę rozmowę zagaił w ich ojczystym języku. Jedyne, co Tessa z całej wymiany zrozumiała, to, że zwracał się do młodej Irinko.
Irince połajanka widocznie do gustu nie przypadła. Powrócił jej animusz, zaczęła krzyczeć ogniście na Saszkę, który w odpowiedzi złapał ją za łokieć i wysyczał wprost do ucha czarownicy kilka słów. Cokolwiek to było: w końcu zgasiło temperamentną dziewuchę. Naburmuszona czarownica zniknęła na zapleczu.
Irinie zdarza się reagować nieco zbyt impulsywnie. Cokolwiek stało się z pani wystawą, ktokolwiek to zrobił, naprawdę mi przykro. W ramach sąsiedzkiej przysługi będziemy mieć na nią przy okazji oko, aby upewnić się, że to się nie powtórzy. — Szczególny nacisk położył na ostatnie zdanie. Przekaz był klarowny: nie przyznają się do niczego, ale groźba Quintessy dotarła.