![]() |
|
[06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Wersja do druku +- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl) +-- Dział: Poza schematem (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=29) +--- Dział: Retrospekcje (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=25) +--- Wątek: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine (/showthread.php?tid=4134) |
[06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.11.2024 adnotacja moderatora
Rozliczono - Geraldine Yaxley - osiągnięcie Badacz Tajemnic II Rozliczono - Ambroise Greengrass - osiągnięcie Badacz Tajemnic I To było długie popołudnie i choć Ambroise nie spodziewał się niczego innego to możliwość oddalenia się na chwilę, gdy mu to bardzo znacząco zasugerowano była... ...nie, nie zrobił tego zbyt chętnie, ale raczej nie miał zbyt wiele do powiedzenia, nie chcąc podpaść od razu przy pierwszym spotkaniu tego typu. Okoliczności nakazywały zacisnąć zęby, wykrzywić wargi w uśmiechu i oddalić się we wskazanym kierunku przed powrotem na deser. Co też zrobił, obdarzając Geraldine wspierającym spojrzeniem zanim wyszedł z salonu i skierował swoje kroki w znane miejsce - do biblioteki, w której już wcześniej bywał z uwagi na interesy. Po chwili spędzonej na rozglądaniu się po pomieszczeniu i namyśle, co tak właściwie powinien ze sobą zrobić w tym czasie, w którym jego dziewczyna niechybnie przechodziła rodzinne przesłuchanie ze szczegółowymi pytaniami, postanowił sięgnąć po pierwszą książkę z brzegu z góry jakiegoś zawalającego się stosiku. Już po samym tytule wiedział, że to nie będzie zbyt pasjonująca lektura. Prawdę mówiąc, jeśli nie było w niej żadnych rycin ani kolorowych obrazków to nie mógł liczyć na zbyt wiele. Mimo to, mając do wyboru albo to, albo gapienie się w ścianę, wolał choć sprawiać wrażenie właściwego człowieka we właściwym miejscu. Tego dnia panowała znacznie większa szarówka niż kiedykolwiek, kiedy tu przedtem bywał. Natura prezentowała się znacznie bardziej dziko i nieokiełznanie. Pierwszy raz mógł podziwiać tę okolicę w pełnej krasie od tej mroczniejszej, surowej strony, o której dotychczas wyłącznie słyszał. Co prawda wielokrotnie wcześniej zdarzyło mu się przybywać tu nie tylko w pełnym słońcu i przy pięknej pogodzie. Pamiętał zamiecie śnieżne, strugi deszczu i grad uderzający w twarz, jednakże nigdy wcześniej w powietrzu nie dało się wyczuć takiego elektryzującego napięcia. Iskry niemalże przeskakiwały po skórze. Góry majaczące na bliskim horyzoncie - ciemne, ostre kolosy kładące się cieniem na zalane mgłą pagórki i połacie lasu, gdzie sięgnąć okiem. Pierwsze elektryzujące podmuchy porywistego wiatru. Echo grzmotu, które przetoczyło się nad doliną poniżej. Pierwszy rozbłysk przeciął niebo. Przez wysokie szyby na ostatnim piętrze dało się dostrzec ciemne burzowe chmury pędzące po ciemnoszarym niebie. Nadciągała jedna z tych letnich burz, której zapach dało się czuć w nozdrzach na samą myśl o jej nadejściu. Miał całkiem sporo miejsca, gdzie mógłby wygodnie usiąść, ale instynktownie wybrał szeroki parapet pod jednym z okien wychodzących na ciemny las rozciągający się we wszystkie strony. To było przedstawienie, którym nie należało pogardzić. Usadowił się w nim tak wygodnie jak tylko było możliwe, opierając jedną zgiętą w kolanie nogę na kamieniu a drugą trochę niżej na wysokiej listwie przypodłogowej, po chwili zastanowienia szeroko otwierając skrzydło okna obok, żeby dać się omieść ciepłym, wilgotnym podmuchom wiatru. Spokojnie palące się płomienie świec rozjaśniających wnętrze pomieszczenia gwałtownie zafalowały. Do nozdrzy Ambroisa dotarł woskowy zapach dymu, gdy kilka z nich zgasło pod wpływem porywu wiatru wdzierającego się do pomieszczenia. Świst przeciągu niemalże zlał się z kolejnym głośnym grzmotem. Zrobiło się znacznie ciemniej, gdy atramentowe chmury całkowicie zakryły szare niebo a blask ognia już nie rozświetlał całego pomieszczenia. Mimo to nie machnął różdżką, by spróbować ponownie podpalić świece. Byłoby to bezskuteczne, bezcelowe przy otwartym oknie, którego nie miał zamiaru zamykać, mimo że wichura coraz bardziej szarpała wszystkim, co stało na jej drodze. Rozwiewała mu włosy, łopotała rozpiętymi mankietami rękawów, gdy podniósł rękę, żeby osłonić zapalanego papierosa. Wpatrzony za okno nie sięgnął ponownie po książkę, po prostu czekał. RE: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.11.2024 Pochmurne dni mają wyjątkowy urok. Unurzane w atramencie chmury, niebo, które tylko czeka, żeby się otworzyć. Słodkie, rześkie powietrze. Jakby świat zatrzymał się na moment, zanim lunie deszcz – prawdziwa magia. Nigdy nie miewała dość tego podniecenia, oczekiwania, wrażenia, że zaraz wydarzy się coś niezwykłego. Właściwie to pogoda zdecydowanie pasowała do tego, co miała oznajmić swoim rodzicom. Nie, żeby zakładała, żeby miał się rozpętać jakiś armagedon, ale na pewno było to dla nich coś nowego. Uprzedziła ich oczywiście o powodzie swojej wizyty, wolała na bieżąco informować ich o tym, co działo się w jej życiu, aby nie wpadali przypadkowo w między czasie na jakieś głupie, nieprzemyślane pomysły. Wiedziała bowiem, że jej matka była skłonna do naprawdę kontrowersyjnych zachowań, które często ją raziły. Wreszcie miała możliwość, aby je zakończyć, co w sumie było ogromnym pozytywem tej całej sytuacji. Przestanie ją swatać z synami swoich koleżanek, na szczęście. Większość z nich bowiem okazywała się bęcwałami, z którymi nie była w stanie rozmawiać dłużej niż pięć minut. Ogólnie nie poszło tak źle, jak zakładała. Ojciec nie sięgnął jeszcze po swoją księżycówkę (na szczęście), wiedziała, że to mogłoby się zakończyć katastrofą, lub kilkudniowym urzędowaniem w ich domu. Zazwyczaj tak właśnie się działo. Kiedy została otwarta pierwsza butelka biesiada trwała kilka dni. Wolałaby jeszcze nie pokazywać Ambroisowi tej strony swojej rodziny. Odprowadziła swojego chłopaka wzrokiem, kiedy oddalił się z jadalni. Musiała odpowiedzieć na kilka palących pytań swojej matki. Starała się to robić na spokojnie, jak najbardziej ogólnie, żeby nie wchodzić niepotrzebnie w szczegóły. Im mniej wiedzą, tym śpią spokojniej. Nie lubiła się nigdy dzielić szczegółami swojego życia ze swoimi rodzicami. Zresztą Ambroise był osobą, którą znali, bywał w tym domu wiele razy, to nie było nic wielkiego. Mogli sobie nawet sami wymyślić historię o tym, jak się właściwie poznali. Całkiem wygodne rozwiązanie. W końcu udało jej się jakoś odpowiedzieć na wszystkie pytania Jennifer, chyba w odpowiedni sposób, bo wydawała się być nawet usatysfakcjonowana, kiedy Geraldine opuszczała pomieszczenie. Ulżyło jej, miała to z głowy, nie będzie musiała wracać do tego tematu. Oddaliła się pospiesznie, póki jeszcze miała chwilę przed kolejną rundą wymiany uprzejmości z tymi faktycznymi dorosłymi. Zaczęło grzmieć, nie było w tym nic zaskakującego, bo przecież trwało lato. Spodziewała się, że tak zakończy się ten pozorny spokój, zazwyczaj podobna cisza zwiastowała burze, które mogły wydawać się przerażające, jednak nie dla niej. Uwielbiała burze, od dziecka obserwowała je z najwyższych pięter swojego domu, czasem ze stajni, a właściwie to z ławki, która znajdowała się przed nią. Ten żywioł robił na niej chyba największe wrażenie ze wszystkich. Pojawiał się zupełnie znikąd przynosił zniszczenia, a ledwie chwilę później wszystko wracało do normalności. Niemalże wbiegła po schodach, aby znaleźć się jak najszybciej przy swoim ukochanym. Wreszcie mieli chwilę, aby skomentować to, co przed chwilą zaszło. Właściwie miała nadzieję, że ma podobne wrażenia do niej i że również nie było to dla niego szczególnie tragicznym doświadczeniem. Weszła do biblioteczki, po spodziewała się, że go tutaj znajdzie. Drzwi jednak huknęły dosyć mocno, co było spowodowane wiatrem, który hulał w pomieszczeniu przez to, że okno było otwarte. Bardzo szybko zamknęła za sobą drzwi, aby się to nie powtórzyło. No i tyle by było z jej dyksretnego pojawienia się w pomieszczeniu. Uśmiechnęła się pokazując niemalże wszystkie swoje zęby. - Ups. - Było to prawdziwe wejście smoka, jak zawsze Geraldine okazywała się być bardzo, ale to bardzo subtelna. Bez słowa ruszyła w stronę mężczyzny, uśmiech nie schodził jej z twarzy. Najwyraźniej naprawdę cieszyła się z tego, że większość z tej farsy mieli już za sobą. Wiedziała, że było to potrzebne, co nie zmieniało jednak faktu, że nie do końca akceptowała to, jak wygląda ich świat pod tym względem. Nadal nie podobała się jej pozycja kobiet w tych całych konwenansach. - Nie uciekłeś stąd z krzykiem. - Stwierdziła fakt, kiedy siadała na parapecie tuż obok niego. Mieli jeszcze chwilę czasu dla siebie, podejrzewała, że Triss pojawi się i zaprosi ich na dół, gdy faktycznie będą ich tam oczekiwać. RE: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.11.2024 Gdyby burza za oknem nie zaczęła na dobre się rozpętywać a huki nie przetaczałyby się za otwartym oknem jeden po drugim to Ambroise pewnie drgnąłby nieznacznie na głośny łoskot drzwi uderzających o futrynę. Na jego szczęście tego nie zrobił, zachowując pozory całkowitego wyluzowania i przenosząc wzrok z widoku za oknem na wejście do pomieszczenia. Spodziewał się widoku Geraldine, nikt inny nie potrafił mieć takiego wejścia, ale mimo wszystko instynktownie pojaśniał, uśmiechając się na widok jej twarzy. Na ten uśmiech, który chyba oznaczał, że było całkiem dobrze. A jeśli nie dobrze to przynajmniej zabawnie i miała mu do powiedzenia coś, co na pewno chciałby usłyszeć. - Pięknie wyglądasz - zazwyczaj nie szastał komplementami, ale w tym wypadku należało to powiedzieć, szczególnie że bądź co bądź mieli całkiem wyjątkową okazję. Przesunął się trochę, żeby zrobić jej więcej miejsca, ale nie za dużo. Zdawał sobie sprawę z tego, że to nieodpowiednia chwila, żeby okazywać sobie nawzajem zwyczajowe czułości. Raczej wypadało, żeby bardziej się pilnowali. Mimo to w dalszym ciągu pozwolił sobie na muśnięcie Geraldine palcami po kolanie, gestem dłoni dając do zrozumienia, że jeśli chciała, mogła usiąść na parapecie z wyciągniętymi nogami, opierając je o niego. - Ograniczenia teleportacji? Jestem niemal pewien, że nawet, gdybym planował to zrobić, nie bez powodu wysłali mnie w kierunku biblioteki - odpowiedział gładko, starając się zachować poważną minę, choć drgnął mu kącik ust a oczy wskazywały na ogólną wesołość. Nawet przez chwilę nie obawiał się tego spotkania. Zamierzał wywrzeć na tych ludziach jak najlepsze wrażenie, ale dużym ułatwieniem było to, że już się nawzajem znali. Zdążył zobaczyć ich od wielu różnych stron (nie mówiąc tu o tej oczywistej, bo jako prywatny medyk widział swoich pacjentów także od dupy strony; dosłownie) w tym także takich bardziej rozemocjonowanych i trudniejszych. Nie wątpił, że mieli go jeszcze zaskoczyć, ale sam nie planował pozostawać w tym dłużny. Do tej pory znali się profesjonalnie. Mimo wszystko podejmowano ogólne starania, żeby zachowywać się poprawnie z należytą kulturą i dystansem. Nie dało się nie dostrzec, że gdzieś tam pojawiały się te prywatne sympatie wynikające z upływu lat. Natomiast teraz wszystko uległo diametralnej zmianie. Teraz mógł zostać swój. Ze wszystkimi pozytywami oraz negatywami płynącymi ze zmiany równowagi sił. Z całym dobrem inwentarza, ale przecież był tego świadomy. Sam się na to pisał. Nie był ślepy na wszystkie drobne aspekty. Wiele już się zmieniło a to spotkanie miało wprowadzić jeszcze więcej zmian. Część na dobre, inne pewnie znacznie mniej korzystne. Trudno było wyrokować po tak wstępnym kontakcie jaki mieli, gdy został oficjalnie przedstawiony już nie jako osoba pojawiająca się z konieczności a ktoś, kto chciał tu być towarzysko. Poznając rodziców swojej dziewczyny nie jako pan lub panicz Greengrass a jako Ambroise. Do Roise jeszcze nie doszli, ale księżycówka nadal nie poszła na stół. Wbrew temu, przed czym Geraldine go może nie ostrzegała (on nie wychylił się z pytaniem, czemu), ale leczył jej ojca przez szmat czasu. Oczywiście, że wiedział o jego nawykach. Parokrotnie bardzo kulturalnie wykręcał się przed kosztowaniem lokalnego wyrobu. Dzisiaj spodziewał się, że nie będzie tak łatwo. Pomimo tego był bardzo dobrej myśli. Co prawda przyjęto go bardzo oficjalnie, ale nie został odprawiony z kwitkiem. Co prawda dało się odczuć, że nie jest to naturalny stan i że nie codziennie dochodzi do takich spotkań, więc nikt nie wie, jak powinno się podczas nich zachować. Mimo to każdy starał się sprawiać wrażenie, jakby było to tak niewymuszone jak czerwcowa letnia burza. Choć może to był zły dobór słownictwa. Ambroise raczej wolał nie utożsamiać pogody z tym, co czeka ich w trakcie następnych godzin. Sam nie wiedział zbytnio ilu, bo to mogła być kwestia obiadu i deseru. Równie dobrze samej herbaty i ciastka. Albo czegoś jeszcze bardziej zaskakującego. Na ten moment jedynie rozmawiali. - Twój ojciec chyba zrobił to całkiem na modłę Ministerstwa. Mam wrażenie, że trzyma mnie tu przylepcem do czasu aż naśle na mnie swoje szwadrony - tym razem nie mógł powstrzymać uśmiechu, choć szybko zgasił go papierosem, zaciągając się dymem i dopiero wtedy reflektując się, żeby wyciągnąć papierośnicę w kierunku ukochanej. Nawet nie pytał czy można tu palić, bo już mu się to zdarzyło. Całe szczęście miał elementarne podstawy tego, jakie reguły panują w tym domu. Co prawda teraz okoliczności uległy zmianie i część z nich mogła już go nie dotyczyć, ale jeszcze nie miał okazji tego zweryfikować. Wszystko było tak świeże jak podmuch wiatru wpadający do pomieszczenia. - Jak bardzo cię przepytano? - Oczywiście, że potrzebował to wiedzieć, patrząc na nią z błyskiem w oku. Całkiem zabawne było to, że raczej nie dopuszczał możliwości bycia uznanym za złą partię i popadnięcia w niełaskę zaledwie po tak krótkim czasie, jaki spędził na dole. Z drugiej strony wypraszanie kawalerów z głównego pomieszczenia w celu przemaglowania córek raczej nie było standardową praktyką. Przynajmniej tak mu się wydawało, bo to było dla niego nowe, całkiem przyjemnie nieznane. RE: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 03.11.2024 Idealnie wpasowała się w panującą na zewnątrz atmosferę. Weszła do pomieszczenia praktycznie tak samo głośno niczym grzmot, który chwilę wcześniej usłyszeć gdzieś w oddali. Przesunęła wzrok za Ambroisa i dostrzegła błyskawicę, która pojawiła się na ciemnym niebie. Sepktakl chyba się właśnie rozpoczął. - Dziękuję. - Poczuła, że policzki zaczynają ją piec, nadal nie do końca radziła sobie z przyjmowaniem komplementów, chociaż i tak było już zdecydowanie lepiej niż na samym początku. Czy Yaxleyówna przejmowała się szczególnie tym, co wypadało? Raczej niekoniecznie, aczkolwiek może faktycznie nie był to odpowiedni moment, aby okazywali sobie zbyt mocno uczucia. Mieli ku temu zedecydowanie lepsze okazje, tych im nie brakowało, bo spędzali ze sobą bardzo dużo czasu. Na całe szczęście nie był to moment, w którym nie potrafiła w pełni zapanować nad swoimi żądzami, z tym w końcu bywało różnie. Skorzystała z sugestii i wyciągnęła nogi, gdy już usiadła na parapecie. Wcale nie chciała się od niego trzymać z daleka i cóż, nie spodziewała się, żeby ktokolwiek mógłby im tutaj przeszkadzać, no może poza skrzatką, ale z tą miała całkiem przyjacielskie stosunki, w przeciwieństwie do jej matki. One dwie niezbyt specjalnie się lubiły, i matka ze skrzatką i matka z Geraldine, w sumie nic dziwnego, że Ger i Triss łączyła zdecydowanie przyjemniejsza relacja, niechęć do tych samych osób potrafiła w końcu zbliżyć. - Kto wie do czego mogliby się posunąć, wiesz jak jest, ustaliliśmy już chyba dawno temu, że jesteś kawalerem idealnym. - Tak, tym razem sama do tego wróciła, mimo, że miała tego nie robić, bo przypominało to o tym dość kompromitującym momencie, w którym starała mu się pokazać, że interesuje ją coś więcej niż przyjaźń. Była jednak w stanie o tym wspomnieć, aby jeszcze bardziej rozluźnić atmosferę, chociaż nie czuła, żeby była jakoś specjalnie napięta. Forma wizyt Ambroisa w tym miejscu miała się teraz nieco zmienić, miała nadzieję, że nie będzie to miało większego wpływu na jego interesy z jej ojcem, zresztą nigdy tak naprawdę ją to szczególnie nie interesowało, po prostu wiedziała o ich istneniu. Zresztą sama kiedyś miała przyjemność zostać jego pacjentką, przez te ich koneksje biznesowe, co wtedy nie do końca jej się podobało, zresztą o tym wiedział, bo pokazywała mocno swoje niezadowolenie z tym związane. - To nie pomysły ojca są najgorsze. - Postanowiła mu przypomnieć o tym, kto w ich domu jest tym większym złem. Póki co matka jeszcze nie pokazywała rogów, ale kto wie, co może jeszcze zaprezentować podczas reszty tego spotkania. Nigdy nie wiadomo, czego się powinno po niej spodziewać. Gerry wydawało się jednak, że nieco ją zaskoczyła i chyba nie do końca tego się spodziewała. Cóż, zawsze powtarzała jej przecież, że jeśli się nie zmieni to nikt, nigdy się nią na pewno nie zainteresuje, musiała więc się nieco zdziwić kiedy przyprowadziła do domu kogoś takiego jak Roise. Nie ma się co oszukiwać, cieszył się on nienaganną opinią wśród czystokrwistych czarodziejów, trochę zazdrościła mu tego, że aż tak panował nad swoim zachowaniem podczas tych wszystkich spędów arystokracji, jej to nie zawsze wychodziło. Sięgnęła po papierosa, wsadziła go sobie w usta i spoglądała na swojego chłopaka licząc na to, że odpali jej tę fajkę, bo nie miała przy sobie zapalniczki, musiała ją zostawić gdzieś na dole. Tak szybko chciała znaleźć się na górze obok niego, że zapomniała o takim podstawowym przedmiocie, który zawsze powinna mieć przy sobie. Nie miała pojęcia, jak wyglądały standardowe praktyki, bo cóż, był to pierwszy raz kiedy przyprowadziła kogoś oficjalnie do domu. Sama nie miała pojęcia, czego właściwie powinna się spodziewać. To było zupełnie nowe, musiała więc po prostu sprawdzić, jak właściwie to wygląda. Nie przeszkadzało jej to jakoś specjalnie, była przecież u siebie, miała świadomość, że jej rodzice bywali różni, ale na pewno nie zamierzali w jakikolwiek sposób zrazić do siebie kogoś na komu zależało Yaxleyównie. Zawsze okazywali swoją aprobatę, nawet przyjaciołom dziewczyny, nie sądziła, żeby tym razem mogło być inaczej. Zresztą Roise miał wszystko, co było mile widziane, aby związać się z kimś jej pokroju, nie ma się co oszukiwać, ona nie miałaby problemu z tym, aby przyznać, że w tym wypadku wydawał się być lepszą partią od niej, bo jej reputacja była różna. Mówiono w towarzystwie o jej nieokrzesanym charakterze trochę zbyt często. - Tak właściwie? - Zmrużyła na chwilę oczy i próbowała ubrać myśli w słowa. - Nie bardzo, Jennifer się trochę zdziwiła, ale nie pytała jeszcze o termin naszego ślubu, więc chyba nie jest tak źle. - Tak, próbowała zażartować, miała świadomość jak wyglądało to w towarzystwie, czasem przy pierwszych spotkaniach niektórzy nestorzy oczekiwali jakichś konkretniejszych informacji na temat planów na przyszłość. Tutaj zdecydowanie wyglądało to inaczej. - Zastanawiali się, kiedy udało mi się sprowadzić cię na manowce, myśleli, że podczas którejś z twoich wizyt w tym miejscu. - Co właściwie mogło mieć miejsce i również byłoby nie najgorszą historią. RE: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 03.11.2024 Nie powiedziałby tego na głos, żeby nie wywołać u niej jeszcze większego zmieszania, ale ta reakcja nieodmiennie go rozczulała. Sprawiała, że w jego pożądliwym spojrzeniu pojawiała się także nagła łagodność zmieszana z rozbawieniem i czułością wobec tego, że w dalszym ciągu potrafiła reagować na to tak, jakby mieli po kilkanaście lat. Rzecz jasna, gdyby to była taka sytuacja, zdecydowanie wziąłby ją teraz na bal zimowy (nawet jeśli był środek czerwca to bale zimowe miały wyjątkowy charakter), nie odrywałby się od niej przez cały wieczór a później niezręcznie spróbowałby ją pocałować. Orientując się, że to pragnienie jest całkiem odwzajemnione, więc w kolejnej chwili, nie wiedzieć kiedy - byleby szybko i po kryjomu, cichaczem lądując razem w tej pustej, ciemnej bibliotece. Całe szczęście nie musieli kryć się po kątach. To była wyłącznie kwestia kilku godzin, gdy wrócą do siebie i będą mogli zachowywać się znacznie bardziej swobodnie. Mimo wszystko nie chciał tego wieczoru przekraczać zbyt wielu granic, żeby zachować odpowiednie pozory tego jak to u nich wygląda. Wiedział, że nie uda im się to na dłuższą metę. Bez wątpienia mieli może tę jedną wizytę, może jeszcze kolejną, żeby podtrzymać obraz ze wszech miar poprawnej młodej pary. Natomiast później wszystko rozwieje się jak za machnięciem różdżki, więc tylko od tego teraz zależy czy później rodzinie Geraldine będzie łatwo przełknąć wszelkie niewygodne fakty. A więc starał się być tym, kim go teraz nazwała (a on mimowolnie parsknął z samozadowoleniem). - Dawno tego nie słyszałem - zauważył zadzierając podbródek i pusząc się jak dumny paw, choć całkiem świadomie, bez zarozumiałości, za to z dużą ilością pozerstwa. No to były słowa, których nie mógł jej przepuścić. W perspektywie czasu wyłącznie coraz bardziej go bawiły. Szczególnie teraz, kiedy miały więcej niż tylko powierzchowne, komplementujące znaczenie. Były dla niego ich wewnętrznym żartem, całkiem zabawnym wspomnieniem, nawet jeśli Geraldine reagowała na to zażenowaniem i politowaniem. - Wiem, natomiast to on ma podstawy wyniesione z Ministerstwa, aby spełniać wszystkie życzenia mózgu tej operacji - wzruszył ramionami, machając papierosem w dłoni Zaciągnął się nim parokrotnie zanim ponownie nie zorientował się, że powinien nie tylko podzielić się z nią fajką, ale też powiedzieć b. Toteż wsunął go między wargi, wyciągając zapalniczkę z kieszeni i pochylając się ku dziewczynie w powolnym, intymnym geście. Przyłożył wnętrze ciepłej dłoni do jej policzka, osłaniając papierosa w ustach ukochanej przed porywem wiatru i podpalając go jednym pstryknięciem. To samo w sobie wystarczyłoby, żeby zburzyć starannie dziś prezentowany obraz poważnego kawalera starającego się o piękną pannę i odwiedzającego z nią jej rodziców zanim posunął się dalej w zalotach. Cóż. Na to było zdecydowanie za późno, ale musieli pobawić się w farsę. Przynajmniej jeszcze przez kilka chwil zanim nie wypadają tego całkiem nowego gruntu. Dziwnie było pojawić się tu dziś w innej roli. Obserwować reakcje i odpowiadać maską na maskę. Nie miał zbyt dużych pokładów cierpliwości toteż niemal od razu wbił w nią ponaglające spojrzenie, zaciągając się dymem i unosząc brwi, gdy tylko dotarła do niego ta uwaga. Nie musiał zbyt długo szukać odpowiedzi. Nasunęła się sama. - Luty - nawet się nie zawahał, tylko odpowiedział z pokerową twarzą, rozkładając ręce z papierosem dygoczącym mu w ustach, gdy dostrzegł coś, co uznał za całkiem zabawną reakcję na swój wyśmienity komentarz. - No co? Luty brzmi dobrze. Luty zdecydowanie jest naszym miesiącem. Do lutego zostało bardzo dużo czasu, ale nie zbyt długo, żeby dostrzegli w tym jakiś fortel. Poza tym niekoniecznie musimy zaznaczać, który to luty. Luty to nasza odpowiedź - wyjaśnił, zaciągając się dymem. Zważywszy na to, w jaki sposób do tej pory przebiegała ich relacja, jak bardzo wokół siebie kluczyli, ile niedopowiedzeń pojawiło się przez ostatnie lata, jak wiele słów nie padło we właściwym momencie tylko pod wpływem pęknięcia, gdy już nie dało się dłużej milczeć... ...to były całkiem otwarte, bardzo bezpośrednie słowa. Było wcześnie, ale co do tej jednej rzeczy nie miał zbyt wielu wątpliwości. Tym bardziej, że już zdarzyło im się luźno poruszyć temat konwenansów i niepisanych zasad obowiązujących w towarzystwie. Trudno było nie mieć świadomości, że choć udało im się uniknąć zaaranżowanego układu, mieli dużo swobody wyboru, mogli cieszyć się sobą przez długi czas to prędzej czy później należało odstawić jakąś szopkę. Zwłaszcza przy osobach pokroju Jennifer, która obecnie chyba po prostu przetwarzała pierwszy szok, ale nie należała do zbyt dyskretnych osób. Wieczór mógł być długi, a jeśli do repertuaru zostanie włączona ta osławiona księżycówka to nie wyłącznie po to, żeby coś opić a również po to, aby rozwiązać im języki. Ambroise miał tego świadomość. Tak właściwie to mogli wykorzystać tę przewagę na swoją korzyść. - Ależ to ma sens. Nie mogłoby nie przejść - uśmiechnął się z zadowoleniem, mrugając do niej okiem zanim nie nachylił się trochę bliżej, żeby zniżyć głos do porozumiewawczego szeptu. - Przede wszystkim chodziło o tamten październik. Już wtedy miałaś mnie w garści, stąd brak żądania dodatkowej zapłaty - stwierdził niepomny tego, że właśnie sam sobie zaprzeczył, bo w tamtym momencie upierał się przy byciu tak sowicie dodatkowo wynagradzanym, że nie potrzebował nic więcej a po kłótni o zmianę uzdrowiciela uniósł się honorem i nigdy nie wyciągnął ręki po pół złamanego galeona ponad to, co miał już w ogólnej umowie o prywatne usługi medyczne. W tej chwili myślał o wszystkim w zupełnie innych kategoriach. Zaszyli się w bibliotece bardzo blisko siebie, wymieniając porozumiewawcze spojrzenia i smaczne kąski odnośnie sytuacji, która była dla nich nowa, ale całkiem go ekscytowała. Czuł się, jakby knuli coś niczym para szczeniaków pogrążonych w rozmowie na temat tych naiwnych dorosłych a w szczególności Jennifer, która w tym momencie aż prosiła się o to, żeby nakarmić ją paroma bajkami. Burza za oknem, przytłumione światło kilku roztańczonych świec, nogi Geraldine oparte o niego. Machinalnie położył rękę na jej kolanie, rysując palcami drobne kółka na materiale, który tym razem zachęcająco nie był ciasnymi skórzanymi spodniami. Wystarczyłoby kilka chwil, kiedy wiedzieliby, że nikt im nie przeszkodzi i pewnie posunąłby się znacznie dalej w zacieraniu granic przyzwoitości. Nie kłamał, gdy mówił, że nie umie trzymać łap przy sobie. Wcale nie czuł się z tym źle. - A zaczęło się znacznie wcześniej. Wtedy w grudniu na balu było już pozamiatane, natomiast jak na rozważną pannę przystało oczekiwałaś wielu starań i adoracji, zanim zgodziłaś się trzymać mnie za rękę i przedstawić rodzicom. Prawie... ...dwa... ...lata. Oh, mon Dieu, trudny żmijozęb walijski do oswojenia - mruknął ze zgrozą. Wszystko spinało się wręcz aż nazbyt wyśmienicie. Szczególnie, że w tym wypadku wyjątkowo nie miał problemu być tą zabiegającą, wielokrotnie odrzucaną stroną, skoro realia były zupełnie inne. A podobna historia z pewnością miała utrzeć nosa matce Geraldine, zamykając jej na chwilę te jadowite usta. To było warte paru nagięć rzeczywistości. RE: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.11.2024 Ta więź, która się między nimi pojawiła była dla niej ciągle czymś zupełnie nowym. Nie przywykła do tego, że ktoś patrzył na nią w ten sposób. To nadal nieco ją zawstydzało, właściwie nie spodziewała się, że będzie dane jej poznać taki rodzaj uczucia. Sama spoglądała na niego jako na nadzieję na lepsze jutro, gdy mu się przyglądała widziała w nim ich wspólną przyszłość, wspólne lata, które mieli razem spędzić. To było coś niesamowitego, przede wszystkim to, że była śmiertelnie przekonana o tym, że było to odwzajemnione. Co najważniejsze właśnie doprowadzili też do tego, że dowiedzieli się o tym jej najbliżsi. Nie musieli się kryć z tym uczuciem, to nie miało być tajemnicą. Już niedługo wszyscy będą wiedzieć o tym, że postanowili spleść ze sobą swój los. Nie, żeby kiedykolwiek szczególnie zależało jej na aprobacie innych osób, jednak w przypadku Ambroisa faktycznie zależało jej na tym, żeby inni zdawali sobie sprawę z tego, że należą do siebie, że zadecydowali o tym, że pragną tworzyć coś razem. Wizja spędzenia z nim reszty życia wydawała się jej być bardzo kusząca. Nikt nie rozumiał jej tak jak on, zbudowali swoją relację na całkiem silnym fundamencie jakim była przyjaźń, o której aktualnie wolałaby zapomnieć. To nie tak, że nie doceniała tego, że był jej przyjacielem, ale od dawna pragnęła czegoś więcej i właśnie to dostawała. W sumie czuła się nawet spełniona, udało jej się dostać to, czego chciała najbardziej. Nie potrzebowała już niczego więcej. Nikt nie musiał wiedzieć, że nie byli jedną z tych przyzwoitych par. Przynajmniej jak na razie. Całkiem nieźle wychodziło im póki co trzymanie się oficjalnych konwenansów. Mieli dużo szczęścia z tym, że nikt wcześniej nie urządził ich jakimiś aranżowanymi narzeczeństwami, bo to mogłoby być aktualnie bardzo mocno problematyczne. Wszystko właściwie układało się całkiem lekko i zmierzało w dobrym kierunku. Nie spodziewała się nawet, że pójdzie im to tak łatwo, chociaż może trochę? Nie miała im nic do zarzucenia. Mimo tego, że nieco odbiegali od typowych członków czystokrwistych rodzin, to wcale nie gardzili tradycją, modyfikowali tylko nieco to wszystko tak, aby pasowało to do tego, w jaki sposób chcieli żyć. - Naciesz się tym, bo pewnie szybko nie usłyszysz tego ponownie.- Tak, gdyby nie ta sytuacja, w której się dzisiaj znaleźli pewnie nie wspomniałaby o tym, ale aż się prosiło, żeby skomentować to właśnie w ten sposób. Ambroise był idealnym kawalerem, na pewno w oczach większości arystokratów, przypomniała mu o tym, ale na pewno szybko do tego nie wróci. Nie mogła nie zauważyć jak się napuszył, gdy powiedziała te słowa, przewróciła nawet nieco teatralnie oczami widząc jego reakcję. - Tak, to prawda. Nie wiem, jak to właściwie możliwe, że ona go sobie tak owinęła wokół palca. - Zawsze dziwiło ją to, że ojciec praktycznie nie miał nic do gadnia, kiedy Jennifer zaskakiwała go jakimś swoim kolejnym, wspaniałym pomysłem. Jedynie ona miała na niego jeszcze jakikolwiek wpływ, jej również słuchał. Może miał jakiś problem z tym, żeby odmówić kobietom? Kto go właściwie wiedział. W przypadku mężczyzn był zdecydowanie bardziej stanowczy, widziała to między innymi w sposobie w jak odnosił się do jej braci. Ona zawsze miała nieco więcej luzu. Poczuła przyjemne ciepło, kiedy dotknął jej policzka. Robił to bardzo delikatnie, przy okazji odpalił jej papierosa, którym dosyć szybko się zaciągnęła. Nie chciała, aby wiatr wpadający do biblioteki przez otwarte okno jej go zgasił. Gdyby tylko wiedziała, że kiedyś siedzieli już prawie tak blisko siebie, w podobnej sytuacji, no może nie, aż tak bardzo intymnej, to na pewno bardzo by się zdziwiła. Nie łączyła go z początkiem swojego nałogu, bo jakoś wyparła z pamięci chłopaka, którego poznała w łazience Hogwartu bardzo dawno temu, kiedy była bardzo nieokrzesaną gówniarą. Zmrużyła oczy, kiedy bez zawahania wspomniał o lutym. Dlaczego właściwie luty? Miała się tego dowiedzieć bardzo szybko. - Niech ci będzie, luty brzmi dobrze, aktualnie jest całkiem daleki, do tego to najkrótszy miesiąc w roku, więc zawsze możemy uznać, że się nie wyrobiliśmy w czasie. - Tak, nie zamierzała szybko stawać na ślubnym kobiercu, mogli całkiem zgrabnie zwlekać z tym, czego mogły oczekiwac ich rodziny, o ile w ogóle zaczęliby naciskać. Ger nie wydawało się, żeby póki co zamierzali to robić, chociaż z Jennifer tak naprawdę nigdy nie wiadomo, z czasem pewnie mogłyby się pojawić jakieś głupie pytania, których wolałaby unikać, a teraz miała na nie gotową odpowiedź. Luty. W lutym wszystko się zmieniło. To była prawda, to zdecydowanie był ich miesiąc. - Och tak, to by wszystko wyjaśniało, dlatego spędziłeś tyle czasu przy moim łóżku i tak dzielnie walczyłeś wtedy o moje życie. - Wszystko układało się w całość. Cóż, jej matka na pewno byłaby zachwycona słysząc taką opowieść. Zapewne nigdy w życiu nie spodziewałaby się czegoś podobnego po swojej jedynej córce, która nie do końca była taka, jak by sobie to wyobrażała. Całkiem nieźle wychodziło im to knucie. Mogli podkoloryzować wiele momentów swojej znajomości, aby brzmiało to jak całkiem niezła historia miłości dwójki zupełnie obcych ludzi, tak właściwie to obeszłoby się i bez tego, ale zdecydowanie wolałaby, aby jej matka nie miała pełnej świadomości tego, jak wygląda jej życie. Nie wspominała rodzicom o wszystkim, czym się zajmowała, tak było zdecydowanie bezpieczniej, wolałaby aby tak właśnie zostało. - Tak, to była miłość od pierwszego wrażenia, zaczęło się wtedy wiesz, w Mungu. - Kiedy poczuła palce na swoim kolanie, jeszcze bardziej wysunęła nogę do przodu. Dotyk mężczyzny był całkiem przyjemny, mogłaby tu z nim zostać w tej bibliotece z dala od całej swojej rodziny i w ogóle nie pojawić się już dzisiaj na dole. Ewentualnie pokazać mu swoją sypialnię, w sumie to już ją widział, ale mniejsza o to. - Tak, strasznie trudny potwór do oswojenia ci się trafił, jakie trzymanie za ręce, przecież to nie przystoi, to dopiero przed nami, aktualnie powinno ci wystarczyć siedzenie obok mnie. - Starała się nie prychnąć śmiechem podczas swojej wypowiedzi, ale wcale nie było to takie proste. RE: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.11.2024 - Ależ po co się ograniczać? - Spytał z udawanym poruszeniem, choć tak właściwie wcale nie potrzebował ciągłych zapewnień go o tym, jaki to jest zajebisty. To była wyłącznie poza. Taka postawa w znacznym stopniu pomagała mu iść przez życie, lekką ręką załatwiając wiele spraw i rozszerzając swoje wpływy tam, gdzie należało być bezceremonialnie pewnym siebie. W rzeczywistości nie był aż takim zadufanym w sobie bufonem, na którego się kreował. Wręcz przeciwnie - całkiem miło słuchało się o swoich zaletach, ale bez przesady. W tym wypadku wolał komplementować niż być komplementowanym, szczególnie że zdecydowanie miał ku temu podstawy. - Mhm - przy spojrzeniu, jakie posłał Geraldine, to było naprawdę wyjątkowo wymowne mhm. Coś, czego Ambroise w żadnym wypadku nie planował rozwijać. Natomiast czy jakoś specjalnie dziwił się temu człowiekowi? Z dnia na dzień mógł coraz bardziej wyrokować, że w żadnym wypadku. Co prawda nie dostrzegał tego, co Gerard widzi w swojej piekielnej partnerce, ale z tym całym owijaniem sobie starego łowcy wokół palca... Cóż. Czy to była jakaś domieszka krwi wili, mentalna magia, urok (niekoniecznie tylko osobisty) czy coś jeszcze innego - nie dało się zaprzeczyć skuteczności metody stopniowego owijania sobie mężczyzn wokół palca. Do tego stopnia, że przez ładne kilka miesięcy on sam naprawdę był skory uwierzyć w to, że po prostu go opętało albo popierdoliło. Od tego czasu niewiele uległo zmianie. Wyłącznie nauczył się żyć z tym, że prawdopodobnie nie jest to ani jedno, ani drugie. Po prostu dał się ustrzelić z kuszy, zabrać do domu, oswoić gdzieś poza świadomością a teraz był tutaj, starając się wywrzeć jak najlepsze wrażenie na rodzicach swojej dziewczyny, choć rok wcześniej zarzekał się przy wiecznym kawalerstwie i braku zobowiązań. - Już planujesz szereg wykrętów na za ponad pół roku? - Zamrugał zdziwiony, ale mimowolnie kiwnął głową z aprobatą. - Trafiła mi się naprawdę przezorna dziewczyna - nie ironizował, wbrew pozorom, bo tutaj również wyznawali bardzo podobne podejście. Uleganie naciskom i presji wywieranej przez otoczenie nie było czymś, co chcieliby robić. Zresztą jak do tej pory całkiem skutecznie wychodziło im odsuwanie od siebie wszelkich aranżowanych angaży uczuciowych, dzięki czemu nie mieli żadnych trudności w budowaniu wspólnej przyszłości. Nie musieli dłużej migać się od ustawionych randek, wciskanych im osób towarzyszących na różnorodnych wydarzeniach. Bardzo dużo w dalszym ciągu zależało od przebiegu tego dnia, ale był dobrej myśli. Po tych wszystkich perturbacjach wyglądało na to, że wychodzą na prostą. Docierali się, ale już w znacznie spokojniejszy sposób niż z początku. Przede wszystkim dlatego, że próbowali rozmawiać. - Poza tym niech ci będzie? Gdzie się podział twój entuzjazm? - Skrzywił się ostentacyjnie, nie do końca wiedząc, w jakim kierunku idzie ta ich dyskusja, ale czując się coraz bardziej rozbawiony knuciem z nią czegoś, co zaczynało nabierać całkiem niezłego kształtu. - Muszą nam uwierzyć, wiesz? Trochę ekscytacji. W lutym wyjdziesz za najlepszą partię w okolicy. Wcześniej te wszystkie wystawne przyjęcia i wydarzenia towarzyskie - zaczął wyliczać nie bez rozbawienia, bo skoro nie planowali nic takiego to w żadnym wypadku nie czuł się tym przyciśnięty do muru ani przytłoczony. - Nie mówiąc o wkupowaniu się w łaski teściów. To po mojej stronie, ale powinnaś się przejmować czy w ogóle dadzą mi wsunąć pierścionek na twój zgrabny palec. Całe szczęście z tym również mamy czas. Powiedzmy, że na logikę to do listopada? - Choć to było pytanie, nie oczekiwał odpowiedzi. Oboje raczej konspirowali na ślepo, ale ta wizyta dawała do zrozumienia, że wszyscy w tym towarzystwie nie byli wyjątkowo zaznajomieni z regułami postępowania. Zanim w ogóle mógłby paść tak daleko idący temat, mieli całkiem dużo czasu na dokładniejsze przemyślenie odpowiedzi nim ją wygłoszą. Już w prywatnej przestrzeni, gdzie ściany nie mają uszu. Ta szarada miała wiele luk, słabych punktów, dziur logicznych i tak dalej, ale gdyby rzeczywiście chcieli robić to wszystko to pewnie przygotowałby się z obowiązujących konwenansów i tego, co powinien robić w jakiej kolejności i formie. Geraldine prawdopodobnie powinna wdzięcznie i gładko odpowiadać coś w stylu nie wiem, natomiast liczę, że do lutego zamiast szafować stuprocentową pewnością. Przynajmniej do czasu, kiedy okoliczności nie wymuszą na nich większego zdecydowania w odpowiedzi i poruszania się w przestrzeni konkretnych dat (więc przy odrobinie szczęścia za kilka spokojnych lat; dwa, może trzy mogli z tego wycisnąć). To nie tak, że planował wiecznie migać się od podejmowania oficjalnych kroków. Nawet po takim czasie jaki dotychczas upłynął miał pełną pewność, że prędzej czy później okaże się to konieczne, przydatne, być może nawet pożądane. Po prostu już ustalili, że nie do końca odpowiadało im szalone tempo i chcą wpierw ułożyć sobie solidne życiowe podstawy zanim zaczną przejmować się koniecznością pokazania wszystkim dookoła, że rzeczywiście to jest coś głębszego od przelotnego romansu. Konieczność odstawiania teatrzyku na większą skalę nie była teraz niezbędnym elementem. Mogli zacząć od wspólnych występów na wydarzeniach towarzyskich organizowanych przez innych czarodziejów. Niekoniecznie od razu pchać się na świecznik, nawet jeśli ich rodzinom z pewnością by to odpowiadało. - To nie jest aż takim kłamstwem - podkreślił znacząco. - Na pewno wywoływałaś we mnie wiele gorących uczuć - zauważył chrząkając wymownie, bo to było raczej znaczne niedopowiedzenie. Mało kto był w stanie go wyprowadzić z równowagi tak jak Geraldine. W dalszym ciągu potrafiła podświadomie przełączać w nim wszystkie pstryczki na raz. Nikt go tak nie uspokajał ani tak bardzo nie wkurwiał. Szczerze mówiąc nie znał żadnej innej osoby, na której widok instynktownie reagował pełną napinką. Oblewała go wtedy fala gorąca. Całkiem wygodnie interpretowana jako najczystsza niechęć, nawet jeśli w rzeczywistości nie do końca tak było, ale zaakceptowanie tego było mu w tamtym czasie nie na rękę. Obecnie z coraz większą łatwością potrafił przyznać, że może nieco zbyt mocno przesadzali w tamtym okresie. Zachowywali się jak śmiertelni wrogowie, choć nie mieli ku temu żadnych podstaw poza urażonym ego. Rzecz jasna nie zagłębiał się w to aż tak. Bez przesady. Po prostu był w stanie kiwnąć głową i stwierdzić, że wyszło trochę żenująco, bo z dwojga złego wolał tamten nieszczęsny epizod przyjaźni, nawet jeśli oba były godne pożałowania. Szczególnie, że zaczęli od naprawdę obiecującej stopy. Wszystko niepotrzebnie pokomplikowało się po drodze. - Tak bardzo bym tego nie koloryzował - nieznacznie odchrząknął, przy czym niemalże jednocześnie pokręcił głową. - Wydaje mi się, że są świadomi twojej awersji do szpitala. Mogliby wyczuć w tym zmyłkę i zacząć drążyć - tak właściwie to nie wiedział, jak bardzo jej rodzice zwracali uwagę na takie preferencje. Wiedział jedynie tyle, że samego Gerarda tylko raz spotkał w Mungu. Później nawiązali biznesową relację i jeśli łowcy zdarzało się bywać w publicznym szpitalu (w co Ambroise wątpił, bo regularnie sprawdzał całą dokumentację swoich klientów, prowadząc również własną prywatną) to takie informacje do niego nie dotarły. Awersja do publicznej ochrony zdrowia była chyba całkiem rodzinna w domu Yaxleyówny. Nigdy nie zagłębił się dokładniej w temat, nie spytał o genezę. W tym momencie to także nie była odpowiednia pora, ale odnotował sobie w pamięci, żeby jeszcze do tego wrócić. Miał swoje domysły, strzępki informacji z tamtej rozmowy, która od tego czasu trochę zatarła mu się w pamięci (raczej nie zwracał uwagi na takie rzeczy, gdy się działy), ale zastanawiał się czy może coś zrobić, żeby chociaż trochę to zmienić. - Jak bardzo obok? - Znacząco zazezował w kierunku swojej dłoni coraz bardziej metodycznie wsuwającej się pod cienki materiał na ciepłą, miękką skórę, po której wodził palcami zataczając małe kółeczka wokół kolana dziewczyny. - Nikt nigdy nie mówił, że będzie łatwo, ale to wyjątkowo trudne wyzwanie. Masz rację. RE: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 04.11.2024 - Oczywiście, masz rację, to nie ma sensu, ale nie mogę Cię do tego przyzwyczajać, bo wtedy dopiero będziesz zadufany w sobie. Dbam o Ciebie. - Oczywiście to były tylko głupie żarty, które nie wzięły się z nikąd, jednak nie zamierzała przesadzać w tych wszystkich komplementach, bo wtedy zaczynały tracić na wartości. Co za dużo to niezdrowo, czy coś. Zresztą i tak już sobie robił z tych pokracznych słów, których kiedyś użyła całkiem niezłą pożywkę. Nie zamierzała dawać mu kolejnych powodów do tego, aby się z niej nabijał. Wystarczy, że dosyć często robiła to zupełnie nieświadomie i przypadkowo. Wpatrywała się dłuższą chwilę w Ambroisa, jego spojrzenie faktycznie wyrażało więcej niż tysiąc słów. Próbowała się nie roześmiać po tym jego wymownym mhm, jednak miała z tym lekki problem, także po prostu się uśmiechała tłumiąc dźwięki w sobie. To wcale nie było takim prostym zadaniem, na szczęście dosyć szybko po prostu zaciągnęła się fajką i przeszła jej ta chwilowa głupawka. Nie wszyscy mężczyźni traktowali kobiety w odpowiedni sposób, miała tego świadomość. Sama wiele razy musiała udowadniać swoją wartość chociażby w sprawach służbowych, co wcale nie należało do szczególnie przyjemnych rozwiązań. Nie znosiła tego lekceważenia. U niej w domu zdecydowanie było zupełnie inaczej. To ta ładniejsza płeć miała więcej do powiedzenia, ojciec na pewno by z tym nawet nie dyskutował, bo nie dało się tego nie zauważyć. Może przez to też zawsze lubiła stawiać na swoim, to przecież też nie wzięło się znikąd. Przy Greengrassie nie czuła się jak człowiek gorszej kategorii, co naprawdę było dla niej istotne. To była jedna z tych rzeczy, których nie byłaby w stanie znieść. Ceniła sobie to, że traktowali się jak równi, nie mieli problemu z tym, aby wysłuchać zdanie drugiej strony i się do niego ustosunkować. To partnerstwo bardzo jej odpowiadało. Wiedziała, że nie istnieje rzecz, o której nie mogłaby mu powiedzieć. Nie lekceważył jej. - Ktoś musi mieć głowę na karku, bo nim się obejrzysz wszystko załatwią i wylądujemy przed Matką bez możliwości ucieczki. - Zdawała sobie sprawę, że niekiedy osoby jak oni nie mieli zbyt wiele do powiedzenia w takich sprawach. Mimo, że faktycznie uważała, że Roise był miłością jej życia, to nie wydawało jej się, aby powinni się spieszyć z tymi całymi formalnościami. Dopiero mieli możliwość się sobą nacieszyć i chciałaby, żeby ta sielanka trwała jak najdłużej. Kiedyś pewnie będzie się można zastanowić nad kolejnym krokiem, ale przecież na wszystko mieli czas. Nie należeli do osób, które podejmowały decyzję po to, aby zadowolić kogokolwiek. To oni mieli być gotowi do podjęcia takiej decyzji, nie ich rodziny. Zresztą od lat całkiem zgrabnie udawało im się unikać jakichś poważniejszych deklaracji, które mogły zostać na nich wymuszone. - Lepiej się przygotować, niż pozwolić aby grunt zaczął się sypać pod nogami. - Jasne, w tym przypadku to nie byłaby jakaś tragedia, bo wiedziała, że chce spędzić u jego boku resztę życia, jednak wolała sama decydować o tym, w jaki sposób to zrobią. Uważała, że będą w stanie podejmować racjonalne decyzje, które będą dotyczyły ich wspólnej przyszłości. Nigdzie nie musieli się spieszyć, wręcz przeciwnie. Mogli pozwolić sobie na to, aby zrobić to po swojemu jak wszystko inne. Nie byli kolejną typową parą, bardzo cenili sobie swoją niezależność, czy to jako jednostki, czy teraz jako para. - Och, nie zauważyłeś mojego entuzjazmu? To niedobrze. - Wykrzywiła usta w uśmiechu, wiedziała, że zaplanowanie tego nie było wcale takim głupim pomysłem, bo będą mogli odsuwać wszystko w czasie, bez większego problemu. - Przyjęcia, tak, to zdecydowanie mój żywioł, już nie mogę się ich doczekać, jak mniemam będziesz mi towarzyszył we wszystkich przygotowaniach? Dobrze, kiedy widać zaangażowanie obu stron. - Miała świadomość, że tak jak ona wprost uwielbia te schadzki, więc próbowała go wziąć teraz nieco pod włos. Powinien być zachwycony tym entuzjazmem. - Lammas, Mabon, Samhain, Yule, czy coś przegapiłam? - Zatrzepotała przy tym zupełnie niepozornie rzęsami. Na pewno znalazłyby się pomiędzy jeszcze jakieś okazje do urządzenia wystawnych przyjęć, każdy powód był dobry do świętowania. - Do listopada zostało niewiele czasu, nie wiem, czy poradzisz sobie z Gerardem... - Znając życie to jeszcze by mu dopłacili do tego nieszczęsnego pierścionka, byleby pozbyć się problematycznej córki jak najszybciej spod swojego dachu, wolała jednak nie skłaniać się ku takim rozważaniom. W końcu opracowywali tylko hipotetyczny plan, który w ogóle nie miał wchodzić w grę. Swoją drogą to ich planowanie było całkiem zabawne. Może faktycznie te całe śluby mogły być niezłą zabawą? Szczególnie jeśli nie miało do nich zbyt szybko dochodzić. - Tak, tak gorących, że chyba cię zupełnie przypadkiem poparzyłam. Niechcący. - Pamiętała tamten dzień, chociaż wolałaby zapomnieć, bo był to czas, kiedy zachowywała się jak rozpieszczony bachor. Aktualnie trochę tego żałowała, ale on wcale nie był w tym lepszy od niej. Żywili do siebie urazę, pokazywali niechęć, chociaż było to zupełnie niepotrzebne. Duma bywała naprawdę bardzo upierdliwą cechą, szczególnie kiedy żadna ze stron nie zamierzała jej chować do kieszeni. Uparte charaktery nie ułatwiały im egzystencji, nie ma się co oszukiwać. Miała świadomość, że tamte reakcje były zdecydowanie za bardzo przesadzone, na szczęście na przestrzeni lat udało im się to przeskoczyć, właściwie to zakończyli ten chwilowy moment wyolbrzymionej nienawiści całkiem pozytywnie, chyba nie mogło się to skończyć lepiej. - To prawda, nasz misterny plan mógłby się przez to sypnąć. - Na pewno nikt z jej bliskich nie byłby w stanie uwierzyć w aż takie kłamstwo. Wiedzieli o tym, że Yaxleyówna nie przepada za Mungiem, unikała wizyt w szpitalach, robiła to tylko wtedy kiedy nie miała innego wyboru, gdy było to koniecznością, a do tego uciekała stamtąd jak tylko szybko się dało. Nikt o zdrowych zmysłach nie uwierzyłby w to, że udałoby się jej tam nawiązać jakąkolwiek, bliższą znajomość. - Myślę, że powinno nas dzielić chociaż jedno krzesło, żeby nie daj Morgano nie dopuścić, żeby pojawiły się jakieś nieczyste myśli. - tak właściwie, to z przezorności, może nawet lepiej, aby to były dwa puste krzesła, tak to zdecydowanie powinno zadziałać. Nie będą myśleć o głupotach. Przynajmniej przy stole, bo aktualnie na ciele Geraldine pojawiła się gęsia skórka, spowodowana całkiem przyjemnym dotykiem, jakże dobrze się stało, że faktycznie nie dzieliło ich teraz żadne krzesło, bo ominął by ją ten moment, w którym mogli sobie pozwolić na chociaż odrobinę bliskości. RE: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Ambroise Greengrass-Yaxley - 04.11.2024 - Zatrzymam się na tej części, w której przyznajesz, że nie jestem skrajnie zadufany w sobie - nie zawahał się odpowiedzieć, robiąc przy tym poważną minę. - W razie, gdybyś znowu próbowała mi wmawiać, że jestem. Rzecz jasna - to było coś, co padło raz lub dwa w przeszłości, więc tym samym dawała mu kartę do ręki. Oczywiście zazwyczaj to były żarty. Prawdziwe wyrzuty zostawili za sobą w odległej przeszłości i jak do tej pory nie zdarzyło im się jeszcze tak pokłócić, żeby zacząć sobie wyrzucać nawet trochę tak mocno jak przed laty. Niewątpliwie wtedy osiągali prawdziwe wyżyny uszczypliwości i niedojrzałości (a nawet jeszcze wcześniej, choć nie zdawał sobie z tego sprawy), które trudno byłoby przebić. Szczególnie komuś, komu zależało na tej drugiej osobie. Nie chciał więcej dopuścić do sytuacji, w której swoją skłonnością do przesady doprowadziłby do jakiejś bardzo paskudnej kłótni. Nie miał wątpliwości, że prędzej czy później znowu się ze sobą zetrą. Docierali się do siebie nawzajem niemal przez cały czas. Tym bardziej w okolicznościach, w jakich zdecydowali się żyć. Być może w dalszym ciągu nie dostrzegaliby wielu drobnych rzeczy, gdyby utrzymali część zachowań z czasów ich przyjaźni. Wtedy wydawało mu się, że znają się już niemal jak łyse konie. Spędzali ze sobą wiele czasu: niezliczone godziny płynnie przenikały w dni, tygodnie i miesiące. Nocowali u siebie nawzajem, choć nigdy w żaden zdrożny sposób, co aktualnie wydawało się bardzo mało prawdopodobne. Wychodzili razem do miasta, bywali wspólnie w wielu miejscach, świętowali jej urodziny. Greengrassowi w pewnym sensie wydawało się, że kiedy zdecydowali się na pogłębienie relacji (to brzmiało całkiem dumnie jak na to, w jaki sposób przebiegło) pewnie w dalszym ciągu będą sobie towarzyszyć przez większość wolnego czasu, zmienią spanie na kanapie albo leżance we wspólne łóżko w jednym lub w drugim mieszkaniu. Nie spodziewał się, że po kilku takich razach to przestanie być praktyczne. Poza tym, że rzeczywiście kupią wspólnie nadmorską chatkę, co samo w sobie było dużym, impulsywnym krokiem. Więc bez zastanowienia, nawet niespecjalnie o tym rozmawiając szybko przejdą do porządku dziennego z tym, aby wspólnie zamieszkać. To przyniosło całkowicie nowe drobne detale. Takie szczegóły mogące wyniknąć wyłącznie z dzielenia z ukochaną przestrzeni do życia. Zwłaszcza, gdy przez wiele lat przywykł do kawalerskiego stanu a tu nagle musiał zwracać uwagę na to, żeby nie przesadzić w żadną stronę. Nagle to nie były już wyłącznie jego upodobania, które miały znaczenie. Tym bardziej, że to on był tu tym kimś, kto wchodził na teren Geraldine. Teoretycznie nie miał z tym problemu, ale bywało, że czuł się trochę osaczony. Nie przez ukochaną a przez to, że brakowało mu przestrzeni na swoje kawalerskie nawyki, przedmioty, rośliny, których już nie mógł postawić gdziekolwiek (choć czasami nadal tak robił). Mogliby rozejrzeć się za czymś takim jak letni domek w Whitby tylko w okolicach Horyzontalnej albo Pokątnej. Natomiast zdawał sobie sprawę z tego, że to wywołałoby wiele pytań i uniosłoby niezliczone brwi. W oczach rodów nadal byli na wczesnym etapie rozkwitu uczucia. Mogli dać do zrozumienia, że jest inaczej, ale z jakiegoś powodu tego nie robili. Nie kwestionował tego, że postanowili rozpocząć maskaradę od samych podstaw. Zrobili to instynktownie. Ona nie przedstawiła go jako kogoś, z kim od miesięcy układała sobie życie. On nie wtrącił się i nie uzupełnił brakujących informacji. Prawdę mówiąc nie skłamał, bo nie przytaknął, gdy założono, że dopiero co skończył zalecać się do córki Yaxleyów, trafił w jej łaski i zgodnie z porządkiem rzeczy został przedstawiony rodzicom dziewczyny. Tym, którzy mogli odmówić jej względów za nią, gdyby coś im nie podpasowało a on powinien wtedy zachować się z godnością. Mogąc podjąć próbę poprawy swojego wizerunku, ale nie wyciągając ręki po nic zanim nie otrzyma pełnej aprobaty. W rzeczywistości było na to dawno za późno. Nie wyobrażał sobie, że mieliby się teraz rozstać przez cudze opinie lub słowa. Z dnia na dzień coraz bardziej przyzwyczajał się do swojej nowej roli u boku dziewczyny. Podświadomie wiedział, że to ta właściwa. Rola - owszem, natomiast w szczególności dziewczyna. Z nikim innym nie czuł czegoś takiego. Porozumienia, związku nie tylko ciał, ale przede wszystkim umysłów, może nawet dusz. Było w tym coś mistycznego, nawet jeśli jeszcze jakiś czas temu niespecjalnie wierzył w takie rzeczy. Teraz coraz bardziej skłaniał się ku temu, że to była ta jedyna w swoim rodzaju pewność przyszłości. No tak. Miał wszelkie podstawy, aby obdarzyć Geraldine tym naprawdę wymownym mhm, w którym z powodzeniem zawarł wszystko to, czego nie dało się zasugerować znaczącym spojrzeniem i poruszeniem brwiami. Gdyby wypowiedział to na głos, miał wrażenie, że mógłby wyhodować sobie potwora na kształt tego nieistniejącego żmijozęba walijskiego. Lubił, gdy jego partnerka była pewna siebie, kwitła tak jak tego popołudnia, nawet pomimo obaw względem przebiegu obiadu. Natomiast co za dużo to nie zdrowo. Czyż nie to dała mu przed chwilą do zrozumienia? Wystarczyło, że zaczynał rozumieć swojego (byłego? musieli to ustalić, ale Ambroise odnosił wrażenie, że już wie; darmowe usługi - ot co) klienta. Naprawdę nie dało się uciec przed wpływem drugiej połówki. Szczególnie tak charyzmatycznej i naprawdę cholernie atrakcyjnej. Bowiem zawsze w grę wchodziło jedno z dwóch: albo łapała go na słówka, sugestie, zapewnienia, albo po prostu zarzucała pachnącymi włosami, zakołysała biodrami w taki sposób, przygryzła wargę i już łapał się na tym, że jego zajebiście silna wola jest poddawana testowi. W żadnym scenariuszu nie przewidywał czegoś takiego. Latami chełpił się, że takie zagrywki na niego nie działają. W żadnym razie nie miał dać się owinąć wokół czyjegokolwiek małego paluszka, będąc na skinięcie i zachowując się ugodowo. Tymczasem doszło to do niego długo po fakcie, gdy którejś nocy leżeli zdyszani w wymiętej pościeli a on właśnie zgodził się na coś, co dwie godziny wcześniej było bezdyskusyjne. Mimo wszystko nie do końca spodobał mu się ten następny komentarz ukochanej. Zareagował na niego uniesionymi brwiami i jawnie bardziej niezadowolonym spojrzeniem. Nie oburzył się, ale nie mógł zostawić tego bez komentarza. - Zapewniam cię, że blisko od dekady mam głowę na karku - skwitował kąśliwiej, zaciągając się papierosem. - Nie musisz się obawiać, że ktoś nas manewruje w coś czego nie chcemy - bowiem to było bardzo jasne, że w tej chwili ani w przeciągu następnych miesięcy nie widziało im się formalizowanie związku. Obojgu zależało na prywatności, więc mieli ją mieć. Ambroise uważał się raczej za wprawnego gracza w zakresie unikania aranżowanych małżeństw. Miał dwadzieścia siedem lat. Dał już do zrozumienia, że nie zamierza być starym kawalerem, za którego go mieli. Natomiast to, kiedy postanowi zmienić stan cywilny zależało od tego, kiedy będzie im to na rękę. Pod tym względem planował być nieugięty. Rzeczywiście nie należeli do ludzi robiących wszystko pod publiczkę, nawet jeśli od czasu do czasu będą musieli odbębnić jedno czy drugie wydarzenie towarzyskie, sabat i tak dalej. To wciąż mieli dużo do powiedzenia w temacie swojej niezależności jako jednostki i jako para. Teraz już oficjalnie przedstawiana pierwszej z rodzin, która z dużym prawdopodobieństwem powinna zadowolić się nagłą wieścią. To był duży krok do przodu. Szczególnie jak na ludzi ich pokroju. W związku z tym powinni móc kupić sobie całkiem dużo czasu. Uniósł brew jeszcze wyżej, na moment kierując wzrok w stronę sufitu. Znowu bardzo wymownie, ale tym razem na jego twarz powróciło nieznaczne rozbawienie. - Och, kochanie. To zależy od tego jak przebiegną nam oba wieczory i jak szybko zdecydujemy się podjąć kolejne kroki po trzymaniu się za rękę - odrzekł gładko, czerpał z tego całkiem niezłą satysfakcję. - Nie godzi się, aby kawaler w zalotach towarzyszył pannie we wszystkich etapach przygotowań. Powinienem pojawić się u ciebie z kwiatami, gdy będziesz już gotowa, aby dołączyć do mnie na przyjęciu - przynajmniej taka narracja mu pasowała. - Imbolc, Ostara, Beltane, Litha? Szczególnie Beltane w następnej kolejności Litha - podkreślił, rzucając w jej kierunku błyszczące spojrzenie. To był bardzo wyjątkowy czas z jeszcze bardziej wyjątkowo kuszącymi tradycjami. Nie odwracając wzroku, przesunął palcami po materiale, podwijając go trochę wyżej, mimo że nie powinien. To mogło znacząco wpłynąć na przebieg tego dnia, bo przecież byli porządni. Przynajmniej jeszcze chwilowo. Nie uważał, żeby długo zachowali pozory. - Nie zapominaj, że go znam i mam u niego specjalne względy - zauważył bez zawahania. - Poza tym od czego mam moją wyjątkową dziewczynę, która opowie mi wszystko, co powinienem wiedzieć? - Razem byli naprawdę nie do ruszenia, więc w tym zakresie również mogła mu trochę pomóc, gdyby to było konieczne. Na ten moment nie wiedział czy będzie. Chwilowo wszystko przebiegało poprawnie, ale bez rozbłysków ekscytacji i jawnie okazywanej radości z tego, kogo Geraldine przyprowadziła do domu. Co prawda dało się wyczuć aprobatę, ale do wieczora wszystko mogło się rozwinąć. Ambroise raczej sądził, że w bardzo dobrym kierunku. Tak właściwie to od miesięcy wszystko w nim zmierzało. Zadziwiające, że początki były tak skrajnie inne. - Próbowałaś mnie sparzyć. To różnica - odbił, po czym dodał po chwili namysłu. - Natomiast wisisz mi jakieś trzysta pięćdziesiąt galeonów. Plus minus. Masz czas do namysłu, co z tym zrobić - rzecz jasna nie miał na myśli zwracania mu tego do kieszeni. Zdecydowanie wolał inne metody wynagrodzenia mu tamtych niedogodności, nawet jeśli nie mógł w pełni szczerze przyznać, że nie było w tym żadnej jego winy. Zresztą dlatego trochę obniżył stawkę, choć spędził tu wtedy naprawdę dużo czasu i powinien zostać za to znacząco wynagrodzony. - Nie mam nic przeciwko wyrównaniu tego po oględzinach miejsca zbrodni - zasugerował z błyskiem w oku, unosząc kącik ust. Nawet, jeżeli tego dnia to było średnio możliwe to nikt nie zabraniał mu trochę pomarzyć, prawda? Szczególnie, że pogoda za oknem zachęcała do leżenia pod kołdrą w miękkim łóżku i delektowania się klimatem, prócz sobą nawzajem - rzecz jasna. - Jakieś inne propozycje? - Spytał z czystej uprzejmości zanim sam wyjdzie z paroma opcjami, bo przecież konspirowali razem. Nie był aż takim bucem, żeby nie dać jej szansy zaproponować coś swojego, choć ewidentnie całkiem skutecznie rozpraszał ją w myśleniu. Uśmiechnął się szerzej. - Możemy dzielić jedno krzesło - odrzekł miękko, kontynuując pieszczotę; był całkowicie świadomy tego, że nie tak brzmiały słowa Yaxleyówny, po prostu je przeinaczył. - Poza tym palisz tego papierosa w taki sposób, że nieczyste myśli są tu z nami od dawna - no cóż, obiecali sobie szczerość, prawda? - Nawet w takich podmuchach wiatru wcale nie trzeba ciągnąć tego jak... - odchrząknął, patrząc na nią z rozbawieniem. RE: [06.1966] boed i'ch ffrindiau gael diwrnod braf yn eich claddu || Roise & Geraldine - Geraldine Greengrass-Yaxley - 05.11.2024 - Ależ oczywiście i pewnie wyciągniesz ten argument w najmniej oczekiwanym momencie. - Bardzo dobrze wiedziała, że łapał ją za słówka, zapamiętywał te, które mógłby być użyte przeciwko niej w przyszłości, nawet się z tym jakoś specjalnie nie krył. Sama dawała mu argumenty do ręki. Powinna się chyba zastanowić nad swoim zachowaniem, tak, zdecydowanie. Aktualnie było to tylko i wyłącznie dorczenie się, ale wiedziała, że potrafi być dużo bardziej bezwzględny, gdy nadarzała się okazja. Na szczęście te nie do końca przyjemne wymiany zdań i wyrzuty mieli już za sobą. To miało nie wrócić. To nie tak, że sama mu w tym nie wtórowała, bo Yaxleyówna potrafiła być naprawdę nieprzyjemna, kiedy ktoś nadepnął jej na odcisk. Odwdzięczała się pięknym za nadobne, przekraczała granice. Teraz jednak znajdowali się w zupełnie innej sytuacji. To nie tak, że nie zakładała, że nie dojdzie między nimi ponownie do żadnej kłótni, wręcz przeciwnie, wiedziała, że z ich charakterami było to nieuniknione, jednak nie chciałaby go zranić chociażby słowem, a miała świadomość, że słowa potrafiły ranić zdecydowanie głębiej od czynów. Zostawały wyryte w pamięci i bardzo często nic nie było w stanie ich z niej usunąć. Później wracały, w tych najgorszych momentach gotowe przynosić ze sobą niepewność. Mimo tego, że potrafił ją wkurwiać jak nikt inny, starała się jakoś nad sobą panować. Jasne, nie miała problemu z tym, żeby na niego warknąć, jeśli akurat tego potrzebowała, ale starała się nie korzystać ze słów, które nie powinny nigdy zostać niewypowiedziane, tych, które faktycznie mogły zranić. Mogła w niego uderzać, ale nieco delikatniej, to wydawało się być rozsądnym rozwiązaniem, nawet podczas sytuacji, w których zazwyczaj brakowało jej rozsądku. Zresztą miała wrażenie, że zaczęła nieco inaczej patrzeć na świat, starała się dużo bardziej wyrozumiała, łagodniejsza, kiedy chodziło o jego zachowanie. Zmieniała się trochę, akceptowała to, uważała, że sytuacja tego wymagała. Nie mogła patrzeć tylko i wyłącznie na czubek własnego nosa, musiała teraz myśleć o nich jako o jedności, co wcale jej nie przeszkadzało. Okazało się bowiem, że troszczenie się o drugą osobę może być naprawdę ciekawym doświadczeniem, czego wcześniej nie wiedziała. Nie znała tego uczucia, a teraz przychodziło jej całkiem naturalnie. Zależało jej na tym, aby zawsze czuł się dobrze w jej towarzystwie, szczególnie w miejscach w które zdarzało się jej go zaciągać, chciała, żeby polubił jej przyjaciół, starała się go przedstawić większości tych najbliższych. Powoli zaczynali budować wspólne życie, może działo się to dosyć szybko, ale nie wydawało jej się, że mogłoby to w czymkolwiek przeszkodzić. Zresztą, nie umiała się nasycić jego obecnością, najchętniej w ogóle nie wypuszczałaby go ze swojego mieszkania, aby móc się nim odpowiednio nacieszyć. Nie było to jednak możliwe, chociaż i tak spędzali praktycznie każdą wolną chwilę razem. Zostawali głównie w jej mieszkaniu przy Horyzontalnej, bo to było całkiem wygodne. Zdecydowanie bardziej nadawała się do życia dla dwóch osób od tej kawalerki Ambroisa, chociaż czasem lądowali i w niej. Zauważyła też, że mężczyzna zaczynał powoli przejmować jej przestrzeń, nie, żeby jej to przeszkadzało jakoś specjalnie, przynajmniej dopóki nie dotykał jej zabawek, to znaczy broni, która była dla niej najważniejszym elementem w jej mieszkaniu. Tak właściwie to nie chciała się za bardzo dzielić tym, że to wcale nie jest dopiero początek. Wolała unikać niewygodnych pytań, łatwiej było zasugerować rodzinie, że to było coś nowego. Zresztą to kupowało im nieco dodatkowego czasu, przecież dopiero się poznawali. Tak, dobre sobie. Znali się bardzo dobrze, byli zdecydowanie na dalszym etapie znajomości, niż mogliby przypuszczać, jednak wolała zachować to dla siebie. Zawsze robiła wszystko po swojemu, tak samo miało być i tym razem. Nie sądziła bowiem, że ktokolwiek mógłby negować to, że chcieli oficjalnie przedstawiać się jako para. Nie było sensu z nią dyskutować, bo i tak zawsze robiła to na co miała ochotę. Rodzice na pewno byli usatysfakcjonowani tym, kogo przyprowadziła do domu. Nie oszukujmy się, w przypadku Yaxley bowiem, można było się spodziewać dosłownie wszystkiego, pewnie nawet tego, że kiedyś przedstawi im jakąś dziewczynę jako swoją bardzo bliską przyjaciółkę. Ambroise na pewno wydawał się im być idealnym kandydatem na przyszłego męża dla ich córki. Miała tego świadomość, może póki co nie dzielili się swoim entuzjazmem, ale to było wskazane, pewnie nie chcieli go wystraszyć. Miała świadomość, że związki rządziły się swoimi własnymi prawami. Nigdy nie spodziewała się tego, że wpadnie w taką relację po uszy, że będzie potrafiła szukać kompromisów, kiedy zawsze to jej zdanie było dla niej najważniejsze. To się zmieniło, bardzo. Nie podejmowała już irracjonalnych decyzji, rzadko kiedy pozwalała sobie na spontaniczność, raczej przychodziła po prostu do domu i przegadywała z nim wszystkie możliwe opcje. Nie chciała już decydować sama, wiedziała, że to raczej szybko nie wróci. Ważne było to, że mieli teraz budować coś wspólnie, starała się więc podchodzić do tego jak najbardziej fair. Wiedziała, że ją też irytowałoby, gdyby robił coś za jej plecami. Zdawała sobie sprawę, że są między nimi jeszcze pewne tematy, które powinni bardziej przedyskutować, jednak to na pewno przyjdzie z czasem. Nie mogli się nimi dzielić ot tak, bo to niosło ze sobą inne konsekwencje. Pewnie kiedyś dojrzeją i do tego, aby o tym porozmawiać. Póki co mogli skupiać się na wszystkim innym, cieszyć wspólnym czasem. - Nigdy w to nie wątpiłam, ale mogę wziąć część odpowiedzialności na swoje barki. - Tak, to nie musiał być tylko jego problem. Ona także miała swoje metody w odsuwaniu powinności, które dla niektórych wydawały się być nie do obejścia. - Jeśli będziemy tego pilnować we dwójkę, to może uda nam się dłużej ich zwodzić. - Przede wszystkim o to jej chodziło. Chciała im dać jak najwięcej czasu. Nie wątpiła w to, że Ambroise nie dałby ich wmanewrować w coś czego nie chcieli, ale miała zamiar również mieć na to wpływ. Lubiła mieć kontrolę nad swoim życiem. Może i był starszy i bardziej doświadczony w tych grach, to wcale nie oznaczało jednak tego, że mu w tym nie dorównywała. Zresztą kobiety szybciej musiały wyznaczać granice, bo dosyć szybko próbowano im wciskać, że niedługo minie ich czas przydatności. Tak, jasne, uwielbiała słuchać te teksty o tym, że jeszcze chwila, a będzie starą panną. To było strasznie budujące, nie ma się co oszukiwać. Tyle, że jej nigdy nie zależało na małżeństwie, nie miała marzeń związanych ze zmianą stanu cywilnego, to nie było to, co miało dla niej znaczenie. Zauważyła, że mogłoby jej się odmienić, pewnie kiedyś będzie liczyła na to, że Roise zdecyduje się na to, aby ich relacja stała się bardziej formalna, ale to nie był jeszcze ten moment. Mieli czas na takie posunięcia. Aktualnie zależało jej na tym, żeby przede wszystkim skupili się na budowaniu swojego, wspólnego świata. Zaczęli już to robić i miała wrażenie, że szło im to całkiem nie najgorzej, ale mogli posunąć się do czegoś więcej. - Oczywiście, że się nie godzi, mogłam się tego domyślić. - Wydawało jej się, że może uda jej się go wmanewrować w tę grę, był jednak krok przed nią. Niedobrze. - Czy ja wiem, czy szczególnie miłe widziane jest pojawianie się podczas Beltane razem, kiedy tak naprawdę nie podjęło się oficjalnych kroków, wiesz, to mogłoby przynieść sporo kontrowersji... - Nie sądziła, że ktokolwiek zwróciłby na to uwagę, ale brnęła w te swoje opowieści tylko po to, aby chociaż trochę utrzeć mu nosa. Miała wrażenie, że jego dłoń wędrowała coraz wyżej, przeniosła na nią wzrok dosłownie na sekundę, jakby chciała się upewnić, że dobrze jej się wydawało. Nie reagowała jednak w żaden sposób na to co robił, nie zamierzała mu przeszkadzać, chociaż wiedziała, że nie do końca wypadało, aby zachowywali się w ten sposób. Nie sądziła jednak, żeyb ktokolwiek mógł wejść do tej biblioteki. Zresztą nawet jeśli, to co? Na pewno nie będą długo udawać takich ułożonych. Nie sądziła, że będzie w stanie trzymać swoje ręce z daleka od niego na kolejnych spotkaniach, czy to z rodziną, jedną, czy drugą, czy podczas spędów arystokracji. Nie do końca potrafiła nad sobą panować w jego obecności. - Czy ja wiem, czy takie specjalne względy? - Zamierzała to zakwestionować, chociaż nie dało się nie zauważyć, że faktycznie tak było. Sama to zauważyła, już wtedy, kiedy bardzo się mijali, gdy spędził przy jej łóżku zdecydowanie więcej czasu niż powinien. Ojciec nie zapominał takich rzeczy. - Myślę, że w tym przypadku może się okazać, że wcale mnie do niczego nie potrzebujesz. - Nie zamierzała dłużej udawać, że jest inaczej. Ambroise powinien wiedzieć, że faktycznie tak było, zresztą znając jego to zdawał sobie z tego sprawę. Potrafił czytać ludzi, jak mało kto, a jej ojciec podobnie do niej był niemalże otwartą księgą. - Nie spodziewałam się, że tyle liczysz sobie za swoje usługi. - Tak i zdawała sobie sprawę, że nie zamierza domagać się od niej pieniędzy, będzie musiała znaleźć jakiś sposób na to, aby mu to odpowiednio wynagrodzić, właściwie to zastanawiała się, jak to było w ogóle możliwe, że jeszcze tego nie zrobiła. - Miejsca zbrodni? Chcesz zobaczyć jezioro? Czy jednak chodzi ci o moją sypialnię? - Już bardzo dobrze wiedziała, o co mu chodzi, wolała jednak dalej udawać niewiniątko. Ta zabawa podobała się jej coraz bardziej, szczególnie, że miała świadomość, że póki co nie będą mogli sobie pozwolić na zbyt wiele pod dachem jej rodziców, chociaż, to też nie było do końca prawdą. Znała ten dom i wiedziała, gdzie mogliby się udać, aby uniknąć kontaktu z kimkolwiek na odpowiednią ilość czasu. - Na pewno znajdę cały wachlarz innych propozycji, ale niech to pozostanie moją słodką tajemnicą, przynajmniej jak na razie. - Nie chciała dzielić się z nim wszystkim od razu, mógłby nieco wysilić swoją wyobraźnię, to mogło przynieść same pozytywy. - Nie wydaje mi się, żeby to przeszło Roise. - Z oddzielania siebie dwoma krzesłami przeszli do dzielenia się jednym, co będzie dalej, bardzo szybko przesuwały się te śmieszne granice, które próbowała im stawiać. Wiedziała, że nie miały racji bytu, ale przeciez tylko sobie gdybali. - No jasne, jak zawsze wszystko jest moją winą, powinnam chyba do tego przywyknąć. - Spojrzała odruchowo na swoją fajkę, jakby chciała sprawdzić jak właściwie pali tego peta. Nie było to jednak potrzebne, bo Greengrass bardzo szybko jej to zobrazował swoimi słowami. - Tak jak czego? - Mrugnęła pospiesznie dwa razy, wpatrywała się w niego przez chwilę, chociaż znała odpowiedź na to pytanie, nagle ją olśniło, że ktoś już kiedyś zasugerował jej coś podobnego. Jej spojrzenie się zmieniło, zmrużyła oczy, jakby bardzo intensywnie nad czymś myślała, po chwili jednak wróciła do rzeczywistości, bo ta myśl, która ją nawiedziła wydawała się jej być bardzo głupia. |