Secrets of London
[10.07.72] Syrenia pieśń - Wersja do druku

+- Secrets of London (https://secretsoflondon.pl)
+-- Dział: Greater London (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=5)
+--- Dział: Bliskie Okolice Londynu (https://secretsoflondon.pl/forumdisplay.php?fid=122)
+--- Wątek: [10.07.72] Syrenia pieśń (/showthread.php?tid=4139)



[10.07.72] Syrenia pieśń - Mackenzie Greengrass - 04.11.2024

Mackenzie Greengrass nie lubiła burz (bo trudno podczas nich latać na miotle), teleportacji oraz, a może raczej przede wszystkim: wody. Wypad nad wodę, by odpocząć, nie był czymś, co normalnie by zrobiła. Wypad nad wodę ze znajomymi tym bardziej, ponieważ miała niewielu znajomych, a najlepszym z nich była beż wątpienia jej własna miotła.
Zgrupowanie kadry było jednak czymś, czego Mackenzie nie mogła przepuścić, nawet jeśli odbywało się w pobliżu morza, i nawet jeżeli wolałaby trenować niż słuchać wykładów ma temat koniecznego balansu pomiędzy pracą a wypoczynkiem. I marnować czas na ten wypoczynek właśnie.
Nie przywykła do wypoczywania.
Spacerowanie też nie było w jej stylu, skoro więc już m u s i a ł a spędzić czas na plaży, na szczęście nie okupywanej tłumnie przez mugolskich turystów, to przynajmniej biegała. Zatrzymała się dopiero w pobliżu drewnianego molo, gdzie opadła na piasek, by chwilę odpocząć: wzrok skupiła na ciemnych deskach, które niby były dość solidne, ale w oczach Mackenzie wyglądały właściwie jak śmiertelna pułapka.
Nie weszłaby na nie za żadne skarby.
Morze tego dnia było spokojne, w lipcowym upale podwójnie przywabiające, zachęcające do kąpieli, ale kiedy Mackenzie na nie patrzyła, widziała nie jego piękno, a grozę. Spokojna, gładka woda, też była niebezpieczna i zdradliwa: jeden moment nieuwagi wystarczył, aby pochłonęła człowieka na wieki. I żadna siła na niebie i ziemi nie przekonałaby Mackenzie, że przecież to samo można było powiedzieć o poruszaniu się w przestworzach i możliwym upadku z miotły.
Z początku nie zwróciła uwagi na śpiew, który rozbrzmiał na plaży, chwytając oddech po biegu i rozmasowując skurcz w łydce. Wiatr szarpał jej jasne włosy, zwinięte w niedbały kucyk, i z początku Greengrass sądziła, że to nic: to tylko ten wiatr. Po chwili zaczęła słuchać mimowolnie, melodii bez słów, i dotarło do niej wreszcie, że ta jest jakaś dziwna – że zwykli ludzie tak n i e śpiewają. Mackenzie obce były magiczne występy, nie chodziła do opery, teatru i na koncerty, ale czuła, że w tej melodii jest jakaś magia. Nie zdążyła zastanowić się, czy to dobrze, czy źle, bo czar pieśni ją pochłonął: zamarła, przestając się ruszać, zapatrzona na istotę, która wyłoniła się z wody i śpiewała dalej, tkając sieć magii, tworząc pułapkę.
Mackenzie wstała.
A potem powoli, jakby walczyła sama ze sobą, potykając się, ruszyła w stronę wody. Nie myślała jasno – nie wiedziała, że padła ofiarą jakiegoś zaklęcia. Opierała się tylko dlatego, że chociaż żadne świadome myśli nie ostały się teraz w jej umyśle, opętanym pieśnią, wciąż był tam strach. Mimo to szła, coraz głębiej, zbliżając się do istoty, która wyciągnęła ku niej szponiaste ręce.


RE: [10.07.72] Syrenia pieśń - Marlene Chang - 05.11.2024

Zdarzył się cud.
Marlene od zawsze prześladował niesamowity pech. Niefortunne zbiegi okoliczności i przypadkowe nieszczęścia podążały za nią krok w krok, zdawały się nie opuszczać jej nawet na moment. A tu proszę, odnalazła się laska, która miała jeszcze większego pecha od niej. Istny cud.
Gdyby Chang zdecydowała się przejść się po plaży kilka minut wcześniej, to ona byłaby po szyję w gównie, brodząc jak jakaś pomylona prosto w paszczę potwora. Tym razem, rzadkim dla niej dobrym zbiegiem okoliczności, została wyręczona w nieszczęściu przez kogoś innego. Nie mogła ukryć uśmiechu obserwując scenę z daleka, stojąc na bezpiecznym piasku plaży. Nie zamierzała ruszyć z pomocą. Nie była typem bohaterki ryzykującą własnym życiem dla obcych. Blondynka sama wpadła w kłopoty, to niech sama się z nich wyplącze.
Widok ją na tyle zaciekawił, że aż zapomniała, po co właściwie odwiedziła wybrzeże. Nigdy wcześniej nie widziała ataku syreny. Jak właściwie dobijały swoją ofiarę? Przetrącały kark? Wbijały paszczę w szyję niczym wampir? Jak wilkołak rozszarpują ciało pazurami? Takich rzeczy nie uczyli w Hogwarcie, a szkoda, może zainteresowanie opieką nad magicznymi zwierzętami byłoby większe. Oby tylko najpierw nie porwała blondyneczkę pod wodę, bo wtedy Marlenkę ominie cały spektakl i nigdy nie będzie wiedziała.
Marlene przechyliła głowę, tym razem przemyślając całą sprawę pod innym kątem. Takie syrenie łuski, sproszkowane, używa się garściami w eliksirach na zakażenie. Do problemów ze strunami głosowymi lepiej nie podchodzić bez syrenich włosów. Nawet krew jest przydatna w wielu przypadkach. A oczy...  Nie znała żadnych ich zastosowań, ale gdyby trafiły w jej ręce, to mogłaby trochę z nimi poeksperymentować. Taka syrena, gdyby udało się ją ubić i sprowadzić na brzeg, byłaby cennym źródłem składników medycznych.
Musiała rozważyć swoje opcje, a czasu nie było dużo. Nieznajoma z każdą sekundą coraz bardziej zbliżała się do potwora i niedługo nie będzie czego wybierać - pozostanie patrzeć jak dziewczyna znika pod wodą oraz modlić się, by chociaż jej portfel wypłynął na powierzchnie, żeby nie zostać z kompletnie pustymi rękoma.
W końcu podjęła decyzję. Wyjęła różdżkę i, wciąż stojąc na bezpiecznym brzegu, gdyż nie zamierzała ryzykować własnego zdrowia dla nieznajomej, rzuciła drętwotę. Raz, drugi, trzeci. Zaklęcia zdawały się lecieć w nieskończoność, ale pierwsze z nich zdążyło uderzyć w syrenę nim ta położyła łapę na blondynce.
Efekt nie był tak silny, jak Marlene sobie tego życzyła. Czerwony strumień odbił się od głowy jak piłeczka pingpongowa, tylko lekko wytrącając stworzenie z równowagi. Syrena widząc kolejne promienie drętwoty świdrujące powietrze postanowiła szybko zanurkować pod wodą.
- Niech to wszystko dementor weźmie! - wyrzuciła z siebie sfrustrowana Changówna, powstrzymując się przed rzuceniem różdżki o ziemię. Co za pech! Straciła wszystko. Syrenie składniki zniknęły pod wodą, widowiska też nie będzie, nawet portfela z drobniakami nie ma do wyłowienia. Pozostała tylko niepoważna dziewczyna brodząca przez wodę. Marlena nie była zachwycona. Zapowietrzyła się jak smok zbierający w płucach powietrze po to, by zionąć w kogoś ogniem.


RE: [10.07.72] Syrenia pieśń - Mackenzie Greengrass - 06.11.2024

Woda obmywała ją już niemal do szyi. Mackenzie potknęła się w chwili, w której istota wyciągnęła do niej rękę, fala oblała głowę Greengrass, tak że dziewczyna napiła się słonej wody. Zakrztusiła się, panika zalała umysł tak samo, jak woda ciało, i czar pieśni prysł: mogła zobaczyć już, że przed nią czeka potworów, że wyciągnięta ku niej dłoń zakończona jest pazurami, ale nie myślała o tym. Nie myślała o niczym, poza jednym: wydostać się na brzeg. Nie dotarło do niej nawet, skąd te czerwone błyski, dlaczego stwór znikł, czemu pieśń umilkła.
Gdyby była chociaż pół metra głębiej, morze byłoby mniej spokojne lub pociągnął ją prąd morski, utonęłaby niechybnie. Nie umiała pływać, a chociaż zazwyczaj wszystkie jej emocje, także strach, były przytłumione, jak dźwięki dobiegające zza grubej szyby, tak przebywanie w wodzie przyprawiało ją o panikę. Ruszyła w stronę brzegu, popychana przez fale. Potknęła się dwa razy – aż wreszcie upadła na piasek, wciąż raz za razem obmywanym przez wodę. Ze dwa metry od Marlene.
Wypluła słoną wodę, wbiła palce w rozmokłą ziemię, mocno, zgarniając przemoknięty piasek, zaciskając na nim dłonie, jakby potrzebowała w jakiś sposób się zakotwiczyć, upewnić, że faktycznie siedzi tutaj, nie w wodzie. Jeszcze przez moment siedziała po prostu w bezruchu, chwytając oddech, zanim uniosła wreszcie głowę, by spojrzeć na Changównę.
Musiały mijać się na szkolnych korytarzach, ale Marlene była starsza, z innego Domu, a Mackenzie nie tylko w szkole zawsze trzymała się z boku – ledwo zwracała uwagę na otoczenie. Twarze hogwarckich kolegów i koleżanek, o ile nie siedzieli z nią w ławce, nie grali w quidditcha albo nie byli przynajmniej obiektem głębokiej zazdrości, jeszcze w czasach nauki zlewały się Mackenzie w białą plamę. Nie rozpoznała więc jej, nie skojarzyła nawet z Changami, mimo charakterystycznej urody.
– Dzięki – powiedziała w końcu, głosem zaskakująco spokojnym jak na to, w jaki sposób przed chwilą uciekała z wody. Na bladej twarzy, do której lepiły się jasne włosy, też nie malowały się żadne emocje: jakby wszystkie je spłukała woda, chociaż w istocie strach dopiero powoli topniał.
Nie wiedziała, że Marlene pomogła tylko dlatego, że pomyślała o komponentach do eliksirów: a nawet gdyby, nie miało to znaczenia. Bo ostatecznie to zrobiła, i dzięki temu Mackenzie wyrwała się z mocy morderczego żywiołu, nie zamierzała więc narzekać.


RE: [10.07.72] Syrenia pieśń - Marlene Chang - 07.11.2024

Gdyby tylko ubranie Mackenzie nie było całe mokre, to można by pomyśleć, że ich role były odwrotne i to Marlene przeżyła bliskie spotkanie ze śmiercią w trakcie gdy Greengrass obserwowała wszystko z daleka. To Chang była bardziej zdenerwowana z dwójki i w trakcie, gdy blondynka na spokojnie, na pierwszy rzut oka zupełnie bezemocjonalnie dochodziła do siebie, azjatka rozłożyła szeroko ręce w wyrazie bezsilności i ponownie powstrzymała się przed gniewnym rzuceniem różdżki, tym razem prosto w Mackenzie.
- Co tam mamroczesz? "Dzięki"?! "Dzięki"?! To wszystko, co masz mi do powiedzenia?! - spytała się wysokim tonem, dającym wrażenie, że słucha się wyjca, a nie żywej osoby. Marlene wykonała szybkie dwa kroki i dynamicznie nachyliła się nad niedoszłą ofiarą po to, by bardziej z bliska spojrzeć jej w oczy. Gniew był dla niej jedynym skutecznym sposobem, by wyładować swoją frustrację po porażkach i niepowodzeniach, a pomoc blondynce, być może nawet uratowanie jej życia, Chang odczuwała jako porażkę, bo nic na tym nie zyskała. Dziewczyna była już bezpieczna, ale to nie oznaczało wcale, że pech ją opuścił, gdyż była jedyną osobą w okolicy, na której Marlena mogła się wyładować.
- Co sobie myślisz? Że wszyscy będą biegać za tobą jak za księżniczką, bo szanowna panna idiotka nie potrafi ogarnąć, że syreny mogą być niebezpieczne? Weź się w garść, dziewczyno! A jeśli masz gdzieś swoje życie, to kup sobie stryczek i zamknij się w swoim domu, a nie urządzasz sceny i marnujesz mój czas! - wygłosiła tyradę jednym tchem, na tyle głośno, że nawet umarłych mogłaby obudzić. Jej dzikie, gniewne spojrzenie wwiercało się w blondynkę, jakby czekała na jej jedno złe słowo lub gest po to, by wyrzucić z siebie kolejną porcję jadu. Chwyciła Greengrass mocno za ramię i szturchnęła je, jakby próbowała ją rozbudzić ze snu.
Oczywiście o tym, że tak właściwie powinna jej podziękować, bo gdyby nie ona, to syrena pewnie zaatakowałaby kolejną spacerowiczkę, którą była Chang, nie zamierzała wspominać. Ten prosty fakt zupełnie wyleciał jej z głowy, zastąpiony gniewem i żalem po utracie syrenich łusek.


RE: [10.07.72] Syrenia pieśń - Mackenzie Greengrass - 07.11.2024

Krzyki nie były dla Mackenzie niczym nowym: kapitan Srok bardzo lubił na nich krzyczeć, a trener drużyny narodowej lubił krzyczeć jeszcze bardziej. Krzyki nie robiły na niej wrażenia. Nie raniły. Zjadliwe, celne uwagi, wygłaszane cichym głosem, często o stokroć bardziej bolały, tak jak szpileczki, wbijane w odpowiednie miejsca, mogły boleć bardziej niż cios w twarz. Matka nigdy nie krzyczała. Była w końcu damą, wychowaną w dobrym domu, córką rodu czystej krwi. W przeciwieństwie do jej córki, największej życiowej porażki.
Greengrass patrzyła w rozzłoszczoną twarz Marlene, wsłuchując się niby w krzyki, ale nie do końca pojmując ich znaczenie. W uszach Mackenzie wciąż brzmiały echa pieśni i szum złowrogiego morza tuż za plecami. Strach wygasał powoli, ale jego wspomnienie jeszcze przez moment trzymało dziewczynę w swoich sidłach: bo mało brakowało, a byłaby umarła. Co gorsza, byłaby umarła w wodzie.
Dopiero gdy Chang zaczęła dźgać ją w ramię, zareagowała jakoś żywiej, bardziej w odruchu niż wiedziona świadomą myślą – dłoń błyskawicznie wystrzeliła w górę, by pochwycić nadgarstek. Mackenzie nie była utalentowaną czarodziejką. Nie była myślicielką, nigdy nie zbierała dobrych ocen. Ale quidditch i miotły były dla niej sensem istnienia, a to wymagało sprawności fizycznej – i tej od lat Greengrass podporządkowała większość swojego istnienia. Refleks i siła były niezbędne, aby łapać kafla i ciskać nim do obręczy, aby unikać tłuczków, którymi pałkarze próbowali połamać ci nos.
– Tak, dzięki – powtórzyła, bo Azjatka uratował ją, nawet jeżeli teraz wrzeszczała na nią i wyzywała od idiotek, a co gorsza od księżniczek (Mackenzie nie była księżniczką: nie czuła się taką nawet przez pięć minut swojego życia, i nikt jako takiej jej nie traktował, nigdy nie założyła nawet ładnej sukienki, i nawet nie dlatego, że nie chciała. To była dla niej obelga znacznie gorsza niż kretynki i idiotki). – Nie prosiłam o pomoc – dodała, puszczając dłoń i wzruszając ramionami. Dźwignęła się powoli z piasku, ociekając wodą, wciąż nie spuszczając oka z niechętnej wybawczyni. Takie wybuchy czasem kończyły się sięgnięciem po różdżkę wcale nie po to, żeby nią w kogoś ze złości rzucać. Mackenzie nauczyła się tego już w szkole. – Co innego chcesz usłyszeć, jeśli nie podziękowanie?